Historia

Opuszczony Dom

narrator 17 6 lat temu 11 589 odsłon Czas czytania: ~16 minut

„Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym” - Howard Phillips Lovecraft

Długo zastanawiałem się, od czego zacząć opowiadać tę historię. Aż w końcu znalazłem powyższe słowa, które pozwolą mi wydusić z siebie to, co się we mnie gnieździ.... przynajmniej mam taką nadzieję…

Razem z moim przyjacielem, Krzyśkiem, mieszkamy w jednym z niewielkich miast, leżących niedaleko zachodniej granicy kraju. Lubimy chodzić na długie spacery, podczas których zwiedzamy nie tylko obrzeża miasta, ale i niewielkie wsie, bądź miasteczka położone niedaleko naszego. Na jednym z ostatnich spacerów odkryliśmy ciekawe miejsce – opuszczony dom jednorodzinny… w sąsiedztwie którego znajdowały się inne, zamieszkałe przez szczęśliwe, kochające się rodziny. Było to – o dziwo – w naszym mieście, więc byliśmy tym bardziej zaskoczeni, że wcześniej go nie znaleźliśmy. Dokładniej rzecz ujmując, znajdowało się w jego północnej części, niemalże na samych obrzeżach. Jednak z powodu późnej pory zdecydowaliśmy, że zbadamy je następnego popołudnia. Wróciliśmy więc do domów.

Ten dom w dziwny sposób mnie zafascynował, mimo, iż widziałem go tylko z zewnątrz, w dodatku przez zaledwie kilka minut, wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Coś mnie do niego ciągnęło, coś, czego za żadne skarby świata nie potrafiłbym nazwać; jakieś dziwne, nienazwane uczucie.

Z drugiej strony, gdzieś w głębi serca czaił się skrywany niepokój, który powoli, bez pośpiechu, zaczynał mnie paraliżować.

Jednak, póki co, fascynacja nowym, niezbadanym jak dotąd obiektem skutecznie rozpalała moją wyobraźnię.

Ja i Krzysiek bardzo lubiliśmy takie stare miejsca, opuszczone place budowy, zrujnowane domostwa, rozpadające się pozostałości po wspaniałych klasztorach, skrywające tajemnice, których nikt nigdy nie miał w pełni poznać.

Rozkoszowałem się tym wyjątkowym uczuciem, dotykając zmurszałych ścian o odpadającym tynku, drewnianych, zgniłych poręczy, mając świadomość, że dotykam historii.

Nie wiem, jak to było z Krzyśkiem, ale ja właśnie tak się czułem.

Uwielbiałem takie bliskie spotkanie z przeszłością. Uwielbiałem dotykać tych rozpadających się, niemych świadków dawnych czasów, wdychać niepowtarzalny zapach, jaki wydaje rozkładające się, nadgniłe drewno.

W prawdzie ów tajemniczy dom był murowany od góry do dołu, ale i tak nic nie umniejszało jego niesamowitości w moich oczach.

Przyszedłem do Krzyśka tak, jak ustaliliśmy poprzedniego wieczoru. Gdy słońce było jeszcze w miarę wysoko na horyzoncie, nacisnąłem guzik na domofonie i do moich uszu dobiegł cichy brzęczyk.

Po krótkiej chwili usłyszałem, jak mi się zdawało, lekko zaspany głos przyjaciela. Polecił mi wejść na górę, co też niezwłocznie uczyniłem.

Krzysiek mieszkał na pierwszym piętrze w niewielkiej kamieniczce niedaleko centrum miasta.

Wbiegłem po schodach i zapukałem do drzwi. Niemal natychmiast otworzyły się na oścież; w progu stał mój przyjaciel. Przywitaliśmy się i wszedłem do środka. W mieszkaniu Krzyśka spędziliśmy kilkanaście minut, wypiliśmy w tym czasie kawę, a ja pobawiłem się z jego pieskiem, suczką Wiki. Przed wyjściem Krzysiek oświadczył, że musi ją wyprowadzić. Wiki była niewielką suczką o kędzierzawej sierści.

Oprowadziliśmy ją kilka razy wokół kamienicy Krzyśka, po czym Wiki została – dla zaoszczędzenia czasu – zaniesiona przez niego na górę.

Po paru minutach ruszyliśmy w drogę. Czekała nas około trzykilometrowa wędrówka na koniec miasta. Szliśmy nieśpiesznym krokiem, rozmawiając o wielu rozmaitych sprawach, jednych bardziej ważnych, innych mniej. Rozmawialiśmy o naszych wyprawach, planowaliśmy następne wędrówki.

Następnego dnia mieliśmy wybrać się po raz kolejny do opuszczonego klasztoru w niewielkim miasteczku niedaleko naszego miasta. To miejsce miało tak zniewalający klimat, że nieraz miałem ochotę usiąść wśród rozsypanych wokół cegieł, wziąć jakiś zeszyt, długopis i zacząć pisać. Nie miałem pojęcia, co dokładnie, ale byłem pewien, że wyobraźnia by mnie poniosła i napisałbym coś… dobrego.

Spytałem się Krzyśka, czego się spodziewa po tym opuszczonym domostwie, czy ma jakieś oczekiwania, co do tego, co możemy zastać wewnątrz.

Odparł w lekkim zamyśleniu, że wnętrze będzie zapewne opustoszone, choć mogą znaleźć się jakieś graty.

Z tego, co widzieliśmy poprzedniego dnia, parter jest w dość kiepskim stanie, do środka można dostać się jedynie po zdewastowanych schodach, na których porozrastały się gałęzie krzaków, przez co wejście po nich stanowiło nie lada wyczyn.

Na szczęście dla nas – bo już nie po takich schodach chodziliśmy – nie stanowiły one większego wyzwania.

Przez cały czas naszej wędrówki przez miasto, słońce ani razu nie skryło się za chmury, których tego dnia było jak na lekarstwo. Prażyło niemiłosiernie, smażąc nasze karki i wyciskając z nas siódme poty, mimo, iż cienie były już coraz dłuższe.

W końcu zeszliśmy z głównej ulicy i skręciliśmy w ostatnią uliczkę, przed granicą miasta. Wiła się jak wstęga, a niewielkie domki były gęsto usiane po obu jej stronach. Odchodziła kilkakrotnie na boki, nas jednak interesowało to, co znajduje się na jej końcu. Minęliśmy pierwszy skręt w prawo, jeden skręt w lewo, drugi skręt w prawo, aż w końcu go zobaczyliśmy.

Stał osamotniony na końcu drogi, która skręcała w lewo, przechodziła w mostek nad niewielką rzeczułką, po czym ciągnęła się asfaltem w głąb lasu.

Stanęliśmy naprzeciw domu i rozejrzeliśmy się wokoło. Cicho i pusto.

Wybornie.

Nasze oczy z pożądaniem pieściły ściany domu i jego otoczenie.

Posesja otoczona była wysoką, dziko rosnącą trawą i kilkoma karłowatymi drzewami. Rozpadający się dach, na którym nie pozostało zbyt wiele dachówek, wymowne, ciemne dziury zamiast okien, rozsypujące się, choć na szczęście nadal stabilne schody… Taki widok niegdyś zapewne pięknego budynku, popadającego teraz w ruinę, budził w ludziach lekki niepokój… Niewykluczone, że z domieszką strachu, który, jak wiadomo, jest podstawowym ludzkim uczuciem.

Strach był w człowieku od zawsze i będzie w nim nadal, czy tego chce, czy nie. Nie można wyrzec się czegoś, co warunkuje naszą egzystencję.

W nas jednak rozbudzał dziwny, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że lekko chorobliwy entuzjazm, który rósł z minuty na minutę, gdy tak staliśmy jak zahipnotyzowani na środku ulicy. Spojrzałem na resztki ogrodzenia, z którego ostał się jedynie niewielki fragment zwykłej siatki oraz szkielet bramki w postaci trzech zespawanych ze sobą prętów, pod którymi ledwo się mieściłem (a do najwyższych nie należę).

Przeniosłem wzrok na dach. Na widok dwóch dziur po ok-nach, po plecach przebiegł mi niekontrolowany dreszcz. Nolens volens wyobraziłem sobie zjawę pojawiającą się na mgnienie oka w jednym z nich; czyli akurat tyle, by zmysł wzroku mógł ją zarejestrować.

Schody prowadziły do drzwi znajdujących się niecałe dwa metry nad ziemią. Po obu ich stronach ziały dwie czarne jamy w ścianie; pod prawą znajdowała się drewniana brama, która jednak była zablokowana ciężkim, kamiennym blokiem, bardzo podobnym do tego, z którego wyciosane były schodki.

Gdzieś głęboko w moim umyśle pojawiło się przypuszczenie, że kiedyś mogło to być wyjście z piwnicy, lub coś o podobnym przeznaczeniu.

Spojrzeliśmy na siebie. Krzysiek skinął głową i powoli weszliśmy na teren posesji, starając się zachowywać jak najciszej, jednocześnie rozglądając się uważnie na boki. Mieliśmy szczęście, nikt nie zbliżał się drogą z mojej strony, ani nie wychodził mostkiem z lasu po stronie Krzyśka.

Wspiąłem się na schody, wskoczyłem na wyższe stopnie i znalazłem się płaskiej platforemce. Po chwili dołączył do mnie Krzysiek. Od drzwi dzieliły nas dwa niewielkie kamienne bloczki, przywodzące na myśl kamienie wystające z rzeki. Przeskoczyliśmy je zgrabnie i znaleźliśmy się na progu.

Krzysiek spróbował otworzyć drzwi, lecz były solidnie przymocowane do futryny. Jednak nie stanowiło to problemu, gdyż były wykonane z dykty, którą z łatwością można było przebić silnym kopnięciem. Nie musieliśmy podejmować tak drastycznych kroków, gdyż ktoś najwyraźniej zrobił to za nas; w drzwiach widniała prostokątna szpara, przez którą mógł zmieścić się człowiek.

Krzysiek postanowił wejść pierwszy. Pochylił się i wcisnął do środka lewą nogę, potem głowę, tułów i na koniec prawą nogę. Ja zrobiłem to samo.

Znaleźliśmy się wewnątrz domostwa. Z miejsca uderzyło nas chłodniejsze powietrze, co powitaliśmy z niewysłowioną ulgą. Krzysiek wyczuł również ziemisty zapach tynku odpadającego ze ścian oraz stęchliznę, czyli standardową, nieodłączną woń miejsc takich, jak to. Tego dnia miałem katar, więc nie mogłem w pełni wczuć się w klimat domu.

Znajdowaliśmy się czymś w stylu przedpokoju. Przyjaciel wskazał mi duży rysunek kopulującej pary wymalowany na bocznej ścianie. Pokiwałem głową, wyrażając w ten sposób nieme uznanie dla artysty za wierne oddanie szczegółów.

Na prawo od przedpokoju była niewielka wnęka, w której kiedyś zapewne znajdowała się szafa na ubrania członków rodziny, choć byłoby to trochę dziwne, choćby ze względu na mały, skromny, prostokątny otwór okienny.

Przeszliśmy kilka kroków do przodu i weszliśmy do dość sporego holu, jeśli można było to tak nazwać, z którego wychodziło się na długi taras, bądź balkon. Nie mogliśmy stwierdzić tego dokładnie, ponieważ ostało się z niego jedynie podłoże wsparte sześcioma kolumnami. Wyszliśmy chwilę na zewnątrz. Z lasu wiało świeższe powietrze, przynosiło woń drzew i ściółki. Zaciągnąłem się aromatem i choć męczył mnie zatkany nos, niewielka cząstka leśnego aromatu jakimś cudem przedostała się do moich płuc, napełniając mnie rześkością.

Po kilku minutach wróciliśmy do środka. Mieliśmy przed sobą przedpokój, kończący się dziurawymi drzwiami, pomieszczenie z lewej oraz, tuż na wprost tarasu (tudzież balkonu) stalowe, spiralne schody, prowadzące na piętro i do piwnicy (która swoją drogą znajdowała się na wysokości ulicy). Za nimi znajdowało się kolejne okno.

Nim podeszliśmy do schodów, przestudiowaliśmy napisy na ścianach, z których większość odnosiła się brutalnie i obraźliwie względem niewielkiego miasteczka.

Przypomniał mi się napis, który znajdował się na drzwiach do domu, wymalowany wielkimi, czarnymi literami. Mimowolnie się uśmiechnęliśmy.

Stanęliśmy nad schodami. Były stalowe, wijące się spiralnie od pierwszego piętra na dół, aż do piwnicy.

Na zewnątrz zawiał silny wiatr, aż usłyszeliśmy skrzypienie spalonych desek, z których zbudowany był dach.

Spojrzeliśmy na siebie. Musieliśmy zdecydować, co dalej: idziemy na górę, czy na dół? Przez chwilę mieliśmy sprzeczne zdania, ja chciałem iść na górę, a Krzysiek na dół. W końcu postanowiliśmy, że ja pójdę na górę, a gdy skończę obserwacje, zejdę do niego na dół.

Wszedłem na stopnie, które były dość dziwne. Składały się z pojedynczych, płaskich prętów, nie było miejsca, by postawić stopę płasko.

Po chwili Krzysiek dał mi znak, że jest już na dole. Skinąłem głową i ruszyłem na górę. Po kilku krokach dostrzegłem, że schody zostały wyrwane ze ściany na wysokości pierwszego piętra i niebezpiecznie chwieją się na boki. Zwolniłem więc, przełknąłem ślinę, wytarłem spocone ręce w spodnie, poczekałem, aż niesamowita spirala się ustabilizuje i podjąłem dalszą wędrówkę. Gdy dotarłem do szczytu, od krańca schodka brakowało kilka centymetrów, więc musiałem skoczyć. Wylądowałem zgrabnie i oglądnąłem się za siebie. Klatka schodowa kołysała się niebezpiecznie.

Nachyliłem się i krzyknąłem, że jestem u góry. Gdy nasłuchiwałem odpowiedzi, usłyszałem za sobą cichy szelest.

Zmarszczyłem brwi i powoli się obróciłem. Naprzeciw mnie znajdowało się kolejne okno, do którego prowadził krótki korytarzyk z pomieszczeniami po bokach.

Ostrożnie, starając się przemieszczać jak najciszej (było to trudne, gdyż na ziemi walało się kilka desek i pokruszonych ścian) zmierzałem w stronę okna.

Gdy do niego dotarłem, nie dostrzegłem nic podejrzanego. Na piętrze (strychu?) nie było nic ciekawego, jedyną atrakcją mógł być zrujnowany dach ze sterczącymi, w większości spalonymi deskami.

Odwróciłem się w stronę schodów i ruszyłem wolnym krokiem.

Po kilku krokach jednak się zatrzymałem.

To dziwne. Niewytłumaczalne, ale… poczułem całym ciałem czyjąś obecność.

Nie mógł to być Krzysiek, bym go zobaczył.

Myślę, że właśnie wtedy zacząłem tracić zmysły.

Czułem, że ktoś za mną stał, lecz nie miałem odwagi, by się obrócić i sprawdzić, kto to.

Stałem bezradnie, skamieniały ze strachu, serce waliło mi jak oszalałe, na czoło wystąpiły krople zimnego potu. Po plecach raz po raz przebiegały niekontrolowane dreszcze.

Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem znalazłem w sobie pokłady samozaparcia i siły, ale w końcu, wprawdzie ślimaczym tempem, ale jednak, zdołałem się odwrócić.

To, co ujrzałem, sprawiło, że z przerażenia, moje serce na moment się zatrzymało.

Kilka kroków przede mną stała… dziewczynka. Mogła mieć dziesięć, bądź jedenaście lat. Miała na sobie czarne pantofelki i sukieneczkę do kolan tego samego koloru. Czarne, lokowane włosy opadały na twarz, jednak nie zakrywały jej, wyraźnie widziałem nienaturalnie bladą twarzyczkę dziewcznki.

Usta były nieumalowane, ot, naturalna, wąska kreseczka na twarzy. Oczy miała zamknięte, długie czarne rzęsy spływały aż na policzki.

Próbowałem coś z siebie wykrztusić, jednak w gardle utknęła mi twarda, kleista kula, która uniemożliwiała mi wydobycie z siebie jakiegokolwiek dźwięku.

Zamiast tego, choć nie zdwałem sobie z tego sprawy, powo-utku cofałem się w stronę schodów.

W tym momencie, z piwnicy dobiegł moich uszu krzyk Krzyśka. Moje przerażenie sięgnęło granic. W tym krzyku słyszałem nie tylko strach, ale… Boże, jego głos brzmiał, jakby ktoś sprawiał mu niewyobrażalny ból.

Odwróciłem się w stronę schodów i niemal czując, jak przerywam sznury, którymi oplótł mnie strach, podbiegłem do klatki schodowej. Mogłem dostrzec miejsce, w którym schody dotkają ziemi, lecz nie było tam Krzyśka.

Wtedy, o mój Boże, poczułem na nogach muśnięcie delikatnego materiału. Włosy na głowie i nogach stanęły mi dęba, poczułem niesamowity chłód. Gwałtownie się obróciłem i dostrzegłem tajemniczą dziewczynkę zaledwie kilka centymetrów ode mnie.

Uniosła głowę i… otworzyła oczy.

Gdy tylko jej powieki się uchyliły, buchnęła z nich jakaś nie-ziemska, niewyobrażalna… ciecz. Zaczęła spłwać po policzkach dziecka, zostawiając po sobje czarne smugi.

Na ten widok straciłem równowagę i runąłem w klatkę schdową.

Wyciągnąłem przed siebie ręce, usiłując złapać się sukienki, choć dobrze wiedziałem, że to daremne.

W tym ułamku sekundy, który zdawał się trwć wiecznie; nim straciłem przytomność, moje zastygłe z przerażenia oczy wpatrywały się w szeroko otwarte, kompletnie czarne oczy dziewczynki, ·z których nadal wylewały się czarne łzy.

Potem uderzyłem głową w poręcz i zdawało mi się, że ciecz z oczu dziewczynki zalała cały mój świat, pogrążając go w blogosawionym niebcie.

Nie wiem, ile czasu minęło, nim się ocknąłem. Z pewnością minęło kilka godzin, bo gdy otworzyłem oczy i spojrzałem w niebo, stwierdziłem, że było zachmurzone.

Pierwze, co poczułem, to niesmowity ból głowy. Drugą rzeczą, jaką sobie uświadomiłem to, to, że.. znajduję się na dworze.

Jakim cudem znalazłem się na zewnątrz?!

Świadomość tego faktu dotarła do mnie z prędkością pioruna. Jednocześnie przypomniało mi się, co się stało przed utratą przeze mnie przytomności.

Kim była ta straszna dziewczynka?

I dlaczego obudziłem się, leżąc na kupie gruzu tuż pod ok-nem, przez które tak niedawno patrzyłem, będąc na strychu?

Usiadłem i zacząłem rozmasowywać sobie skronie, starając się jakoś złagodzić tępy ból.

Wtem w moim umyśle pojawiło się jedno słowo, ogromne, migoczące jak neon w kasynie:

K r z y s i e k

Gwałtownie poderwałem się na nogi, jednak jeszcze szybciej niż wstałem, przewróciłem się i sturlałem z gruzu. Zdezorientowany, spróbowałem się podnieść, lecz gdy ponownie poczułem ogromny ból mięśni i kści, uświadomiłem sobie, że powinienem się cieszć, że w ogóle udało mi się przeżyć taki upadek. Przecież mogłem się połamać, albo coś jeszcze gorszego, na przykład skręcić kark…

Już miałem dać za wygraną i ponownie paść na trawę, gdy gdzies z głębi domu dobiegł mnie… krzyk. Był słaby, pewnie mury tłumiły dźwięk, ale i tak wyraźnie go słyszałem.

To był mój przyjaciel.

Krzyczał.

Zaciskając zęby, przymknąłem oczy i ponownie się podniosłem. Spomiędzy moich ust co krok dobywały się syki bólu, gdy wyraźnie kulejąc, zmierzałem do głównego wejścia do domu.

Nie znajduję słów, które choć w niewielkim stopniu byłyby w stanie opisać moje cierpienie podczas wspinaczki po schodach. Gdyby ktoś mnie zobczył, mógłby wziąć mnie za pająka, albo jakąś małpę.

W końcu, mniej więcej po kwadransie, który dla mnie trwał kilka godzin, znalazłem się przed drzwiami opuszczonego domu.

Z niemałym wysiłkiem wszedłem przez dziurę w drzwiach do śodka i poczłapałem w sronę schodów.

Chwyciłem się poręczy i zacząłem powoli, ostrożnie stąpać w dół. Po dłuższej chwili zalazłem się na dole. Pełno tu było butelek, dachówek, puszek po piwach i innych śmieci. Wszedłem przez jedyne przejście, za którym na ziemi leżały wyważone drzwi. Lekkie wgłębienie mniej więcej w połowie świadczyło o tym, że prawdopodobnie zostały wyważone przez potężne kopnięcie.

Ziemię zaścielała niezliczona ilość pokruszonych dachówek, tak więc każdy mój krok był wyraźnie słyszalny w całej piwnicy.

Choć było w niej kilka okien, to ze względu na rozłożyste drzewa w pobliżu i zachmurzone niebo, w środku panował półmrok. Zawołałem Krzyśka, lecz nie usłyszałem odpowiedzi. Wszedłem do pierwszego pomieszczenia z prawej, dłoń kładąc na ścianie, żeby nie stracić równowagi.

Dokonałem dziwnego znaleziska. Otóż, w tym małym… „pokoiku” znalazłem niewielki różowy kocyk tuż pod oknem, oraz niedaleko niego coś jakby materac oparty o ściane.

Do mojego otępionego przez ból umysłu dotarło, że być może piwnica była nieraz noclegownią dla bezdomnych, bądź… małych dziewczynek w czarnych sukienkach…

Obróciłem się i wyszedłem z pokoiku.

Na prawo od siebie dostrzegłem… Krzyśka, który wyczołgiwał się z pomieszczenia obok.

Pokuśtykałem do niego, ale on, gdy mnie zobaczył, przewrócił się na plecy i zaczął rozpaczliwie machać rękami, starając się bronić.

Przeraziło mnie to samo przerażenie w jego oczach, które on musiał widzieć na mojej twarzy. Choć na początku zdawał się mnie nie poznawać, w końcu udało mi się go uspokoić. Zacząłem zadawać mu pytania o to, co się stało, ale on stwierdził, że priorytetem jest, byśmy stąd wyszli… jak najprędzej.

Przyznałem mu rację i pomogłem wstać. Teraz oboje syczeliśmy z bólu.

Gdy dotarliśmy do wyważonych drzwi (w rzeczywistości było to kilka kroków, ale w naszym tempie było ich dwa razy więcej, niż w rzeczywistości), za nami rozlego się coś, co przypominało wycie wiatru.

Stanąłem sparaliżowany, ale Krzysiek wrzasnął mi do ucha, żebyśmy się nie zatrzymwali.

Spojrzałem na niego tępo i w tym samym momencie jakaś siła potężnie nas popchnęła. Siła uderzenia sprawiła, że unosząc się nad ziemią przelecieliśmy w powietrzu pozostałą drogę i uderzyliśmy w ścianę. Jęcząc z bólu i niewysłowionego strachu, osunelismy się na zjeme. Próbowałem wstać, ale Krzysiek wrzasnął, że prawdo-podobnie ma zlamanom noge i nie może iść samodzielnie. Musiałem więc pomóc mu wstać i razem z nim wydostać się z piwnicy. Byliśmy w pułapce. Żaden z nas nie dałby rady wrócić po tych schodach na górę, a co dopiero we dwóch…

Staliśmy pod ścianą ciżko dysząc. Nagle powietrze przed nami zaczęło w jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób wirować. I albo mnie się zdawało, albo… w piwnicy pociemniało.

Krzysiek wrzasnął przżony. Zaczął wykrzykiwać coś w stylu „to wraca” i szarpać mnie za ramię. Gdy nie reagowałem, uderzył mne w twarz, nakazując, abym się w to nie wpatrywał.

Powiedział, żebym podsadził go, żeby mógł wydostać się przez okno.

Nie zważając na przeszywający mnie ból pleców, podsadziłem przyjaciela na wysokość niewielkiego okna. Rozcapierzone palce jego dłoni zacisnęły się na murze. Po chwili się podciągnął i zaczął przeciskać przez wąski otwór. Po chwili usłyszałem głuchy jęk, gdy spadł na ziemię pokrytą gruzem. Wykorzystując ostatnie rezrwy także się podciągnąłem i wcisnąłem przez okienko.

Po jakimś czasie dołączyłem do Krzyśka, który na szczęście zdążył się już odczołgać na bok. Gdy tak leżałem, dysząc ciężko, moje oczy coś zarejsestrowały. Nie wiem, czy to było realne, czy to tylko przewidzenie, ale… mógłbym przysiac, że po chwili z okna wynurzył się ciemny obłok, a po chwili zniknął w śodku.

Krzysiek nadal mnie popędzał, mówiąc, że musimy stąd uciekać jak najprędzej. Choć nic z tego nie rozumiałem, pomogłem mu wstać i po chwili ruszyliśmy oboje, cięko kulejąc i zataczając się na boki. Jak się okzało, znajdowaliśmy się dokładnie pod tarasem.

Wyszliśmy na drogę i ruszyliśmy do domu śpiesząc się jak tylko mogliśmy.

Gdy oddaliliśmy się od domu zapytałem Krzyśka, co się stało w piwnicy i dlaczego tak bardzo nalegał, byśmy czym prędej uciekli.

Nie chciał nic mówić, ale w jego oczach dostrzegałem bezgraniczne przerażenie.

Minęło kilka dni. Byłem w szpitalu i okazało się, że moje ciało nie jest za barsdo uszodzone.

Krzyśka noga wprawdzie została złamana, ale nie ma powodów do niepokoju. Wkrótce powinien wydobrzeć.

Dopiero na drugi dzień po powrocie z opuszczonego domu udało mi się wyciągnąć z niego informacje, co się stało w piwnicy.

Gdy zszedł na dół i zbliżył się do ciemnego pomieszczenia, w którym go znalazłem, ta sama siła, która rzuciła nami o ścianę dosłownie chwyciła go i rzuciła nim jak lalką właśnie do tego pomieszczenia.

Gdy upadł na ziemie, dostrzegł, że wejście do niego się ściemniło, znajdował się w nieprzeniknionym mroku. Czuł, jak wiele… istot przebwa wokół niego, jak krążą, jak go obserwują. W pwenym momcie poczuł trzask w ndze, a po chwili falę porażającego bólu, przez który stracił prztmnośc.

Poprosił mnie, abym opowiedział mu o strcyhu, więc pred-stawiłem mu swoją opwieść. Żałuję, że to zrobiłem, bo ponownie dostrzgłem ten niewyobrażalny strach w jego oczach.

Nie zostao mi zbyt wiele czasu. Czuje już…

Krzysiek powiedział, że miałem ogromne szczście, ze przeżylem upadek i ze nic mi się nie stało. Ja również powiedziałem, że bardzo się cieszę z tego, że mimo wszytsko nie doznliśmy żadnych poważniejszych obrażeń.

Potem wróciłem do domu.

Teraz siedzę przy komputerze pisząc te słowa…

Dochdzi godzina… jest 3.32 w nocy. Nazywam się Grzgorz Małecki.

Mam nadzieję, że zostało mi jeszze troche czsasu.

Czuję, że już tu jets. Czuję cień w rogu pokoju, za mną. Cień, który nieustannie się powiększa. Który przymuje ludzkie kształy.

Czuję ze powoli się do mnie zbliza. Boże mój, boje się obrcić za siebie. Czuje gęsją skórkę i dreszcze na całym ciele.

Ten szelest miękkiego materieału… Boże, prosze… Jest tak blsiko, czuję ją, jest tuż za mymi plecami… Boże, ocal mnie! Czuję jej oddech na moiej szyi!

Matko Świa, jej twarz odbija się w moim monitorze!

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Eeeeeeee... czemu to nie jest krótsze? :(
Odpowiedz
Dobre ale tak śmiesznie sie czyta jak autor mowi - Krzysiek mieszkal w kamieniczce itp hehe
Odpowiedz
podobało mi się. Nie zwracałem uwagi na błędy [każdy je robi ]
Odpowiedz
Niezłe *.*
Odpowiedz
Jedna z lepszych past :D
Odpowiedz
dobre!
Odpowiedz
dobre
Odpowiedz
Długie,nie kce mi się czyytać ale zapowiada się fajne
Odpowiedz
Zajebiscie mi sie czytalo, a na te bledy nawet nie zwracalem uwagi :)
Odpowiedz
okropnie napisane, nie dałam rady przebrnąć :/
Odpowiedz
Genialna historia.
Odpowiedz
WOW! Naprawdę dobre
Odpowiedz
Spodobało mi się. Mimo wszystko warto by było poprawić błędy. Dziękuję.
Odpowiedz
świetne
Odpowiedz
Perfect 10/10
Odpowiedz
Dobre, ale dużo blędów :)
Odpowiedz
Bo tak ma być :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje