Historia

Kotek

kwesiunia 0 11 lat temu 1 110 odsłon Czas czytania: ~4 minuty

Lubię ten moment ciszy. Tę krótką chwilę tuż przed wyrwaniem serca. Mierzi mnie to całe krzyczenie, szarpanie, walka. Dzikie spojrzenia zamglone wyłącznie myślą o przetrwaniu.

Może nawet nie tyle mierzi, co po prostu nudzi. Serio. Ja wiem, że widzieliście setki filmów i jesteście przekonani, że bez śladów czerwonego lakieru od paznokci wbitego w mą skórę i zapachu potu zmieszanego z damskimi perfumami nie mogę dojść. Że bez krzyku siedemnastoletniej dziewczyny nie jestem w stanie dostać orgazmu. Bzdura, jak mawiał pewien kabareciarz. Doskonale radzę sobie masturbując się w swoim małym ciemnym pokoju. Zresztą, laski z internetu i tak zawsze są ładniejsze.

Ale, wracając. Dziewczyna leży na ziemi przykrytej gazetami, pół podłogi obryzgane jest krwią. Panuje absolutna cisza. Nawet tramwaje za oknem chyba się zatrzymały. Ona nie patrzy już na mnie tylko gdzieś w przestrzeń, widząc pewnie te rzeczy, które widzi się tuż przed śmiercią. Ja klęczę jej na brzuchu, powoli i z mozołem wycinając kolejne partie mięsa, dopóki nie dostanę się do swego ukochanego serca. Kiczowate? Może trochę, ale zawsze lepsze to niż pęcherz...

Czy mówiłem już jak to się wszystko zaczęło? Miałem całkiem normalną rodzinę. Wychowałem się w bloku, oboje rodziców z wyższym wykształceniem, średnie przychody - nic nadzwyczajnego. Uczyłem się dobrze, ale nie wybitnie. Łyknąłem trochę kultury, ale nie rozróżniałem oper po pierwszych nutach ani perfum z pół kilometra. Słowem - idealny przykład przyszłego przedstawiciela klasy średniej. Dom, żona, dziecko, pies, hipoteka.

Kiedy miałem sześć lat bawiłem się razem z kuzynem na wsi. Wiecie, takie tam wiejskie zabawy, gonitwy, piłka nożna, rzucanie kamieniami. Kamienie, właśnie. Zaczęło się od tego, że kuzyn trafił kurę kamieniem wystrzelonym z procy. Biedne zwierze wpierw upadło i myśleliśmy, że będzie rosół. Ale potem kura podniosła się i zaczęła biegać, ale... tylko w lewą stronę. Pamiętam jak staliśmy na niewielkim, zagraconym podwórku i zaśmiewaliśmy się z niej, jak próbowała dotrzeć gdziekolwiek zataczając te swoje śmieszne kółka na wiecznym przechyle w lewo.

Potem był kot. Zwyczajny dachowiec. Dał nam się złapać i zaczęliśmy sprawdzać z jak wysoka i jak mocno obrócony spadnie na cztery łapy. Przy pewnej wysokości nie dał rady i spadł na kamienną drogę jak kłoda. Żył, ale nie mógł się ruszać. Uciekliśmy przerażeni. Nazajutrz już go nie było i nikt nas o to nie zaczepiał, więc niby skończyło się dobrze.

Ale ten kot prześladował mnie. Znaczy nie, nie jestem świrem, nie to, że widywałem dwumetrowego śledzącego mnie kota. Nic z tych rzeczy. Po prostu dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Spowiadałem się z tego czynu kilkanaście razy, ale mimo wszystko to wciąż powracało do mnie. Potrafiłem przyjaciołom powiedzieć o sobie wszystko. O chwilowej impotencji, o masturbacji, o paleniu trawki, ale nie o kocie. To było coś, co dręczyło mnie przez całą moją młodość.

A teraz kuzyn pracuje w banku w Irlandii Północnej i ma normalne życie a ja wycinam serce tej biednej dziewczynie.

No tak, ale przecież nikt nie uwierzy, że zabicie jednego kota prowadzi od razu do przemiany w psychopatycznego mordercę. Oczywiście, że nie. Myślę, że był to pierwszy krok. Kolejny nastąpił dopiero gdy miałem dwadzieścia lat. Razem z kumplami wychodziłem z knajpy, lekko podpity. Rzuciło się do nas paru kolesi, którzy najwidoczniej nie mieli nic lepszego do roboty i wywiązała się bijatyka. Czy to ja trafiłem na słabszego, czy też sam się nie doceniałem - nie wiem. Dość powiedzieć, że sprałem swojego na kwaśne jabłko i biłem jeszcze długo po tym, gdy już przestał się bronić.

Następnego dnia miałem strasznego kaca. Moralnego też. Wychowany zostałem bowiem bez przemocy i nigdy jej nie pochwalałem. Ale! Zauważyłem, że to całe zdarzenie i wyrzuty sumienia związane z pobiciem człowieka zdjęły mi z barków ciężar domniemanego zabójstwa kota. Zastanawiające.

Wkrótce okazało się, że aby zagłuszyć wyrzuty sumienia choć raz na jakiś czas muszę zrobić coś gorszego niż poprzednio. Pobić kogoś. Zgwałcić. Potem zabić. Wkrótce zwykłe morderstwo też już nie wystarczało, musiałem znęcać się nad ofiarami, palić je żywcem, wycinać organy. Spirala nakręcała się w nieskończoność, dając mi w zamian parę dni wytchnienia, parę dni wolnych od udręki i koszmarów.

I tak to właśnie wygląda. Żadnej patologicznej przeszłości, żadnego molestowania w dzieciństwie, żadnych sił nieczystych. Po prostu zbieg okoliczności i to, że ten głupi kot nie wylądował na cztery łapy. Dlatego właśnie klęczę na brzuchu tej dziewczyny i właśnie kończę wyjmowanie serca. Ona już nie żyje, a za oknem ciszę przerywają policyjne syreny. Na pewno miliony ludzi oglądać będą mnie w wiadomościach.

Czemu zadzwoniłem na policję? Wiecie, nie mam pojęcia co zrobię gdy skończą mi się pomysły na coraz większe okrucieństwa, dlatego potrzebuję trafić do miejsca, gdzie ludzie mają takich pomysłów mnóstwo. Czyż więzienie nie będzie do tego celu idealne? A że w Polsce nie ma kary śmierci, będę mógł poużywać do woli. Może nawet przysłużę się społeczeństwu?

W każdym razie nie mogę pozwolić sobie na to, by lęki powróciły. Nie poradzę sobie z tym, gdy znów mnie napadną i będę leżał na ziemi śliniąc się i błagając demony przeszłości o zlitowanie. Nie. To moje życie i nie mam zamiaru zmarnować go pozostając nieustannie w strachu i bezsilności.

I koniec zabawy, faceci z maskami na twarzach wywalają drzwi, mimo, że zostawiłem je otwarte. Wpadają do pokoju świecąc latarkami, potykając się o wnętrzności sprzed tygodnia i wrzeszcząc coś niezrozumiale jak zwierzęta. Jeden z nich przystaje przy ścianie, żeby się wyrzygać. Widać nie może znieść waszego widoku, ciałka moje.

Rzucają mnie na podłogę i zakuwają w kajdanki. Pełni wściekłości i agresji. Nie rozumieją, że chciałbym jedynie przywrócić do życia tego kotka. Jednego małego kotka.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje