Historia

Czerwone kulki

scaryguy 107 6 lat temu 74 708 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Nie za bardzo wiem od czego zacząć, choć specjalnie przeczytałem kilkadziesiąt takich historii. Z tego co się zorientowałem w temacie, w mojej sytuacji, nawet najbujniejsze, wygładzone kłamstwo nie zapewni mi tego, co sama szorstka prawda.

Daruje sobie wmawianie w was, że to wszystko prawda, daruje sobie też wszystkie ozdobniki jakie mogłyby zasugerować wam, że kłamię. To co przeczytacie jest zapisem moich własnych słów, nagranych specjalnie po to, by je spisać. Starałem się ująć to wszystko tak, byście czytając dotrwali do końca tego tekstu. Zależy mi na tym.

Czemu? Bo gdy skończycie czytać, staniemy się sobie bliżsi niż jacykolwiek inni ludzie na świecie.

Mam czterdzieści pięć lat, ale geneza tego wszystkiego ukrywa się w czeluściach przeszłości. W roku 1973, gdy miałem siedem wiosen. PRL trzymał się jeszcze całkiem nieźle, ludzie dopiero dojrzewali do buntu przeciwko władzy… Ale nas to nie obchodziło.

Ja i moi koledzy z podwórka byliśmy zgraną paczką. Trzy piaskownice, metalowa huśtawka, wyasfaltowany placyk służący nam za boisko (to nawet zabawne, graliśmy akurat tam, gdzie było najbardziej nierówno i najłatwiej było sobie zedrzeć kolana, ale jaką mieliśmy z tego uciechę!) i obowiązkowy trzepak – to wszystko wystarczyło nam w zupełności. To było nasze królestwo w którym byliśmy rycerzami, miasto którego broniliśmy jako milicjanci i preria, po której galopowaliśmy jak postaci z bonanzy.

Tak jak dziś, tak i wtedy co jakiś czas panowały „bziki” na różnego rodzaju zabawki i gadżety, wtedy jeszcze często „importowane” przez krewnych z NRD lub po prostu z Peweksu. Raz były to klocki, innym razem resoraki (w sklepach nazywano je Matchbox, ale myśmy wiedzieli swoje). Jeszcze niedawno dzieci podobnie wariowały na punkcie „kapsli” z chipsów, pistoletów na plastikowe kulki czy naklejek z piłkarzami.

Owego pamiętnego lata 1973 ojciec Marka Kowalesiuka przywiózł „z kontraktu” duży worek szklanych kulek. Marek nauczył się od niego gry „w kulki” i tak przygotowany wyszedł do nas na podwórko.

Wymienił lwią część swojego prezentu za resoraki, naklejki, finkę i dwie puszki po perfumach i tylko ja zastałem bez kulek. Wtedy, w naszym domu, był trudny okres – mój wujek brał udział w protestach Grudnia 70’, przez co ojciec i matka systematycznie pozbawiani byli premii. Dopiero wychodziliśmy na prostą przez co nie miałem wielu rzeczy na wymianę. Tak naprawdę, jak teraz o tym myślę, nie miałem niczego co mogłoby wtedy zainteresować moich kolegów.

Pamiętam z jaką wściekłością przyjąłem ich odmowę podzielenia się ze mną kulkami. Krzyczałem na nich, wypominałem te wszystkie razy, gdy ja się z nimi dzieliłem, odwoływałem się do ich lojalności i współczucia. Nic nie pomagało i niepyszny wróciłem do domu parę minut po wyjściu młodego Kowalesiuka.

Wiecie? Wtedy byłem pewien, że gdybym miał kulkę „na rozdanie” i „zbijacza” , ograłbym ich wszystkich. Po prostu wiedziałem, że mając dwie szklane kulki w ciągu jednego dnia zdobędę je wszystkie. Niemal słyszałem ich prośby o podzielenie się skarbem, którego do niedawna sami mi bronili…

To było to samo uczucie, które pojawia się zawsze gdy człowiek ma świadomość, że wielka okazja przechodzi mu koło nosa. Parszywa sprawa, wiecie o tym, prawda? Każdy choć raz w życiu odczuł coś takiego.

Tamtego dnia, teraz pamiętam, że to było 17 czerwca, przez dwie godziny siedziałem obrażony na cały świat we wspólnym pokoju, moim i mojej pięcioletniej wtedy siostry Marty. Mruczałem tylko pod nosem, że „jeszcze mnie popamiętają” i co jakiś czas rzucałem nienawistne spojrzenia na okno wychodzące na podwórko.

Mogłem sobie na to pozwolić, bo rodzice wyszli z Martą do parku na spacer. Miesiąc wcześniej, z wielkimi oporami, dali mi moje pierwsze w życiu, własne klucze i mogłem wracać do domu kiedy tylko chciałem.

Gdy tak zło życzyłem i wyzłośliwiałem się w pustym mieszkaniu, w oko wpadła mi lalka siostry, Dorotka. Ta sama którą dostała od naszego dziadka dwa lata wcześniej. Pamiętam, że mówił wtedy, że kupił ją od „chyba ostatniego” cygańskiego taboru. PRL odebrał im prawo do tułaczki i zmusił do wegetacji w najgorszych poniemieckich ruderach („ach ta cudna akcja produktywizacyjna!” – zachwycał się swego czasu kolega mojego taty, zapatrzony w system komunistyczny i historię jego „sukcesów”). Ci Cyganie u których dziadek robił zakupy mieli być ostatnimi wolnymi Wtedy, gdy dawał jej lalkę, widziałem go po raz ostatni, dziś wiem, że umarł na zawał tydzień później.

Lalka była szmaciana, ubrana w sukienkę z zasłony, ale głowę miała porcelanową, z osadzonymi w jakiś dziwny sposób oczami, będącymi wyraźnie osobną całością. Z jednego oka zaczynała złuszczać się farba, to właśnie ten drobiazg zwrócił wtedy moją uwagę.

Przysięgam, że do dziś dnia nie wiem jak to było zrobione, że dwie szklane kulki, pomalowane tylko na biało, z dorysowaną tęczówką i źrenicą trzymały się w środku porcelanowego, zbyt luźnego oczodołu. Po prostu tam były.

Sam nie wiem, z bezrozumnej chęci wyładowania się, czy z dziecięcej ciekawości, podważyłem jej oczy nożem do masła z kuchni, wiecie, takim tępym nożykiem, który zawsze leży w zasięgu rak dziecka, bo przecież nie da się nim zrobić sobie żadnej krzywdy. Operacja przebiegła czysto i szybko, a złuszczająca się jeszcze bardziej, zapewne pod wpływem moich operacji z nożem, farba odsłoniła dla mnie cudowną prawdę. Oto oboje oczu Dorotki okazały się szklanymi, czerwonymi kulkami!

Możecie sobie wyobrazić szczęście siedmioletniego podlotka, gdy trafiła mu się taka gratka? Resztę dnia spędziłem na dworze ogrywając z kulek moich, wtedy już byłych jak się okazało, kolegów. Ani przez myśl mi nie przeszło, że mogłem zrobić coś złego.

Dopiero w domu, gdy usłyszałem płacz siostry, zrozumiałem, że popsułem jej ukochaną zabawkę. Małą nie potrafiła się pogodzić z faktem, że „ktoś zrobił bubu lali!” i darła się wniebogłosy. Rzecz jasna nie przyznałem się do zniszczenia zabawki, nie chciałem oberwać ojcowskim pasem.

Rodzice założyli, że lalka spadła z łóżka i to wstrząs odebrał jej oczy, a ślepy los pchnął je w pod jakiś mebel. Mi się upiekło, a Marta przestała płakać dopiero po 22:00. Tej samej nocy umarła.

To ja rano znalazłem jej ciało rozciągnięte wzdłuż progu naszego pokoju. Wiecie, że dzieci mogą umrzeć, prawda? Niemowlaki potrafią zadławić się własnym językiem, trochę starsze dzieci umierają czasem od zbyt gwałtownego rośnięcia zębów, a moja siostra umarła od uderzenia w głowę. Tak powiedział lekarz który rano pojawił się w naszym domu. Pamiętam, że dziwił się jeszcze, bo urazy jakich doznała Marta, wskazywały na to, że upadła głową w dół, jakby ktoś podniósł ją za nóżkę i po prostu upuścił. No ale wiadomo, z dziećmi nigdy nic nie wiadomo.

Mała chciała zapewne sięgnąć po coś, stanęła na krawędzi łóżka i upadła skręcając sobie kark. Wszystko musiało odbyć się w ciszy, bo ani ja, ani rodzice się nie obudziliśmy, chociaż głos płaczącego dziecka w blokach niesie się czasami przez dwie- trzy klatki i po kilka pięter.

Jeszcze tego samego dnia, gdy już zabrali jej ciało, mój ojciec wyniósł na śmietnik wszystkie jej rzeczy i zabawki, nie wyłączając łóżka z którego upadek ją zabił. Tata był prostym robotnikiem, tak radził sobie ze stratą – udawał, ze ten kogo stracił nigdy nie istniał, a mama się na to godziła.

Ten los nie ominął i bezokiej Dorotki. Została spakowana w karton z ubraniami i kilkoma innymi szmaciankami i przygotowana do wyniesienia, gdy nikt nie patrzył, do tego samego kartonu wrzuciłem kulki które wyrwałem z jej oczodołów. Nie wiem czemu to zrobiłem, być może to był mój sposób na pożegnanie? A może chciałem tym gestem przeprosić Małą? Naprawdę, dziś nie umiem powiedzieć o co mi wtedy chodziło.

Tego samego dnia patrzyłem jak śmieciarka wywiozła wszystkie pamiątki po Martusi. Dorotka wróciła rok później.

Gdy wracałem do domu ze szkoły, leżała pod drzwiami naszej klatki schodowej. Tak po prostu leżała sobie twarzą w dół. Bałem się jej, była niemym wspomnieniem śmierci mojej siostry, ale jakoś się przemogłem i podniosłem ją.

Oboje oczu, choć już niepomalowanych żadną farbą, miała na swoich miejscach. Tak jak poprzednio, między oczodołami a szkłem je tworzącym była spora szpara i nie mam bladego pojęcia jak one trzymały się w środku. Pamiętam, że chciałem ich dotknąć, sprawdzić, czy poczuję pod palcami zimne szkło, czy może raczej ciepło żywej istoty…

Zaszokowany własnymi myślami upuściłem ją. Zastanawiałem się wtedy, czy takie pomysły, że lalka może żyć, były efektem ciągłych kłótni rodziców i tego, że mama płakała nocami. Byłem jednak za młody by roztrząsać takie sprawy, kopnąłem Dorotkę jak najdalej od drzwi i wbiegłem do domu marząc o tym, by o niej zapomnieć.

Nad ranem znalazłem mamę. Nadal mieszkałem w pokoju który wcześniej zajmowaliśmy z siostrą, choć rodzice przenieśli się do tego, bliżej drzwi wejściowych i mojego łóżka, chyba chcieli mieć mnie „na oku”. Tak jak za jej życia, co wieczór, drzwi, na klamkę, zamykał ojciec osobiście. Tak jak kiedyś, co rano sam otwierałem sobie drzwi, żeby biec obudzić rodziców. Wtedy, tamtego dnia, nie pobiegłem.

Drogę do pokoju rodziców, do którego mogłem dostać się tylko idąc przedpokojem w stronę drzwi wejściowych, zajmowały białe jak śnieg zwłoki kobiety która osiem lat wcześniej mnie urodziła. Jej zwłoki i olbrzymia, to pamiętam aż za dobrze, kałuża krwi w kształcie nerki.

Nie umiem dziś powiedzieć czy to ten widok odebrał mi zdolność ruchu, czy raczej była to para szklanych, czerwonych kulek patrzących na mnie z porcelanowej twarzy lalki, opartej o ścianę przy drzwiach do pokoju rodziców w taki sposób, że wyglądała jakby siedziała.

Stałem tam i gapiłem się w te cholerne kulki (znam lepsze słowo na ich określenie, ale nie chcę, by moja historia zniknęła z sieci) i myślałem tylko o jednym, żeby ojciec nie obudził się tego dnia sam. Nie chciałem by zobaczył Dorotkę.

W końcu przełamałem blokadę która odcięła mój umysł od ciała. Przeskoczyłem w węższym miejscu nad kałużą krwi (nie wyobrażacie sobie nawet jak pachnie taka ilość posoki naraz, źle zrobiłem, że w czasie skoku nabrałem nosem powietrza do płuc, do dziś czuję, jakbym miał je całe pokryte rdzą gdy o tym myślę), chwyciłem lalkę za blond włosy i niewiele myśląc wparowałem do kuchni. Było lato, okno było otwarte, a tuż za nim było wejście do wsypu na śmieci, którym wynoszono pełne kubły. Wiecznie był tam bajzel i nikt nie zdziwiłby się, gdyby pojawiło się tam jeszcze więcej klamotów (dla niektórych wynoszenie śmieci AŻ do klapy zsypu, będącego AŻ na klatce schodowej było zbyt trudne i skracali sobie ten nieprzyjemny obowiązek wrzucając pełne worki z okien), dlatego nie namyślałem się wiele.

Cisnąłem upiorną, ale zaskakująco czystą jak na rok „nieobecności w domu” szmaciankę i słuchałem, jak gruchnęła na kartony trzy piętra niżej.

Dopiero potem pobiegłem obudzić ojca. Milicja i pogotowie stwierdzili jednogłośnie – samobójstwo z powodu utraty córki. Wbrew temu co się teraz mówi, w PRL też żyli ludzie. W ciągu jednego dnia ojciec dostał pozwolenie na przeprowadzkę i transport na drugi koniec kraju, do swojego brata, a mojego wujka. Wyprowadziliśmy się z czterema walizkami ubrań i ledwo Nigdy nie wróciliśmy po nasze meble czy resztę rzeczy, ojciec wolał udawać, że tamtego życia nigdy nie było.

Ja miałem tylko nadzieję, że Dorotka została w tamtym mieszkaniu. Płonne były te moje nadzieje. W 1984, wracając ze szkoły z Anią, znów ją zobaczyłem. Leżała na ulicy, obok kartonowych pudeł udających na tamtej ulicy kosze na śmieci, tuż obok jej gałgankowej nóżki leżał gołąb z odgryzioną głową.

Dziś myślę, że krew tego ptaka nie chciała jej dotknąć. Zupełnie jakby wszystko co związane z życiem odrzucało samą możliwość kontaktu z tym cholerstwem. Podobnie reagują ludzie widząc kaleki z widocznymi ułomnościami, ze świecą w ręku szukać kogoś kto ośmieli się dotknąć kikuta, nawet przez ubranie. „To takie nienaturalne” – pomyśli każdy kto znajdzie się w tak paskudnej sytuacji, prawda?

Z resztą, nie ważne, to nie zmienia prostego faktu, ze ona tam leżała. Leżała na cholernym chodniku, na drugim końcu kraju, gdzie nie miała prawa być, bo przecież została w mieście, w którym pochowaliśmy mamę i Martę. Jak więc było to możliwe? To nie było możliwe, ale działo się na moich oczach.

Ania, wtedy moja sympatia, pierwsza i zapewne ostatnia, nie mogła nie zauważyć, że zmartwiałem na środku chodnika. Z tego co mi potem mówiła, bo mój mózg zignorował najwyraźniej jej słowa, zażartowała wtedy, czy aby nie wdepnąłem w psią kupę. Dobry boże, jak ja chciałbym, żeby tak właśnie było, żeby te cholerne czerwone kulki nie patrzyły na mnie i żeby to wszystko było tylko moim chorym wymysłem! Niestety, było inaczej.

Potem, w jej domu, wyjaśniłem jej wszystko. Opowiedziałem o tym jak umarła moja matka i siostra, przyznałem się też, jej pierwszej, że to ja zepsułem Dorotkę. Nie powiedziałem jej tylko jednego, że naprawdę wierze, że ta lalka mnie prześladuje. Nie powiedziałem jej tego, ale i tak się domyśliła.

Dała mi wtedy całusa, takiego słodkiego, koleżeńskiego całusa w policzek, jaki dziewczyny w podstawówkach dają kujonom którzy wyznają im cichcem miłość. Widywałem takie sceny, bo mieszkaliśmy wtedy bardzo blisko podstawówki imienia Janka Krasickiego.

Powiedziała, że to we mnie właśnie kocha, to, ze zawsze będę dzieckiem. To był pierwszy i jedyny raz gdy wyznała mi miłość. Zrobiła to, jak mi się wydaje, żeby podnieść mnie na duchu, żebym nie czuł się tak parszywie. Tak o tym myślałem gdy wychodziłem z jej bramy i szedłem w stronę swojego bloku, mieszkałem niecałe trzydzieści metrów dalej, w innym wielkopłytowcu.

Następnego dnia Dorotka leżała pod schodami prowadzącymi do klatki w której mieszkała Ania. Widziałem ją, słońce odbijało się od szkła zastępującego jej oczy. Widziałem ją, ale nic nie zrobiłem, nie chciałem nic robić. Zbyt paraliżował mnie strach i wstyd, bo tylko to trwało we mnie, gdy patrzyłem na tą przeklętą porcelanową głowę z blond kłakami.

Następnego dnia Ania już nie żyła. Samobójstwo, skok z okna. Tak po prostu, jakby to była codzienność. Milicja rzecz jasna mnie przesłuchała, ale chyba nie wpadli na to by powiązać trzy tajemnicze zgony z moją osobą, zwłaszcza, że w normalnych okolicznościach nic by ich nie łączyło.

Wiecie, widziałem jej ciało. Widziałem je, bo je znalazłem – znów. Wstałem wcześniej, tuż przed świtem, bo chciałem sprawdzić co u Ani, upewnić się, że moje tchórzostwo niczego nie spieprzyło.

Leżała tuż pod swoim własnym oknem, choć dzieliło ją od niego dziewięć pięter. W koło głowy miała aureolę z krwi i czegoś szarego, co z trudem zidentyfikowałem jako mózg – musiały wypłynąć przez uszy i nos, bo nadal widać było zasychające strużki. Wszystkie szwy jej luźniej, różowej piżamy pękły, a dookoła jej sylwetki powstał odrys z wyciekłej jakąś tajemniczą drogą krwi.

Potem, gdy ją zabierali, słyszałem komentarz jednego z sanitariuszy, brzmiał obrzydliwie, ale i w jakiś sposób perwersyjnie zabawnie. Powiedział coś w stylu „Trochę jak żelka, nic twardego w środku chyba nie zostało”. Nieomal zaśmiałem się wtedy.

Gdy następnego dnia lalka pojawiła się pod moją bramą, spanikowałem. Spakowałem wszystkie swoje oszczędności i trochę ubrań i jeszcze tego samego dnia wsiadłem w pociąg nie wiedząc nawet gdzie jedzie. Chciałem po prostu uciec, jak najdalej od tego koszmaru o czerwonych oczach.

Ojciec nie szukał mnie. Chyba zastosował „swoją” metodę radzenia sobie z żalem po stracie, zaczął udawać, że nie istniałem. Trzy lata temu słyszałem, że zmarł. Wybaczcie, że odpuszczę sobie opisywanie wszystkich moich przeżyć na przestrzeni lat. Jest tego za wiele, a ja nie mam już za dużo czasu – ledwo do zmroku. Skrócę więc najbardziej jak potrafię, tak, by nie pozbawić tej historii sensu.

Przez kolejne lata przeprowadziłem szereg… można powiedzieć eksperymentów, o tym jednak potem. Moja, jak nazywają to ludzie mnie znający, obsesja na punkcie zabawek pozwoliła mi zgromadzić całkiem pokaźną wiedzę na ich temat. Dzięki temu dostałem moją pierwszą pracę, przy linii produkcyjnej klocków drewnianych, a potem było coraz lepiej. Stałem się „specem od pomysłów” na kolejne modele i formy zabawek dla „małych ludzi” jak mawiał nasz dyrektor w już „wolnej” Polsce. Moja renoma pozwalała mi na wiele, przede wszystkim na ukrycie faktu, że nie mam żadnego konkretnego wykształcenia. Pozwala mi to też na przebieranie w ofertach pracy i kolejne przeprowadzki.

Udało mi się ustalić, że o ile nie jest tuż obok mnie, o ile nie widzę jej pod moim domem, Dorotka przemieszcza się średnio trzydzieści metrów na dzień. Tyle przynajmniej wynika z moich wyliczeń, ale ja nigdy nie byłem dobry z rachunków (między moim „starym” i „nowym” domem było w zaokrągleniu 109 km i 590 m, przebycie tej odległości zajęło jej 10 lat). Wiem też, że zabija tylko w nocy, pierwszą osobę jaką znajdzie w mieszkaniu w którym akurat mieszkam. Ten fakt jest niezaprzeczalny, sprawdziłem to na dziesięciu z górką bezdomnych, których śmierć kupowała mi dzień potrzebny na spakowanie najważniejszych rzeczy i przeprowadzkę.

Wiecie, przez te wszystkie lata stałem się tyloma osobami… Poważanym specjalistą od projektowania zabawek, zaszczutym uciekinierem, zaprawionym „sprzątaczem” ciał… I wszystko to przez jeden błąd, jedną lalkę. Zabawne? Tak, mnie też to nie bawi.

Wracając jednak do sprawy Dorotki – nie ograniczyłem się tylko do sprawdzania prędkości jej przemieszczania się i sposobu jej działania. To było by głupstwo z mojej strony, trochę tak, jakbym badał temperaturę pożaru szalejącego dookoła mnie i nie myślał nawet nad szukaniem drogi ucieczki.

Przede wszystkim starałem się dotrzeć do informacji o tym kto to draństwo stworzył i po co. Jedyne co osiągnąłem, to wiadomość, że tego typu porcelanowe głowy były produkowane w Austro-Węgrach, w ostatnich latach istnienia tego państwa. Były częściami zabawek produkowanych ręcznie dla bogaczy i szlachty. Zapewne przodkowie Cyganów u których Dorotkę kupił mój dziadek, wygrzebali głowę lalki w jakimś śmietniku, bowiem cała reszta alki była produkcji „czysto ludowej”, jak to określił mój znajomy z Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach. W praktyce znaczyło to tyle, że ktoś do gotowej głowy dorobił ciało z gałganów i ubrał w sukienkę, także swojej produkcji. Co ważne dla mnie, oczy też musiały być produkcji chałupniczej, bo w oryginalnej głowie osadzane były nie szklane, a drewniane, wykonywane na wymiar i malowane gałki.

Drugą rzeczą jakiej dowiedziałem się o moim przekleństwie był fakt, że ścigał i zabijał każdego komu o nim powiedziałem. Działa przy tym identycznie jak w moim przypadku, najpierw „idzie” do tego kogoś z określoną prędkością, pojawia się pewnego dnia pod drzwiami bramy w której ten ktoś mieszka, a w nocy zabija pierwszą osobę jaką znajdzie w tym mieszkaniu. Jeśli nie trafi za pierwszym razem, będzie zabijać do chwili, aż znajdzie tego po kogo przyszła i ruszy znów po mnie, lub kolejną ofiarę znającą prawdę. W każdym razie, na tego, kto będzie bliżej niej w chwili śmierci kolejnej ofiary.

Zabija różnie. Czasem jest to wypadek, czasem wygląda na samobójstwo, dwa razy policja znalazła ślady walki i uznała, że ma do czynienia z morderstwem.

Nie pozwala też wyjechać z kraju. Próbowałem wielokrotnie, samochody psują się i są kradzione, w samolotach do których usiłuje wsiąść ogłaszane są alarmy bombowe, mój paszport jest cofany lub uznawany za fałszywkę… Nie próbowałem jeszcze tylko podróży statkiem, ale to bardziej z powodu, podświadomej raczej, pewności, że i to zawiedzie.

I teraz dowiecie się najważniejszego –tego co chcę wam powiedzieć od początku tego wywodu, od wczoraj wiem, że zabija również tych, którzy dowiedzą się o niej przez Internet. Jednak tu nie działa, sam nie wiem czemu, „prawo wyboru kolejnej ofiary” – jak nazwałem fakt, że rusza na każdą kolejną ofiarę z chwilą zabicia poprzedniej. Gdy dowiadujesz się o niej z sieci, tak jak teraz, w jakiś niewytłumaczalny sposób idzie wprost na Ciebie, Ciebie i każdego innego kto wie o niej z sieci na raz.

Tak, owszem. Zrobiłem Ci to. Zrobiłem to wam wszystkim, którzy dobrnęliście do tego zdania.

Dziś jest na końcu ulicy Bocznej we Wrocławiu ( https://goo.gl/maps/yvVJ5 ), pamiętajcie, że porusza się zawsze w linii prostej i ze stałą prędkością!

Widzicie? Mówiłem, teraz jesteśmy sobie bliżsi niż jacykolwiek inni ludzie na świecie, poluje na nas. Niedługo się ściemni, a to mój ostatni dzień w tym mieszkaniu. Dziś widziałem ją pod drzwiami klatki schodowej, a nie udało mi się znaleźć żadnego bezdomnego, chętnego na nocleg przy moich drzwiach.

Powodzenia i życzcie mi tego samego, teraz jedziemy na tym samym wózku. Cieszę się, że jesteście ze mną, miło mieć towarzystwo.

Autor: Quidam

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

A tak w ogóle do mnie ma 90 km czyli jeśli dobrze policzyłam mam 3 miesiące, które minęły xD
Odpowiedz
Ej ziomek świetna historia ��
Odpowiedz
Przez tą historię nie wiem co zrobić ze swoim życiem xD
Odpowiedz
Ja jestem z Wrocławia xD. Ale tyle lat minęło.. :D
Odpowiedz
Nie, nie, nie. To chyba nie jest prawda, co?
Odpowiedz
No , to ma do mnie jakies 1000km :D zdaze ze starosci paść :D
Odpowiedz
Ale słabe... Poza tym, drążył kto ją stworzył i po co, obliczył jej prędkość, patrzył jak zabija tyle ludzi... A może było ją kur.. spalić, tak trudno?
Odpowiedz
Do zobaczenia za około 39 lat :P
Odpowiedz
34 lata ,_, Czekam ツ
Odpowiedz
Jakos ostatnio kiepsko sie czuje ;<
Odpowiedz
po przeczytabiu tego byłem 3 azy za granicą i nic nie spadło nic nie wybuchło
Odpowiedz
Jak ja bym spotkał taką lalkę to bym wrzucił do pieca bo akurat mam xd
Odpowiedz
Wyobraźcie sobie osobę mieszkający na Bocznej z kolekcją porcelanowych lalek
Odpowiedz
Ponad 1000km hehehe
Odpowiedz
Kurwa ja mieszkam we Wrocławiu...
Odpowiedz
Końcówka spierdolona po królewsku
Odpowiedz
Mieszkam w Szwecji, dokładnie 1078km od miejsca z którego "idzie"lalka, zajęło by jej to około 100 lat, szach-mat lalko
Odpowiedz
Czy mogę już umierać na zawał? Dwa miesiące temu mieszkałam we Wrocławiu kawałek od ul. Bocznej... Gdy czytałam tą pastę ominęłam ten JEDEN JEDYNY AKAPIT, który mówił jak porusza się Dorotka. Teraz mieszkam w Kielcach obok owej Fabryki Zabawek, a aktualnie wyjechałam do Londynu. Powtórzę pytanie: Czy mogę już umierać na zawał???
Odpowiedz
Ch****** nie polecam, zmarnowałam chwile życia na przeczytanie tego
Odpowiedz
zaraz wyjebie moją porcelanową lalkę, którą dostałam już dawno temu od babci, z pokoju XD
Odpowiedz
spale ją. lol
Odpowiedz
gdy dorotka przyjdzie do mnnie to sie przestraszy mojego pieseła ktury ją potem zje i luj wszyscy przeżyjemy XD (kij z błęćdami orto i tam mam przecież umrze jak się bawć to się bawić :D)
Odpowiedz
A dlaczego nie wpadłeś na to, żeby ją rozgnieść i rozciąć na kawałki, a potem spalić?
Odpowiedz
Trololololo spalić lalkę i po problemie.
Odpowiedz
Nieee! Dorotko, proszę, nieeeeee!!! Tylko nie to!!!
Odpowiedz
no, to czekam :D
Odpowiedz
Musze czekać 40lat + musi zabić każdego z Was po drodze co daje mi dodatkowy 1 dzień. Chyba zdąrze dożyc emerytury xD
Odpowiedz
170 lat w jedną stronę... Ej, jak jestem za granicą, znaczy, że nie mogę już wrócić? Czyli wakacje "do końca życia"?
Odpowiedz
Umarłam, ale przeżyłam ^^
Odpowiedz
A Dorotka to takie slodkie imie...
Odpowiedz
piesio czesio jeżeli to przeczytałeś/aś jesteś uwolniony/a od wszystkich durnych łańcuszków świata i klądw nie dziękuj ;p
Odpowiedz
Sory lalko na fejsie napisali mi że klątwy się mnie nie tyczą na 4ever. Hahahaha i co teraz
Odpowiedz
W linii prostej ze stałą prędkością...o matko.... Fizyka !
Odpowiedz
Czy wspominałem kiedyś że jestem piromanem ? Lalki jeszcze nie wysadzałem
Odpowiedz
podlotek pot. «dorastająca dziewczyna» http://sjp.pwn.pl/sjp/podlotek;2502354.html
Odpowiedz
Ochujało cię?!Ja mieszkam we Wrocławiu!A najdziwniejsze jest to że przed chwilą zastanwiałam się kiedy w opowiadaniu ktoś wspomni o moim mieście...
Odpowiedz
Zapraszam do mnie Dorotko :3 W domu nuda :/ przyda się jakaś rozrywka ;p
Odpowiedz
No nie powiem, fajna. Ale chyba one mnie nie za bardzo lubią. Nigdy nie przychodzą. A fajnie by było, wypic kawe lub herbate z lalką która zabija. A i myślicie lubi kawe herbate czy może sok?
Odpowiedz
Krwawa mery:)
Odpowiedz
Nie warte czytania. - Phantom :))
Odpowiedz
Świetna pasta,trochę nudzi ale wciąga.
Odpowiedz
Niestesty umarłam ... ale przeżyłam :D
Odpowiedz
to czyli co ? Ja mieszkam w Belgii to jest z polski jakieś 1000 km (no trochę mniej ) to co ja mam czekać aż wreszcie tam was tam wszystkich zabije ?!
Odpowiedz
Ja bym ją spaliła i rozbiła oczka młotkiem, hmn ciekawe czy wtedy ścigałyby mnie jej szczątki
Odpowiedz
Jak on zrobił to z mapą
Odpowiedz
Mieszkam w Warszawie troszeczke jeszcze do mnie ma xD
Odpowiedz
"- Daleko to jest? - W ch*j daleko.. - A gdzie to? -Widzisz te drzewo na horyzoncie? - Taakkk - To w pizdu i jeszcze dalej." Powodzenia :D
Odpowiedz
dobre :D
Odpowiedz
Coś w stylu ,,Oszukać przeznaczenie''
Odpowiedz
Czerwone korale, czerwone niczym wino ... :D
Odpowiedz
Czerwone korale, czerwone niczym wino... :D
Odpowiedz
Znam to
Odpowiedz
:D
Odpowiedz
ja pie***le ona tu jest!
Odpowiedz
Zapraszam do Colorado Dorotko ;)
Odpowiedz
Czekam, czekam, i doczekać się nie mogę. Dorotko przybywaj! <3
Odpowiedz
Hahaha Gabrysia Fundament - genialne ^^
Odpowiedz
21-22 lata nie jestem pewna. Powodzenia życzę jeżeli uda ci się przeżyć pod moim drzwiami. Mam dwa psy... Uwielbiają zabawki ;D
Odpowiedz
WROCŁAWIU, DLACZEGO XDDDD
Odpowiedz
Spoko fajne chociaż noe prawdziwe
Odpowiedz
za długie, nie chc emi się czytać :P
Odpowiedz
Nie masz się czym chwalić ;)
Odpowiedz
trochę się teraz boję ;--;
Odpowiedz
Jestem w irlandi kurde :D
Odpowiedz
Niech nakurwia ._. czekam za 30 lat choć historia miejscami idiotyczna xD
Odpowiedz
luudzie.. to opowiadanie nie prawda... ehhh wczoraj byłem na zawodach we wrocławiu i pojechaliśmy akurat na Boczną do studia, by je zwiedzić. i spaliśmy w pobliskim hostelu... jak widać, jeczcze żyję
Odpowiedz
Przeczytałam weszłam w link'a i pokazało moje miasto i moją ulice !!! prawiee się zeesrałam, xDD ale doobrze to ktoś zrobił że tak samo namierza ;) Ale dla bezpieczeństwa nie pójde dzisiaj spaać xDD :D
Odpowiedz
Znam karate laleczko
Odpowiedz
1 like jeden wieniec na pogrzeb ;)
Odpowiedz
No i gdzie ta lala? Na Bocznej jej nie ma. :<
Odpowiedz
Dodacie to zdjęcie? Bo nie mogę znaleźć, chyba że już po mnie idzie...
Odpowiedz
Jak myślicie woli sok pomarańczowy czy jabłkowy ? Co prawda jeszcze z 20 lat no ale cóż, trzeba się przygotować na tak miłego gościa. Nie ukrywając się wystraszyłam na początku. Ale ile już czytałam wiele takich rzeczy: raz miała do mnie przyjść Laleczka Chucky i odrąbać mi głowe, jednak nie przyszła :( , a raz miała mi poderżnąć gardłlo zakrwawiona zjawa ze zlewu :D
Odpowiedz
27 lat
Odpowiedz
Dzwonię po Winchesterów.
Odpowiedz
Ej ludzie? Żyjecie?
Odpowiedz
Zostało mi jakieś 8 lat życia :x
Odpowiedz
Mieszkam w Szkocji więc jestem bezpieczna xD
Odpowiedz
dorcia czekam na ciebie rzeszow;XDDDDDDDDD to nawet nie bylo straszne, slabe ale oki
Odpowiedz
ZAJEBIŚCIE ŻE MIESZKAM WE WROCŁAWIU A DO MOJEGO DOMU JEST LINIA PROSTA NO TO DZIĘKI NOM
Odpowiedz
Mistrzostwo ! Styl na miare S. Kinga ! Bomba. Ciekawe czy cos wydaje. Jak nie to niech zacznie. Na pewno kupie ;p
Odpowiedz
szczerze ? straszne ;v
Odpowiedz
lol
Odpowiedz
Chyba jedyna historia, któej się naprawdę przestraszyłem :)
Odpowiedz
Czytałam rok temu, była we Wrocławiu, czytam teraz, dalej jest we Wrocławiu, a ja powinnam już od 2 miesięcy nie żyć! To jest jawna DYSKRYMINACJA!
Odpowiedz
Nikt nie wpadł na rozwalenie jej oczek młotkiem i pocięcie jej na kawałeczki? ... geniusze :D
Odpowiedz
nie daleko policji więc może ją zamkną
Odpowiedz
Łoo kurde. Ale to było dobre.
Odpowiedz
O kurczaki xD Doobre. Do mnie laleczka ma... cos koło 20 lat ;P
Odpowiedz
Do mnie jakieś 30 lat
Odpowiedz
Mieszkam w Greferbergerstanie,problem?
Odpowiedz
hahah, nie wiem co bierzesz gościu, ale zmień dilera. xD a historia całkiem niezła. ;D
Odpowiedz
25 lat. trochę czasu jeszcze jest....
Odpowiedz
U mnie miała być wczoraj ale przez ten śnieg się spóźnia :( czekam na nią z ciasteczkami i gorącym kakao :D
Odpowiedz
zima zaskakuje drogowcow, jak widac lalki tez nie maja lekko :)
Odpowiedz
Hahha, nawet spoko, ale w to COŚ nie wierze :p
Odpowiedz
No to Dorotko..widzimy się za 17 lat .. będe czekać ... z kompletem narzędzi ... ;)
Odpowiedz
Posrało
Odpowiedz
Haha nie wierze w to
Odpowiedz
Mam 138 lat życia. No to czekam ziom xd
Odpowiedz
a ja sobie na nią spokojnie poczekam, a jak przyjdzie to opierdole na rynku albo do pieca wrzuce, poza tym, skoro ma porcelanową głowe, to czemu autor jej poprostunie rozbił, a szmacianego torsu nie wrzucił do ognia?
Odpowiedz
Laleczka Chucky? :v
Odpowiedz
Zapraszam do Berlina, hahahaha :D
Odpowiedz
1405 km do mnie, co daje mi jakieś ( o ile dobrze policzyłam) ok 128 lat życia :3
Odpowiedz
Muahahahahaha do Los Angeles raczejtak szybko nie doplynie
Odpowiedz
Trzymajmy się razem, a nie zginiemy, przynajmniej nie wszyscy. xD
Odpowiedz
LOL
Odpowiedz
MotherFucker!
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje