Historia

Pierwszy stopień do piekła

białadama 24 6 lat temu 9 703 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Nie sądzę żebym był wścibski. Na pewno nie bardziej niż inni. Po prostu mam to, co moja Mama nazwałaby "niezdrową ilością ciekawości". Byłem dzieciakiem, który wspiął się na sam szczyt wielkiego dębu na podwórku, tylko po to żeby zobaczyć co jest w gnieździe wron. Byłem dzieciakiem, który na tym samym podwórku wykopał dziurę tak głęboką, że sięgnęła wód gruntowych, bo uważałem że pod naszym domem jest jaskinia i chciałem ją zobaczyć. Zobaczyć.

Moi rodzice nie są skrajnie biedni, ale niewiele im do tego brakuje. Należą do tych osób z klasy średniej, które pracują czterdzieści godzin tygodniowo aż do samej śmierci, nie zostawiając po sobie żadnych oszczędności. Swoją pierwszą pracę, w stajni dla koni, dostałem kiedy miałem czternaście lat. Nie trwała ona zbyt długo. Ale wiedziałem, że potrzebuję pracy bo wiedziałem, że potrzebujemy pieniędzy, więc przez następne kilka lat podejmowałem się różnych zajęć - na zmywaku, jako kelner - do czasu gdy skończyłem liceum.

Mojemu Tacie bardzo zależało na tym, żebym poszedł na studia. On sam tego nie zrobił - podobnie jak reszta rodziny z jego strony - więc było kilka kłótni na ten temat. Byłem bardzo zaskoczony kiedy, zaraz po rozdaniu świadectw, Tata zawiózł mnie pod Uniwersytet. Okazało się, że dziekan jest jego dawnym kolegą ze szkoły i zawarli umowę - dostanę pełne stypendium, pod warunkiem że będę miał dobre oceny i będę pracował dla Uniwersytetu.

Nigdy nie byłem szczególnie pilnym uczniem. W liceum starałem się nie wyróżniać i uczyłem się tyle, ile potrzeba, dostając głównie czwórki, czasem trójki. Nauka mnie nie interesowała, bo po prostu nie była interesująca. Ale na Uniwersytecie było inaczej. Chodziłem głównie na podstawowe zajęcia, ale nawet one były fascynujące. Na przykład, nikogo nie obchodziło czy na nie chodzę, czy nie. Tylko ode mnie zależało czy odniosę sukces, więc się starałem.

W zamian za edukację pracowałem jako stróż i wykonywałem drobne prace konserwacyjne. To drugie było nudne. Zawsze byłem zręczny, a większość tych prac można było rozwiązać dzięki WD-40 lub po prostu sile fizycznej, czasem obu. Ale stróżowanie to co innego. Stróżowanie dawało mi supermoce.

Praca była całkiem łatwa. Dostawałem mundur, odznakę, latarkę, a Mama dałam mi na urodziny kieszonkowy gaz pieprzowy. Nie, nie dostałem pistoletu - i tak były zakazane na kampusie. Pracowałem głównie w nocy, w weekendy oraz w długie przerwy świąteczne. Miałem za zadanie dwukrotnie obejść w nocy cały kampus, sprawdzając pracownie chemiczne i komputerowe oraz bibliotekę. Przez resztę czasu mogłem właściwie robić co chciałem.

Było jeszcze dwóch stróżów, Jake i Al, ale oni pracowali na innych zmianach niż ja. W środowe noce mieliśmy godzinę na spotkanie i przedyskutowanie jakichś większych incydentów czy zmian. Możliwe, że na tych spotkaniach było piwo... ale jestem nieletni, a wy nic mi nie możecie udowodnić.

Jake pracował zazwyczaj na dziennej zmianie, a Al nad ranem i w niektóre noce w tygodniu. Jake był młodszy, uczył się na policjanta, więc traktował swoją pracę dość poważnie. Z drugiej strony, podejrzewam że Al przez większość swojej zmiany spał. Ale był dość stary, więc zasłużył na odpoczynek.

Pamiętacie ten kawałek o supermocach? Kiedy zacząłem pracę Al dał mi olbrzymi brelok, na którym wisiało z tysiąc kluczy. Ważył w sumie ponad dwa kilo, a do mojego paska przytwierdzał go wytrzymały metalowy łańcuch.

-Nie zgub go, chłopcze - powiedział Al. -Masz tu wszystkie klucze do królestwa. Jeśli znajdziesz jakieś drzwi, których nie otwierają, to lepiej ich nie otwierać.

Moim hobby, które pozwalało mi nie zasnąć a te długie noce podczas ferii zimowych było odkrywanie. Miałem zwyczaj każdej nocy otwierać co najmniej jedne drzwi, których wcześniej nie otwierałem. Zacząłem w nowym skrzydle, gdzie była biblioteka i pracownia komputerowa. Otwierałem każdą salę, każdy schowek, zaznaczając ich położenie na mapie, którą tworzyłem w mojej głowie. W niektóre noce odkrywałem dwie lub trzy sale. W niektóre miałem tylko czas otworzyć jakiś stary, zapomniany schowek.

Uniwersytet, jak na jednostkę liczącą 1200-1300 studentów, ma dość duży kampus. Został wybudowany w 1896 roku jako uczelnia Metodystów, w latach trzydziestych przejęło go państwo. Składa się z trzech głównych części. "Stara Szkoła" obejmowała biura administracji i kilka pechowych sal szkolnych - pechowych, bo nie było w nich klimatyzacji ani ogrzewania, a w tym trzypiętrowym budynku brakowało wind. "Pracownie" były brutalistycznym koszmarkiem z betonowych bloków, z maleńkimi oknami, wybudowanym w latach siedemdziesiątych, kiedy w modzie były budynki wyglądające jak radzieckie grzejniki. "Nowa Biblioteka" powoli traciła swoją "nowość". Została wybudowana w latach dziewięćdziesiątych, w charakterystycznym (czerwona cegła, szkło) dla tego okresu stylu.

Kiedy myślę o tamtych dniach, zanim to się zdarzyło, myślę też o tym jaki byłem głupi. Jaki naiwny. Powinienem był pamiętać, że jest zima. Powinienem był pamiętać o przesileniu.

Do grudnia, na drugim roku studiów, odwiedziłem każdy pokój w Nowej Bibliotece. Otworzyłem każde drzwi, sprawdziłem każdy schowek i miałem w głowie mapę całego budynku. Okazał się niezbyt imponujący. Nie znalazłem żadnego zakopanego skarbu, ani skradzionego sprzętu komputerowego schowanego w zapomnianej szafce. Ale znalazłem mały, zapocony stosik kiepskich magazynów pornograficznych w schowku w piwnicy. "Niegrzeczne kowbojki". Cóż, nie będę osądzał.

Grudzień to spokojny czas na Uniwersytecie. Po szalonym pośpiechu egzaminów końcowych, kampus nagle pustoszeje, pozostali pracownicy wyglądają, jakby się tam zgubili. Budynki stoją ciche i ciemne w przenikliwym zimowym wietrze. Mieliśmy wtedy serię zamieci, ale nie były one na tyle poważne by zamknąć kampus. Upewniałem się, że chodniki są zamiecione, a przy wejściach również posypane solą, poza tym starałem się raczej przebywać wewnątrz budynku.

Przecież miałem całą "Starą Szkołę" do odkrycia.

Główny budynek "Starej Szkoły", Downing Hall, miał cztery piętra i miał kształt litery V. Nie było wind, klatki schodowe były bardzo małe, a budynek nie mógł zostać wyremontowany ze względu na swoją "wartość historyczną". Nie miał klimatyzacji, z wyjątkiem kilku urządzeń zamontowanych z tyłu budynku, by nie zniszczyć jego wyglądu. Ogrzewano go za pomocą olbrzymiego, starego bojlera w piwnicy. O ile mi wiadomo, Al był jedyną osobą, która wiedziała o istnieniu bojlera, i to on musiał go utrzymywać w dobrym stanie, bo nigdy nie słyszałem żeby ktoś się skarżył.

Spędziłem cały tydzień po egzaminach szperając w górnych piętrach Downing Hall. Nie miałem zbyt dużo czasu na odkrywanie, śnieg dodał mi nieco obowiązków, ale czyniłem postępy. Znalazłem pokoik na strychu lewego skrzydła, który najwyraźniej był dawnym biurem dziekana. Było tam piękne stare biurko i szafa. Zajrzałem do obu, w nadziei że znajdę coś ciekawego, ale w szafie był tylko przeżarty przez mole szalik, a biurko zawierało kilka starych gazet i formularzy podatkowych z lat pięćdziesiątych.

Poziom niżej, na czwartym piętrze, znalazłem dwa tuziny małych, pustych klas. Jak każdy szanujący się majsterkowicz, sprawdziłem czy szyby w oknach się nie poluzowały i rozejrzałem się za uszkodzeniami. Spodziewałem się zobaczyć odchody szczurów, albo inne zniszczenia, ale nic takiego nie znalazłem. Drugie i trzecie piętro wyglądały podobnie, z tym że sale na tyłach budynku miały klimatyzację, więc były w roku akademickim używane.

Na głównym piętrze znajdowały się pomieszczenia administracji, łącznie z gabinetem dziekana. Stwierdziłem, że nie byłoby mądrze węszyć w biurze mojego szefa i w księgowości, więc je pominąłem. Wszedłem na schody do piwnicy, użyłem moich superbohaterskich kluczy, otworzyłem ciężkie drzwi i zszedłem na dół.

Piwnica Downing Hall różniła się od tej w Nowej Bibliotece. Była na przykład o wiele ciaśniejsza. Sufit był niski, a korytarz wąski, z drzwiami odchodzącymi od niego w regularnych odstępach. Sprawdzałem każde pomieszczenie, włączałem światło, a ciemne kąty oświetlałem latarką. Miałem w torbie kilka opakowań zapasowych żarówek - nowych, energooszczędnych - bo pomyślałem, że mogę wymienić te wypalone, a przy okazji pomóc środowisku. Maleńkie pomieszczenia zawierały głównie śmieci - jakieś deski, szafki pełne czterdziesto- i pięćdziesięcioletnich papierów, stare ozdoby świąteczne i tak dalej, wszystko oświetlone wiszącymi gołymi żarówkami.

Nie mam zbytnio rozwiniętej wyobraźni. Wydaje mi się, że jestem dość bystry - z zajęć na studiach miałem same piątki. Nigdy nie pomyślałem wtedy, że mógłbym się bać. Nie myślałem "jestem sam w strasznej starej piwnicy". To było moje miejsce, moja praca, moje hobby i wszystko wydawało się normalne.

Do nocy dwudziestego grudnia dotarłem do bojlera. Piec mył monstrualną masą żelaza i nitów, rur i zaworów. Było tam piekielnie gorąco, i równie głośno. Ale było też schludnie i czysto. To zasługa Ala, mówił "dzięki czystemu bojlerowi masz więcej spokoju". Dawny piec węglowy został kiedyś zamieniony na gazowy, ale ściany i tak pokrywała sadza, a w rogu znajdował się zsyp do węgla.

Nie zamierzałem przyglądać się dłużej pomieszczeniu z bojlerem - byłem tam dziesiątki razy i nie było tam nic do zobaczenia, tylko piec i stół warsztatowy - kiedy nagle zauważyłem małe drzwi na lewo od pieca. "Dziwne", pomyślałem sobie. Nigdy wcześniej nie widziałem tych drzwi. Ale z drugiej strony, nigdy nie stałem w tym miejscu, obok stołu, no i nigdy specjalnie się nie rozglądałem.

Drzwi były mniejsze niż normalnie - miały może z metr pięćdziesiąt wysokości, pomalowane tą samą burą, szarobrązową farbą co ściany i, podobnie jak inne drzwi w piwnicy, były zrobione z metalu. Podszedłem do nich i dotknąłem klamki.

Myślę, że czasem ludzkie ciało wie, że coś jest nie tak. Miałeś kiedyś to uczucie, jakbyś był obserwowany? Kiedy wiesz, że jesteś zupełnie sam i nikt cię nie widzi, ale czujesz na sobie czyjś wzrok? Czy zdarzyło ci się kiedyś skręcić w lewo zamiast w prawo, bo po prostu czułeś że dziś trzeba tak zrobić? Ja wtedy się tak nie poczułem. Kiedy dotknąłem tej klamki, nic się nie stało. Nie rozbolała mnie głowa, nie stanęły mi włosy na karku, ani nie słyszałem wewnętrznego głosu wołającego "nie rób tego!".

Klamka poruszyła się, ale drzwi nie chciały się otworzyć. Spojrzałem uważniej i zauważyłem malutką dziurkę od klucza. Sprawdziłem swój magiczny brelok i znalazłem trzy klucze, które mogłyby pasować. Dwa pierwsze nie pasowały, ale za trzecim razem się udało, oczywiście. Oczywiście.

Zawiasy zaskrzypiały jakby nie używano ich od bardzo dawna (od dziesięcioleci). Podpowiedział mi to mój instynkt złotej rączki. "WD-40", wymamrotałem. Z wysiłkiem otworzyłem drzwi i wszedłem do kolejnego małego, ciasnego korytarza. Włącznik światła działał, ale jedyna żarówka pękła z trzaskiem. "Niech to!" Trochę się wtedy przestraszyłem. Włączyłem latarkę i szybko wymieniłem żarówkę na nową. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że korytarz był wąski, prosty i kończył się metalowymi drzwiami kilka metrów dalej.

Te drzwi otworzyły się łatwo, ukazując schody prowadzące w dół. "Co to ma być?" - powiedziałem. Nikt nigdy nie mówił mi, że istnieje jeszcze niższy poziom. Włosy na karku stały mi dęba, ale uznałem że to pozostałości szoku, jaki przeżyłem kiedy pękła żarówka i podszedłem do schodów. Wyglądały normalnie, jak wszystkie inne w budynku. Zszedłem na dół i zobaczyłem kolejne drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem kolejny długi, wąski korytarz z rzędami drzwi po bokach.

Pierwsze drzwi po lewej nie były zamknięte na klucz i otworzyły się z łatwością. Był to schowek - znalazłem tam stosy książek z późnych lat sześćdziesiątych, kilka ławek i rozkładający się mop w wiadrze. Drzwi naprzeciwko również nie były zamknięte, ale trudniej było je otworzyć. Z wysiłkiem pociągnąłem je i zobaczyłem większe pomieszczenie, które mogło być używane jako szkolna klasa. Były tam ławki, tablica, diagramy anatomiczne i plakaty na ścianach. Wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu i najwyraźniej nie było używane od bardzo dawna. "Kto umieściłby klasę w takim miejscu?" mruknąłem do siebie. "Jak przekonaliby studentów żeby tu zeszli?" Pamiętam, że myślałem wtedy że odkryłem tylne wejście do drugiego skrzydła Downing Hall. "Może to tu przeprowadzano lekcje biologii zanim wybudowano pracownie.".

Poszedłem sprawdzić następne dwa pomieszczenia. Były to sale lekcyjne, porzucone, zakurzone i w większości puste. Podobnie następna para, i następna. W sumie znalazłem dwanaście nieużywanych sal, a także mały pokój socjalny, w pełni umeblowany, łącznie z samotnym dzbankiem do kawy. Były tam też dwie łazienki. Nie rozglądałem się tam za bardzo bo światło tam nie działało, a nie bardzo miałem ochotę wymieniać tam żarówki. Zaczynałem się trochę denerwować - byłem w dziwnej części kampusu, a tej nocy pracowałem sam. Podświadomie po prostu nie mogłem zrozumieć istnienia - marnotrawstwa - całego piętra pełnego nieużywanych klas.

Kiedy dotarłem do końca korytarza, zobaczyłem kolejne stalowe drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem kolejne schody. Spodziewałem się, że będą prowadzić w górę, by połączyć się z jedną z głównych klatek schodowych w Downing Hall. Schody prowadziły w dół.

Pamiętam, że właśnie w tym momencie zacząłem naprawdę się bać.

"Niemożliwe" Te schody nie mogą prowadzić w dół. Kto w ogóle mógłby wiedzieć że są tutaj?"

"Tutaj. Tutaj. Tutaj" - odpowiedziało mi echo.

Powinienem był sprawdzić godzinę. Powinienem był zmartwić się, że kończę zmianę. Powinienem był zgłodnieć. Trzeba było uciekać.

Zacząłem schodzić w dół.

Klatka schodowa była nieoświetlona i wydawała się dużo starsza i w dużo gorszym stanie niż reszta. Była też dłuższa. Dużo dłuższa. Po kilku minutach schodzenia zacząłem liczyć stopnie. Po każdych dwunastu schodkach była mała platforma, potem schody skręcały, kolejne dwanaście stopni. W dół. Po dziesięciu platformach dotarłem do kolejnych drzwi. Nie były zamknięte na klucz i otworzyłem je bez problemu. Zawiasy zaskrzypiały, a echo tego dźwięku zniknęło w ciemności.

Zacząłem macać ścianę po lewej w poszukiwaniu włącznika światła, ale go nie znalazłem. Po prawej też go nie było. Poświeciłem latarką, ale nic nie było widać. Pstryknąłem palcami by posłuchać echa. Sam nie wiem czy je usłyszałem. Powoli zaczęło docierać do mnie, że sala, do której wszedłem jest olbrzymia, przepastna - najprawdopodobniej było to największe pomieszczenie, w jakim kiedykolwiek byłem. Wycofałem się w stronę wyjścia.

"Ten pokój nie może tu być" - powiedziałem do siebie. Zacząłem myśleć o powrocie. Ale zacząłem też myśleć, że chciałbym się dowiedzieć co tu jest. Zrobiłem krok naprzód, i jeszcze jeden, aż w końcu zacząłem szybko iść wgłąb sali. Utrzymywałem stałe tempo, liczyłem kroki. Co kilka kroków odwracałem się, używając światła padającego z otwartych drzwi jako punktu orientacyjnego. Powoli przeszedłem sto metrów, dwieście, aż w końcu zobaczyłem przed sobą słaby blask.

W miarę jak się zbliżałem, światło robiło się coraz większe i jaśniejsze. Ale musiałem przejść jeszcze sto metrów, i kolejne sto - w sumie trzysta metrów, zanim dostrzegłem, że to mała, słaba żarówka wisząca nieopodal drzwi.

Te drzwi były zupełnie inne niż poprzednie. Były olbrzymie, miały ze cztery metry wysokości i co najmniej połowę tego szerokości. Było zrobione z czarnego metalu, nabijane śrubami i nitami, zawieszone na gigantycznych zawiasach. Na ich powierzchni były wyryte słowa, w jakimś dziwnym, jakby zasupłanym systemie pisma, którego nie rozpoznawałem. Cała powierzchnia drzwi była pokryta tym pismem i dziwnymi szerokimi liniami z zawijasami na końcach. Pośrodku drzwi był wielki zamek z pokrętłem, a pośrodku zamka - maleńka dziurka od klucza. Nad dziurką była pieczęć, zamknięta w trzech okręgach.

Spojrzałem za siebie i nie byłem w stanie dojrzeć światła z klatki schodowej. W ogóle nic nie widziałem.

Podniosłem Superbohaterski Brelok do światła i zacząłem przeglądać klucze. Oczywiście był tam mały, zniszczony klucz który wyglądał, jakby mógł pasować. Włożyłem go do zamka i przekręciłem. Usłyszałem stuknięcie, łomot, a zza drzwi dobiegł dźwięk, jakby kamyki uderzające o siebie. Albo zęby.

Wyjąłem klucz z zamka i złapałem za pokrętło na zamku. Serce biło mi jak szalone, a pot spływał mi do oczu. Pokręciłem w lewo, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara - "widdershins"*, podpowiedziało mi jakieś odległe wspomnienie - i wciąż obracałem, dopóki pokrętło się nie zatrzymało. znów usłyszałem ŁOMOT, potem TRZASK, a potem ciszę.

Ciemność za mną już nie wydawała się pusta. Właściwie zdawała się bardzo zatłoczona, jakby była tam obserwująca mnie widownia. Odsunąłem się od drzwi i poświeciłem latarką. Wciąż nic. Sucha, pusta podłoga. Wróciłem do drzwi, złapałem za wielką żelazną klamkę i pociągnąłem. Nic. Spróbowałem jeszcze raz, ciągnąc z całej siły i w ostatniej chwili, kiedy byłem już na granicy wytrzymałości, usłyszałem kolejny TRZASK! i drzwi się otworzyły, owiewając mnie chłodnym, śmierdzącym powietrzem.

Zapach był ciężki, wilgotny i piżmowy. Nagle przypomniało mi się kiedy jako dziecko byłem z mamą w zoo i zapach klatek z wielkimi kotami, gdzie mieszkały lwy. Kiedy przyszły mi na myśl lwy, puściłem klamkę i zatoczyłem się do tyłu. Zobaczyłem krótki korytarz, za którym znajdował się mały, ciasny pokój. Zobaczyłem brudne, przerdzewiałe metalowe krzesło. Zobaczyłem kości. Małe kości. Zobaczyłem - albo usłyszałem, czy wywąchałem - postać tak czarną, że zdawała się pochłaniać światło mojej latarki. Zobaczyłem jak zbliża się w moją stronę, biegnie, wypełniając korytarz, wyjąc i śmiejąc się i mówiąc głosem, który brzmiał jak walące się góry.

Pamiętam kły i słowa, które zamieniły moje kości w tłuczone szkło. Pamiętam pióra i dłoń ze zbyt wieloma palcami, ozdobioną czymś, czego nie da się opisać. I zapach, smród czegoś, co długo przebywało w zamknięciu.

Pamiętam skrzydła.

Nie wiem jak długo wędrowałem w ciemności, sam pod setkami metrów skały. Nie było światła. Nie było jak zmierzyć upływ czasu. Moja latarka nie działała, a mój telefon, a nawet fluorescencyjna farba na moim zegarku były ciemne. Coś było nie tak z moją lewą nogą. Bolała, ale nie widziałem na tyle dobrze by dowiedzieć się dlaczego.

Wciąż słyszałem swoją widownię, tam w tej olbrzymiej jaskini. Krzyczałem na nich. Poczułem jak jeden z nich dotyka mojej twarzy i rzuciłem w niego latarką. Latarka odbiła się, zagrzechotała i znieruchomiała. Później coś się zaśmiało. Szalałem i krzyczałem, ale już niczym nie rzuciłem.

Znalazłem drzwi po godzinach, czy dniach pełzania.

Na klatce schodowej nie świeciło się światło.

Po latach, które zajęła mi wspinaczka, wypełzłem na pierwszy z zapomnianych korytarzy. Skaleczyłem się o potłuczone żarówki, które wymieniałem. Poczołgałem się korytarzem i dotarłem do kolejnych schodów. Wciągnąłem się po nich, aż w końcu dotarłem do pomieszczenia z bojlerem.

Kiedy zataczając się opuściłem Downing Hall, całe dwa dni po tym, jak tam wszedłem, był dzień i wszędzie wokół było pełno policji.

Na terenie kampusu i w okolicach znaleziono pięć trupów. Wszyscy byli brutalnie, prymitywnie zamordowani, ciała były rozprute, wnętrzności brakowało. Ślady zębów sugerowały, że zrobiło to dzikie zwierzę, ale miejsca zbrodni i ułożenie ciał zdradzały stojącą za tym inteligencję. No i były też napisy, wyryte w ciałach, kiedy jeszcze nie były martwe. Policjanci nie chcieli rozmawiać o napisach.

Ze mną wcale nie chcieli rozmawiać. Nie po tym, gdy zobaczyli, jak wytaczam się na światło dzienne, cały pokryty krwią - założyli, że to ja jestem mordercą. Szybko zmienili zdanie kiedy sanitariusze zauważyli moje złamanie, odwodnienie, wstrząs mózgu i oczywisty szok. Policja zadawała mi mnóstwo pytań, a ja odpowiadałem najlepiej, jak potrafiłem. Powiedziałem im o drzwiach za bojlerem. Nie znaleźli ich. Pokazali mi nagą, gładką ścianę skąd się wyczołgałem, oszołomiony i poturbowany. Moje ślady kończyły się na tej ścianie. Dwóch policjantów próbowało przebić się w tym miejscu przez mur, ale ich oczom ukazały się tylko stare cegły, a za nią jeszcze starsza ziemia.

Policja chciała wiedzieć skąd wzięły się długie, czarne pióra przyklejone do mnie zaschłą krwią. Nie wiedziałem. Nie chciałem wiedzieć.

Policjanci, sanitariusze, nikt nie chce na mnie patrzeć. Blizny na mojej twarzy, głęboko wyryte napisy, nie są przyjemnym widokiem. Byłem naznaczony.

Cokolwiek wypuściłem, cokolwiek zabiło i zjadło pięć osób, a tydzień później jeszcze sześć - to naznaczyło mnie jako swojego przyjaciela.

*widdershins - bardzo stare angielskie określenie ruchu w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara. Jako że jest również przeciwny do ruchu słońca, zazwyczaj wiązano go z różnymi mrocznymi rytuałami itp.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

ktos czyta 2k16?
Odpowiedz
trochę warto dopracować zakończenie..
Odpowiedz
Dobre , nie lubię czytać ale to mnie wciągnęło
Odpowiedz
Niezłe, naprawdę dobre opowiadanie.
Odpowiedz
No i to jest super historia! Chyba pierwsza od pięciu dni ^^ Zajebista, wielki plus dla autora :)
Odpowiedz
Bardzo dobre opowiadanie :)
Odpowiedz
[+]
Odpowiedz
Trochę długie ale warte przeczytania.
Odpowiedz
Podoba mi się. Kocham odkrywanie zapomnianych, mrocznych miejsc i tego typu rzeczy przez co ta historia jeszcze lepiej do mnie trafiła :)
Odpowiedz
Może i strasznie długie, ale jak się czyta to tego się nie zauważa. Po prostu tak wciąga... Świetne, trudno to skomentować, po prostu człowieku więcej pisz!
Odpowiedz
Świetne opowiadanie 10/10
Odpowiedz
super mocne
Odpowiedz
bardzo fajna i straszna
Odpowiedz
Bardzo fajne, jednak nie przestraszyłem się ani trochę... może po prostu za dużo horrorów i strasznych historii za mną?
Odpowiedz
Super!
Odpowiedz
Świetne!
Odpowiedz
Jak to czytałam cały czas miałam gęsią skórkę 0.0
Odpowiedz
Po prostu świetne.
Odpowiedz
no no ... fajne. ;D
Odpowiedz
dobree, pobudza umysł
Odpowiedz
Coś zajebistego, czytam to i poprostu nie moge sie oderwać, geniusz.
Odpowiedz
Ściana tekstu. I to taka warta przeczytania.
Odpowiedz
bardzo fajne ;D budzi napięcie
Odpowiedz
Łoł... Ciekawe
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje