Historia
Lepiej nie pytaj cz.2 - Drzewo Wisielców
Bez sprzeciwu wróciłam do samochodu...
Pojechałam właśnie do miasteczka S. I spytałam o Drzewo Wisielców.
Jednak coś w opowieści fryzjerki nie dawało mi spokoju. Ponieważ chodziło o śmierć, zajrzałam na posterunek policji.
Powiedziałam, że piszę książkę o dziwnych wydarzeniach, nawiedzonych zamkach i tym podobnych miejscach. I że słyszałam o lokalnej trakcji.
- Atrakcji! - prychnął starszy sierżant. - Wy, pisarze, macie wypaczone poczucie humoru. Tu człowiek ginie, tragedia, a wy...
- Podobno powiesił się tu jakiś Jędrzejczyk - przerwałam mu. - Że niby z zawiedzionej miłości... To prawda?
- Wie pani, jak to na wsi - mruknął. - Jeden powie słowo, drugi dopowie dwa, trzeci to wszystko przeinaczy, no i tak to obrasta. Wreszcie ludzie chcą już tylko słychać swoich gadek, które z prawdą dawno przestały mieć cokolwiek wspólnego.
- A co PAN na ten temat WIE? - zaakcentowałam te dwa słowa. - Umieszczę pana wypowiedź w książce - w jego oczach pojawił się błysk zainteresowania. - Z nazwiskiem - dodałam.
To wystarczyło. Policjant dłuższą chwilę czytał stare zapiski.
- Nie do końca potrafię wszystko wyjaśnić. Faktem jest, że kiedy go znaleziono, dyndał na jednej z gałęzi drzewa. Początkowo wszystko wydawało się proste i normalne - jeżeli oczywiście samobójstwo można nazwać normalnym zgonem. Jak wynikało ze słów rodziców Anity G. chłopak od pewnego czasu ubiegał się o rękę ich córki. Po tym jak dostał kosza, poszedł pod las i zaplótł sobie sznur na szyję. Były jednak realne dowody na to, że rodzice Anity mogą celowo mijać się z prawdą. Dwa tygodnie po odcięciu chłopaka nadeszły wyniki sekcji zwłok. Wykazała ona, że przed zgonem Jędrzejczyka ciężko pobito. W rezultacie odniesionych obrażeń lekarz stwierdził złamanie podstawy czaszki. Pozostawało zatem bardzo wątpliwe, żeby chłopak miał siłę zarzucić sznur na gałąź i popełnić samobójstwo - sierżant zamknął dokumenty.
- No i...? - pytałam. - To kto go tam powiesił?
- Bracia dziewczyny.
- Dlaczego?
- To historia jak z Romea i Julii. Otóż dwie rodziny, postanowiły pożenić swoje dzieci. Pan młody z sąsiedniej wsi miał dostać od ojca całe gospodarstwo. Panna młoda, czyli Anita, wychodząc za mąż, sprawiłaby, że gospodarstwo jej ojca zostałoby podzielone na dwie, a nie trzy części. Czyli w interesie braci dziewczyny było, żeby wyjechała z S. Okazało się jednak, że Anita spotykała się potajemnie z Jędrzejczykiem i zaszła w ciążę. Rodzice postawili weto i wyjechali z nią ciążę usunąć.
- I ona się na to zgodziła?! - aż mnie zatkało.
- Pani z dużego miasta - pokiwał głową mundurowy. - Tu jednak jeszcze inne czasy są. Tak czy inaczej, dwie noce po jej wyjeździe znaleźliśmy wiszącego na drzewie Tadka Jędrzejczyka. Nie wyglądało, że zrobił to sam, i nie trzeba było zjeść wszystkich rozumów, żeby domyślić się, że sprawcami są bracia dziewczyny. Jednak wiedzieć to nie znaczy jeszcze udowodnić. Koledzy dali chłopakom alibi. A Mirka i Radka tamtej nocy nikt z sąsiadów nie widział poza zabudowaniami gospodarstwa. W efekcie kółko się zamknęło. Tyle że rok później, dokładnie rok później... - na chwilę wzrok sierżanta jakby odpłynął. - Pamiętam, że tego ranka przybiegł do mnie Roch G., ojciec Anity. Niemal przemocą wyciągnął mnie z łóżka i zawiózł na pole. Na drzewie wisiało jego dwóch synów. Byli zwróceni do siebie twarzami. Każdy z nich trzymał ręce pod pętlą na szyi brata.
- Nie rozumiem...
- No tak. Późniejszy eksperyment wykazał, że jeden drugiemu założył na szyję powróz. Nie bardzo jednak można było wyjaśnić, jak tego dokonali. Przy zwłokach nie znaleziono żadnego usypiska kamieni ani piasku. Tylko wydrapując się na odpowiednią wysokość, mogli popełnić samobójstwo.
Policjant zamilkł.
- To jak obaj popełnili samobójstwo? - nie mogłam sobie tego wyobrazić. - I dlaczego?
Facet najwyraźniej czuł się niewiarygodnie. Jakby chciał coś powiedzieć, ale się wstydził.
- To wszystko, co wiem. Pani już idzie - energicznie wstał z krzesła, no i ja wstałam.
Czułam, że niczego więcej się nie dowiem. A historia Drzewa Wisielców stawała się coraz bardziej intrygująca...
Wychodziłam z komisariatu, gdy nagle usłyszałam czyjś głos:
- Pani pójdzie do rzeźnika, Walentego Jędrzejczyka.
Obróciłam się. Przy biurku na wprost wejścia siedziała recepcjonistka czy sekretarka.
Trzymała palec przy ustach.
Czyli teraz do rzeźni.
Na zewnątrz czerwcowy gorąc niemal rzucił mnie na kolana. Na ryneczku było pusto, cicho. Najlżejszy podmuch wiatru nie poruszał liśćmi. Nawet ucieszyłam się, że już nie grzeje mnie hełm z włosów. W upał rzeczywiście bardzo praktyczne.
Przesunęłam palcami po krótkim, miękkim jeżyku na głowie. Mój mąż byłby wściekły.
Jednak gdyby zrobiła to wcześniej, ON nie zwróciłby na mnie uwagi. Mówił przecież, że to te włosy go zafascynowany. "Moja ty czarownico...".
Wzdrygnęłam się. Znów zimne szpony wstydu i rozpaczy wbiły się w moje serce, rozrywały żołądek. Odetchnęłam głęboko. Drzewo wisielców.
Myśl o tragedii ludzi, którzy na nim kończyli!
Tej nocy źle spałam, coś mnie wzywało.
Rzeźnik był sympatycznym starszym panem, żylastym i silnym.
- Jeszcze dziś na to wspomnienie chodzą mi ciarki po krzyżu - powiedział, gdy siedliśmy na ławce przed sklepem z zimnym piwem w rękach. - I nie ma w tym żadnego łgarstwa, miła pani. Było to kilka miesięcy po śmierci mojego bratanka, Tadka. Wracałem rowerem z workiem skoszonej trawy. Zapadał już zmierzch. Byłem cholernie zmęczony i patrzyłem tylko pod koła roweru. W pewnej chwili słyszę: "Dobry". Unoszę wzrok , a tu wokół żywej duszy. Dopiero jak się obróciłem, zauważyłem, że Drzewo Wisielców minąłem. Zrobiłem znak krzyża i pognałem do domu. Od tamtej pory co wieczór w moich zabudowaniach psy rwały się na łańcuchach i ujadały przeciągle, jakby ktoś obcy kręcił się po obejściu. Po dwóch tygodniach poprosiłem miejscowego proboszcza. Ten obszedł cały teren dookoła, pokropił, gdzie trzeba, święconą wodą i wszystko się skończyło.
- To co to było? - spytałam.
Wzruszył ramionami.
- A co miało być? Dusza zabitego i powieszonego na drzewie Tadka wołała o sprawiedliwość. I sprawiedliwość nadeszła. Dokładnie w rocznicę śmierci - rzeźnik kiwnął głową, jakby dodając mocy swoim słowom.
Poczułam przechodzący po plecach dreszcz.
- No to kto zabił braci Anty?
Mężczyzna popatrzył na mnie spod oka, upił piwa.
- Mówią, że dusze winowajców powinny omijać drzewo z daleka, bo to brama do piekła, i swoich tam przywołują...Kuszą. Jak te, no, syreny. I im dusza czarniejsza, tym śpiew słodszy i trudniejszy do oparcia.
Więcej nic nie powiedział.
Koniec części 2. Ciąg dalszy nastąpi...
Komentarze