Historia

Jeden dzień

białadama 13 6 lat temu 8 540 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Długo zastanawiałem się, czy powinienem o tym komukolwiek mówić. Doszedłem do wniosku, że nikt poza Alicją i tak mi nie uwierzy. Nie potrafię jednak dłużej trzymać tego w sobie. Skoro nie mogę tego nikomu przekazać pozostawię to tu.

Dzień zapowiadał się dobrze. Jak zwykle wstałem, umyłem się, zjadłem śniadanie i ruszyłem do szkoły. Dziś miał być mój prywatny dzień wagarowicza. Klasówka z matematyki, której nie mogłem oblać, a jak zwykle nie chciało mi się do niej uczyć. Szkoła to tak piękny twór, że zawsze na Ciebie poczeka. Niestety, jak miałem się dziś przekonać, inne rzeczy przychodzą same, nie pytając o pozwolenie. Wszystko diametralnie się zmienia i to nie tylko w Twoim życiu.

Wyszedłem z bloku i skierowałem się w stronę ulicy. Dziś miałem iść sam. Wszyscy znajomi postanowili jednak wydać na siebie wyżej wymieniony wyrok śmierci. Jak tak teraz o tym myślę, to „wyrok śmierci” brzmi tu dość zabawnie. Minąłem moją starą podstawówkę. Mimo wczesnej pory ruch na ulicy był dość duży. Jak ja nie cierpię tego hałasu. Dotarłem do weterynarii, a następnie do skrzyżowania, przy którym znajdował się supermarket. Nie musiałem długo na zielone czekać. Po drugiej stronie ulicy stał przystanek. A na nim niemal każde pięć dni w tygodniu czekałem ja. Tak jak dzisiaj. Miejskiej komunikacji też nienawidzę. Zawsze się spóźnia, jest niewygodna, a podróż nią strasznie się dłuży. Dzisiejszy dzień był niewątpliwie dniem cudów. Dziś, po raz pierwszy od wielu miesięcy, MZK nie spóźnił się, a kiedy do niego wsiadłem były miejsca siedzące. No i ruszyliśmy. Nawet się nie spostrzegłem, kiedy dotarliśmy do fabryki płatków śniadaniowych Pacyfic. Potem, jak zwykle, postaliśmy w korku pod mostem i dotarliśmy do przystanku przy kościele. Do mojego przystanku.

Po wyjściu z autobusu odetchnąłem głęboko zatęchłym miejskim powietrzem, i z uśmiechem na ustach ruszyłem w kierunku kolejnych świateł. Za sobą miałem plac, na którym stał wspomniany kościół, znajdował się dworzec komunikacji miejskiej i moja „ukochana” szkoła. Trzy w jednym. Tniemy koszty panie czytelnik, tniemy koszty. Tego dnia pozostawiłem placówkę za plecami i udałem się na światła. Tłum ludzi jak zwykle. Kieszeń zadrżała. Wyjąłem telefon. SMS. O, od Alicji. Zaczytany wszedłem na pasy. Usłyszałam krzyki. Przeraźliwie głośny dźwięk klaksonu.

Podniosłem głowę. W moją stronę pędził autobus. Skamieniałem. Nie pamiętam za wiele z tego, co czułem. Nie znam żadnej rzeczy, która potrafiłaby tak mocno miażdżyć klatkę piersiową, jak ten strach, który mi wtedy towarzyszył. Poczułem uścisk na ramieniu. Coś szarpnęło mnie do tyłu. Straciłem równowagę, lecz nie przewróciłem się. PKS przejechał kilka centymetrów ode mnie. Stałem na chodniku. Zszokowany. Ludzie chyba pytali, czy nic mi się nie stało, ale nie zwracałem na to uwagi. Mogłem być wtedy martwy. Aż w końcu olśnienie. Ktoś przecież musiał mnie uratować. Czasami zadziwia mnie moja błyskotliwość. Odwróciłem się na pięcie, ale w tłumie ujrzałem tylko ginący brązowy kapelusz. Należał do jedynej osoby, która nie patrzyła w moją stronę. Zacząłem jej szukać. Bezskutecznie. Dlaczego ktoś to zrobił i odszedł? Na jego miejscu zostałbym i zamienił z niedoszłą ofiarą kilka słów. To miał być dopiero początek.

Od czasów wypadku zaczęły się dziać ze mną dziwne rzeczy. Nie zdążyłem jeszcze wrócić do domu. Przecież oficjalnie byłem w szkole. Długi czas siedziałem na ławce niedaleko bulwarów. Rozmyślałem nad ludzkim życiem. Jakie to jest kruche, że jednego dnia jest, a innego już nie itp. W pewnym momencie przysiadła się do mnie pewna kobieta. Była chyba w średnim wieku. Ubrana zwyczajnie, w ręku trzymała jakieś czasopismo dla gospodyń domowych. Początkowo wbijałem wzrok w chodnik, lecz coś mnie podkusiło i spojrzałem. Wbijała czarny wzrok w maleńkie literki. Twarz miała białą jak śnieg, zapadnięte policzki i bił od niej przeraźliwy chłód. Od razu jak tylko na nią spojrzałem, usłyszałem w głowie piskliwe „jeden dzień”.

Oczy urosły mi niesamowicie, a serce łomotało jak opętane. Z miejsca oblał mnie zimny pot. Nigdy wcześniej nic podobnego nie widziałem. Uciekłem z krzykiem nie odwracając się za siebie. Krążąc tak po mieście widziałem wśród tłumów wielu podobnych tej kobiecie. Za każdym razem, kiedy na nich patrzyłem słyszałem to przeraźliwe „jeden dzień”, albo jak głos powtarzał jakieś cyfry. „Dwadzieścia, piętnaście, siedem i tak dalej”. Wydawało mi się, ze wariuje. Schroniłem się w ruinach starej rzeźni niedaleko domu. Spalili ją sprzeciwiający się krojeniu biednych świnek. Bawiłem się w niej jako dzieciak.

Kiedy przestałem widzieć ludzi, głos w głowie i dziwne obrazy zniknęły. Zastanawiałem się czy ja naprawdę jestem zdrowy. Podobno dziadek chorował na schizofrenię. Bałem się, że mnie zamkną w szpitalu. Że moje życie zamknie się w czterech mięciutkich ścianach. Nawet nie zauważyłem jak minęły trzy godziny. Im dłużej siedziałem w zimnych, ceglanych, mokrych murach klaustrofobicznej budowli, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, ze ktoś na mnie patrzy. „Muszę wreszcie stąd wyjść, to ze zmęczenia. Ostatnio mało sypiam. Brak mi witamin. Ochłonę i będzie dobrze.” Pocieszałem się w myślach.

I faktycznie. Jak wyszedłem nikt z ludzi nie wydawał mi się dziwny. Popatrzyłem uważnie. Przyglądałem się i nic. Krążyłem kolejną godzinę po mieście w poszukiwaniu moich halucynacji, ale nic nie znalazłem. Teraz mogłem wrócić do domu. Na skrzyżowaniu głównej z moją ulicą, zaraz przy przystanku zastałem tłum gapiów. „Co jest grane?”

Podszedłem bliżej i znalazłem swoją halucynację. Miałem się przekonać, że to najprawdziwsza prawda. Na środku ulicy leżała kobieta z potłuczoną głową. Była jeszcze bledsza i jeszcze bardziej przerażająca, niż wszyscy, których widziałem do tej pory. Nie podejmę się opisu. Wybacz czytelniku, ale chcę o tym jak najszybciej zapomnieć.

-Potrącił ją ktoś. – Usłyszałem w tłumie.

-Gdzie jest? – Zapytał jeszcze ktoś.

-Reanimuje ją. – Pokazał jakiś chłopak na mężczyznę udzielającego ofierze pierwszej pomocy.

To utwierdziło mnie w przekonaniu, ze tylko ja w tej kobiecie widzę coś dziwnego. Nikt nie zwracał na to uwagi. Nagle usłyszałem ten potworny głos.

„10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1…”

-Nie ma pulsu! –Wrzasnął reanimujący. –Czy ktoś do cholery zadzwonił po karetkę?!

Syrena obwieściła, że tak. Po chwili mieliśmy tu radiowozy i karetkę. Sanitariusze wyskoczyli z noszami i zabrali kobietę do wozu, gdzie kontynuowali reanimację. Ja jednak wiedziałem, że to nic nie pomoże. Zrozumiałem, ze widzę. Widzę i słyszę nadchodzącą śmierć.

Prześladowało mnie to przez parę następnych dni. Koszmary nie odstępowały mnie na krok. Nie spałem prawie tydzień. Alicja i starzy zaczęli wypytywać. Co miałem im powiedzieć? „Mamo, tato, maleńka… mam dla was wspaniałą wiadomość. Jak zostanie wam doba, żeby kopnąć w kalendarz, to wam powiem.” Jak ja nienawidzę mieć racji. Dokładnie dwa tygodnie później, kiedy już się uspokoiłem, zacząłem sypiać i przyzwyczaiłem się do widoku śmierci na co dzień, zdarzyło się coś o czym nie chciałem myśleć. Pewnego wieczoru, kiedy przekroczyłem próg pokoju Alicji zobaczyłem śmierć. Ala była blada. Jej czarne puste oczy wydawały się nie zdolne nawet do płaczu. Wystarczyło jedno spojrzenie, by usłyszeć. „Jeden dzień.”

-O Jezu… - Powiedziałem. Alicja uśmiechnęła się.

-Mów mi po prostu Ala.

W mojej głowie stanęło pytanie: „Jak jej to powiedzieć?” Nie mogłem jej teraz zostawić. Z drugiej strony trudno mi było na nią patrzeć. Przez większość wieczoru rozmawialiśmy o pierdołach, a ja szukałem rozwiązania. Cholera, wszyscy mają siedem dni, czy coś, a ja mam coś wykombinować w dobę? Gdzie tu sprawiedliwość?

-Grzesiu… co z tobą? Jesteś jakiś nie swój od pewnego czasu. Co jest?

Westchnąłem ciężko i wbiłem wzrok w pościel łóżka.

-Ufasz mi?

Spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem.

-Wiesz przecież.

-Uwierzysz we wszystko, co powiem?

-A masz powód żeby kłamać?

-Wręcz przeciwnie.

-Więc nie mam powodów by nie wierzyć. –Powiedziała tym swoim śmiertelnie poważnym głosem.

-Więc dobrze… -Opowiedziałem jej wszystko od początku do końca najspokojniej jak tylko potrafiłem. Odpowiedziała Jeszcze bardziej przerażonym wzrokiem niż poprzednio.

-Grzesiu… Przerażasz mnie… -Wyszeptała.

-Sam jestem roztrzęsiony, ale to nie te wizje są najgorsze. –Słuchała z przejęciem. –Teraz… -Zamilkłem na chwilę. Nie mogło mi to przejść przez gardło. –Teraz ty masz dobę…

-Grzesiek przestań. –Uśmiechnęła się. Wiem, że lubisz wkręcać, ale nie przeginaj.

-Wiem, że trudno w to uwierzyć i nie chcę cię do tego zmuszać, ale błagam cię tylko. Przez te dwadzieścia cztery godziny staraj się robić to, co powiem. –Nalegałem tak poważnie jak nigdy wcześniej.

-Ty mówisz poważnie… -Stwierdziła cichym głosem. Skinąłem głową. –Nie chce umierać. –W kąciku jej lewego oka pojawiła się łezka.

-Nie dam ci umrzeć.

-Powiedz, że żartujesz. Proszę.

-Chciałbym… Po tych słowach usłyszałem: „Dwadzieścia trzy.”

Serce załomotało.

-Chorujesz na coś, masz jakieś wady genetyczne czy coś?

-Nie, wiesz dobrze, że nie. Co jest?

-Zostały dwadzieścia trzy godziny. Noc jest bezpieczna. Możesz iść spać. –Stwierdziłem.

-Żartujesz! Mam jutro umrzeć, a ty mi każesz spać? Nie zmrużę oka.

-Masz rację. Przepraszam.

Siedzieliśmy całą noc szukając rozwiązania. Znaleźliśmy łzy, smutek, ból i wątpliwości. To był najsmutniejszy dzień w moim życiu. Nie chce nawet myśleć, jaki był dla Ali. Postanowiliśmy nie iść do szkoły. Nie mogliśmy również zostać w domu, bo starzy nie daliby żyć. Poszliśmy na bulwary. Usiedliśmy sobie i zaczęliśmy rozmyślać. W pewnym momencie, kiedy usłyszałem „dwanaście”, olśniło mnie. Chwyciłem ją mocno za rękę i odciągnąłem od krawędzi. Aż poderwała się ze strachu.

-Boże, co się stało!?

-Siedzimy nad rzeką. A jak wpadniesz?

-Podobno mam czas do wieczora.

-Wolę dmuchać na zimne.

Usiedliśmy gdzieś na trawie z dala od ludzi, ruchu drzew, zwierząt i wszystkiego, co mogło sprawiać potencjalne zagrożenie. Płakała. Tuliłem ją i łzy cisnęły mi się do oczu. Nigdy nie wierzyłem w przeznaczenie. Nie uwierzyłbym, gdyby ktoś przedwczoraj powiedział mi, że będę się zastanawiał jak je oszukać.

Na dwie godziny przed upływem terminu Alicja zmieniła się zupełnie. Wstała, otarła łzy.

-Pierdoli mnie to. –Powiedziała patrząc mi w oczy.

-Co takiego? –Zapytałem z niedowierzaniem. Ala zaczęła biec.

Jak szalony popędziłem za nią.

-Co robisz?! Przestań! –Krzyczałem bezskutecznie.

Wbiegła na most kolejowy. Strach przed tym, co planuje niemal mnie sparaliżował. Na szczęście żaden pociąg nie jechał. Weszła na barierkę i zaczęła iść po krawędzi.

-Stój! –Popędziłem za nią torami. Chwiała się na boki a mnie serce łomotało. Zza zakrętu wyłonił się pociąg. Most zaczął drżeć. Maszyna przed nami ostrzegała sygnałem, że nie zatrzyma się. Kiedy trzeci wagon mijał Alę, dziewczyna zachwiała się. Wyciągnąłem rękę, lecz nie zdążyłem. Chwyciła się belki podporowej i została przy niej, aż maszyna przejechała. Nie masz pojęcia drogi czytelniku, jaką ulgę poczułem. Ale ona nie miała zamiaru przestać. Przegoniłem ją przez pół miasta. Po dachach, ruchliwych ulicach i najgorszych dziurach w okolicy. Aż zatrzymaliśmy się na jakimś placu budowy, gdzie właśnie powstawał biurowiec. Nawet nie wiem, gdzie to było. Zatrzymała się i zaczęła płakać. Spojrzałem na nią. Nawet nie zdążyłem jeszcze złapać dobrze tchu, kiedy usłyszałem: „Cztery, trzy…

Spojrzałem w górę i dostrzegłem bujającą się metalową belkę. Najszybciej jak mogłem ruszyłem do Alicji. Belka chyba zaczęła spadać, kiedy wyskoczyłem, bo usłyszałem zgrzyt. Chwyciłem ją w ramiona i padliśmy na ziemie kilka metrów dalej. Za nami uniósł się tuman kurzu. Ala była cała.

Od tamtego czasu nie widzę już bladych twarzy i nie słyszę głosów w głowie. Nareszcie mam spokój. Alicja długo była w szoku. To wydarzenie zmieniło ją bardzo. Posmutniała, zrobiła się lękliwa. Jeśli to czytasz, kimkolwiek jesteś, przysięgam Ci, że nie zostawię jej…

Grzegorz G.

Grzesiek wsunął kartkę pod obluzowaną cegłę w ruinach rzeźni. Poczuł się znacznie lepiej. Stracił z serca ciężki kamień, na rzecz innego kamienia, ale to już nie było jego zmartwienie. Wstał szybko udał się do wyjścia. Jakby chciał jak najszybciej zobaczyć normalnych ludzi. W progu zastał Alę. Patrzyła na niego smutnym wzrokiem.

-Co jest misiu? –Zapytał. –Stęskniłem się za tobą.

Milczała chwilę, by potem wydobyć z siebie kilka zatrutych słów.

-Grzesiu… Został nam jeden dzień…

Piotr Mazurkiewicz

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Hmm... Ciekawe, ładnie napisane, błędów nie zauważyłam. Daję 9/10. Czegoś mi brakuje ale nie wiem czego.
Odpowiedz
Historia jest stworzona na podstawie piosenki zespolu nickeblack nie wiem czy dobrze napisalam ale parę dni temu obila mi soe o uszy
Odpowiedz
Dokladnie tak :D kapitalnym z reszta
Odpowiedz
Ciekawy styl, fajna historia, nadaje się na film. :) Albo książkę, rozbudować opowiadanie i voile!
Odpowiedz
Historia zarąbista <3
Odpowiedz
szkoda że zginom lub może
Odpowiedz
https://www.youtube.com/watch?v=_JQiEs32SqQ ... przypadek ? nie sądzę
Odpowiedz
Wystarczyłoby to bardziej rozbudować i ta da! Mamy zajebisty film! 9/10
Odpowiedz
Super ^^
Odpowiedz
No, nawet nawet..
Odpowiedz
super :D szkoda tylko że na końcu i tak mają umrzeć :/ ...
Odpowiedz
Fajne, fajne . :3
Odpowiedz
super, na poziomie
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje