Historia

Fragment odbicia

zbig 7 5 lat temu 5 120 odsłon Czas czytania: ~8 minut

Stając przed drzwiami kamienicy, chłopca obleciał ten sam, co zwykle, paniczny strach. Skulił się w sobie i sięgnął małą rączką do klamki, ledwo trzymającej się na przerdzewiałych gwoździach. Drżąca dłoń nie dotknęła jednak zimnego metalu, zatrzymała się kilka centymetrów od niego. Nie chce tam wracać, nie chce słyszeć skrzypiących drzwi, szurania karaluchów po podłogach, trzepotania oderwanych tapet w sąsiednich pokojach. Nie chce wsłuchiwać się w monotonny dźwięk wybijany kroplami wody o przeróżne szklanki, garnki i miednice. Znów zawinie się w kącie w swoje szmaty i będzie się modlił, żeby szybko umrzeć. Ale najgorsze jest to, że kiedy tam wejdzie, kiedy przejdzie przez krótki hol i spojrzy na jedyny nienaruszony przedmiot w całym domu – lustro, znów to zobaczy, znów wrócą wspomnienia, które schował najdalej jak mógł, w najgłębszych zakamarkach swej małej, wycieńczonej duszy. Jest jeszcze taki młody. Nie powinien o takich rzeczach wiedzieć, ani tym bardziej rozmyślać. Powinien mieć mnóstwo przyjaciół i zabawek. Powinien zawsze się uśmiechać, jeżdżąc na rowerku, czy kopiąc małą, gumową piłkę. Powinien tak jak jego rówieśnicy ganiać po podwórkach, tarzać się w błocie i ciągnąć dziewczyny za włosy. A nie rozmyślać o złych rzeczach i żyć w ciągłym niepokoju.

Pierwsza kropla deszczu uderzyła go w nos. Za chwilę kolejna. Spojrzał w niebo i ujrzał szybko przetaczające się ciemne, burzowe chmury. Jeszcze jedna kropla. Wpadła mu do oka. Szybko opuścił głowę, pocierając je. Ponownie wyciągnął rękę w stronę zakrzywionego kawałka metalu, który miał go wprowadzić w labirynt schodów, mieszkań, trzeszczących desek i gołębi przelatujących tuż nad głową. Zawsze dzielił się z nimi ostatnimi kawałkami chleba, jakie zdążył wyskrobać z piekarni, zakradając się chyłkiem pod tylne drzwi. One były jego jedynymi przyjaciółmi. Ich gruchanie, co wieczór usypiało go i budziło, co ranek. Czasem, kiedy nie miał, co robić i siedział w kącie na zimnej, mokrej podłodze, pragnął być takim gołębiem. Latać wysoko na niebie, gruchać i nie przejmować się niczym prócz kilku okruszków jedzenia i kilku kropel wody. Ale to szybko mijało. Musiał żyć jako człowiek, tak zostało mu to przydzielone i nie miał na to wpływu. Zawsze, kiedy wychodził i wchodził starał się nie patrzeć na to przeklęte lustro. Zgromadzone w nim były całe negatywne emocje tego domu i ludzi w nim kiedyś zamieszkujących. Nie rozumiał tego zjawiska. Ale cóż, miał dopiero 12 lat.

W pewnym momencie chciał już odwrócić się na pięcie i odejść stamtąd jak najdalej. Ale decyzja została już podjęta i nie było odwrotu. Pomacał w kieszeni przedmiot, który udało mu się dziś podwędzić rzeźnikowi.

Zaczynało naprawdę mocno padać i nie chcąc się przeziębić, musiał wejść do środka.

Zebrał się w końcu na odwagę i nacisnął klamkę. Kiedy przechodził przez próg owionął go chłód i poczuł nagły atak samotności? Rozejrzał się po dużym holu. Zawinął mocniej w bezkształtną masę szmat, które były jego jedynym ubraniem. Z lewej strony klatki schodowej jak zwykle leżały stare kartony, pożółkłe gazety, które przeczytał już setki razy, a które teraz służyły już tylko grzybowi porastającemu je i wspinającemu się powoli po ścianie. Po prawej stronie minął zniszczone drzwi mieszkania numer 4. Cały czas szedł slalomem, by jak najmniej brudzić sobie buty, a właściwie stopy, bo ciężko nazwać to, co na nich miał butami, ptasimi odchodami, którymi zaściełana była cała podłoga. Podszedł do schodów i spojrzał w górę. Zobaczył ten sam widok, który widział tysiące razy. Brudne, również obsiane odchodami kamienne stopnie, ledwo trzymające się poręcze i gdzieś w górze stary żyrandol, opuszczony już maksymalnie na drucie wiążącym go z sufitem. Wchodząc na swoje drugie piętro, zawsze zastanawiał się, kiedy żyrandol urwie się i roztrzaska do reszty na dole.

Kiedy pokonał już wszystkie schodki i postawił stopy na zimnej podłodze holu na drugim piętrze zatrzymał się. Przed nim po obu stronach wąskiego korytarza znajdowały się cztery pary starych, spleśniałych, i na wpół zeżartych przez robactwo, drewnianych drzwi. Dywan, który kiedyś był zapewne dosyć ładny, teraz wyglądał jak jęzor jakiegoś potwora, gnieżdżącego się w ciemnym końcu korytarza. Pełno było na nim wszystkiego: strzępów gazet, ubrań, jakieś buty. Ciężko byłoby znaleźć, choć jeden czysty fragment „tkaniny”, żeby zobaczyć, jaki miała kiedyś wzór.

Powoli ruszył korytarzem. O jego stopy ocierały się małe, pokryte futrem zwierzątka. Przechodząc obok mieszkania z numerem17 zobaczył pod jego drzwiami zestaw starych puszek po konserwach, fasoli i czymś jeszcze. Wyblakłe, pożółkłe naklejki informowały o zawartości każdej z nich. Ciekawe, co znajdowało się w nich teraz? Nie chciał wiedzieć.

Wreszcie dotarł do swoich drzwi. Stara, wyblakła i pognieciona tabliczka, wisząca już na jednym tylko gwoździu widniała nad jego głową.

„C.S. Winston”

Rodzice.

Po policzku spłynęła mu mała, słona łza. Szybko ją otarł i sięgnął do klamki. Ale w tym momencie okno, które znajdowało się tuż obok jego drzwi, przesłonił czarny kształt. Chłopcu wydawało się, że to jakiś ptak, ale jakie latające stworzenie może tak zasłonić całe okno? Nie znał takiego...

Wrażenie trwało tylko chwilę, gdyż czarny kształt szybko zniknął, znów wpuszczając do holu światło. Chłopak przysiągłby, że widział dwie, czerwone plamki w tej czarnej masie.

Był zmęczony, od dawna nie jadł ciepłego posiłku. Może ma jakieś przywidzenia. Spojrzał na drzwi do swojego mieszkania. Wyglądały fatalnie, jak wszystko w tym budynku. Na dole i górze, woda i wiatr wypaczyły je tak, że światło z wewnątrz wypływało i łączyło się z tym na korytarzu. Zamek był do reszty zardzewiały a na klamce, tylko w jednym miejscu pozostał ślad po farbie. Nacisnął ją, drzwi zaskrzypiały i otworzyły się lekko. Za chwilę poczuł opór. Jak zwykle. Woda wypacza wszystko. Nie uniknęły tego klepki podłogi i podniosły się, jakby chcąc wspiąć się na drzwi. Tylko, po co? A może wyciągały się tylko w niemym geście tęsknoty. Może ktoś mógłby je stamtąd zabrać?

Jego umysł potrafił wytwarzać najróżniejsze, najprzedziwniejsze historie. Teraz powstała ta o dręczonych drewnianych panelach podłogowych.

Pierwsze, co zobaczył wchodząc do mieszkania, było lustro. Przeklęte, wielkie, pozłacane, włoskie lustro. Ojciec przywiózł je kiedyś z jednej ze swoich licznych wypraw do Włoch w sprawie pracy. Nigdy jej tam nie dostał. Nigdy w ogóle nie dostał żadnej stałej pracy. Ciągle przynosił do domu resztki tych marnych groszy, których nie udało mu się utopić w kolejnych szklankach wódki. Matka nie piła. Ale za to narkotyzowała się. Zaczęła jeszcze, kiedy mały był u niej w brzuchu. Po jego urodzeniu nie wystarczały jej miękkie narkotyki. Trawkę paliła jakby to był zwykły papieros. Sięgała więc po coraz to twardsze narkotyki. Zaczęła miewać halucynacje i mary, którymi z czasem zaraziła dziecko.

Nie żyli od trzech lat. Nie widział jak umarli. To znaczy, nie widział pierwszego razu. Potem obraz ich śmierci pojawiał się przed jego oczyma ilekroć spojrzał w lustro. Musiał stanąć w odpowiednim miejscu. W jednym jedynym punkcie zniszczone podłogi, dwa kroki od drzwi frontowych i pół stopy od drewnianej szafki na buty. Kiedy w tym miejscu podniósł wzrok na lustro, widział jak ojciec zakrada się do łóżka matki którejś nocy, mamrocząc coś pod nosem. Matka wykręca się, spazmatycznie łapiąc oddech, zapewne uciekała we śnie przed jakimiś potworami, które czasami jemu także się objawiały. Nie koniecznie we śnie...

Ojciec wyjmuje z tylnej kieszeni spodni nóż kuchenny i zataczając się sięga do gardła matki. Po chwili nikt już się nie szamocze ani nic nie mówi. Z gardła kobiety powoli wycieka życie. Ojciec wyrzuca nóż za okno i wychodzi z pokoju i z domu.

Potem chłopak dowiedział się, że tego samego wieczora, jego ojciec zginął pod kołami ciężarówki z meblami. Wybiegł prosto pod jej koła. Ale jemu nikt nie musiał tego mówić. Widział to już wtedy kilka razy. W lustrze.

Tak jak widział dziewczynę spod 5, pannę Crets, którą pewnego wieczora napadło i zgwałciło trzech wysokich mężczyzn. Malec stał wtedy przed lustrem i krzyczał w nie, aby uciekała. Wiele razy zdarzało mu się zemdleć przed lustrem. Te widoki wymieszane ze wspomnieniami i makabrycznymi wizjami, jakich doświadczał przez lustro, doprowadzały go na skraj szaleństwa. Przecież był taki młody.

Praktycznie cały czas bolała go głowa. Czasami tak bardzo, że mógł tylko leżeć i płakać. Zapewne tak samo bolała głowa pana Timbury’ego, kiedy wykryto u niego guza mózgu. Ile to razy chłopiec widział przez lustro, jak przez wiele godzin w ciemnym pokoju w mieszkaniu numer 11 porusza się jedynie kołdra, przykrywająca grubego pana Timbury’ego. Aż w pewnym momencie przestała się unosić i opadać. Kolejna igła dźgała wtedy mózg i serce małego chłopca. Były już podziurawione jak sita. Albo jak pan Smith, który zginął w czasie napadu na bank. Miał nieszczęście tam pracować i podczas rabunku, postanowił zagrać bohatera. Skończyło się na 73 dziurach na całym ciele. To było na pokaz. Nigdy nie złapano złodziei.

To wszystko, te wszystkie makabryczne, niesamowicie smutne i męczące myśli, kotłowały się w małym umyśle dwunastoletniego dziecka. Nie myślał już o zabawie, nie myślał nawet o jedzeniu. Tylko to ciągle krążyło wśród jego szarych komórek. Śmierć. Zabójstwa. Morderstwa. Przemoc. Był tym wypaczony. Cały jego środek był zbitą masą zła, jakie jego oczy widziały za pośrednictwem lustra przez te kilka lat nędznego życia.

Ale postanowił już. To się skończy. To się skończy już niedługo. Może wtedy będzie mu lepiej. Może odnajdzie bratnią duszę i w końcu zacznie się śmiać.

Sam dziwił się sobie, że nie wpadł na to wcześniej.

Gdyby do przedpokoju mieszkania chłopca weszła postronna osoba, również pierwszym, czym zajęłyby się jej oczy, byłoby podziwianie pięknego, włoskiego lustra zdobiącego jedną ze ścian.

Nie zauważyłaby nagiego muru ze strzępkami wyblakłej odklejonej tapety.

Nie widziałaby jaśniejszych plam, w miejscach gdzie kiedyś wisiały obrazy.

Nie słyszałaby cichych jęków, skrzypnięć i zawodzenia desek podłogi, o podniesionych wodą, postrzępionych końcach.

Może postawiłaby teczkę lub torebkę na starej, dębowej szafce z dwoma długimi szufladami, znajdującej się pod lustrem.

Nie zauważyłaby jej własnego cienia, wyłaniającego się z korytarza, po długich, wyczerpujących zabawach z ostatnimi promieniami gasnącego słońca.

A może z pierwszymi??

Nie zauważyłaby czternastu cichych, smutnych cieni stojących w pokoju jadalnym i patrzących na nią pustymi oczodołami smutku. Ich głowy są lekko przekrzywione, a ręce zwieszają się bezwładnie wzdłuż ciał.

Widziałaby tylko złoto-świecącą bramę do cudownego świata, w którym ona jest pierwszoplanową postacią i głównym bohaterem.

Z pewnością nie zauważyłaby również, rozmytego czasem, odbicia chłopca przykładającego sobie ostrze małego nożyka harcerskiego do przegubu lewej ręki.

Nie zauważyłaby dwóch mokrych linii, biegnących od obojga oczu do kącików ust.

Biegnących przez bladą, suchą twarz samotnego dziecka.

Wziałem opowieść z forum na paranormalne.pl

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Pierwsze zdanie jest źle skonstruowane. Powinno brzmieć: "Stojącego przed drzwiami kamienicy chłopca obleciał ten sam, co zwykle, paniczny strach." Teraz to wygląda tak, jakby ten strach stał, a nie chłopiec.
Odpowiedz
To takie smutne Chlp T-T
Odpowiedz
Nie straszne :) ale ciekawe i inne ^-^
Odpowiedz
takie... inne o.O
Odpowiedz
smutne i nie creepy
Odpowiedz
Smutne TuT
Odpowiedz
Płakać się chcę, ale raczej nie straszne
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje