Historia

Długo i szczęśliwie

creepyida 1 6 lat temu 3 618 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Długo i szczęśliwie.

-Pięknie wyglądasz, Mary- Liz, ze łzami w oczach odchodzi kilka krokow, by przyjrzeć mi się w całej krasie. Stoję na niewielkim podeście otoczona nadgryzionymi zębem czasu lustrami. Jestem ubrana w długą prostą, białą suknię. Patrzę na swoje odbicie. To zdecydowanie najpiękniejszy dzień mojego życia. Idealny makijaż, idealna fryzura, idealna suknia, idealny mężczyzna. Nie mogę powstrzymać uśmiechu. Zeskakuję z podestu i serdecznie przytulam Liz-właścicielkę salonu sukien ślubnych i moją przyjaciółkę. Ona pomogła mi wszystko zorganizować, dopomogła dobrą radą. Jej salon jest dosyć stary, jednak, podobnie jak Liz pieknieje z wiekiem i starzeje się z godnością. Wybudowany w stylu anglosaskim, wydaje sie zabytkowy. Leży nieco w podziemiu, więc nie ma w nim okien.

-Nie wiem jak ci dziękować. To będzie wspaniałe.- Przygładzam poły sukienki i wykonuję zgrabny piruet, aby poznać jej możliwości podczas tańca. Uśmiecham się do pięknej kobiety, która wymalowana na tafli lustra, stoi przedemną. Dotykam szkła i przesuwam palcem po mojej 'twarzy'. Czy mi się zdaję, czy coś właśnie dziwacznie chrupnęło? W miejscu po którym przejechałam palcem, widnieje teraz głęboka rysa. Cała tafla zaczyna pokrywać się siecią maleńkich pęknięć. Fala oszołomienia nie daje mi szansy na odskoczenie. Tryska we mnie srebrny deszcz, ostrych jak brzytwa kawałków. W ostatnim odruchu racjonalnego myślenia ukrywam twarz w dłoniach. W tej samej chwili, czuję jak ostrza rozszarpują moją skórę, w wielu miejscach, tworząc dziesiątki, setki, tysiące, ran. Każda piecze mnie niesamowicie. Ostatnie co pamiętam to moja suknia skąpana w szkarłacie. Posoka przesiąka przez tkaninę, lepi mi się do nóg. Tworząc literka po literce słowo: WHORE.

Chyba to właśnie wtedy przewróciłam się i odpłynęłam trzaskając czaszką w panele podłogowe. W sumie, nie wiem, nie pamiętam...

Ktoś trzyma rękę na moim spoconym czole. Podnoszę się energicznie z poduszki krzycząc w niebogłosy. Nie na żarty zaniepokojone oczy Andrew były w tym momencie na poziomie moich własnych.

-Mary, co jest? Do czasu spałaś spokojnie, a jakieś pół godziny temu zaczęłaś rzucać się po całym łóżku, coś mamrotałaś... Źle się czujesz?- Patrzę odrobinę nieprzytomnie.

-Nie, chyba... Chyba wszystko jest w porządku. Jaki mamy dziś dzień?

-Nasz wielki...- przez chwilę, na twarzy Andrew, gości przelotny uśmiech - Co brałaś przed snem? Widziałem, że popijasz jakieś tabletki. Napewno ci to nie zaszkodziło?

-Nie, to tylko na szybsze zaśnięcie. Naprawdę wszystko ok- zmusiłam się do uśmiechu. Czułam, że moje serce powoli ogarnia spokój. W końcu, to był tylko zwykły koszmar senny, spowodowany stresem przed uroczystością. Oprócz tego niedawna śmierć matki. Po prostu 'kumulacja złych emocji', jak to zwykł mawiać mój psychiatra. Nagłe odejście matki nieco mnie załamało. Na szczęście już powoli wychodzę z depresji. Pogodziłam się z tym. Nie ma do czego wracać. Rozumiem jednak zachowanie mojego narzeczonego. Lekarz wciąż chce mnie widywać raz w miesiącu. Przepisał mi też jakieś psychotropy. Idiotyzm. Nawet ich nie rozpakowałam. Przecież czuję się dobrze.

'Wszystko jest ok'-myślę, wtulając się w Andrew. Zasypiam spokojnym snem.

Rzeczywiście, przygotowanie całego tego cyrku idzie zgodnie z planem. Chyba nie powinnam tak tego określać, ale nie lubię hucznych, wydumanych przyjęć. Zgodnie jednak z życzeniem przyszłego małżonka, zgodziłam się na wielką imprezę. W drodze do salonu sukien ślubnych wciąż myślę o koszmarze dzisiejszej nocy. Nie daje mi to spokoju. Otwieram drzwi salonu Liz. Patrzę nieco nieufnie na uśmiechniętą szeroko, jak mi się wydawało, sztucznie przyjaciółkę. Kreacja wisi dumnie na manekinie.

-Witam Piękna!

-Cześć.

-Co tak smętnie, ej, to twój dzień!

-Niby tak... To chyba przez to, że dziś w nocy nie mogłam spać. Jestem trochę zmęczona.-Liz marszczy troskliwie brwi. Każdy jej gest wydaje mi się karykaturalnie wręcz sztuczny, irytuje mnie to.

- Pewnie to dlatego, że się stresujesz .To zupełnie normalne. Nie przejmuj się. To co? Nakładamy?-spogląda na śnieżnobiałą kieckę.

- Jasne, nie traćmy czasu.- Wskazuje ręką na drzwi prowadzące do pomieszczenie gdzie zawsze stały wielkie lustra. Ogarnia mnie dreszcz przerażenia. Wizja koszmaru powraca. Cholera...

Powoli kieruję kroki ku przymierzalni. Stąpam po staromodnej posadzce, która pod naciskiem mojego buta, delikatnie się ugina. Dzwoni mi w uszach. Naciskam klamkę. Przełykam ślinę i zaciskam powieki. Strach który czuję otwierając drzwi nie może równać się z tym co stało się ze mną po ich otwarciu. Upadam na kolana. Brakuje mi tchu, cały świat zaczyna niebezpiecznie wirować. Odruch wymiotny który zcisnął mi przełyk, jest w tym wypadku zupełnie zdrową reakcją...

Widzę siebie samą leżącą w pozalewanej własną krwią sukni. Moje ciało jest poszarpane. Jedynie twarz, mająca pusty wraz, martwo patrzy w sufit. Po 'mojej'gałce ocznej przechodzi mrówka. Zaczynam nieprzytomnie wrzeszczeć. Nie wiem co się dzieje. Nie chcę tego wiedzieć. Powieka martwej istoty leżącej na drewnie delikatnie drgnęła. Palec po palcu kości trzaskają jej w stawach. Lekko unosi głowę. Próbuje powstać. Dygoczę. Światło mryga jak oszalałe. Liz! Gdzie ona się podziała? Ktoś popycha mnie do środka pomieszczenia w którym Ona leży. Światło gaśnie. Panuje ciemność. Słyszę tylko trzaskanie kości i stukot obcasów. Czuję nagły przypływ adrenaliny. Wszystko co do tej pory gnieździło się w moim żołądku, w tym momencie zalewało mi przełyk. Rzucam się na oślep w stronę drzwi, te jednak są zamknięte na klucz. Szarpię za klamkę. Szczęknięcia szpilek są jednak coraz bliższe. Łzy ciekną mi po twarzy. Wiem, że to mój koniec. Nic nie przeraża mnie bardziej niż śmierć z ręki tej istoty. Światło znów zaczyna mrygać. Nie patrzę na to co przedemną stoi, nie chcę widzieć jej pooranej szkłem twarzy. Na podłodze leży fartuch krawiecki. Obok niego spoczywają szpilki, nożyce i żyletki. Podejmuję szybką decyzję. Wolę popełnić samobójstwo niż być torturowaną przez to Coś. Podpełzam 2 metry na czworakach, podczas gdy postać jedynie stoi. Wiem, że mnie obserwuje. Chwytam w drżące palce nożyczki. Słone krople zalewają mi oczy kiedy wyszarpuję żyły z nadgarstka. Tworzę podłużne, głębokie nacięcia. Ból sprawia, że odchodzę od zmysłów. Leżę przy ścianie płytko oddychając. Krew sączy się z moich rąk. Czuję jak uchodzi ze mnie życie. To, stoi do mnie tyłem. Nie odbija się w lustrze. Powoli obraca się ukazując szeroki uśmiech na porozrywanych wargach. Jej puste spojrzenie wbija się we mnie. Podchodzi do mnie coraz bliżej i bliżej. Obraz mi się rozmazuje. Otwieram buzię. Krztuszę się mieszanką śliny, krwi, może wymiocin. Widzę jej twarz, a może to ja? Już nic nie wiem, nic nie rozróżniam. Nadal uśmiecha się przeraźliwie, ukazując brud idealnie prostych, acz oblepionych gęstą, zaschniętą wydzieliną zębów.

-Spieprzaj stąd gdzie twoje miejsce. I tak jesteś tylko marną, nic nie wartą karykaturą człowieka. Zdychaj. Tylko na to zasługujesz.-Odzywa się moim własnym głosem. Dotyka moich powiek Bierze żyletkę. coś graweruje na moim udzie. Nie będę mieć szansy tego przeczytaç. Odchodzę, tam gdzie nie ma bólu, gdzie nie ma ślubów ani rozwodów. Znikam. Przestaję być.

RAPORT POLICYJNY:

Mary Linsday Victoria Crossford została znaleziona w salonie sukien ślubnych przez swoją przyjaciółkę Elisabeth Ray Johnson, która wezwała pogotowie, jednakże Mary zmarła na miejscu. W salonie nie znajdował się wtedy nikt poza w/w kobietami. W toku postępowania udowodniono niewinność Miss Johnson. Głównym dowodem jej niewinności było nagranie z kamery w pokoju, w którym znaleziono martwą kobietę. Widać na nim jak Mary upada przed drzwiami pomieszczenia, zaczyna krzyczeć i miotać się, następnie Elisabeth podchodzi do niej jednakże ta wpada z impetem do pokoju i zamyka sie na klucz, miota się po nim wrzeszcząc, podbiega do fartucha leżącego nieopodal. Wyjmuje nożyczki i podcina sobie żyły lewej ręki. Przed śmiercią wycina sobie na udzie napis: 'TO MOJA WINA. CZAS NA MNIE. NADEJDZIE I NA WAS'. Nie doszliśmy w toku postępowania do genezy napisu. Denatka była w tamtym czasie niepoczytalna. Andrew Felix Barrymoor potwierdza iż brała ona 23.06.1998r. , wieczorem lekarstwo nasenne. W jej krwi jednak, znaleziono duże ilości psychotropu.

Komenda Główna Seattle, 26.06.1998r.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

No niezłe niezłe
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje