Historia

Zamek Oczyszczenia

pariah777 4 4 lata temu 4 385 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Na wyniosłym wzgórzu, oszklonym milionami ździebeł trawy, stał zamek. Sterczał wśród ciemności, kaleczył owiane mrokiem niebo swoimi strzelistymi wieżami. Księżyc bladym ślepiem obserwował moje męki, gdy gramoliłem się pod wrota. Zdobione płaskorzeźbami, stały nieustępliwe, zamknięte. Wykute w nich dziecięce twarze spoglądały z utęsknieniem w ciemność okalającą zamek. Mechanizm drgnął, szczęk przeciął ciszę. Pchnąłem je. Drgnęły.

W środku panowały nieprzeniknione ciemności. Jedynie mały promyk świecy tańczył na środku komnaty. Zacząłem iść w jego kierunku. Echo moich kroków rozbrzmiewało donośnie w pomieszczeniu. Nie było widać ścian, jedynie kawałek posadzki pod świecznikiem ze złota. Ująłem go w dłoń i zacząłem obchodzić komnatę dookoła. Już po paru krokach natrafiłem na kolejne wrota. Równie potężne i piękne jak wcześniejsze. Ozdobione płaskorzeźbami, które tym razem ukazywały wyciągnięte ku górze dłonie. Sterczały z nich dwie klamki. Chwyciłem za jedną i pociągnąłem w dół.

Za nimi ciągnął się wąski korytarz. Płomień świecy oświetlał sklepienie i obie ściany po bokach. Żadnych wystawnych ozdób, jedynie zimny kamień ze wszystkich stron. Parłem naprzód. Każdy kolejny krok odsłaniał to samo. Nie opuszczało mnie wrażenie, że ten korytarz nigdy się nie skończy. Płomień świecy niepewnie zadrżał. Wstrzymałem oddech. Bezskutecznie. Znów zatańczył na zwęglonym knocie i zgasł. Korytarz zalała ciemność.

Poruszałem się dalej po omacku, pozostawiając za sobą bezużyteczny świecznik. Kamienie zaczęły stawać się wilgotne. Zauważyłem, że korytarz łagodnie opada i zakręca. Na samym końcu, gdzie pod stopami czułem płynną wodę, stały kolejne drzwi. Dokładnie zbadałem je rękoma. Na dole jedynie lity kamień. Gdy jednak sięgnąłem na wysokość moich barków, wyczułem wgłębienia i wypuklenia. Im wyżej, tym bardziej stawały się wyraziste. Przyłożyłem do nich ucho. Usłyszałem cichy i stłumiony szum. Z sekundy na sekundę przybierał na sile. Cofnąłem się o krok od drzwi, choć było już za późno. Coś mnie złapało za ramię i pociągnęło z powrotem. Wylądowałem oparty o wrota plecami. Moje ciało było unieruchomione. Oplatały mnie kamienne ręce. Zawinęły się wokół mojej szyi. Uścisk stawał się silniejszy, a ja byłem bezradny. Wszystko zawirowało.

Przestałem cokolwiek czuć. Straciłem przytomność.

Doszedł mnie szum. Ledwo słyszalny i odległy. Otworzyłem oczy, choć przede mną malowała się jedynie bezkresna ciemność. Siedziałem oparty o wrota. Poderwałem się na równe nogi i odskoczyłem od drzwi. Wiedziałem, co oznaczał ten szum. To był dźwięk krwi płynącej w tętnicach. Te wrota żyją. Po omacku popełzałem jak najdalej w głąb pomieszczenia. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem. To już nie był ani wąski korytarz, ani komnata wejściowa. Przerażony przyłożyłem ucho do kamiennej posadzki. Cisza. Uspokoiłem się. Byłem zdezorientowany. Powinienem poszukać wyjścia z tego przeklętego zamku, ale bałem się drgnąć. W końcu po ciemku łatwo było natrafić na kolejne żyjące wrota.

Nie wiem, ile czasu minęło. Mogły być to dni, tygodnie, a nawet lata, które spędziłem na tym małym skrawku przestrzeni, bojąc się ruszyć. Zapewne bym tam tkwił jeszcze dłużej, gdyby nie ten głos. Usłyszałem go. Mówił do mnie. Nie byłem w stanie rozpoznać czyi on jest, a słowa zlewały się w niezrozumiałą breję. Jednak byłem pewien, że zwracał się do mnie.

Wstałem, zacisnąłem pięści i popędziłem w stronę, z której dobiegał. Moje bose stopy rytmicznie uderzały o zimną, tym razem suchą, posadzkę. Nagle wpadłem na kolejne wrota. Uderzyłem w nie z impetem i padłem na plecy. W tym samym momencie głos umilkł. Byłem pewien, że zaraz usłyszę szum, że zaraz pobudzą się do życia i mnie zaatakują. Nic takiego się nie stało. Ostrożnie zbadałem je dłońmi. Płaskie, inne niż tamte. Brakowało im klamki. Gdzieś pośrodku wyczułem małe wyżłobienie. Przyłożyłem tam ucho, lecz nic nie usłyszałem. Spróbowałem przez nie spojrzeć. Nic. Odsunąłem się od nich.

Znów rozbrzmiał ten głos. Dochodził zza drzwi. Zawtórował mu szczęk mechanizmu. Słyszałem, jak wrota przede mną się otwierają. Poczułem powiew świeżego powietrza. Słowa stały się wyraźniejsze. To była modlitwa. Zrobiłem krok naprzód w stronę wyjścia.

Wtedy dobiegł mnie piękny zapach. To był zapach rodzinnych obiadów, które matka zawsze przyrządzała, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Obróciłem się na pięcie i poszedłem w jego kierunku. Stawał się coraz intensywniejszy. Owładnął mym umysłem. Szedłem za nim, aż dotarłem do wyrzeźbionego półmiska wystającego ze ściany. Wypełniony był najróżniejszymi potrawami. Zatopiłem zęby w udźcu kurczaka, następnie chwyciłem za soczyste jabłko. Ucztowałem tak, a jedzenie się nie kończyło. Nie mogłem przestać. W końcu mnie zemdliło i padłem na ziemię nieprzytomny.

Obudziłem się. Leżałem na kamiennej posadzce, na środku komnaty. Tym razem jednak ciemność ustąpiła miejsca światłu. Rozejrzałem się dookoła. Poczułem palący ból, rozchodzący się po całym ciele. Po prawej stronie widziałem wrota. Wystawały z nich kamienne ręce. Całe umazane we krwi. W dłoniach ściskały oderwane płaty skóry. Nie chciałem na to patrzeć, odwróciłem się. Po drugiej stronie widziałem półmisek, z którego jadłem. Wypełniony był wijącym się robactwem. W tym samym momencie poczułem jak coś rozrywa mi jelita od środka. Zrobiło mi się niedobrze. Chciałem wyrzygać to paskudztwo, ale nie byłem w stanie.

Przerażony, dostrzegłem na suficie gigantyczne lustro. Widziałem w nim siebie, obdartego ze skóry. Prawy oczodół wypełniała jedynie pustka i czerwonawa maź. Krzyczałem, wiłem się z bólu.

Spojrzałem na inne drzwi. Te były otwarte. Za nimi rozciągała się piękna, pełna przepychu komnata. Stały tam dzbany z winem i misy wypełnione smakołykami. Na ścianach wisiały przeróżne obrazy. Na końcu stał tron. Siedział na nim mężczyzna, przyjaźnie uśmiechający się. Gestem zaprosił mnie do siebie.

Nie ufałem mu. Spojrzałem na ostatnie drzwi. Namalowany był na nich anioł. Dzierżył oburącz miecz skierowany do dołu. Jedno oko się ruszało, a spod niego ciekły czerwone strużki. Moje oko. Te drzwi otwierały się w inny sposób. Podnoszone były do góry. Pomiędzy nimi a posadzką pozostawiona była mała szczelina. Im bardziej się w nią wpatrywałem, tym lepiej słyszałem modlitwy dobiegające z drugiej strony, zza nich.

Spojrzałem jeszcze raz na mężczyznę na tronie. W dłoniach trzymał złoto i kosztowności.

Nie. Zacząłem biec w stronę drzwi z aniołem. Mężczyzna zaczął krzyczeć. Kazał mi wrócić. Padłem na klęczki, potem położyłem się na brzuchu. Zacząłem się przeciskać przez szczelinę. Modlitwy były coraz głośniejsze. Rozpoznawałem głosy – mojej matki, ojca, żony, syna, a nawet księdza. Dodawały mi sił. Nie zwracałem uwagi na krzyk tego czegoś za mną.

Przecisnąłem głowę. Za drzwiami nie było nic, prócz jasności. Nagle coś grzmotnęło. Ból rozerwał mój brzuch. Moje trzewia przekłuł anielski miecz. Pełzałem dalej, rozdzierając swoje ciało o ostrze. Zaczęły wypełzać z moich rozciętych wnętrzności glisty i karaluchy. Nie czułem nic prócz bólu. Parłem naprzód. Parłem. Naprzód.

Aż poczułem ulgę.

Moje ciało, sponiewierane, ale czyste. Robactwo wypełzło. Zostałem oczyszczony. Oczyszczony z grzechu.

Objęła mnie jasność. Krzyki mężczyzny ucichły. Byłem po drugiej stronie.

Widziałem bramy Niebios. Nie czułem bólu, jedynie radość.

Wtem rozchodzą się grzmoty. Zrywają się wichry. Biel przeobraża się w szarość, a ta w ciemność. Modły cichną. Wszystko zanika.

Otworzyłem oczy. Leżę na szpitalnym łóżku, podłączony do jakiejś aparatury. Rozglądam się dookoła. Widzę moją żonę. Wpatruje się we mnie z niedowierzaniem. Chwyciłem zeszyt leżący na stoliku obok i zacząłem zapisywać to, czego byłem świadkiem.

– Kochanie, modliliśmy się o ciebie... – mówi moja żona ze łzami w oczach.

Byłem w Niebie, to nie był zwykły sen. Minąłem się ze śmiercią. Patrzę na swoją ukochaną i... nie chcę tu być. Chcę być tam, po drugiej stronie. Chcę zaznać wiecznego szczęścia. Proszę ją, aby mnie zostawiła samego. Wspomnienia bledną, jeśli teraz się nie odważę, to nigdy się nie odważę. Wracam tam. To są moje ostatnie słowa. Zmówcie za mnie modlitwę... Niebiosa, przyjmijcie mnie...

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Więcej moich tekstów – wbrew pozorom niepisanych przez księdza – tutaj: Szymon Sentkowski ;)
Odpowiedz
Genialne :o
Odpowiedz
Bardzo ładnie przedstawiona śpiączka czy też śmierć kliniczna :)
Odpowiedz
to musi być tekst pisany przez księdza chyba....
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje