Historia

Żyję Twoim życiem

sevastjan 24 7 lat temu 13 765 odsłon Czas czytania: ~6 minut

Zawsze zastanawiałem się, jak to jest być martwym. Na pewno sam często masz takie myśli. Czy po tym jak „gaśniemy” pojawia się światło? Widzimy swoich zmarłych bliskich? Trafiamy na Sąd Boży, który decyduje o naszym „życiu po życiu” i na podstawie naszych czynów trafiamy odpowiednio do piekła lub nieba? A może nie ma nic? Po prostu koniec. Ciemność. Brak świadomości. Nicość. Wielu wierzy też, że trafiamy z powrotem na ten świat, ale w innych ciałach, jako inne osoby, czy nawet jako zwierzęta...

Moją ulubioną wersją, w którą zawsze chciałem wierzyć, było Niebo. Lecz nie jako spędzanie czasu przy Bogu czy coś w tym stylu. „Moim” Niebem, było przeżywanie raz po razie najpiękniejszych chwil naszego życia. Chwil z bliskimi, naszych sukcesów czy chociażby dobrych imprez. Wiesz, pomyśl o najlepszych momentach swojego życia. I pomyśl, że byłyby to jedyne momenty w Twoim życiu. Bez cierpienia, bez trosk i zmartwień, bez myślenia o przyszłości. Może i nudne, ale... ale cholernie lubię to wyobrażenie.

Wracając do tematu. Pytasz, co jest po śmierci? No tak, na początek możesz skreślić wszystko powyższe. Nie ma nieba, piekła, reinkarnacji, widzenia bliskich ani światełka w tunelu. Nic z tego. Więc wszystkie religie się mylą? Prawdopodobnie. Nie mogę dokładnie opisać Ci całego procesu, bo wiesz... nie mogłem się skupić na dokładnej obserwacji. W końcu umarłem. Czekałem na „coś” i mogło wiele rzeczy mi umknąć. Poza tym, myślę też, że jeszcze nie do końca poznałem wszystkie aspekty mojego „bycia po śmierci” (bo życiem tego w sumie nazwać nie mogę). Ale po kolei:

Jak już zapewne wiesz, umarłem. Okoliczności mojej śmierci nie są ważne, liczy się, co potem. W sekundzie mojej śmierci odłączyłem się od ciała. Uniosłem się nad nim. Pierwszą myślą było „A jednak! Po śmierci coś jest. Gdybym tylko mógł to komuś przekazać, rozwiać wszystkie wątpliwości na ten temat!”. Tak, w pierwszej minucie byłem bardzo podniecony faktem, że pomimo śmierci ciała, moja świadomość czy może dusza, nadal istnieje. Czekałem podekscytowany na coś w rodzaju znaku z drugiej strony, tunel, światełko, może głos Boży wśród anielskich chórów? Następne minuty ciągnęły się w nieskończoność, podniecenie zaczęło znikać. Nic się nie działo. Spóźniają się? A może rzeczywiście nie ma czegoś takiego jak Niebo? W moich myślach pojawiła się pustka. Nie jest pewien, ile trwała, myślę, że musiały to być maksymalnie dwa dni. Odkryłem że pomimo mojej bezcielesnej, niewidzialnej formy, mogę się poruszać. Prawdę mówiąc, w bardzo dziwny sposób, z prędkością niewiele większą niż bieg truchtem, ale nie blokowało mnie nic. Ściana, drzwi, mur czy wysokie położenie jakiegoś miejsca, nie stanowiło przeszkody. Oczywiście nie męczyłem się tym w żaden sposób. Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłem, był zwykły lot w górę. Po prostu, spojrzałem na chmurę i chciałem do niej dotrzeć. Po parunastu minutach takiego lotu i podziwianiu widoku pode mną, znudziło mnie to. Może to poczucie pustki, może coś innego, ale uznałem, że to nie jest czas na to. Nie wiedząc za bardzo co ze sobą począć, wróciłem do swojego ciała. Trafiłem w idealny czas, właśnie było przenoszone do zakładu pogrzebowego. Przez cały następny dzień po prostu krążyłem w pobliżu, oglądałem jak starszy pan ubiera moje ciało w czarny garnitur, pudruje moją twarz, układa do trumny. Ten cały widok był mi dziwnie obojętny...

Następnego dnia rano odbył się mój pogrzeb. Wtedy właśnie wróciły emocje. Żal, smutek, rozpacz, takie wewnętrzne cierpienie, którego nie potrafię opisać. Widok mojej rodziny i przyjaciół, tak załamanych moim odejściem. Chciałem zagłuszyć płacz kobiet krzykiem „HEJ! JESTEM TUTAJ Z WAMI.”, ale nie mogłem. Chciałem objąć moją przyjaciółkę, powiedzieć jej, że była dla mnie kimś więcej. Ale nie mogłem. Chciałem uderzyć moich kumpli, nazwać ich idiotami i zabronić smucenia się. Jak się domyślasz, nie mogłem. Gdybym chociaż mógł przeprosić moją matkę za wszystko. Muszę przyznać. Własny pogrzeb to chyba najgorsze, czego doświadczyłem w życiu. Noo, prawdę mówiąc „po życiu”.

Kolejne dni błąkałem się bez celu po moim domu. Obserwowałem, jak wszystko się toczy po staremu. Tylko telefon częściej dzwonił. Kondolencje składane moim rodzicom. Nie do końca wiedziałem, co o tym myśleć, wydawało się to w pewien sposób miłe, ale przecież chodziło o moją śmierć. Te kilka dni w domu, gdy inni nie wiedzieli o tym, że w pewien sposób jestem z nimi, widzę i słyszę wszystko, dały mi wiele odpowiedzi, nawet na pytania których nigdy nie zadałem. Poznałem wreszcie współpracowników ojca. A dokładniej jedną współpracowniczkę. I to bardzo „dokładnie”. Poczułem do niego obrzydzenie, które szybko zostało zastąpione obrzydzeniem do mojej matki, z którą może i nie miałem tak świetnych relacji, jakie powinienem i żałowałem tego zaraz po śmierci. Obrzydzenie spowodowane jej sposobem na pocieszenie po stracie syna. Jakiś gnojek, niewiele starszy ode mnie. To było chore. Musiałem odejść, nie wiedziałem gdzie, wiedziałem, że jak najdalej.

Moi przyjaciele byli tacy, jak ich zapamiętałem. Przez pewien czas „krążyłem” w ich pobliżu. Rozmawiali o mnie. Wspominali mnie. Może i chodziło o to że „o zmarłych mówi się tylko dobrze”, ale widziałem po nich i słyszałem w ich słowach szczerość. Tęsknili za mną. Najbardziej cierpiała osoba, którą nie tylko lubiłem. Kochałem, ale nigdy jej tego nie powiedziałem. Strasznie żałuję, biorąc pod uwagę to, że dowiedziałem się o jej „wzajemności” dopiero po śmierci. Szkoda, a mogłem ostatnie miesiące życia przeżyć naprawdę szczęśliwie. Znając swoje możliwości, nie omieszkałem ich wykorzystać. Spędziłem wiele czasu przy mojej przyjaciółce. Ale nie będę tutaj robił z siebie romantyka i nazywał się „Aniołem Stróżem”. Byłem podglądaczem. Czytałem jej wiadomości razem z nią, słuchałem jej rozmów. Chociaż nie mogłem się w żaden sposób zadowolić, podglądałem ją, gdy się przebierała, gdy brała prysznic. Patrzyłem na nią gdy spała. Niestety, nie była fanką Zmierzchu i nie spodobałoby się jej, gdyby się dowiedziała.

W końcu postanowiłem odejść gdzieś indziej. Wiedziałem, że nigdy w żaden sposób nie będziemy razem, a przynajmniej nie tak, jakbym mógł chcieć. Myślę że nawet szybciej się z tym pogodziłem, niż „odszedłem” dalej, po prostu zostałem z nią dłużej bo jej życie mnie w pewien sposób wciągnęło. Przecież nie miałem własnego, mogłem zacząć żyć czyimś. Ale ileż można żyć życiem nastolatki? Tak, po pewnym czasie znudziło mnie.

Zostawiłem wszystko za sobą i ruszyłem przed siebie. Chciałem znaleźć kogoś, kto prowadzi fascynujące życie. Takie, którym karmiłbym moją wieczną tułaczkę. Życie, które wypełni tę pustkę. Przez lata żyłem u boku gwiazd muzyki, kobiet które mi się podobały, mafiozów, polityków. Lecz cały czas jestem w trasie, wcześniej wspomniane przykłady, to tylko postoje, krótsze lub dłuższe, do niektórych osób naprawdę się przywiązywałem, ale emocje związane z każdym z „żyć” którymi żyłem wraz z ich właścicielami, staja się w końcu niewystarczające, by mnie zaspokoić.

Podczas „podróży” dręczy mnie cały czas jedno pytanie. Czy każdy, kto umiera, staje się tak jak ja, błąkającą się myślą, która może tylko obserwować jak ludzkie życie toczy się dalej? Jeśli tak, to jest to cholernie przerażające. Nawet pomimo tego, że te błąkające myśli nie są w stanie nic nikomu zrobić ani dać żadnego znaku swojej obecności, czy nie przeraża Cię myśl że cały czas ktoś może Cię obserwować? Nie odstępować Cię na krok, znać wszystkie Twoje sekrety.

Jak wygląda Twoje życie? Może ktoś po śmierci karmi się nim, w taki sposób, jak ja karmię się życiem innych. Ktoś jest przy Tobie w szkole czy pracy, podczas spotkań z przyjaciółmi i rodziną, prywatnych rozmów, a nawet podczas zbliżeń z drugą połówką. W chwilach szczęścia i smutku. Zna Twoje brudne sekrety i kłamstwa. Wie, co kochasz, a czego nienawidzisz. Przed nim nie jesteś w stanie udawać kogoś innego. Jego nie oszukasz.

Żyję Twoim życiem.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Super, fakt faktem nie straszne ale mógł bym to czytać i czytać ;)
Odpowiedz
Hmm... :\ skoro przenika przez wszystko to jak to napisał? :) bardzo fajne! :*
Odpowiedz
jak dla mnie może być tylko troszkę mało akcji
Odpowiedz
Fake, w kilkanaście minut poruszając się z prędkością "niewiele większą od truchtu" nie zdąży dolecieć do chmury i znudzić się lataniem. Dobra, serio. Fajne ;-)
Odpowiedz
Straszne to nie jest, ale wciąga :D
Odpowiedz
hahaha , ale przypał kiedy robie Sobie dobrze xD
Odpowiedz
Nigdy nie czytałam lepszego i tak głębokiego opowiadania! To jest wspaniałe!!! :3
Odpowiedz
Zarąbiste :3
Odpowiedz
Świetne opowiadanie, naprawdę zmusza do refleksji.
Odpowiedz
to jak teraz robić coś przy kompie kurcze
Odpowiedz
Bardzo interesujące. Polecam, ciarki po plecach chodzą...brrr!
Odpowiedz
zaje*iste *.*
Odpowiedz
Ciekawe .ale diablo samotne ,zawsze mamy być sami?
Odpowiedz
przynajmniej wiem, że moje życie się komuś przyda :D
Odpowiedz
Naprawde super, mega sie eciągnelam ;)
Odpowiedz
Dziękuję za wszystkie pozytywne komentarze, aż chce się pisac :)
Odpowiedz
Może to nie jest straszne ale się wciągnełam.! :D ( poczytała bym jeszcze takie opowiadania ) :)) Super ^^^^^
Odpowiedz
Spoko
Odpowiedz
Straszne nie jest, ale wciąga. Polecam
Odpowiedz
ŁOOO ALE STRASZNE XD
Odpowiedz
Heh, no to niech będzie. Lubię być w centrum uwagi c:
Odpowiedz
Mega, cholernie wciągajace!
Odpowiedz
Bardzo interesujące. Gratuluję tak bogatego słownictwa i barwnej wyobraźni!
Odpowiedz
Nie jest straszne, ale b. ciekawe. (y)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje