Historia

Wieczna wdzięczność od narodu, który przyznał to cierpienie

yappir 4 7 lat temu 4 738 odsłon Czas czytania: ~8 minut

Byłem wpływowym politykiem w Izraelu. Dokładniej ministrem obrony. Moja kadencja rozpoczęła się w 2018 i trwała do dziś. Miałem właśnie dzisiaj podpisać pewien ważny dokument. Był to program działań na rzecz „bezpieczeństwa” państwa, ale tak naprawdę był to agresywny program militarystyczny. Ja jednak nie miałem wątpliwości co do słuszności tego programu, byłem w końcu patriotą, robiłem to dla swojego kraju.

Siedziałem za biurkiem, naprzeciwko mnie ustawiona była kamera z mrugającą czerwoną lampką. Za kamerą stały liczne postaci w mundurach galowych lub garniturach. Ja podniosłem pióro i chciałem nanieść swoje nazwisko na papier. Tuż przed zetknięciem się pióra z papierem, poczułem, że mi robi się słabo. Poczułem tylko jak delikatnie i bez siły osuwam się na biurko.

Odzyskałem przytomność. Podniosłem się do pionu i rozejrzałem się dookoła. Z pewnością nie byłem tak gdzie wcześniej. Leżałem na brukowanej ulicy typowo europejskiego miasta. Wszystkie domy były zniszczone i w większości były to tylko pojedyncze ściany pamiętające kształty domów, które niegdyś tworzyły. Musiała być noc, ponieważ niebo było niesamowicie ciemne. Jednak mimo to na ulicy było stosunkowo jasno. Kilka kroków naprzeciwko mnie stała odwrócona postać w czarnym mundurze i stalowym hełmie. Panowała głucha, grobowa cisza.

- Halo? - Chciałem zwrócić na siebie uwagę nieznajomego. Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem gdzie jestem. - Gdzie jesteśmy?

Nie otrzymałem odpowiedzi. Podszedłem bliżej. Postać wyciągnęła pistolet i wycelowała coś pod swoimi stopami. Padł suchy strzał, po którym nastąpił dziecięcy płacz.

- Co tam się dzieje! - Postanowiłem opanować sytuacje i zdominować uzbrojonego człowieka swoją charyzmą dowódcy wojskowego. Padł drugi strzał, który przerwał dziecięcy płacz. Chwyciłem obcego człowieka za ramie i obróciłem go do siebie. Ubrany był w czarny mundur wojskowy, a na kołnierzu miał dwie błyskawice. Jego ręce i głowa nie była pokryta skórą, ani ciałem, były to tylko kości. Oczy czaszki były zakryte przepaską zrobioną z czerwonej flagi ze swastyką. Pod jego nogami leżała martwa matka z dzieckiem, na jej zniszczonym ubraniu była przyszyta gwiazda Dawida. Odskoczyłem od kościotrupa.

- Kurwa! - Krzyknąłem.

- Wieczna przyjaźń, wieczna zgoda, wieczne zadość uczynienie, wieczna wdzięczność od narodu, który przyznał to cierpienie. - Powiedział suchym zimnym głosem.

- Co to ma być?!

- Czy kiedykolwiek miałeś wątpliwości? - Zadał mi pytanie. - Oczywiście, że nie.

- Wątpliwości? Jakie wątpliwości? Czego?

- Naszej sprawy. - Odpowiedział.

- Naszej? - Zapytałem. - Nie mam z tym nic wspólnego.

- Jak to nie? Przecież razem budujemy! Zarówno ja i ty, budujemy coś większego! Ty i ja budujemy to samo, nowy lepszy świat.

- To nie wygląda jak lepszy świat. - Pokazałem na martwe ciała.

- To tylko „koszta” kiedy je się już spłaci świat będzie lepszym miejsce. - Powiedział i machnął ręką. - Razem zbudujemy coś więcej. Głęboko wierze, że buduje tutaj coś więcej, coś dla dobra ludzkości. Ty

- Jak to... - Nie zdążyłem skończyć szkielet złapał mnie pod ramie.

- Całość jest czymś więcej niż sumą wszystkich części. - Powiedział i rzucił mnie na martwe ciała. Jednak poczułem twarde drewniane deski kiedy zetknąłem się z podłożem. Rozejrzałem się naokoło. Nie byłem już w żadnym mieście, tylko w ciasnym ceglanym pokoju. Pojedyncza żarówka na suficie dawała światło. Poczułem nieprzyjemny zapach spalonych włosów. W koncie na krześle siedział posiniaczony arab w samej bieliźnie. Obok niego stał kolejny szkielet-żołnierz. Ten miał na sobie amerykański pustynny mundur i czapkę z daszkiem. Na oczach miał zawiązaną opaskę z amerykańskiej flagi. W rękach trzymał dwa kable od akumulatora samochodowego, którego miał pod nogami.

- Witam sojusznika. - Powiedział, gdy mnie zobaczył.

- Co ty robisz? - Zapytałem.

- Pozyskuje informacje od przeciwnika. - Odpowiedział i wrócił do swojego zadania. Przypiął jeden z kabli na klamrę do pachwiny jeńca.

- Z tego co wiem tortury są zakazane przez prawo międzynarodowe. - Próbowałem wejść z umarłym w interakcje jak z normalnym człowiekiem.

- Z tego co wiem terroryzm też jest zakazany. - Odpowiedział.

- Chyba nie należy walcząc ze złem posuwać się do zła.

- Tak, ale mając całkowitą pewność słuszności jest to całkowicie uzasadnione. - Szkielet podpiął drugi kabel do drugiej nogi araba. - Dlaczego się ograniczać do czegokolwiek. Należy zwyciężyć jak najszybciej, aby zredukować straty własne.

- Nie jest to chyba dobre dla zwykłych ludzi. - Arab zaczął się trząść na krześle.

- To już nie ludzie, to siła żywa przeciwnika. - Rzucił sucho.

- Odłącz go. - Chciałem uratować nieszczęśnika. Jednak zostałem odepchnięty i kopnięty.

- Nie. - Sprzeciwił się umarły. - A co jeśli on coś wie? Co jeśli to coś uratuje świat?

- To tylko wieśniak.

- Nie. To jednostka, numer. Tutaj nie ma ludzi, są cyfry, zasoby ludzkie liczone w jednostkach. Jest to element maszyny. Jeden kawałek, całości.

Kiedy się podniosłem zauważyłem, że już nie byłem w pokoju. Tylko na środku pustyni. Było stosunkowo jasno, ale niebo było ciemne i puste. Tak gdzie wcześniej stał arab teraz znajdował się kolejny szkielet. Ten był ubrany w białą szatę i wojskową pustynną kamizelkę. Miał na oczach przepaskę państwa islamskiego. Wyciągnął duży nóż wojskowy zza kamizelki. Minął mnie i podszedł do dwóch ludzi klęczących na piasku. Byli to biali ludzie z kamizelkami z dużym napisem „Korespondent wojenny”, na głowach mieli założone worki.

- Świetnie. - Powiedziałem, gdy zorientowałem się, że szaleństwo trwa nadal.

- Wieczna przyjaźń, wieczna zgoda, wieczne zadość uczynienie, wieczna wdzięczność od narodu, który przyznał to cierpienie. - Powiedział szkielet i wyciągnął wielki wojskowy nóż. Chwycił pierwszego dziennikarza za kołnierz.

- A ty dlaczego to robisz?

- Sprawiedliwość. - Odpowiedział. - Spalili nasze domy, zabili nasze kobiety, zniszczyli nasz dobytek.

- To tylko dziennikarze, nie żołnierze.

- Och, to żołnierze równie śmiercionośni. Zasługują nawet na więcej niż śmierć. - Powiedział i zagłębił nóż w krtań pierwszego człowieka. Rozległ się stłumiony krzyk i krew trysnęła na wszystkie strony. Człowiek wił się przez chwilę po czym umarł. Szkielet puścił ciało bez życia na piasek niczym papierek po cukierku.

- Jesteś mordercą, zabijasz dla zemsty, a nie z konieczności. - Powiedziałem z pogardą. Może jeśli się poczuje źle to nie zabije drugiego.

- Kłamstwa w telewizji, broń w Iraku, terroryści w niewinnych krajach, nagłówki w gazetach. Całość jest czymś więcej niż sumą wszystkich części. - Powiedział i chwycił drugiego człowieka za kołnierz. - Ci dwaj to bardzo ważny trybik maszyny. Maszyny, do tworzenia kłamstw, pretekstów, roszczeń. Potężna broń. Może obalać prezydentów, ministrów i królów.

- Przesadzasz. - Powiedziałem, a on zatopił nóż w gardle drugiego z identycznym skutkiem co u poprzedniego.

- Przesadzam? Zapominasz to co już słyszałeś. - Rzucił ciało na ziemię. - Całość to coś więcej niż suma wszystkich części. Wojna to nie tylko my, ale też ty i oni.

- Hej ja nie jestem zbrodniarze, ja tylko bronie ojczyzny.

- Widzisz ile nas łączy? - Zaśmiał się szkielet i machnął mi ręką przed oczami. Zamknąłem je odruchowo. Kiedy je otworzyłem nie byłem już na pustyni. Teraz byłem w w zimowym lesie. Niebo było oczywiście ciemne. Pośród drzew zobaczyłem postać w zielonym mundurze, stalowym zielonym hełmie i łopatą. Na plecach miał zarzucony pistolet maszynowy i zajęty był kopaniem dołu. Podszedłem do niego, był to oczywiście szkielet z opaską zrobioną z flagi Związku Radzieckiego na oczach.

- Czy ja oszalałem? - Zapytałem.

- Nie, jesteś zdrowy i gotowy. - Odpowiedział nie przerywając kopania w zmarzniętej ziemi.

- Gotowy do czego? - Zapytałem nie rozumiejąc.

- Do walki za ojczyznę. - Odpowiedział i podniósł łopatę spod śniegu. - Zabijać dla niej i tylko dla niej.

- Ja jestem urzędnikiem państwowym. - Odpowiedziałem. - Nigdy nikogo nie zabiłem!

- Zabijanie to nie tylko zabijanie. - Szkielet wbił łopatę w śnieg. - To praca dla maszyny.

- Nie rozumiem.

- Ja i ty, i każdy na świecie jesteśmy trybami wielkiej maszyny. Pracujemy dla niej i kochamy ją. Jest matką, która nas wydała na świat, wychowała, nakarmiła. Dla niej pracujemy, tak tutaj jak i na świecie. Budujemy ją dla niej, a ona buduje się dla nas.

- Mówisz o państwowości.

- Nie, to coś więcej. To machina, moloch. - Powiedział i przeciągnął się. - Piękna idea miłości do matki ojczyzny. Ja i ty mamy okazje dla niej pracować.

- Ja nie jestem żołnierzem.

- Ale jesteś częścią maszyny. Ciesze się, że ktoś taki jak ty poświęca życie swojej pracy. Sam mówiłeś, że praca dla kraju to twoje życie.

- Ja nie widzę tego tak jak wy.

- Widzenie, a rzeczywistość to nie to samo. - Szkielet-żołnierz wyciągnął z zaspy ciało i wrzucił je do dołu. Na czapce martwego żołnierza znajdował się orzeł w koronie. - Jesteś trybikiem i podpiszesz dokument, który wywoła wojnę.

- To dla dobra Izraela.

- A to jest dla dobra proletariatu. - Szkielet wskazał na martwego Polaka. - owoc naszej miłości jest brzydki, ale jest szczery i poprawny.

- Nie jestem jednym z was! - Zdenerwowałem się. - Wszystko przekręcacie!

- Łżesz suka! - Krzyknął szkielet. - Jesteś taki jak my, tylko nasza paca się tobie nie podoba tak jak twoja, mimo że jest tym samym!

- Nie! - Zauważyłem, że śnieg pod moimi stopami zaczął zachowywać się jak ruchome piaski. Zaczął mnie wciągać.

- Wieczna przyjaźń, wieczna zgoda, wieczne zadość uczynienie, wieczna wdzięczność od narodu, który przyznał to cierpienie! - Krzyczał na mnie szkielet. Ja zostałem wciągnięty przez śnieg do wielkiej ciemnej sali.

Z ciemności wyłoniła się najpierw jedna postać, a potem następna. Były to kolejne szkielety, każdy w mundurze z różnych narodów i z różnych okresów. Każdy bez wyjątku miał przepaskę z flagi swojego narodu lub idei na oczach. Chwycili mnie. Kościane łapy zaczęły mnie obrywać z mięsa. Nie było to bolesne, ale niepokojące. W czasie zrywania skóry zaczęli mówić niemal wspólnym głosem.

- Gdy znów do murów klajstrem świeżym

Przylepiać zaczną obwieszczenia,

Gdy "do ludności", "do żołnierzy"

Na alarm czarny druk uderzy

I byle drab, i byle szczeniak

W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,

Że trzeba iść i z armat walić,

Mordować, grabić, truć i palić;

Gdy zaczną na tysięczną modłę

Ojczyznę szarpać deklinacją

I łudzić kolorowym godłem,

I judzić "historyczną racją",

O piędzi, chwale i rubieży,

O ojcach, dziadach i sztandarach,

O bohaterach i ofiarach,

Krzyknij tylko; Broń na ramię!

Jam jest tylko tryb maszyny!

Kiedy ja już zostałem oberwany z ciała jeden z nich wyciągnął opaskę z flagi Izraela. Skierował ją do moich oczu i zawiązał mi ją na twarzy, zakrywając widok.

Obudziłem się. Siedziałem przy swoim biurku przed kamerą i tuż na wprost swoich oczu miałem dokument czekający na mój podpis. Zza kamerą amerykański ambasador pokazał mi dłonią żebym kontynuował. Ja zamarłem i przełknąłem ślinę.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Podoba mi się zacytowanie Tuwima. Daję 9 /10.
Odpowiedz
Daje do myślenia
Odpowiedz
nie, to nie jest dzieło własne, został tu przepisany fragment wiersza Tuwima "Do prostego człowieka"
Odpowiedz
świetne :D
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje