Historia

Ostatnie Świadectwo Poczytalności

pariah777 4 5 lat temu 5 518 odsłon Czas czytania: ~3 minuty

Nie jestem szaleńcem, nikt nie ma prawa mnie tak nazywać. Uczyniłem, co było słuszne. A skoro obłąkańcy nie wiedzą, co jest słuszne, to wniosek jest prosty – wszystko ze mną w porządku. Zresztą, sami się przekonacie. Żaden świr nie jest w stanie myśleć w sposób racjonalny, tak jak to czynię ja! Powszechnie wiadomo, że ciało bez duszy gnije i obumiera. Ona była martwa, ale żywa. Widziałem, że oddycha. Jednak to nie ona poruszała klatką piersiową, to była tylko jej skorupa. Pusta w środku. Dusza dawno z niej uleciała, choć nadal była powiązana z ciałem. „Nie wszystko stracone”, pomyślałem. Dnie i noce spędzałem na modłach, błagając Boga o to, by oddał mój największy skarb. Staruch na górze okazał się zbyt chciwy i wyrwał ją z tego świata za wcześnie! Dlaczego, Boże!? Była jeszcze młoda, mogłeś poczekać! Na szczęście była również na tyle silna, by się przeciwstawić Twojej okrutnej woli. Nadal bowiem tkwiła na pograniczu życia i śmierci. Musiałem coś zrobić.

„Módlmy się za nią”, powtarzał w kółko tłusty ksiądz. To nic nie dawało. Miałem dość tej bezradności. Nadszedł czas na mój ruch. Czas, abym zagarnął z powrotem co moje.

Czekałem, aż nastanie mrok, a w kościele nikogo prócz mnie nie będzie. Tak też się stało. Klęczałem przed ołtarzem, udając, że zmawiam zdrowaśki. Usłyszałem kroki za sobą. Obróciłem się i ujrzałem księdza. Nic nadzwyczajnego. Często zostawałem w kościele do czasu, aż go nie zamknięto na klucz w obawie przed nocnymi złodziejami. Jednak tłuścioch się wzdrygnął, ujrzawszy moją twarz. Dojrzał w niej nie smutek, który zawsze widział, a determinację. Zerwałem się z klęczek i doskoczyłem do niego. Nie zdążył nawet zrobić kroku w tył. Zza pasa wyciągnąłem nóż i przystawiłem mu go do jego kłamliwego gardła. Wybałuszył oczy, nic przy tym nie mówiąc. Był pierwszym, który uznał mnie za szaleńca – od tamtego momentu każdy tak robił. Cisnąłem go na posadzkę. Grube cielsko runęło z hukiem.

„Przysięgnij, że ją znajdziesz i będziesz jej kazał wrócić!”, wrzeszczałem mu do ucha.

„Przysięgnij na Boga, inaczej nie będziesz zbawiony!”

Próbował coś powiedzieć, ale moje krzyki skutecznie to zagłuszały. W końcu poprzysiągł na własne zbawienie. Obróciłem jego gębę w stronę wielkiego wiszącego krzyża. Miał być ostatnią rzeczą, jaką zobaczy przed śmiercią. I faktycznie był. Jednym szybkim ruchem poderżnąłem mu gardło. Zaczął się wierzgać. Na szczęście dla mnie, na nieszczęście dla niego, było już na to za późno.

„Przysięga złożona, dopełnił ją, księżulku”, syknąłem na pożegnanie.

Opuściłem kościół. Pognałem do szpitala najszybciej jak tylko mogłem, by zobaczyć, czy tłuścioch wypełnił swą misję.

Przemknąłem przez korytarze, szukając właściwej sali. Numer 107, to ten. Przed drzwiami byłem pewien, że gdy wejdę, ujrzę moją jedyną, czekającą na mnie. Pociągnąłem za klamkę. Dobiegło mnie monotonne dudnienie szpitalnej aparatury. Leżała, podłączona do jakichś urządzeń. Nic się nie zmieniło. Czyżby ksiądz mnie oszukał? A może nie wiedział do końca, co miał zrobić. Powiedziałem mu przecież! Czyżbym wyraził się niejasno? Usiadłem na łóżku tuż przy niej. Ująłem jej dłoń i czekałem. Nie wiem, ile czasu minęło, gdy tak trwałem w bezruchu, wpatrując się w te zamknięte powieki. Wystarczająco długo, by moja obecność zwróciła uwagę personelu szpitala. Słyszałem zamęt panujący na korytarzu. Nie wiedziałem, że to z mojego powodu. Do pokoju wtargnęła policja. Rzucili się na mnie i obezwładnili. Wywlekli w kajdankach, jakbym był jakimś zbrodniarzem. Przeprowadzili przez skąpany w porannym słońcu parking, a następnie zapakowali do radiowozu.

„Krew zamordowanego człowieka na ubraniu, narzędzie zbrodni zabezpieczone podczas aresztowania, świadkowie, którzy cię widzieli wybiegającego z kościoła. Wiesz, co to oznacza?”, powiedział oskarżycielskim tonem jakiś fagas. Kim on był, by mnie sądzić w ten sposób!? Żaden z nich nie rozumiał mnie, patrzyli jak na wariata, a w każdym tym spojrzeniu widziałem twarz tego tłuściocha. To przez niego. Nie dopełnił swojej przysięgi. Zasługuje na wieczne ognie piekielne!

Jak mogę żyć w zniewoleniu, wiedząc, że ona cierpi!? Wyzwolę nas obu z kajdan tego świata. Zrobię to, czego nie mógł tłuścioch. Znajdę ją tam, po drugiej stronie. Lecz nie będę jej kazał wrócić, o nie. Odejdziemy, razem, ku bramom Nieba. Być może tam nareszcie dane nam będzie być razem. To jest zatem moje pożegnanie. Zostawiam je, by wyjaśnić wszystkim swoje motywy, udowadniając, że nie jestem szaleńcem. Oddaję się w ręce Pana, niechaj obdarzy mnie wiecznością z moją ukochaną, której pozbawił mnie w tym świecie. Zasługuję przecież na nią!

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Więcej moich opowiadań na moim w pełni poczytalnym – chyba – profilu autorskim Szymon Sentkowski!
Odpowiedz
ee tam
Odpowiedz
Wooow. Teraz czuję, po przeczytaniu tego, że całkowicie straciłam poczucie czasu! Czytałam to jak natchniona przez Ducha, którego światłość utkana jest z perłowych kropli rosy, i przez którą wie się, że tak naprawdę opowiadanie to nie ma żadnego końca...ono płynie jak srebrzysta rzeka w dół ku wzgórz dolinom..ale nie przynosi poczucia bytu w prawdziwej otchłani rozpaczy! Wspaniała historia, której aura ubrana jest i składa się w takie śliczne słowa.. Uwielbiam autora tego dzieła..jego opowiadania stanowią prawdziwie piękną Istotę w moim życiu, i są najcudowniejszymi, jakie kiedykolwiek przyszło mi czytać w dziewczęcym żywocie...Autor ten został przez Boga Wybrany, On ma niesamowity talent, niespotykany u innych ludzi, u przeciętnych obserwatorów, i niezwykłą osobowość Duszy...
Odpowiedz
To jest romantyczne na swój powalony sposób
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje