Historia

Siri: Część V

sundowner 0 7 lat temu 10 280 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Część I: http://straszne-historie.pl/story/1991

Część II: http://straszne-historie.pl/story/2036

Część III: http://straszne-historie.pl/story/2038

Część IV: http://straszne-historie.pl/story/2043

Pozbyłem się już wszelkich złudzeń i logiki. Nic nie miało sensu. Gadający iPhone? Super. Spłonęło mi mieszkanie? Zdarza się. Ale coś takiego?

Zacząłem z trudem łapać oddech. Bryant przykucnął przede mną i pewnie chwycił mnie za ramię. Mój oddech stawał się coraz szybszy i niespokojny. On zaczął mówić dalej:

- Tak mi przykro, Artie. - Chyba aż do tego momentu część mnie wierzyła, że to może być jakiś jego zły brat bliźniak; może ktoś inny, kto wyglądał bardzo podobnie, ale odmawiałem przyjęcia do wiadomości, że to był on sam. Jednak tylko Bryant mówił do mnie Artie. Zawsze powtarzał, że moje imię, Arthur, było zbyt lamerskie, więc dał mi ksywkę "Artie".

Cały się trzęsłem i nic nie mogłem na to poradzić. Byłem zlany potem i pokryty siniakami. Miałem wrażenie, że ręka, która wcześniej chwyciła mnie za gardło, nadal mnie trzymała. Bryant nadal miał rękę na moim ramieniu.

- Nigdy nie chciałem sprawić ci tylu problemów. - kontynuował.

Po jakimś czasie mój oddech się uspokoił. Bryant szybkim ruchem podniósł mnie z ziemi mówiąc, że nie mamy wiele czasu.

- Dr. Thomas zostawił jasne instrukcje, na wypadek swojej śmierci. - Bryant zaczął iść w kierunku wyjścia z lasu. Ja się nie ruszyłem. Czy to jakiś jebany duch? Strasznie mnie suszyło.

- Ty jesteś prawdziwy? - Głupie pytanie, wiem, ale co niby miałem powiedzieć?

Bryant się zatrzymał, odwrócił do mnie i uśmiechnął.

- Wiele się dzieje, Artie. Znacznie więcej, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić, ale nie mogę ci teraz wszystkiego wyjaśnić. Musisz mi zaufać, okay?

Spojrzał na mnie w taki sposób, jakby chciał przez to powiedzieć: "Obiecuję, że wszystko będzie dobrze." Wiedziałem, że to był Bryant, z którym przyjaźniłem się od lat i wiedziałem, że nie próbował mnie zabić ani nic z tych rzeczy, bo już byłbym martwy. Podążyłem za nim.

Wróciliśmy do samochodu, którym tu przyjechałem. Bryant prowadził. Co chwilę spoglądałem na tylne siedzenie, aby upewnić się, że nikt nie spróbuje mnie udusić.

- Już go nie ma. - powiedział Bryant szczerząc się w zadowoleniu.

- Kim Oni są? - Tylko tyle chciałem wiedzieć.

- Każdym. - Bryant wzruszył ramionami, a potem skręcił gwałtownie na drogę międzystanową. Z każdą mijającą sekundą coraz bardziej nie wiedziałem, co się dzieje.

- Co? Co masz na myśli? - chciałem go zapytać jakim, kurwa, cudem jeszcze żyje, ale nagle zmieniliśmy kierunek jazdy i znaleźliśmy się na długiej prostej, na autostradzie, którą bardzo dobrze znałem. Jechaliśmy do mojego koledżu. Jeździłem tędy na zajęcia codziennie. Przez okno widziałem majaczące na horyzoncie światła akademika.

Zatrzymaliśmy się przed budynkiem Badań Nauk Biologicznych. Jako kandydat do tytułu magistra zdążyłem już poznać tę część kampusu przez kilka ostatnich lat. Wysiadłem i błagałem Bryanta, aby wszystko mi powiedział. Miałem ochotę się popłakać u jego stóp i uściskać go jednocześnie. Tak bardzo chciałem się dowiedzieć, co się dzieje.

Siri przemówiła z mojej kieszeni:

"Przybędą za dziesięć minut." Zapomniałem, że Bryant oddał mi telefon i się wystraszyłem. Wyjąłem telefon z kieszeni i chciałem go dać Bryantowi.

- Masz, weź go. Ja go nie chcę. Mam dość. Nie będę za tobą łaził. Nie chcę mieć z tym już nic wspólnego. Mam, kurwa, dość ciebie i tego wszystkiego - o cokolwiek tu, kurwa, chodzi! - łatwo straciłem panowanie nad sobą, ale chyba miałem do tego prawo. Bryant odepchnął moją rękę dając mi do zrozumienia, że mam zatrzymać komórkę; smutno się uśmiechnął.

- Chciałbym, żebyś nie musiał tu być, Artie. Jednak jeśli teraz odejdziesz, będziesz martwy w ciągu kilku minut. - aż ścisnęło mnie w żołądku, kiedy to powiedział. - Proszę, Dr. Thomas ci ufał. Musimy dokończyć to, co zaczęliśmy. - ruszył szybkim krokiem przez parking. Nie miałem wyboru - pobiegłem za nim.

Nie mieliśmy problemów z wejściem do budynku; była druga w nocy, a ekipa sprzątająca zazwyczaj zostawia wszystko pootwierane dla studentów pracujących nad tytułem naukowym. Spędziłem w laboratorium wiele nocy, więc znam ten ból. Popędziliśmy wzdłuż korytarza na parterze, staraliśmy się pozostać niezauważeni. Winda zabrała nas na jedenaste piętro, gdzie znajdowały się główne laboratoria badawcze. Nigdy nie zapuszczałem się tak daleko. To miejsce było ogromne.

Kiedy drzwi winy się rozsunęły, Bryant powiedział, abym poszukał pomieszczenia z czerwonym diamentem na drzwiach. On udał się w lewo. Chyba miał na myśli to, żebyśmy się rozdzielili, zatem ja poszedłem w prawo. Nie szukałem niczego konkretnego. Rozmyślałem nad swoim życiem jeszcze sprzed dwóch tygodni: miałem zamiar iść do szkoły medycznej w Nowym Jorku. Tak daleko od miejsca, w którym byłem teraz. Może poznałbym nowych ludzi i zdobył "prawdziwych" przyjaciół. Może rzeczywiście zostałbym lekarzem i ratował ludzi. Może wreszcie zrobiłbym coś ze swoim życiem.

W samym środku mojej żałosnej konsternacji telefon zaczął wibrować w kieszeni. Pośpiesznie go wyjąłem. NUMER NIEZNANY. Poczekałem jeszcze kilka sekund, zanim odebrałem.

- Słucham?

Głos był niski i zniekształcony; brzmiał nieco mechanicznie. Nie byłem w stanie powiedzieć, czy to był człowiek, czy automat:

- Posłuchaj mnie. Za kilka minut Oni dotrą tutaj. Bryantowi nie można już ufać. Musisz się stamtąd wydostać. Musiałem zaczekać z tą rozmową, aż będziesz z dala od niego. Musisz się stamtąd wydostać. Bryant jest jednym z nich.

- Kto mówi? Kim jesteś? - głos prawie mi się załamał.

- Powodzenia, Arthurze Gregory Williamsie. Pilnuj pendrive'a. Nie uruchamiaj go. - po czym usłyszałem trzeszczący pisk i połączenie się się zakończyło. Ten ktoś znał moje pełne dane. Niby skąd, do cholery?

- Artie! Znalazłem. - obejrzałem się. Bryant wyściubiał głowę zza rogu, gwałtownie gestykulując, abym szedł za nim. Byłem rozdarty. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Byłem pewny, że coś jest nie tak, ale potrzebowałem wyjaśnień. Musiałem, kurwa, się dowiedzieć.

Wszedłem do pomieszczenia z czerwonym diamentem na drzwiach. To była po prostu czytelnia. Na ekranie projektora była twarz. Nie byłem w stanie określić, kto to był - to mógł być ktokolwiek. Nie miał włosów, żadnych wyróżniających cech twarzy. Płeć była nie do rozróżnienia.

- Sfingowałem moją śmierć - powiedział Bryant z korytarza. - To było jedyne wyjście.

Nie dowierzałem.

- Da się sfałszować swoją śmierć?

- Przecież tu jestem, nie? - szczerzył się. - Wiem, że sceptycznie do tego podchodzisz. Ostatniej nocy, której się widzieliśmy, rozmawialiśmy o tym, gdzie zamierzamy iść do szkoły medycznej. Ty myślałeś o Nowojorskiej Szkole Medycznej, ja chciałem iść na Harvard. Twoja siostra ma na imię Erin. Twoim ulubionym kolorem jest zielony, bo takiego koloru była kanapa w twoim mieszkaniu. Mam dalej wymieniać?

Takie rzeczy mógł wiedzieć każdy, ale uśmiechnąłem się tylko i przytaknąłem. Bryant wcisnął guzik, pojawił się opuszczany stół. Leżały na nim zwłoki. Ćwiczyliśmy na takich, kiedy przygotowywaliśmy się do egzaminów.

- Sfałszowanie swojej własnej śmierci jest naprawdę łatwe, zwłaszcza przy dostępie do dzisiejszej technologii. A jeszcze łatwiejsze, jeśli masz dostęp do nieboszczyków. - Bryant wyciągnął swojego iPhone'a i podszedł do mnie.

- Otwórz szeroko. - powiedział. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Bryant złapał mnie za szczękę i otworzył usta za mnie. Chyba robił zdjęcia moich zębów, trwało to tylko chwilę.

- Właśnie skopiowałem profil twoich zębów. Teraz muszę tylko podłączyć to do komputera, zrobić kilka kopii i już mamy twoje zęby. Potem zabiorę je do twojego mieszkania, porozrzucam je tam i oficjalnie, Arthurze Williamsie, będziesz martwy.

Serce waliło mi tak szybko, jakby miało zaraz eksplodować. Adrenalina wróciła. Byłem gotowy stąd wiać.

- Czemu musimy fałszować naszą śmierć? Kim są ludzie, którzy zabili Dr. Thomasa?

- Posiadamy tajemnicę nieśmiertelności. Już nigdy nikt by nie musiał umrzeć. Niepotrzebne byłyby już leki i doktorzy. Będziemy zdrowi i szczęśliwi. Ludzie, którzy starają się cię zabić, nie są zabójcami do tego szkolonymi. Pracują dla rządu. Sprawa polityczna. Nie jestem dokładnie pewien. W każdym razie chodzi o kasę. - drwił, chodząc w tę i we w tę po schodach czytelni. Chodził w ten sposób, kiedy się denerwował, pamiętam to z wielu wspólnych egzaminów.

- Nikt już nie zachoruje - nikt nie będzie potrzebował leków. Firmy stracą pieniądze. - Bryant podłączył swój telefon do komputera i odwracając się w stronę ekranu projektora, nagle spojrzał na mnie. Aż się potknąłem, zaskoczony.

- Kim chcesz być, Artie? Może być kimkolwiek chcesz. Bogatym, biednym, sławnym, seksownym. Ja osobiście bym wybrał bycie seksownym. - traktował to wszystko jak dobry żart.

- Nic nie chcę. Nie chcę udawać martwego.

Wtedy Siri krzyknęła:

"Uciekaj. Już!"

Odwróciłem się i pognałem po schodach. Elektroniczne drzwi zatrzasnęły mi się przed twarzą. Odwróciłem się i zobaczyłem, że Bryant trzyma pilota. Jego twarz była teraz bez wyrazu, zupełnie rozluźniona; oczy twardo wpatrzone we mnie. W końcu zacząłem dostrzegać, że nie był to ten sam Bryant, którego znałem.

- Nie tylko rząd chce się do tego dorwać, Artie. Ludzie, tacy jak my, też. Powinieneś bać się tak samo jak ja.

- Co do chuja...? - Mój dodech prawie nie nadążał za walącym sercem.

- Jeśli nikt już nie będzie chorował, to nikt nie będzie potrzebował lekarzy. Takich jak my. Nie będzie nas. - z tylnej kieszeni wyciągnął broń. Mój pistolet. Upuściłem go w lesie, kiedy uciekałem. Wycelował we mnie. Stałem tam, mając na twarzy wyraz złapanego na gorącym uczynku, wpatrywałem się w lufę mojej własnej broni.

- Nie chcę tego robić, Artie, - westchnął - ale chyba będę zmuszony.

Z mojego telefonu wydobywało się mechaniczne pikanie. Drzwi za mną otworzyły się szeroko. Upadłem na podłogę, gdy rozległ się pierwszy strzał. Na czworaka wymknąłem się na drzwi. Wstałem i pobiegłem wzdłuż korytarza.

"Oni tu są!", wrzeszczała Siri.

Drzwi prowadzące na schody otworzyły się za mną z hukiem, zobaczyłem powiększające cienie na ścianach. Kroki, które nie należały do mnie. Usłyszałem kolejny wystrzał zza ściany. Tłuczone szkło. Łzy spływały mi po twarzy, nie przestawałem biec. Moje pierwsze łzy strachu. Zupełnie różne od łez bólu lub smutku, tyle wam powiem.

Wyskoczyłem przez drzwi prowadzące do chodnika pomiędzy budynkiem Badań Nauk Biologicznych, a Chemicznym. Biegłem, ile miałem sił w nogach. Prawdopodobnie zdobyłbym złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich. Szyby wokół mnie wydawały się być trumną. Dotarłem do drzwi na przeciwległym końcu, gdy drzwi z tyłu się otworzyły. Stał tam Bryant, krew pokrywała całą prawą stronę jego twarzy. Krzyczał, celując we mnie bronią.

Moich uszu dobiegł nagły świst i trzask, pochodzące z zewnątrz chodnika. Domyśliłem się, że jeden z kabli podtrzymujących strukturę. Podbiegłem do okna, zobaczyłem czarną postać z czym w rękach. Kolejny trzask i świst. Chodnik zaczął się osuwać pod moimi stopami. Bryant wystrzelił, ale trafił w szybę.

Trzask i świst! Kable po kolei się urywały. Spojrzałem na drugi koniec szklanego korytarza na Bryanta, który upadł na kolana, łkając. Wiedział, że przegrał. Trzymałem za klamkę. Mógłbym iść do niego, ale się bałem. Zwykła szczerość.

Żadnych pełnych emocji pożegnań. Nic. Zwyczajnie, otworzyłem drzwi, gdy tylko usłyszałem łamane szkło i stal za sobą. Cały budynek się trząsł. Padłem na ziemię nasłuchując zapadającego się chodnika. Leżałem na zimnych kafelkach, w moim odczuciu przez długie godziny, aż telefon zaczął wibrować koło mojej głowy.

Siri zaczęła mówić:

"Bryant Matthew Rhodes. Martwy."

Podniosłem się, ale zapomniałem o telefonie. Byłem jak zombie. Nic mnie już nie obchodziło. Sunąć stopami po podłodze podszedłem do drzwi wyjściowych. Za sobą usłyszałem szybkie kroki. To koniec, pomyślałem, znaleźli mnie. Jednak już miałem to gdzieś. Odwróciłem się, oczekując kuli i światła na końcu tunelu.

Zamiast tego objęły mnie ręce. Nie zdążyłem się nawet zorientować, co lub kto to był. Odsunąłem się i o mało nie przewróciłem w szoku.

Moja matka stała przede mną. Szybko podała mi telefon, który zostawiłem za sobą.

- Masz tylko kilka minut, Arthur. To wystarczy, aby się stąd wydostać.

- Mamo... - wpatrywałem się w nią bezmyślnie.

Dała mi kluczyki do swojego samochodu.

- To już prawie koniec, skarbie, obiecuję. Musimy umieścić tego pendrive'a w jakimś bezpiecznym miejscu. Jedź do biblioteki miejskiej. Będziemy tam czekać.

Bez dalszego gadania wyszła na klatkę schodową. Pobiegłem za nią, ale drzwi były zamknięte. Waliłem w nie pięściami, krzyczałem. W oddali usłyszałem syreny. Wiedziałem, że zaraz będzie tu tłum policjantów.

Siri ponownie przemówiła z mojej dłoni:

"Obrano cel końcowy. Biblioteka Publiczna. Przewidywana godzina dojazdu: 04:00."

---

Część VI: http://straszne-historie.pl/story/2079

Alternatywne zakończenie: http://straszne-historie.pl/story/2080

---

Tłumaczenie: Lestatt Gaara

Autor: TheLastZ @ Reddit NoSleep

(CC) BY-NC-ND 3.0 © Przy kopiowaniu proszę o zachowanie autora, tłumacza i obu źródeł.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje