Historia

Las

coldblood 7 5 lat temu 7 762 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Wszystko zaczęło się od tego domu. Rozpadające się stare próchno.. Paskuda. Z sufitu sypał się tynk, rury niebezpiecznie trzeszczały, farba odrywała się od ścian (jak gdyby chciała stąd uciec, nie dziwię się zresztą), a drewniana podłoga zdawała się chybotać pod moimi stopami. Szczególnie jedna deska, przy nadepnięciu wydawała tak odrażające dźwięki, że postanowiłem oznaczyć ją czerwoną kredą i już nigdy więcej na nią nie stawać.

Nigdy bym się tu nie przeprowadził, gdyby nie sytuacja, w której się znalazłem. Rodzina od której wynajmowałem mieszkanie z dnia na dzień wyrzuciła mnie na bruk. Musiałem więc szybko szukać czegoś nowego, zresztą, nie pytajcie.

Dom, w którym przyszło mi mieszkać ulokowany był w chyba najgorszej możliwej okolicy. Środek całkowicie zniszczonego lasu, pełnego obrzydliwych pajęczyn (choć pająków nie zauważyłem) i drzew, które wyglądały jakby przeżyły jakiś pożar czy coś. Z jakiegoś powodu nie rosły na nich żadne liście, mimo że był środek lata. Ziemia była całkowicie naga, nawet źdźbło trawy nie wydostało się na jej powierzchnię. Nie znalazłem tu żadnego mrowiska, nie słyszałem żadnego śpiewu ptaków. Cały ‘las’ zdawał się być kompletnie pozbawiony jakiegokolwiek życia.

Rozmawiałem na ten temat z właścicielem domu. Dowiedziałem się tylko, że kiedyś jakaś niezbyt popularna wśród mieszkańców miasteczka zielarka powiesiła się na jednym z drzew. Ciała jednak nie znaleziono, na sznurze wisiała jedynie głowa denatki. Zaśmiałem się wówczas, że historia jak z horroru.

Nie zraziło mnie to jednak. Nie wierzę w duchy, czarownice, wampiry ani inne stwory rodem z amerykańskich filmów grozy. Zresztą, nawet jakby istniały, to co mogłyby mi zrobić? Tylko kompletny popapraniec bałby się przezroczystego prześcieradła, które nie potrafi mówić, używać przemocy ani nawet wziąć niczego w ręce (bo i tak ich nie ma).

Rozpakowawszy swoje rzeczy, pościeliłem łóżko i wskoczyłem w miękką pościel z odtwarzaczem mp3 w dłoni. Wcisnąłem do uszu słuchawki i zamknąłem oczy, oddając się zupełnemu relaksowi. Zacząłem dostrzegać zalety tego ustronnego miejsca – przez cały czas miałem spokój, nie jak w tym zaludnionym bloku. Ta cisza mnie lekko przerażała, ale wcisnąłem ‘’play’’ i całkowicie oddałem się rytmom piosenki.

Jednak coś zaczęło bezczelnie zakłócać mój dobry nastrój. Przez muzykę przebijał się jakiś inny dźwięk. Zdjąłem słuchawki. Cisza, mimo to, wciąż nasłuchiwałem. I wówczas to powróciło. Grr, znów dudniło mi w uszach skrzypienie tych parszywych desek z korytarza! I ta jedna, najgłośniejsza, oznaczona kredą. Wybijała regularny rytm. Przeraziłem się. Kto, do diabła, stoi właśnie w moim korytarzu i skacze po tej cholernej desce?!

Zerwałem się z łóżka. Serce wyrywało się z mojej piersi, choć rozsądek podpowiadał, że to tylko przeciąg, że z pewnością zapomniałem zamknąć okna. Gwałtownie otworzyłem drzwi sypialni. Nic nie widziałem, jednak skrzypienie wciąż brzmiało.

- Kto tu jest?! – spytałem z paniką.

Usłyszałem… chichot.

Zląkłem się nie na żarty, panicznie obmacując ścianę ręką. Gdzie jest ten pieprzony włącznik światła?!

- Kimkolwiek jesteś, spieprzaj stąd! – zagroziłem. Starałem się wstrzymać drżenie głosu. Niech ten jebany złodziej, czy kto go tam wie, nie myśli sobie, że się boję!

Znowu chichot. Wysoki, lekko ochrypły. Zimny pot spływał falami po moim karku. Dłonią wciąż błądziłem po ścianach. Jest! Znalazłem! Włączyłem światło, a goła żarówka oświetliła korytarz. Spodziewałem się, że ujrzę jakąś psychiczną kobietę, których zresztą pełno w tym beznadziejnym mieście. Że będzie chciała się pozbyć ‘nowego’, czy coś.

Ale nic z tych rzeczy. Korytarz był całkowicie pusty. Uznałem, że to wyobraźnia płata mi figle. Zgasiłem światło i wróciłem do łóżka.

Rano poczułem, że jestem cholernie głodny. Burczało mi w pustym brzuchu, żołądek nie był wypełniany przez cały wczorajszy dzień. Wsiadłem w samochód i ruszyłem do miasta. Najspokojniej w świecie szedłem sobie alejką, a ludzie wokół i tak z ciekawością na mnie spoglądali. Pewnie już rozeszło się, że znalazł się śmiałek, który miał odwagę zamieszkać w tym opuszczonym domu w tym opuszczonym lesie. Jeny, ludzie tu żyją jak w średniowieczu. Boją się jakiś wyimaginowanych stworzeń. Pewnie nadal obcinają głowy trupom, albo zastawiają groby kamieniami, żeby przypadkiem nigdzie nie uciekli.

Już kilka minut później na własnej skórze zasmakowałem beznadziejności owych mieszkańców. Przypatrywałem się straganowi z warzywami i badałem wzrokiem świeżość spoczywających w skrzynce pomidorów, gdy jakaś starucha chwyciła mnie za rękę. Z pogardą wyszarpnąłem dłoń z jej uścisku i spytałem:

- Czego pani chce?

Kobieta uniosła swoje pomarszczone, ciężkie powieki i zatrzymała przekrwione oczy na mnie. Cała się trzęsła, a jej usta się poruszały, choć nic nie mówiła.

- Dobrze ci radzę, młodzieńcze – zaczęła, a ja uśmiechnąłem się drwiąco – ‘’młodzieńcze’’. – Wynieś się jak najszybciej z tego domu. Ilekroć ktoś odważył się tam zamieszkać, nigdy nie wracał żywy.

- Dlaczego? – prychnąłem.

Staruszka wskazała ręką, bym schylił się ku niej. Łaskawie spełniłem rozkaz.

- To wszystko przez nią – wyszeptała.

Zaśmiałem się.

- Przez kogo? Przez nią? – spytałem, kiwając głową na właścicielkę straganu.

Stara machnęła ręką z poirytowaniem.

- Spełznie ci z buzi ten bezczelny uśmieszek, gdy sam poczujesz na sobie jej moc – powiedziała – Nikt nie wie, gdzie mieszkała. Może w lesie, na łonie natury, może na ulicy, a może w tym samym domku co ty. Wydawała się nieszkodliwa. Zbierała jakieś zielsko, robiła z tego mikstury, sprzedawała je potem bezdomnym. I taki bezdomny wówczas zyskiwał ogromne szczęście. Zdarzało się, że znalazł ciekawą kwotę pieniędzy w śmietniku, albo drogą biżuterię na środku chodnika. Bywało, że zainteresowała się nim piękna kobieta, bądź przystojny mężczyzna, w zależności od płci i upodobań klienta. Wszyscy pokochali uczynną zielarkę, ale niestety jej fachem zaczęły interesować się władze miasta. Uznali kobietę za czarownicę i zakazali mieszkańcom zbliżać się do niej. Ludzie uciekali, gdy ją widzieli, gdyż nie chcieli ponieść kary. Zielarka w ramach zemsty robiła wszystko, by odwrócić całą pomoc, jaką dawały jej eliksiry ludziom. Delegacja miasteczka okropnie się przeraziła, więc postanowili oni uśmiercić kobietę. Napadli na nią i ukryli w domku. Aktualnie, twoim domku. Tam długo ją torturowali, chcieli, by wyjawiła składniki swoich eliksirów. Nikt nie wie, jak to uczyniła, lecz wreszcie umęczona obcięła sobie głowę. Przed śmiercią jednak rzuciła klątwę na cały las. Ktokolwiek wejdzie teraz na jej teren, zginie tak brutalną śmiercią, jak ona. Głupi mieszkańcy zakopali jej ciało, a głowę powiesili na drzewie.

Po skończeniu opowieści, staruszka spuściła wzrok. Ja zaś chwilę się zastanowiłem.

- To przecież tylko miejscowa legenda – zauważyłem – URWANIE GŁOWY z tymi waszymi fanaberiami!

Zaśmiałem się z własnego żartu, a kobieta pokręciła głową.

- Wspomnisz jeszcze moje słowa. Szkoda, że wtedy będzie już za późno.

Wróciwszy do domu, wciąż siedziała mi w myślach owa historia. Męczyło mnie to niemiłosiernie, choć na wszelkie sposoby starałem się zająć czymś umysł. Włączyłem telewizor, lecz nie odbierał zbyt dobrze. Podszedłem do niego, by poprawić antenę. Chwilę się z nią szamotałem, a gdy miałem już pewność, że wszystko działa, jak należy, odsunąłem się i zerknąłem na ekran.

Zmroziło mnie. Nie włączył się żaden kanał, telewizor wyświetlił mi po prostu krótki komunikat – SPÓJRZ ZA SIEBIE.

Odruchowo wykonałem polecenie. Strużka krwi rozciągała się od kanapy, aż w stronę korytarza. Biegłem wzdłuż niej, aż znalazłem się na zewnątrz. Była burza, deszcz przysłaniał mi widok. Uderzenie pioruna. Błysk. I wówczas zobaczyłem ją. Przeraźliwie chuda, żyły prześwitywały przez cienką skórę. Odziana w jakieś szmaty, ciało pokryte mnóstwem igieł. Garbiła się. Oczy miała niesamowicie wielkie i patrzyła z taką dzikością, jakby miała zamiar rzucić się na mnie z pazurami. Z rozchylonych ust ciekła ślina, zmieszana z krwią, zęby wyglądały jak ostre kły. Burza włosów sterczała na wszystkie strony.

Bałem się. Potwornie się bałem! Chciałem uciekać, krzyczeć, wzywać pomoc. Ale sparaliżowało mnie, mogłem tylko stać i gapić się na tą paskudną postać. Przeraźliwy strach oblewał całe moje ciało, serce waliło mocno, oddech przyspieszył. Ale moje nogi wrosły w ziemię, a zjawa mogła zrobić ze mną, co tylko chciała.

Wydała się z siebie przeszywający krzyk, który zmroził mi krew w żyłach, po czym zaśmiała się i przekręciła głowę. Następne uderzenie pioruna. Rozświetliło ono cały las, a mnie przyszło ujrzeć mnóstwo ciał, powieszonych na niemal każdym drzewie. Upadłem na kolana, wiedziałem, co mnie czeka. A zjawa podeszła bliżej i ujęła moją twarz w dłonie.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Na prawdę fajne :)
Odpowiedz
Co taki koniec!!!!!!!!!!!!!!!
Odpowiedz
Świetnie opisane, fabuła jak z dobrego horroru. ;)
Odpowiedz
czytam, czytam a babcia zaczyna czymś trzaskać 0.0
Odpowiedz
genialna pasta :D Dawno nie było na tej stronie czegoś tak rzeczywiście creepy :)
Odpowiedz
Fajne nawet straszne.Ale gdyby było ciekawsze zakończenie.
Odpowiedz
Albo jestem bardzo śpiący, albo na serio nie zbyt rozumiem zakończenie :c
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje