Historia

Obłąkany Włóczęga

wolin 7 6 lat temu 8 163 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Nie wiedzieliśmy kim on był. Od lat włóczył się po naszym osiedlu. Nie wiadomo skąd się tu wziął, dokąd zmierza, dosłownie nic. Ludzie nie przepadali za tym typem. Drażnił ich. Zawsze chodził środkiem drogi. Kiedy kogoś mijał zatrzymywał się, z lekko otwartymi ustami i wpatrywał się bezmyślnie w przechodnia. Budziło to w ludziach niepokój. Był w podeszłym wieku i wyglądał dosyć upiornie. Nosił stary, lekko podarty, czarny i wypłowiały prochowiec, i sztruksowe spodnie, w takim samym stanie. Na oczach miał bielmo, przez co sprawiał wrażenie jeszcze straszniejszego. Jego twarz była, pokryta głębokimi zmarszczkami i w paru miejscach bliznami. Nie za długie nitki włosów zazwyczaj były przykryte równie brudną i podartą czapką. Do tego garbił się nieco, a przez brud jego skóra wydawała się ciemniejsza. Wielu ludzi, właściwie bez powodu irytował, ale nikt nie miał ochoty mu czegoś powiedzieć albo ganić za cokolwiek. Sprawiał wrażenie tak niewinnego człowieka, że było to wręcz niepokojące i nienaturalne. A z resztą podejmowanie jakiejkolwiek dyskusji kończyło się fiaskiem, gdyż mężczyzna chyba nigdy się nie odzywał…

Początkowo nie przeszkadzał ludziom, z czasem nauczyli się go ignorować. Sytuacja zmieniła się, kiedy nabrał zwyczaju stawania przed furtką, bądź drzwiami, nic nie robiąc. Stał, stał i stał, dopóki ktoś go nie przegonił albo nie zadzwonił na policję. Raz stanął przed moją furtką, czekając nie wiadomo na co. Byłem akurat sam w domu, więc jak tylko go zobaczyłem, speszony podbiegłem do drzwi, w celu zakluczenia ich. Nie wiedziałem do czego może być zdolny. Po dziesięciu minutach, w końcu się wkurzyłem i zganiłem go przez mój domofon z zewnętrzną kamerką… Coś na niego nabluzgałem, po czym grzecznie poprosiłem, żeby spierdalał do swojej nory. Lecz on nawet nie drgnął. Żaden mięsień na jego twarzy nie poruszył się w wyrazie złości, czy szyderstwa. Stał jak stał. Do tego zakryte bielmem, smutne oczy sprawiły, że miałem poczucie winy i dziwne uczucie, że powinienem go już zostawić. Zaraz! Co ja gadam do chuja!? Przecież on był sam sobie winny, nie powinno go tu w ogóle być! Jakiś stary dział podłazi do wszystkich drzwi i czeka nie wiadomo na co! Gdyby się chociaż odezwał, a nie gapił bezmyślnie jak debil jakiś!

Ochrzaniałem w myślach samego siebie, za to, że robię sobie wyrzuty z powodu tego starego dziada. Wtem jego twarz lekko drgnęła, a wstrętne oczy spojrzały wprost do kamerki. Chłodny wzrok przeszywał mnie głęboko na wskroś, aż poczułem dreszcz obiegający całe ciało. Dosłownie czułem jak ten wzrok wwierca się w moją głowę, próbując skrzywdzić psychikę. Zrobiło mi się gorąco i natychmiast odłożyłem słuchawkę domofonu. Dziwnym trafem obraz na ekranie nie chciał się wyłączyć. Facet całe pieprzone pięć sekund hipnotyzował mnie swoimi oczami, nie mrugając ani razu. Zacząłem grzebać przy wtyczce. Wtedy obraz w końcu zniknął, pozostawiając mnie w osłupieniu. Przetarłem oczy, żeby wymazać ten obraz i podszedłem do okna. O dziwo starego już tam nie było. Nie stał też nigdzie dalej, po prostu się rozpłynął. Chwilę jeszcze stałem wypatrując go. Nie wiedziałem co mam o tym sądzić. Odszedłem i zająłem się swoimi sprawami.

Raz w domu, kiedy kątem oka zobaczyłem, że idzie ulicą postanowiłem go pośledzić. Wyszedłem po cichu z domu i kucnąłem jakieś dwadzieścia metrów od niego. Szedł zgarbiony z rękami na plecach. Wtedy zrobił jeszcze jeden krok i stanął, obracając się w moją stronę. Jakąś dziwną mocą wyczuł moją obecność. Znowu zrobiło mi się gorąco, a ciało przeszedł dreszcz. Czułem, jakby wiedział, że go śledzę. Nie wiedziałem co zrobić. On nie zamierzał się ruszyć dalej. Obróciłem się na pięcie i szybkim krokiem wszedłem do domu. Wkurzyłem się. Wiedziałem, że on coś ukrywa, musiałem się dowiedzieć, musiałem! Mój zapał po jakimś czasie w końcu ostygł i zresztą jakoś dawno go tu nie widziałem. Wracając od kumpla, zauważyłem, że równoległą do mojej ulicy idzie ten włóczęga. Teraz mnie nie widział. Postanowiłem, że nie przepuszczę takiej okazji i zobaczę dokąd zmierza. Wszedłem na prostopadłą ulicę i biegając różnymi uliczkami śledziłem go. Ciekawość stale rosła, czułem lekką adrenalinę, żeby tylko mnie nie zobaczył…

Męczące pół godzin bujał się z nogi na nogę wchodząc do małego lasku za osiedlem, podczas gdy ja mógłbym pokonać tę odległość w niecałe dziesięć minut. Zaczynałem się irytować, ale nie mogłem już tego porzucić. Kolejne czterdzieści pięć minut błądził po parku, odkrywając przede mną nieznajome ścieżki. Z każdym krokiem coraz bardziej się denerwowałem. Gałązki pękały mi pod nogami, liście szurały, a serce waliło coraz mocniej. A co gdyby mnie zobaczył? Teraz byłem z nim sam na sam. Nie wiedziałem co mógłby mi zrobić… Wolałem nie myśleć. Jednak nie mogłem odpędzić myśli, że w szale rzuci się na mnie z nożem. Nie wiadomo było naprawdę, jak szybko potrafi się ruszać.

Mały lasek, okazał się być całkiem sporych rozmiarów lasem. Byłem w totalnie nie znanej mi części leśnej głuszy. Korony drzew nie przepuszczały już takiej ilości światła jak na początku. Do tego na dworze powoli robiło się szaro. Po kolejnych piętnastu minutach zamajaczył mi przed oczami duży, betonowy magazyn, chyba jeszcze z czasów wojny. Czyżby to był jego dom? Facet zatrzymał się u progu budynku i spojrzał za siebie, jakby sprawdzając czy nie jest śledzony. Szybko skryłem się za grubym dębem. Po kilku sekundach wyjrzałem zza drzewa. Starego już tam nie było, musiał wejść do środka. Przyspieszonym krokiem, lekko się chwiejąc z podniecenia, podszedłem do ramy, obok której stały wywarzone drzwi. Nagle z ciemnej czeluści szybszym niż zazwyczaj krokiem wychynął tajemniczy włóczęga. W ostatniej chwili przykleiłem się do kawałka zawalonej ściany obok. Mężczyzna rozejrzał się z niepokojem, chwycił ciężkie metalowe drzwi z małą kratką na wysokości twarzy i dosunął je do ramy, chowając się w budynku. Chwilę odczekałem, poczym z trudem odchyliłem lekko drzwi i wślizgnąłem się do środka. Puszczając je, wrota opadły na moje przedramię, prawie je miażdżąc. Omal nie krzyknąłem, w dodatku ugryzłem się w język. Mimowolnie łzy napłynęły mi do oczu, rozmazując widok. Nie było mowy o wyszarpnięciu ręki z uścisku stalowych drzwi. Na domiar złego, usłyszałem gdzieś z głębi pomieszczenia kaszlenie i kroki starego. Z nową siłą popchnąłem drzwi i wyciągnąłem rękę… Brakowało jeszcze, żebym je przepchnął na drugą stronę, uff. Obróciłem się z przerażeniem w oczach. Przez dziury w ścianach i małych szczelin ramy, padało słabe światło. Moim oczom ukazał się obskurny korytarzyk, prowadzący w głąb budynku. Z za zakrętu usłyszałem sapanie faceta. Poszedł w prawą stronę, lecz ja, ku lepszemu poznaniu terenu skręciłem w lewo…

Z daleka dochodził czyjś płacz. Co się do cholery tu dzieje? Miałem nadzieje, że to moja wyobraźnia. Ujrzałem całkiem duże pomieszczenie, oświetlone przez niewielki snop światła padający przez dziurę w dachu. Na środku siedziała mała dziewczynka przywiązana do krzesła. Nie widziałem jej twarzy, zasłaniały ją mokre włosy. Cicho szlochała, nie mogła krzyczeć, ponieważ ten psychol… byłem już pewny, że nim jest, zakneblował jej usta. Już chciałem podejść, gdy nagle usłyszałem za sobą pospieszne kroki i brzdęk metalu. Serce waliło mi jak opętane. Bałem się, że może usłyszeć ten łomot dobiegający z mojej klatki piersiowej. Nie wiedziałem gdzie uciec. Poszedłem jeszcze kilka kroków naprzód i natrafiłem na ciasne pomieszczenie. Schowałem się tam i poczekałem aż mężczyzna przejdzie dalej. Kamyszki chrzęściły pod moimi butami, lecz na szczęście, chyba tego nie słyszał.

Kucnąłem w nim. Musiałem uspokoić emocje. Nie wiedziałem co robić… Uciekać, ratować dziewczynkę, czy przyglądać się co z nią zrobi? Moja skroń pulsowała prawie zagłuszając wszystko wokół. Rozpiąłem kurtkę. Strasznie duszno się zrobiło w małym schowku na miotły.

Udało się. Przeszedł obok i z uśmiechem psychopaty, szedł niespiesznie do małej. Nie mogłem czekać. Na kolanach wyszedłem i kucnąłem u wejścia do pomieszczenia. Dziewczynka podniosła głowę, ukazując swą bladą twarz z wydatnymi policzkami, lekko zadartym noskiem i szarymi oczami, opuchniętymi od płaczu. I nagle uświadomiłem sobie, że ją znam. To była ośmioletnia Scarlet, mieszkająca kilka domów dalej! Nie wiedziałem czy wbiec tam i ogłuszyć starego psychola, czy poczekać jeszcze? Tylko na co? Aż coś jej zrobi? W ogóle skąd ona się tu wzięła!? Pewnie otworzyła mu drzwi, kiedy tak stał bezczynnie i porwał ją niepostrzeżenie… Zapewne pod osłoną nocy i gdy nie było nikogo w domu. Ile ona mogła już tu siedzieć, gdzie są teraz rodzice? Pomyślałem, że powinienem po nich pobiec, lecz kiedy wrócę może być za późno.

Facet podniósł swoje krzywe, brudne łapy, pokryte plamami wątrobowymi i zaczął grzebać przy sznurze, którym była przywiązana. Dziewczynka drgnęła, odwróciła wzrok od strasznej twarzy. Moja desperacja z każdą chwilą rosła, serce zachowywało się, jakby próbowało wyrwać się z piersi i uciec. Zrobiło mi się słabo, chciało mi się rzygać. Głowa mnie rozbolała. Co to była za psychoza? W jednej chwili niepozorny włóczęga zmienił się w popierdolonego Normana Bytes’a mordującego ludzi! Pokazał teraz swoje mroczne oblicze. Zastanawiałem się, czy jest rządny krwi, czy mordu… czy gwałtu?

Odsunąłem się, nie mogłem na to patrzeć. Schowałem głowę w ręce i próbowałem uspokoić oddech. Jakoś po dwóch minutach siedzenia, stwierdziłem, że muszę coś zrobić… Ku mojemu przerażeniu zobaczyłem, że Scarlet już nie siedzi na krześle, tylko próbuje chować się po kątach. Rozwiązał ją? Ale dlaczego? W jej stronę leciały teraz cios za ciosem. Facet obnażał żółte zęby w potwornym uśmiechu. I nagle to poczułem. Nieodpartą chęć zabicia go i poczucie odpowiedzialności, za moją znajomą, która była o jakieś siedem lat młodsza. Zagryzłem wargi i wstałem. Niestety uderzyłem głową w wystającą ze ściany rurę, co mnie zamroczyło na moment. Z otępienia wyrwał mnie głośny śmiech starego. Kopnął dziewczynkę w brzuch. Ta wypluwając krew próbowała wstać, lecz kolejny kopniak to uniemożliwił. Mężczyzna podniósł Scarlet za włosy i wpatrywał się z dzikim szałem w jej przerażone oczy. Napluł jej w twarz i zaniósł się jeszcze głośniejszym śmiechem. Byłem już wkurwiony jak nigdy. Chwyciłem większy kawałek betony, który odpadł ze ściany i rzuciłem w faceta, uważając by nie trafić dziewczynki. Trafiłem w tył nogi, przez co zgięła mu się i mimowolnie poleciał w tył z tępym krzykiem, puszczając małą i miotając przy tym salwą przekleństw.

Scarlet zobaczyła mnie w półmroku i pobiegła w moją stronę. Jednak facet był szybszy i chwycił ją za nogę, przez co poleciała jak długa na ziemię. Wziąłem jeszcze jeden, tym razem większy kawał betonu i podbiegając kilka kroków rzuciłem, o mało nie trafiając dziewczynki. Rzuciłem w jego dłoń, z której pociekła krew. Scarlet podbiegła do mnie. Zobaczyłem jej posiniaczoną i zakrwawioną twarz. Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem w stronę wyjścia. „Uważaj!” krzyknęła do mnie przeskakując nad czymś. Niestety za późno zareagowałem i poślizgnąłem się na prętach zbrojeniowych, których tu wcześniej nie było…

Puszczając jej dłoń, obróciłem się o 180 stopni i boleśnie upadłem na miednice, a potem na plecy i uderzyłem głową o ziemię. W tył wbił mi się jakiś kawałek metalu. Wszystko zaszło mgłą, nie mogłem złapać oddechu. Wszystko mnie zabolało. Wykrztusiłem jeszcze zdławione krwią napływającą do ust polecenie „Uciekaj”. Wiedziałem, że to już koniec. Spojrzała jeszcze na mnie i rzuciła się do wyjścia. Usłyszałem niespieszne kroki za sobą. Wszystko zaszłą mi mgłą. Choćbym nie wiem jak próbował, nie mogłem już wstać. Scarlet prześlizgnęła się przez szczelinę drzwi i mogła uciekać… do rodziców… zawiadomić policję… dla mnie było już za późno… Facet przyklęknął nade mną i jak się zdawało z błogim spokojem spojrzał na mnie. W jego ręce połyskiwało ostrze noża. Zbliżył twarz do mojej i powiedział szalonym głosem: Ta mała kurwa nie umiała się bawić… Wiesz… Zaraz tu będzie policja… Na szczęście mamy jeszcze trochę czasu…

Autor: Wolin - Trzecia Strona Wyobraźni

https://www.facebook.com/3strona

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

U mnie w piwnicach mają zrobić pomieszczenia dla bezdomnych. Już się ekscytuje
Odpowiedz
Co prawda to prawda ale w dzisiejszym świecie nikomu nie wolno zaufać nawet własnej rodzinie
Odpowiedz
;o
Odpowiedz
Szkoda mi tego chłopaka... był tylko jakieś 2 lata starszy ode mnie. przynajmniej uratował małą.
Odpowiedz
zajebiste <3 a tu chuj . ta mała udawała , bo była wspólniczką melasa xD
Odpowiedz
Było na tej stronie już.
Odpowiedz
O chłopie nigdy nie lubiłem meneli...
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje