Historia

Martwo Urodzona

sundowner 8 6 lat temu 12 515 odsłon Czas czytania: ~6 minut

W moje 16 uro­dziny, zaraz po tym, jak zdmuch­nę­łam świeczki z tortu, moja matka powie­działa mi, że uro­dzi­łam się martwa.

- Tak się cie­szę, że ci się udało — powiedziała.

Wycią­gnę­łam wide­lec z ust.

- Co?

– No tak — powie­działa. — Chyba nigdy ci o tym nie powie­dzie­li­śmy. Gdyby nie cio­cia Kirah, to nie doży­ła­byś nawet swo­jego pierw­szego dnia.

Cio­cia Kirah. Pielęgniarka.

Mama dostała skur­czów pod­czas prze­rwy na lunch, dwa mie­siące przed ter­mi­nem. W szpi­talu była dwa­dzie­ścia minut póź­niej, a godzinę po tym wypchnęła moją głowę ze swo­jego ciała.

Jak więk­szość nowo­rod­ków nie oddy­cha­łam. Lekarz dał mi lek­kiego klapsa, jak to robi się w przy­padku każ­dego nowo naro­dzo­nego. Kolejny lekki klaps, jak w przy­padku nie­któ­rych nowo­rod­ków. Następ­nie moc­niej­szy klaps.

W tym momen­cie moja matka zaczęła krzy­czeć. Wartki potok krwi wycie­kał spod jej dol­nej czę­ści ciała. Lekarz prze­ka­zał mnie mło­dej pie­lę­gniarce, która zapo­dała mi jesz­cze jed­nego klapsa, a następ­nie prze­ka­zała 24-​letniej pie­lę­gniarce. To była sio­stra Kirah.

Kirah oto­czyła moje usta swo­imi i wdmu­chi­wała mi powie­trze przez nos. Dwoma pal­cami szybko uci­skała moją klatkę pier­siową. Zatrzy­mała się, potem jesz­cze raz wdmuch­nęła haust powie­trza do płuc nie prze­sta­jąc uci­skać. I tak w kółko.

Moja matka prze­stałą krzy­czeć. Udało im się także zata­mo­wać jej krwotok.

Kazali Kirze prze­stać mnie reani­mo­wać. Powie­dzieli, że to nie ma sensu. Dok­tor pró­bo­wał odcią­gnąć jej rękę z mojej małej i nie­ru­cho­mej klatki pier­sio­wej. Uznał mnie za martwą.

Dwa dni po szes­na­stych uro­dzi­nach znów spo­tka­łam Kirę. Dla mnie zawsze była cio­cią, nigdy pielęgniarką.

- Świat się nie liczył — powie­działa. — To było tak, jak­byś był tam tylko ty i ja, a całe moje życie zmie­rzało do tej chwili.

Wzięła kęs tortu i się uśmiechnęła.

- To dziwne, ale nawet nie pamię­tam, że cię reani­mo­wa­łam. Chcia­łam jedy­nie cię ura­to­wać i nic innego się wów­czas nie liczyło, nawet moje wła­sne życie. Po pro­stu wie­dzia­łam, że będziesz żyła.

– Nawet, gdy wszy­scy kazali ci przestać?

Kirah kiw­nęła głową.

- Nawet wtedy. Wie­dzia­łam, że będziesz żyła i zro­bi­ła­bym wszystko, abyś tylko zaczerp­nęła ten pierw­szy oddech.

– Dzię­kuję.

– Nie ma za co. Cie­szę się, że się nie pod­da­łam. Zrób dla tego świata coś dobrego.

Trzy dni po moich szes­na­stych uro­dzi­nach ogło­si­łam rodzi­com, że zamie­rzam zostać pie­lę­gniarką. W ciągu kolej­nego roku udało im się mnie prze­ko­nać do zosta­nia lekarzem.

Stu­dio­wa­nie medy­cyny było cięż­kim okre­sem w moim życiu — a przy­naj­mniej naj­trud­niej­szym, jaki pamiętam.

Moi rodzice nigdy nie byli w sali wykła­do­wej, dopiero kiedy ich opro­wa­dza­łam zaj­rzeli tam po raz pierw­szy. Poma­gali mi w szkole, ale na uni­wer­sy­te­cie było ina­czej i kiedy ter­miny odda­wa­nia prac i kolejne strony do nauki się gro­ma­dziły nie wie­dzieli, jak mogą pomóc.

Cio­cia Kirah wie­działa. Przy­je­chała i przy­wio­zła ze sobą naj­lep­sze książki. Nauczyła mnie, jak zapa­mię­tać naj­waż­niej­sze kości i mię­śnie. Poka­zała mi nawet, jak popraw­nie robić notatki i gdzie sie­dzieć pod­czas wykła­dów — nie w pierw­szym, czy dru­gim rzę­dzie, ale w około jed­nej trze­ciej sali.

- Ci z tyłu — powie­działa Kirah — są albo wsty­dliwi, albo nie chcą się uczyć. Jako lekarz nie powin­naś być wsty­dliwa, a jako bystra dziew­czyna powin­naś słu­chać i się uczyć. Sie­dze­nie z tyłu jest nie­fajne. To są miej­sca dla tych, któ­rzy chcą poga­dać, poplot­ko­wać lub spać. To miej­sca tych, któ­rzy chcą oblać, a oble­wa­nie egza­mi­nów jest niefajne.

Skła­ma­ła­bym, gdy­bym powie­działa, że moje oceny były bar­dzo dobre. Jed­nak nigdy nie obla­łam żad­nego egza­minu, a moje oceny były na tyle wyso­kie, że kiedy zali­czy­łam staż, to pozwo­lono mi dołą­czyć do spe­cja­li­za­cji neo­na­to­lo­gicz­nej. Czu­łam się z tym dobrze, jakby tak trzeba było, dobry spo­sób na odwdzię­cze­nie się.

Kiedy zda­łam lot mojego stu­denc­kiej czapki oglą­dało troje rodzi­ców. Mama, tata i oczy­wi­ście cio­cia Kirah, która sie­działa po lewej od mamy i uśmie­chała się szeroko.

Kirah pomo­gła mi także zna­leźć pierw­szą pracę — w jej szpi­talu. W szpi­talu, w któ­rym uro­dzi­łam się martwa.

Poka­zała mi co i gdzie, przed­sta­wiła innym pie­lę­gniar­kom. Cio­cia Kirah opo­wie­działa mi, jak dużo i szybko się nauczyć oraz jak obcho­dzić się z tymi pomarsz­czo­nymi, małymi czło­wiecz­kami, ale nie wahała się nakrzy­czeć na mnie, kiedy zaj­mo­wa­łam się nowo­rod­kiem zbyt mało deli­kat­nie albo doko­na­łam złego, w jej mnie­ma­niu, wyboru.

I tak przy­jem­nie zle­ciał pierw­szy rok. Szkoda, że nie dzię­ko­wa­łam jej częściej.

Życie leka­rza jest cięż­kie. Trzeba być zawsze spo­koj­nym i cały dzień pocie­szać pacjen­tów. Życie nie pozwala ci odpo­cząć i myśleć o sobie. Przede wszyst­kim jed­nak nie masz czasu dostrzec innych ludzi w twoim życiu, któ­rzy też potrze­bują pocieszenia.

Wie­dzia­łam, że jej mąż zmarł dawno temu, ale cio­cia Kirah nigdy się nie smu­ciła. Sły­sza­łam także plotki, ale myśląc prak­tycz­nie jedy­nie o pacjen­tach szybko pozby­łam się ich z głowy.

“Nie­szczę­śliwa.”

“Poro­niła.”

“Samotna.”

“Nie może mieć dzieci.”

“Cały czas pracuje.”

Zawsze pyta­łam, jak się czuje, a ona zawsze odpo­wia­dała, że jest ok. Nie słu­cha­łam przez cały rok.

Stała za mną, kiedy dawa­łam porady przy­szłej mamie. Poczu­łam rękę na ramie­niu, a po chwili ją zabrała.

- …ofe­ru­jemy nawet poród w wodzie, jeśli…

Pacjentka zro­biła się blada jak ściana.

- O mój boże, — powie­działa — o boże.

Z moich ust wydo­było się ciche “Słu­cham?”, ale zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć usły­sza­łam, jak coś cięż­kiego upada za mną.

Ręce i nogi cioci Kiry drgały ner­wowo, a po chwili zdrę­twiały w skur­czu. Jej szczęka była otwarta, a oczy wywrócone.

Dostałą ataku.

Dali­śmy jej coś na roz­kur­cze­nie mię­śni, ale jej usta już nigdy się nie zamknęły.

Kirah leżała w łóżku przez tydzień. Obok było tak wiele kwia­tów, że nie mie­ściły się na dwóch stołach.

W jej pokoju zawsze byli ludzie, trzy­mali ją za rękę i mówili miłe rze­czy. Wycho­dzili jedy­nie, gdy mówi­łam, że jestem leka­rzem i muszę z nią zostać na osob­no­ści. Sia­da­łam i pła­ka­łam trzy­ma­jąc głowę na jej piersi.

Kiedy upa­dła, ude­rzyła głową o pod­łogę. Anew­ryzm. Jej mózg był martwy.

Nie zwró­ci­łam uwagi na tę dłoń na moim ramie­niu. Dłoń, która pocią­gnęła za mój kitel.

Po tygo­dniu lekarz stwier­dził, że pora wycią­gnąć wtyczkę.

- Pro­szę, nie — powiedziałam.

Spoj­rzał na jej twarz.

- Przy­kro mi — powie­dział. — Wiesz prze­cież, że ona i tak już nie żyje.

Wie­czo­rem przy­je­chali moi rodzice. Przy­była rów­nież sio­stra Kiry i jej dwaj siostrzeńcy.

W powoli prze­su­wa­ją­cej się kolejce, jedni za dru­gimi do jej pokoju szli leka­rze i pie­lę­gniarki, po raz ostatni uści­snąć jej dłoń lub uca­ło­wać w czoło.

Wszy­scy poza moimi rodzi­cami, jej sio­strą i sio­strzeń­cami wyszli. To ja ją odłączyłam.

Nie ma dru­giego takiego dźwięku, jak ten prze­cią­gły, długi pisk. Dźwięku, po któ­rym nie masz już żad­nej nadziei.

Tydzień póź­niej sprzą­ta­łam jej szafkę. Inna pie­lę­gniarka, w wieku podob­nym do Kiry, weszła do pomiesz­cze­nia, kiedy skła­da­łam nie­bie­ski sweter.

Rozej­rzała się po pokoju, a potem szybko do mnie pode­szła. Podała mi fol­der. Na okładce było imię Kiry i numer pacjenta.

- Nie powin­ni­śmy tego odda­wać, — powie­działa — ale pomy­śle­li­śmy, że możesz chcieć to zabrać.

– Dla­czego?

– Zoba­czysz.

Tej nocy, z koszem peł­nym rze­czy Kiry i lampką bia­łego, kwa­śnego wina na stole, otwo­rzy­łam jej akta.

Nie­wiele stron było na temat jej pierw­szych lat. Tylko jej dane oso­bowe i ubez­pie­cze­nie. Kilka stan­dar­do­wych testów.

Poczu­łam ucisk w żołądku, kiedy zoba­czy­łam wyniki testu cią­żo­wego. Wynik pozytywny.

Było jesz­cze kilka innych wyni­ków labo­ra­to­ryj­nych. Karta przy­ję­cia do szpi­tala. Jedno słowo zapi­sane było czer­wo­nymi lite­rami na górze strony.

“Poro­nie­nie.”

Moja lekar­ska spo­strze­gaw­czość dała o sobie znać. Przej­rza­łam dane na stro­nie i nie zna­la­złam przy­czyny. Przez bli­sko pół godziny czy­ta­łam ten arkusz i wyniki labo­ra­to­ryjne uprzed­nio przy­cze­piw­szy je do żół­tej, kor­ko­wej tablicy. Wszyst­kie wyniki wyda­wały się być w porządku. Przy­jęto ją wie­czo­rem z bólami i krwa­wie­niem, ale nie było żad­nej przyczyny.

Był także raport z sali ope­ra­cyj­nej. Usu­nięto jej macicę.

Odło­ży­łam fol­der na stół i popła­ka­łam się.

Nigdy nie słu­cha­łam. Nigdy się nie zasta­na­wia­łam, dla­czego była sama.

To dla­tego zawsze tak bar­dzo o mnie dbała. Ura­to­wała mnie. Dała mi życie. Byłam jej dziec­kiem zastępczym.

Wzię­łam lampkę z winem.

“Zro­bi­ła­bym wszystko, abyś tylko zaczerp­nęła ten pierw­szy oddech” — powie­działa kiedyś.

- Dzię­kuję — wyszeptałam.

Stało się to w momen­cie, kiedy moje oczy krą­żyły gdzieś po sufi­cie, a zimne szkło dotknęło moich ust.

Strona samo­czyn­nie prze­rzu­ciła się z powro­tem na tę z czer­wo­nymi lite­rami u góry.

Spoj­rza­łam na nią. Następ­nie na zapi­sane wiel­kimi lite­rami słowo. A potem na dół strony. Ujrza­łam datę.

Moje uro­dziny.

---

Tłu­ma­cze­nie: Lestatt Gaara

Autor: not_​small_​anymore

(CC) BY-NC-ND 3.0 © Przy kopiowaniu proszę o zachowanie autora i źródła.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

oddała życie swojego dziecka za życie bohaterki
Odpowiedz
Adrianna Wyszyńska Dlaczego przyszła matka miałaby zrobić coś takiego?
Odpowiedz
Anna Lorek nie ja to pisałam :) jedyne logiczne dla mnie wytłumaczenie jest takie, że nie wiedziała co jej zostanie odebrane. Poza tym nie szukałabym w creepy pastach sensu. Pozdrowionka
Odpowiedz
słabe nie ma sensu tu tylko jest napisane o tek Kirze czy jak ona tam ma
Odpowiedz
Lipa.
Odpowiedz
Kurde...słabe...
Odpowiedz
Wspaniałe opowiadanie, aż się popłakałam O.o
Odpowiedz
W cholere smutne
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje