Historia

To nie ja

thebill151 8 6 lat temu 5 299 odsłon Czas czytania: ~5 minut

O ile pamiętam to był poranek 24 lipca-Wakacje. Około godziny 6:30.

Było wyjątkowo ciepło na dworze, poranna mgła ustępowała miejsca słońcu. Wszędzie dookoła cicho i spokojnie, jak to na wsi. Gdzieś daleko było tylko słychać poszczekiwanie psów. Ale to był standard więc nie zwracałem na to jakiejś większej uwagi.

Stałem wtedy przed domem odpalając porannego papierosa. Wiem, niezdrowo tak zaczynać dzień. Ale każdy żyje po swojemu. Dobra, mniejsza o to...

Mieszkałem na totalnym zadupiu, najbliźsi ,,sąsiedzi'' mieszkali 200m od mojego domu. Dla nie których to pewnie wada, ale ja się cieszyłem świętym spokojem i wolnością. Nie była to zwykła wolność, mogłem robić głośne imprezy i nikomu to nie przeszkadzało. A nie lubiłem robić sobie wrogów.

Wracając do wątku: wyszedłem wtedy z domu, bo nie chciałem nikogo budzić. Może to głupie ale zdarza mi się odprawiać monologi. Tak, mówię do samego siebie. Nie w myślach, nie szeptem. Po prostu mówię. Nie są to jakieś poważne tematy, raczej rzeczy typu pogoda, co chcę zrobić i komentowanie sytuacji. Miałem tak od dzieciństwa. Może to jakiś uraz czy coś. Nie przejmowałem się tym zbytnio. Bardziej by mnie denerwowało jakbym się jąkał.

Kończąc porannego papierosa zobaczyłem że ktoś idzie w stonę mojego domu. Nie ciężko było zauważyć że zmierza do mnie bo mój dom był na odludziu (jak już wcześniej wspominałem).

Nie spodziewałem się wtedy niczego złego. I miałem racje. To był znajomy. Nazywał się Mariusz, był w moim wieku i często do mnie przychodził. Lubiłem go. Ale to może dlatego że nie odzywał się zbyt wiele. Był cichym człowiekiem, ale potrafił słuchać. Jako jedyny nie denerował się gdy mówiłem przez dłuższy czas do siebie.

Odrazu się z nim przywitałem i zapytałem czego tak wcześnie przyszedł (zwykle śpi do 14:00). Odpowiedział mi tylko pełnym powagi głosem ,,daj szluga''. Nie zabardzo się kwapił żeby mi powiedzieć o co chodzi. Było po nim widać że coś jest nie tak. Ręce mu się trzęsły, a papieros spalał się nadzwyczaj szybko. Do tego rozglądał się na dookoła trochę nerwowym wzrokiem. Spalił do końca papierosa i pożegnał się. Jak go się spytałem ponownie o co chodzi odpowiedział tylko: ,,przyjdę później''. Jako że byłem trochę zaspany, wróciłem do domu i położyłem się na chwilę z nadzieją że wróci ten sen o dwóch ładnych azjatkach. Nie trzeba było długo czekać aż zasnę.

Obudziło mnie lekkie stukanie w szybę. To był Mariusz. Wyglądał jeszcze gorzej niż rano. Jak człowiek po tygodniu ćpania. Zmarnowany, wychudzony. Zastanawiałem się co się mogło stać. Przecież rano wyglądał tylko na niewyspanego.

Wyszedłem do niego. On nic nie chciał powiedzieć oprócz jednego słowa ,,chodź''. Naprawdę nie był rozmowny.

Szliśmy w kierunku środka wioski. Nic obcego, nic się nie zmieniło. No może oprócz tempa Mariusza. Zwykle się trochę ociągał i szedł z tyłu, a teraz prawie biegł. Dotrzymywałem mu tempa i przez całą drogę pytałem się gdzie mnie prowadzi.

Wyszliśmy z wioski. Zajęło nam to jakieś 15 min. Szliśmy w stronę lasu, a było tamtego dnia strasznie gorąco. Ja jak zwykle narzekałem że nie mam nic do picia a on mnie ciągnie taki kawał niewiadomo po co. No ale cóż, jeśli nie byłoby to nic ważnego to nie prowadził by mnie tam.

Weszliśmy do lasu. Jak to w takich miejscach, dużo robactwa, kleszczy, komarów i innych niepotrzebnych insektów. Za to było o wiele chłodniej.

Szliśmy wzdłóż strumienia. Znałem to miejsce na pamięć więc niczym co widziałem nie byłem zaskoczony. Wiedziałem gdzie leży każde przewrócone drzewo, gdzie dało się przejśc na drugą stronę itp. Gdy byłem mały często się tu bawiłem, a teraz zdarza mi się wyjść tu na spacer.

Mariusz przez całą drogę się nie odezwał. Szliśmy już w sumie godzinę. Miałem tego dosyć. Spytałem już zdenerwowany, gdzie mnie prowadzi. Odparł tylko ,,zaraz dojdziemy''. I faktycznie doszliśmy. Nie kojarzyłem tego miejsca, rzadko się zapuszczałem akurat w tą część lasu. Może dlatego że było tu nieprzyjemnie, dużo krzaków, wąskie ścieżki i lekko podmokła ziemia. Takie małe bagno. No ale coż Mariusz był pewny gdzie idzie więc zaufałem mu i kroczyłem za nim. Wyszliśmy na niewielkiej łące. Może z kilka arów zwykłej trawy w środku lasu. Nawet fajne miejsca na namioty-pomyślałem.

Mariusz tylko spojżał na mnie. Jego źrenice były bardzo duże, praktycznie nie było widać jego tęczówek. Spytałem się więc go co ćpa. Odpowiedział ,,to nie ja''. Jak nie Ty? Ktoś bierze dragi za Ciebie?-zażartowałem. A on znowu powtórzył ,,to nie ja'' tylko że tym razem trochę głośniej niż wcześniej. Ale co ,,nie Ty''-zapytałem.

,,TO NIE JA!''. Już prawie to wykrzyczał. Jego skóra już była prawie biała, a czarne źrenice wypełniały 3/4 oka.

Przeraziłem się jak to zobaczyłem. Nie bladą cerę Mariusza, nie jego prawie czarne oczy.

Zauważyłem coś w krzakach. Wystające dwie blade ręce, prawie takiego samego koloru jak skóra Mariusza. Bałem się. Bałem się podejść i zobaczyć. Te ręce machały... nie tyle co machały.. może bardziej wyglądało to na jakieś gesty. Nie pokaywały nic konkretnego.

Zapatrzyłem się w te ruchy, a w tej samej chwili Mariusz stał obok i się patrzył na mnie. Nie był to normalny wzrok. Jego oczy już całkiem zczarniały, widziałem tylko łzy na jego policzkach. A przez jego nienaturalny uśmiech z mocno zaciśniętymi zębami przebiły się tylko trzy słowa: ,,przepraszam, to nie ja''. Spojżałem na miejsce w którym wystawały wcześniej ręce. Nie było ich tam. Zamiast tego na końcu łąki zobaczyłem ją. Biała jak porcelana cera poprzecinana strugami ciągle lejącej się krwi z rannego ciała. Miała bardzo szeroki uśmiech i wystający z niego długi język. Wyglądało to jakby nie straciła władzę nad całą szczęką, wszystko luźno latało. Byłem przerażony jak nigdy. Sparaliżowany ze strachu patrzyłem tylko jak podchodzi coraz bliżej i wykonuje jakieś gesty. W tym samym czasie Mariusz się poruszał. Zrozumiałem że ona nim jakoś kieruje.

Wkońcu się przemogłem i ruszyłem. Nie wpadło mi do głowy nic innego jak uciekać. Odwróciłem się i gwałtownie ruszyłem. Przedzierałem się przez obce mi krzaki szukajac wyjścia. Byłem już cały we krwi przez te głupie ciernie.

Odwróciłem się, za mną nie było nikogo. Ani Mariusza ani tego czegoś. Odetchnąłem z ulgą, ale adrenalina i instynkt kazały mi biec dalej. Już zerwałem się do biegu i nagle się zatrzymałem. Znowu czułem ten paraliż ze strachu. Nie mogłem nic zrobić. Stałem i patrzyłem jak to paskuctwo idzie w moją stronę.

Zobaczyłem tylko kilka gestów. Nie czułem już nic. Dosłownie nic. Widziałem oczyma, ledwo mogłem mówić. Moje ciało już nie było moim ciałem. Widziałem jak idę, ale nie mogłem tego zatrzymać. Szedłem spowrotem do domu. Zamiast przywitać się z domownikami udało mi się z siebie wydusić ,,to nie ja''

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Najpierw czas przeszły, potem teraźniejszy... "Nie lubiłem robić sobie wrogów" A teraz lubi? Jezeli nadal mieszka w tym domu i nadal nie lubi robić sobie wrogów, to ta część opisu powinna być w czasie teraźniejszym. Jeśli akcja zdarzyła się 24 lipca a nie wiemy jaki dzień jest w czasie opowiadania o niej, to co działo się pomiędzy? Powinno być jakieś wyjaśnienie. Pomysł spoko. Wykonanie gorsze.
Odpowiedz
Mi się podoba, masz parę błędów, ale styl jet całkiem fajny. Oddzielaj akapity, będzie lepiej widać. -Tak się pisze dialogi. -powiedziałam. (xD) I jak dla mnie jest trochę za mało rozwinięta akcja, za krótki opis, ale i ta dam + :)
Odpowiedz
nuda
Odpowiedz
Orto i te "trzy" słowa, "przepraszam to nie ja", reszta spoko 7/10
Odpowiedz
Super *-*
Odpowiedz
Sorrka za wszystkie niedociągnięcia. Jak następnym razem coś będę pisał to postaram się poprawić ; )
Odpowiedz
Bardzo fajne, aż czułem sie jak bohater.
Odpowiedz
Trzy słowa: przepraszam to nie ja:-) Policz sobie
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje