Historia

Wisielec

białadama 7 6 lat temu 7 846 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Pracuję w katedrze medycyny sądowej. Ach, czego tutaj jeszcze nie widziałem? Ale najdziwniejsze jest to, co mi się przydarzyło – spotkałem pewnego chłopca. Wydawałoby się, że całkiem niepozornego, ale najbardziej niepozorna (do czasu), była jego tożsamość. W ekspertyzach pracuję od niedawna, około 6-7 miesięcy. Przydzielili nam cały budynek i wyposażyli go we wszystko, co tylko było potrzebne. Oczywiście, w naszym kraju pieniędzy nikt nie daje za darmo, dlatego też remont zrobili „na odwal się”. Po pewnym czasie więc zaczęły odpadać kawałki tynku, płytki odrywały się od podłogi. Najbardziej wkurzającą niedogodnością były ogromne, wolne przestrzenie przy oknach. Jeśli coś tam wpadło, po prostu wsiąkało jak w czarnej dziurze.

Z powodu braku personelu, nam, za skromny dodatek do pensji „proponowano” (bądź też raczej- kazano), zostawać na nocne dyżury. Odmówić? Ha, spróbuj kiedyś odmówić swojemu szefowi!

Na początku pracowało mi się dobrze, nie wyrabiałem się nawet z wyrzucaniem odpadków z mojego stanowiska w laboratorium. Potem jednak mój zapał ostygł. Cała praca została odwalona, a ja i koledzy siedzieliśmy i czekaliśmy pół nocy, aż przywiozą kolejną „bestialsko zamordowaną” staruchę. Wychodziłem na podwórze, paliłem papierosy jeden za drugim, polerowałem wszystkie narzędzia na błysk, sprzątałem całą salę. W końcu razem posprzątałem w jednym z pokoi, wywlekłem z zaplecza stare kanapy i urządziłem tam pokój, w którym można byłoby poczekać na kolejną kryminalną sprawę. A gdy już ostygł mój zapał, nadeszła zwykła rutyna. Po prostu czekałem, kiedy tylko drzwi budynku się otworzą.

Pewnego dnia, zimą, siedziałem tam i marzłem. Nocny dyżur dopiero się zaczynał. W całym pomieszczeniu było ciemno, jakby ktoś wykuł mi oczy. Na podwórzu leżała odrobinka jakiegoś śniegu, który był tam od dłuższego czasu. Poza tym ciemność za oknem mąciło tylko światło latarni. Wszystko było tak jak zawsze. Zamknąłem oczy na dwie sekundy (no wiesz, jak to jest. Zamykasz oczy na dwie sekundy, a tu dwie godziny mijają). W końcu budzę się i patrzę, jak z okna łypie na mnie jakiś chłopak, miał gdzieś 8-10 lat. Gdy tylko zobaczył, że nie śpię, od razu uciekł za płot. Zerwałem się z miejsca, w biegu nałożyłem na siebie kurtkę i wybiegłem na ulicę. A jeśli ten dzieciak coś ukradł?

Wybiegłem na dwór, boso i zacząłem się rozglądać. Chłopaka nie było widać nigdzie. Pomyślałem, że schował się w cieniu płotu. Nie odrywając wzroku od ogrodzenia zacząłem go szukać. Podszedłem bliżej i wtedy zauważyłem, że chłopca tu nie ma. Zdenerwowałem się i wrzasnąłem na całe gardło:

Czego chcesz, gówniarzu?! Wyjdź, przecież nic ci nie zrobię!

Nikt mi nie odpowiedział. Wróciłem do budynku, zamknąłem drzwi. Zrobiło mi się jakoś dziwnie. Ukradkiem spojrzałem na salę do sekcji zwłok. Na stole leżały narzędzia do sekcji, takie jak skalpele czy igły. Niezbyt długo się nad tym zastanawiałem, ale żeby czuć się pewniej włożyłem sobie do kieszeni kilka noży.

Do rana nie mogłem zasnąć, cały czas rozglądając się niepewnie. Czułem się jak wystraszony dzieciak. Później przyszli moi zmiennicy i w końcu mogłem iść do domu. Dopiero w dziennym świetle przy bramie zobaczyłem kilka śladów butów dziecka. Domyślałem się, że ten chytry dzieciak na pewno coś podwędził i jakoś zdołał uciec.

Kolejna nocna zmiana minęła jak zwykle. Posprzątałem salę na błysk, odprowadziłem na korytarz kilka wózków i naprawiłem kilka bezużytecznych rzeczy. Później poszedłem przez chwilę odpocząć. O 20 było już całkowicie ciemno. Wtedy też brama otworzyła się i na plac weszła starsza kobieta, a z nią kilku mężczyzn. Ubrałem kurtkę i wyjrzałem za drzwi. Do katedry wnosili „pudełko” z trupem. Jednak mój wzrok zatrzymał się na małej, znanej mi osóbce, stojącej daleko, przy ogrodzeniu.

Nie szwendaj się tu, gówniarzu!

Kilkoma susami znalazłem się przy płocie, jednak dzieciaka nigdzie nie było. Gdzie on jest? Rozejrzałem się.

Andriej Giennadiewicz, poszedł się pan przewietrzyć? Co się z panem dzieje? - na ziemię sprowadziła mnie kobieta, w której z bliska rozpoznałem głównego koronera.

Właściwie to wyglądałem jak zupełny głupek. Ignorując koronera wróciłem do budynku.

Pomogłem zanieść im trumnę, wysłuchałem kto, co i jak, po czym wziąłem się do roboty. Półtora godziny pracy- tysiąc rubli w kieszeni. Nawet nie zdążyłem się wygodnie rozsiąść, gdy znów zobaczyłem tego dzieciaka na zewnątrz. Przetarłem oczy- nie ma nikogo. Usiadłem, podniosłem głowę- znów on! Nogi ugięły się pode mną. Wycofałem się do sali operacyjnej, wymacałem skalpel i trzymając go w dłoniach podszedłem do okna. Chłopiec był całkiem niedaleko. Mogłem dobrze przyjrzeć się jego twarzy, takiej smutnej, pełnej bólu. W mojej głowie pojawiła się myśl: „Andriej, idioto! Po co ci ten skalpel?”

Wyszedłem na ulicę, chłopiec dalej tam był. Podszedłem do niego tak blisko, że mogłem dotknąć go dłonią. Cholera jasna, gdzie on jest?! Poczułem się, jakby kilka sekund z mojego życia tak po prostu wyparowało. Zamrugałem i w jednej sekundzie to dziecko zniknęło.

W tę noc ledwie co wytrzymałem do końca zmiany. Gdy tylko mogłem, uciekłem do domu. Ludzie, jakie tylko myśli przychodziły mi do głowy... A to upiór, a to diabeł... Porozmawiałem o tym z żoną, a ona poradziła mi kupić kilka świec i rozstawić je po rogach podwórza (przyp. Tłum.: Na wschodzie, ale i jeszcze jakieś kilkadziesiąt lat wstecz w moich regionach funkcjonowała taka właśnie „recepta” na odgonienie złych duchów i innych czarnych luli ;D). Właśnie tak zrobiłem. Tego wieczoru akurat jak na złość miałem nawał pracy, więc nie mogłem zobaczyć czy ta metoda zadziała.

Podczas pracy upuściłem zacisk, i jak zwykle, upadł we wcześniej wspomnianą „czarną dziurę” przy oknie. Poradziłem sobie jakoś pęsetami, ale brak zacisku na dłuższą metę mógł być trochę męczący. Gdy w końcu zostałem sam w budynku, zdjąłem kilka listew i wsunąłem rękę do szczeliny, w którą wpadł zacisk. Wymacałem coś chłodnego. To na pewno on. Wyciągam, a on- długie cholerstwo, nie chce wyjść. Pociągnąłem ze wszystkich sił, przewróciłem się i uderzyłem tyłkiem o podłogę, ale przynajmniej udało mi się wyjąć zacisk. Za nim wyciągnął się jakiś rzemyk. Był na nim uczepiony krzyżyk. Prosty, drewniany krzyżyk. Pomyślałem, że zgubił go ktoś z personelu, więc powiesiłem go na haczyku na ścianie.

Nad ranem przewieźli jeszcze trupa, nieźle już śmierdzącego. Gdy go kroiłem musiałem otwierać drzwi i okna. Jak już skończyłem musiałem przenieść się na sąsiedni oddział. Na moim nie można było wytrzymać.

Wróciłem tam około 10 rano. Zauważyłem, że krzyżyka na haczyku nie było. Zamiast niego na ścianie została ciemna otoczka w jego kształcie. Nie było to dla mnie mocno znaczące. Już wcześniej wiedziałem, że dzieje się tu coś dziwnego. Później pomyślałem, że może któryś z sanitariuszy schował go do szafy. Otworzyłem ją, a z niej upadła się na mnie lawina dokumentów. Cholera jasna, teraz muszę układać to wszystko według dat, spraw i zdjęć. Pod tą przeklętą szafą spędziłem pół dnia. Gdy już praktycznie wszystko uporządkowałem, natknąłem się na zdjęcie... Chłopiec, 8 lat. Twarz skrzywiona od bólu i z takimi smutnymi oczyma. Na szyi- drewniany krzyżyk na czarnym rzemyku. Ciało wisiało w szopie, pod samym sufitem, z pętlą na szyi... Jak napisano w dokumentach z rzeczy na nim były tylko spodenki i ten krzyż...

Wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na pytanie co to był za chłopiec i po co tu przychodził. Domyśliłem się też gdzie przepadł krzyżyk.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Po tytule spodziewałem się wisielca, który orzyl i biegał po budynku
Odpowiedz
Bardzo dobrze napisane, niestety zgadzam się z moimi przedmówcą, wszystko zbyt przewidywalne.
Odpowiedz
Historia ciekawa ale zakończenie słabe, chciałoby się przeczytać więcej :)
Odpowiedz
Słabe. Straszniejsze już są bajki Andersena...
Odpowiedz
Fajne :D
Odpowiedz
Jezu, aż się zimno robi :C
Odpowiedz
Dobre ;d
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje