Historia

Kruki pośród drzew.

astarot 3 6 lat temu 5 398 odsłon Czas czytania: ~7 minut

Dla Williama czystą przyjemnością było wychodzenie wieczorami na spacery do pobliskiego lasku, wchodzącego w skład jego rozległej posiadłości. Pochodził z bogatego rodu, mieszkał w białawym dworku, otoczonym drzewami świerkowymi, którego strzelisty dach wybałuszał wzrok na wszystko ponad drzewami. Do lasu było wiele wejść, ale jego ulubione prowadziło poprzez mały, wątły strumyk wesoło uskakujący gdzieś w głąb doliny którą zamieszkiwał.

Mężczyzna obecnie kończył trzydzieści sześć lat, był wysokiego wzrostu, szczupły - miał średniej długości brązowe włosy, zielone oczy i jasną karnację skóry. Podczas swojego spaceru ubrany był w czerwony płaszcz do ud, skórzane buty i kapelusz, w ręku trzymał też lampę oliwną którą mógł oświetlić sobie drogę, iżli zaskoczyłby go mrok. Powolnym, opanowanym krokiem przekroczył naturalny próg zostawiając za sobą połacie trawy, i wkraczając nad strumieniem do pełnego opadających liści, igieł i szyszek lasu. Panował w nim niesamowity klimat, bowiem już od samego wejścia czuło się utkwione w nas tysiące par oczu, które bacznie spoglądały na każdy nasz krok, czy nie czynimy zła w ich świętym domu, który dawał im schronienie, żywność, życie.

William z zaciekawieniem spoglądał w korony drzew, delikatnie przepuszczające wątłe promienie słońca, patrzył na okryte żywicą grzbiety, na małe, czasem przemykające tu i ówdzie leśne żyjątka, ogólnie - podziwiał całe piękno lasu, który odziedziczył po rodzicach i przodkach. Wchodząc coraz głębiej i głębiej, natrafił na mały wąwóz, coś w rodzaju ziemnego osuwiska. Zauważył, że tam - na dole, leży podłużne, brązowe zwierzę. Nie poruszało się. Zaciekawił się tym widokiem, ale podszedłszy bliżej uznał że to zwykła łania musiała tutaj wpaść, i złamać sobie kręgosłup bądź co bądź gwałtownie uderzyć głową w zbite podłoże ziemne kilka metrów niżej.

Nie przejąwszy się zbytnio tym co zobaczył, powędrował dalej, tym razem - las prowadził do góry. Ptaki przestały śpiewać w tej części leśnego sanktuarium, przemierzał więc naturalne zastępy w ciszy, rozkoszując się melancholijnym nastrojem i czystym, spokojnym umysłem. Idąc, słyszał nie raz trzask gałązek jakieś kilkadziesiąt metrów od niego, ale prawdopodobnie był to wiatr który hulał wyżej, bawiąc się w najlepsze ze szczytami drewnianych strażnic. Wspinając się coraz wyżej, po stoku doliny na której kładł się rozłożyście las, zauważył - że ziemia robi się suchsza a drzewa występują coraz częściej, że las gęstnieje. Musiał więc teraz niemalże przedzierać się przez gałęzie i ostre krzaki, raniąc swoją skórę w delikatny sposób.

Jak sam zauważył, a był rozsądnym człowiekiem, stracił orientację w terenie, jako i nie zwrócił uwagi na nadchodzące późne godziny, co za czym idzie zaczęło się ściemniać. Przygotował na wszelki wypadek lampę, trzymaną w lewej dłoni, i zaczął wspinać się jeszcze wyżej, chcąc dostrzec stamtąd strzelisty dach jego jaskrawego domku, co za czym idzie wiedziałby jaki kierunek ma obrać. Przeszedłszy może kilkanaście metrów, zauważył jakiś szeroki, owalny kształt między drzewami. Zainteresowało go to, był bowiem człowiekiem z natury badawczym i ciekawym, co za czym idzie nie mogło ominąć go sprawdzenie cóże się tam znajduje.

Podszedł bliżej, i jak się okazało tym "obiektem" była lepianka, złożona jeszcze z wiązanek gałęzi i kilku kamieni u podstawy. Przypominała coś na kształt szałasu, była w całkiem dobrym stanie - o ile można to tak określić, bowiem gałęzie były przywiązane do swoich podstaw, coś na kształt drzwi zamknięte a podłoże przed wejściem czyste jak na leśną ściółkę.

― Przepraszam, jest tu kto? ― zapytał stojąc przed drzwiami chatki. Zapukał kilka razy w drzwi.

― Czy ktoś mnie słyszy? Halo! ― dodał ciut głośniej.

Widocznie chatka była opuszczona, więc postanowił doń zajrzeć. W środku było o ile można to tak określić, całkiem przytulnie. Po lewej stronie posłanie, złożone z kilku skór i liściastych gałęzi, po prawej stronie stolik z leżącymi nań ziołami, grzybami i jagodami. Po środku całego obiektu znajdowało się palenisko, przy nim poukładanych było kilka małych, drewnianych miseczek.

― Dziwne. ― pomyślał William. ― Wydawało mi się że w tym lesie nie ma żadnych mieszkańców. Pewno jakiś dziwak, albo pustelnik. ― to mówiąc wyszedł z lepianki i już miał wejść na skalną półkę nieopodal, chcąc dostrzec gdzie znajduje się jego prawdziwy dom, kiedy doszło do niego że zapadł już zmrok i nie było szansy na to, by ujrzał dziś swoje miejsce zamieszkania. Język stanął mu w gardle, poczuł się bowiem bardzo nieswojo, poczuł zagrożenie.

― Może ten ktoś tutaj będzie mógł mi jakoś pomóc? ― zastanowił się.

― Halo! Jest tu kto!? ― wykrzyczał, a jego wysoki głos poniósł się echem po okolicy. Nie było odzewu.

― Czy ktoś mi pomoże!? ― powtórzył okrzyk, aczkolwiek nadal - nikt nie odpowiedział.

Usiadł na ziemi, pod jednym z najbliższych drzew. Wziął kilka oddechów, i usłyszał trzask gałązek gdzieś za sobą. Podniósł się momentalnie, i wśród szarości wymieszanej z granatem ciemności dostrzegł niską sylwetkę, wspierającą się na kiju.

― Kto idzie? ― zapytał z drżeniem w głosie.

― Swój, spokój się chłopcze. ― odpowiedziała postać, głosem równie drżącym, aczkolwiek raczej ze starości. ― Czego tu szukasz? ― dodała.

― Przechadzając się lasem, dobry człowieku, zgubiłem się. Straciłem rachubę czasu i orientację w terenie. Czy byłbyś tak dobry i pomógł mi przetrwać noc? - odparł.

Starzec przez chwilę stał w zamyśleniu, cicho mlaskając, po czym odparł:

― Naturalnie. Zapraszam.

Weszli do domu staruszka, a ten momentalnie rozniecił ogień po środku schronienia. Zrobiło się zaraz jasno, i William mógł dostrzec jego twarz, wystającą spośród łachmaniego kaptura. Błysnęły brązowe oczy, długie włosy opadały na czoło, jako i broda na klatkę piersiową. Nie pachniało od niego najlepiej, ale też nie było to zbyt wadliwe, bowiem jego zapach mieszał się z aromatem drzew, liści i kwiatów.

― Jesteś głodny, chłopcze? ― zapytał starzec, podniesionym głosem.

― Proszę mówić mi William. ― odparł mężczyzna.

― Czy jesteś głodny, chłopcze? ― zapytał ponownie starzec, jakby ignorując jego słowa.

― Tylko trochę. Ale nie odmówię posiłku, skoro pytasz, dobry człowieku. ― odparł.

― Zatem zjemy, ale najpierw musimy poczekać na moje dzieci, które przyniosą nam coś do jedzenia. ― odparł starzec, milknąc i biorąc w swoje dłonie wiązanki ziół, które rozcierał i wrzucał do paleniska. Zaraz też zaczęła się w pomieszczeniu unosić dziwna woń, zaszło półprzezroczystym dymem, lekko szczypiącym w oczy i nozdrza.

Jego dzieci? Przecież ten człowiek miał dobre siedemdziesiąt lat, może więcej. Nie mógłby mieć dzieci, zresztą, gdzie posłanie? Nie widzę tutaj żadnego innego legowiska, zatem - gdzie by je ułożył? Moje myśli nie mogą złożyć się w całość, wszystko to wygląda dziwnie.

William'owi zakręciło się w głowie. Oczy zaszły mu mgłą, a w uszach pojawiło się ciche piszczenie.

― Ułóż się, ułóż się... ― cicho nucił starzec.

Will jakby targany niewidzialnymi dłońmi opadł na posłanie, obok którego stał a przed jego oczami pojawił się mrok. Nie wiedział ile spał, ile tak leżał w bezwładzie kiedy ten człowiek odprawiał swoje sztuki nad paleniskiem, ale zbudził go jedynie oślepiający blask i uczucie bólu w okolicach nadgarstków, stóp i bioder. Otworzył oczy.

Z początku nie wiedział gdzie się znajduje. Był przywiązany do drzewa, całkowicie nagi. We włosy wplecione miał kwiaty, kilka z nich opadło mu na barki. Stał na ściółce leśnej, gołymi stopami, czując jak mrówki zaczynają się na niego wspinać i atakować jego skórę. Zauważył na swojej klatce piersiowej i udach jakąś dziwną, złotawą substancję.

― Miód? ― wybełkotał. Zaczął się miotać. Jego ruchy spowodowały, że robaki poczęły się na niego zlatywać, nie zabrakło też pszczół. Stopy poczęły go piec, a uda i tors zapaliły ostrym bólem - został użądlony.

Krzyk rozdarł leśną głuszę. William począł wyć z bólu, spowodowanego przez tak małe, leśne żyjątka.

― Pomocy! ― zawołał. ― Starcze, pomóż mi! ― to mówiąc, jakby na zawołanie - zza drzewa oddalonego kilka metrów od miejsca w którym był "torturowany" William, wychylił się starzec, ubrany w szarą, ponadrywaną tu i ówdzie szatę, i podszedł do miotającego się Williama, sunąc po jego ramionach i brzuchu nożem, dosyć zresztą tępym.

― Czemuż mnie wołasz? ― zapytał, ze stoickim spokojem w głosie. ― Przecież chcieliśmy tylko zjeść. I zjemy. ― to mówiąc, wyciągnął z kosza który miał przytwierdzony do przepaski kilka leśnych pajęczaków, i wepchnął je krzyczącemu mężczyźnie do ust.

William poczuł jak w jego jamie ustnej zaczyna dziać się prawdziwe piekło, pająki bowiem kąsały go bezlitośnie w dziąsła, język i podniebienie. Zaczął się dławić, próbować pluć i gryźć małych uzurpatorów, to jednakże pogarszało tylko całą sytuację.

Starzec pchnął go nożem w brzuch, z początku jedynie lekko rozrywając wierzchnią warstwę skóry, ale mocno chwycił za klingę i ponowił próbę, przekręcając narzędzie w prawo. William poczuł, jak jego skóra skręca się i zaraz potem nastąpił kolejny atak bólu, spowodowany rozerwaniem brzucha. Starzec poszerzył otwór. Krew, zalała mu dłonie, płachtę, jak i stopy Williama, ten jednakże - nie zwracał uwagi, i począł rzucać na ziemię wnętrzności mężczyzny, którymi poczęły się żywić czarne kruki które zleciały spośród koron drzew.

Krzyk Williama zawtórował po raz ostatni, po czym umilkł, a razem z nim na barki opadła głowa mężczyzny. Przed oczami wystąpił mu mrok, stracił też czucie w mięśniach, nie mógł oddychać. Ból trwał jeszcze chwilę.

Głód trwać będzie wiecznie.

--

Strona autora:

http://fb.com/pages/Astarot-utwory-literackie/722006504557229

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Nawet fajne, tyle że zakończenie nie bardzo :/
Odpowiedz
Całkiem fajne
Odpowiedz
Całkiem niezłe, jednak nie podoba mi się fragment, w którym chłopak jest jeszcze w stanie krzyczeć, kiedy starzec rozrywa mu brzuch i wyrzuca wnętrzności i zlatują się kruki.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje