Historia

Nigdy nie możesz być pewien czy jesteś tym, kim myślisz, że jesteś

adraibazuck 5 8 lat temu 7 052 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Cześć, mam na imię Adrai i chciałabym opowiedzieć Ci swoją historię.

Od kiedy tylko pamiętam mieszkałam w małej wsi, takiej, gdzie wszyscy się znali i wiedzieli kto, co i z kim. Wieś ta leżała z dala od miast i gwaru, między rozległymi polami i wielkim lasem. I właśnie, las. Legendy i podania przekazywane z pokolenia na pokolenie głosiły, iż w lesie tym mieszkają duchy tych, którzy zmarli nie załatwiając ważnych spraw lub mają coś komuś do przekazania. Kiedy byłam mała wierzyłam w to, ale z perspektywy czasu domyśliłam się, że starsi opowiadali te historie swym dzieciom, by te same nie wchodziły do lasu gubiąc się. Może sami nie domyślali się, że w każdej legendzie tkwi ziarenko prawdy?

Tak więc moja historia zaczyna się pewnego wakacyjnego ranka, kiedy to budzisz się z poczuciem, iż nie ma już żadnych atrakcji w rodzinnej wsi i nawet nie chce Ci się wstać z łóżka, żeby nudzić się cały dzień. W końcu zeszłam na dół na śniadanie, umyłam się i byłam gotowa pomóc mamie w pracy na polu. Kiedy jednak oświadczyłam to jej, uśmiechnęła się i odpowiedziała:

-Dziś masz wolne Ads, jest taki upał, że rozpuściłybyśmy się tam w ciągu minuty. Pojedź może nad jezioro albo na wycieczkę z Yoko?

-Och. Okej, pomyślę o tym.

Mama nie wiedziała nic o naszej kłótni. Głupia Yoko. Ja nigdy nie zabrałabym jej faceta. Tak czy inaczej nieważne stało się, a ja nie miałam co robić sama na tej głupiej wsi.

Po godzinie namysłu postanowiłam pojechać na wycieczkę, przecież nie będę siedziała cały dzień w domu.

Zebrałam się szybko, woda, koc, książka, tak, to wszystko czego mi teraz trzeba.

Dojechałam nad staw, poopalałam się ze dwie godziny po czym postanowiłam wybrać się w dalszą podróż. Nigdy wcześniej nie wypuszczałam się wgłąb lasu, gdyż nie mam zbyt dobrej orientacji w terenie, tym razem jednak, zmuszona nudą postanowiłam zaryzykować.

Po godzinie jazdy dotarłam na skraj polany, zmęczona ponownie wypakowałam koc i rozłożyłam się na trawie. Nawet nie wiem kiedy Morfeusz porwał mnie w swoje objęcia.

Obudził mnie szelest trawy, uniosłam lekko rozespane powieki i zobaczyłam staruszkę idącą ku mnie. Zerwałam się na równe nogi przerażona porwałam w bieg rower i pedałowałam co sił. W oddali, mijając staruszkę w pewnej odległości zdążyłam dosłyszeć jedno zdanie:

-Nie uciekaj, tak długo na ciebie czekałam!

Pędzona strachem dotarłam do domu w ciągu 20-u minut. Rzuciłam rower i wpadłam do swojego pokoju, nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. Może to upał płatał mi figla? Zasnęłam na słońcu i widziałam mary przed oczyma? I co gorsza, słyszałam! Czy to w ogóle było możliwe?

Powoli nastał wieczór, a ja postanowiłam powiedzieć o wszystkim mamie. Tak też zrobiłam, ona jednak zaczęła ganić mnie za to, że sama wypuściłam się tak daleko i o to, że zostawiłam jej ulubiony koc. Opowiedziałam jej taką historię, a ona martwiła się tylko o cholerny koc.

Następnego dnia, tłumacząc sobie, że to ja wymyśliłam sobie coś, co nie miało miejsca, pojechałam odszukać koc. Znalazłam go bez problemu, odjeżdżając obejrzałam się jeszcze raz za siebie i to był błąd. Kiedy nacisnęłam na pedał spostrzegłam przed sobą tą samą staruszkę. Normalnie pewnie zaczęłabym się drzęc wniebogłosy, ale teraz zamurowało mnie, do tego staruszka miała tak ciepły wyraz twarzy...

-Nie jesteś tym, kim myślisz, że jesteś- powiedziała spokojnym głosem.

-Yy.. Słucham?

-Nie jesteś nią....Nie jesteś tu gdzie powinnaś....Musisz się dowiedzieć....Odszukaj...niezapominajki....- bełkotała

-N-Nierozumiem o co pani chodzi.

Staruszka zniknęła, nie wiem jak, ale taki jets fakt, stała po czym w ułamku sekundy mrugnięcia powieki, już jej nie było. Zdezorientowana całą tą sytuacją wróciłam do domu.

Oddając mamie koc zagadnęłam ją o naszą rodzinę, o przodków, przeprowadzki. Ona jednak zamarła po czym spojrzała się na mnie oczyma pełnymi strachu, tak, wtedy nie potrafiłam tego zdefiniować, ale to był zwykły strach. Odpowiedziała mi tylko zdawkowo, że nie ma teraz czasu.

Wieczorem, kiedy wrócił ojciec leżałam już w łóżku, więc dochodziły mnie tylko strzępki rozmów z dołu.

- ...prostu wiedziałam, że to kiedyś się wyda... Nie, przecież nie możemy jej powiedzieć...

- A widzisz... rozwiązanie? Tak myślałem. Przecież nie chcesz chyba, żeby.... starej wariatki, która...wie?

- ...masz rację, dajmy...list.

Zadziwiła mnie ta rozmowa, moi rodzice z reguły nie byli nerwowi, a teraz krzyki, jakieś tajemnice. Długo nie mogłam zasnąć, cały czas myślałam o "liście". W końcu wstałam rozbudzona myślami i krążąc po pokoju, zauważyłam, że z kieszeni kurtki mojego ojca wystaje jakaś kartka. Zaciekawiło mnie to i postanowiłam wyjąć ją i sprawdzić co to, przecież co miałam do roboty nie śpiąc o 3-ej rano...

"Droga córeczko, piszmy ten list, abyś po naszej śmierci mogła poznać prawdę, gdyż mamy wyrzuty sumienia, ale zbyt mało odwagi, by powiedzieć ci o tym za życia.

Nie jesteśmy twoimi prawdziwymi rodzicami. Kiedy byłaś jeszcze niemowlakiem mieszkaliśmy w innym kraju, jesteś córeczką naszych tamtejszych sąsiadów. Pewnej nocy nasza córeczka, który urodził się tego samego dnia co ty, zmarła. Byliśmy zrozpaczeni i nie myśląc trzeźwo postanowiliśmy pozbawić radości kogos innego. Twoich rodziców. Porwaliśmy cię w nocy, po paru dniach poszukiwań podrzuciliśmy ciało naszej zmarłej córeczki niedaleko, w twoim ubranku. Zrobiłem wszystko, żeby nie dało się rozpoznać dziecka. Tak jak się spodziewalismy twoi rodzice ze względu na szacunek do zmarłej dziewczynki (ciebie) zrezygnowali z badań i autopsji, a pochowali naszą córeczkę jak swoją. A my wyjechaliśmy niedługo pod pretekstem strachu o własne dziecko. To właśnie twoja historia. Na dole masz dane rodziców, adresy, może się przydadzą.

Prosimy, wybacz nam. Twoi kochani, nadal rodzice."

Zamurowało mnie. Już czytając z oczu płynęły mi strumieniami łzy, jednak teraz wpadłam w szloch, nie mogłam przestać, zaczęłam się dusić, miałam ochotę ich zabić. Ale nie, nie zniżę się do ich poziomu. Po chwili poszukałam jakiś informacji w internecie, wszystko się potwierdziło, głośna sprawa, porwane dziecko polane kwasem, nierozwiązana sprawa...

Pobiegłam na górę i zapakowałam swoje rzeczy jak najciszej potrafiłam po czym wymknęłam się. W krzakach przy stacji odczekałam na pierwszy ranny pociąg i odjechałam, w ręce ściskając cenny urywek kartki z adresami.

53 dni po tragicznej nocy dotarłam. Była 5 nad ranem, a ja stałam i gapiłam się w okna jakiś ludzi. Mogli mnie uznać za wariatkę. Po chwili spostrzegłam ją, krzątającą się. Miała te same oczy co ja...

Moi prawdziwi rodzice nie mogli w to wszystko uwierzyć, ale przepełniało ich szczęście, tak jak i mnie zresztą. A porywacze? Nawet mnie nie szukali, myślę, że zbyt bali się policji.

Powoli przyzwyczajałam się do mojego nowego życia. Pewnego dnia mama zabrała mnie na cmentarz, abym poznała swoje korzenie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy jeden z grobów usłany był całkowicie niezapominajkami....

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Wątpię w to że nie tęskniła za ludźmi którzy ją wychowali i tak po prostu od nich uciekła. Wolała by pewnie z nimi zostać, pewnie ich kochała.
Odpowiedz
to nie było straszne a raczej to bylo cos w stylu ukryta prawda , dlaczego ja Itd a więc zbyt ciekawe to nie bylo P.s ja wole horrory i jes uwielbiam
Odpowiedz
Nie rozumiem. Co jest takiego MEGA STRASZNIE NIESAMOWICIE OKROPNIE PRZERAŻAJĄCEGO w staruszce. Czemu tak uciekła na tym rowerze, a potem mówiła o tym, jakby widziała ducha, czy coś. Co jest strasznego w miłej staruszce???
Odpowiedz
Straszne? Niet, ale bardzo fajne.
Odpowiedz
nie straszne ale bardzo fajnie się czyta, dobrze napisane
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje