Historia

Victima

shadowqueen 7 4 lata temu 5 642 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Londyn, 17 czerwca 1648 roku.

Noc była ciemna, głuchą ciszę przerywały co chwilę rytmiczne odgłosy kroków. Wojsko. W Anglii trwała wtedy wojna domowa. To już druga w ciągu ostatnich kilku lat. Gdzieś toczyły się walki, ktoś ginął, ktoś zwyciężał. Życie zwykłych mieszkańców miasta toczyło się jednak swoim rytmem. Tylko ciężkie, marszowe kroki nocą zdradzały, że nie wszystko jest tak, jak być powinno.

W jednej z londyńskich bram stał szczupły, jasnowłosy chłopak. Z półuśmiechem na ustach przyglądał się pogrążonym w mroku ulicach. Lubił oglądać ciemność, wpatrywać się w nią. Wyobraźnia podpowiadała mu, że po zapadnięciu zmierzchu dzieją się rzeczy niezwykłe. Po ulicach przechadzają się zmarli, z rzeki na ląd wychodzą syreny, a za rogiem otwiera się brama do innego świata. Lepszego świata.

Na imię miał Peter. Miał około szesnastu lat. Nikt nie wiedział dokładnie, skąd pochodził, kim byli jego rodzice ani czy w ogóle ich miał. Pewnego dnia pojawił się na ulicy, oferując bogatym jegomościom swe usługi. Oczywiście w ścisłej tajemnicy, za związki niezgodne z naturą groziła przecież kara. Także tej nocy czekał na klientów. Liczył na szybki zarobek, potrzebował pieniędzy. To miał być już ostatni raz.

Nagle usłyszał za sobą czyjś oddech. Odwrócił się powoli. Buty wypolerowane na glanc, pokaźne brzuszysko, wąsik rodem z Francji i sztywno ułożona peruka. „Czekałem na ciebie” pomyślał.

- Oo pan hrabia. Co pana do mnie sprowadza? – powiedział głośno.

- Dobrze wiesz co - wyksztusił nowoprzybyły, dusząc się po wielkim wysiłku fizycznym, jakim niewątpliwie było dla niego przejście kilku ulic piechotą.

- W takim razie tyle, co zwykle – odparł chłopak.

- Dzisiaj mam ochotę na coś niezwykłego – hrabia wyraźnie odsapnął i uśmiechał się ukazując pożółkłe zęby.

- Więc cena też będzie specjalna – odpowiedział Peter poprawiając swoją blond czuprynę.

Właściwie to lubił hrabiego. Płacił dużo, nie żądał zbyt wiele, a i wszystko odbywało się w jednym z jego pałaców. Tam właśnie szli. Budynek położony był nieco na uboczu, z dala od ruchliwych głównych ulic. Tej nocy nie świeciło się tam światło, nie było ani śladu po jakiejkolwiek służbie. „Dziwne – pomyślał Peter – zawsze kręcił się tu ten stary lokaj, ciekawe gdzie go wcięło. Może zdechł” zaśmiał się pod nosem. Hrabia jak zwykle coś opowiadał. Gadanie niewiarygodnie go podniecało. Tym razem mówił coś o rytuale przywoływania demonów, wciąż powtarzał jakieś dziwne, łacińskie słowa, których Peter nie rozumiał. Ego dare diabolo animam. Nie słuchał go. Wątpił, by hrabia wierzył w takie rzeczy.

Gdy weszli do posiadłości, chłopak po omacku poszedł przed siebie. Wiedział dobrze, dokąd ma się udać. Pierwsze piętro, trzeci pokój na lewo. Gdy tylko zrobił kilka kroków w stronę schodów, poczuł czyjąś rękę na ramieniu.

- Tym razem zabawimy się gdzie indziej – szepnął hrabia. – To będzie niespodzianka.

Poprowadził swego młodego towarzysza przez ciemny korytarz, zatrzymał się dopiero przed drzwiami ukrytymi w cieniu wielkich, marmurowych schodów.

- Teraz zawiążę ci oczy, będzie ciekawiej – hrabia aż zachichotał z podniecenia, po czym wyjął z kieszeni czarną chustkę i nie czekając na odpowiedź przyłożył ją do oczu chłopaka.

Peter czuł, że schodzą w dół. Schody zdawały się nie mieć końca. W końcu stanęli na płaskim podłożu. Nagle zalała ich fala światła. Chustka opadła. Stali w wielkiej białej marmurowej sali, po środku której znajdował się kamienny stół, srebrna misa i nóż. Dookoła stołu narysowany był czerwony pentagram, wokół którego stały zapalone świece. Dopiero teraz chłopak spostrzegł szereg postaci w czarnych płaszczach, stojących dookoła ofiarnego ołtarza. Serce podeszło mu do gardła. Zerwał się do ucieczki, ale silne ręce złapały go i zaciągnęły na kamienny blat. Postaci zbliżyły się, jedna z nich wzięła do ręki nóż. Coś mówili, śpiewali – same niezrozumiałe, łacińskie słowa. Poczuł ból w prawym nadgarstku. Ból stopniowo rozszerzał się, wszystko zdawało się palić go żywym ogniem. Zaczął krzyczeć, chciał uciekać, ale nie był w stanie się ruszyć. Śpiew był coraz głośniejszy. W natłoku głosów usłyszał krótkie, urywane angielskie słowa: dusza, upadły, ofiara. Nagle wszystko zaczęło scalać się w jedną całość. Ostatkiem sił nabrał powietrza w płuca i krzyknął na cały głos:

- Ego dare diabolo animam!

Wszystko ucichło, pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Czarne postacie zniknęły, białe, marmurowe ściany obróciły się w pył. Całą przestrzeń wypełniała jedynie krwista czerwień.

- Wzywałeś mnie – piękny, głęboki, lecz nieludzki głos zmącił ciszę. – Czuję twą brudną, grzeszną duszę, mały śmiertelniku.

Peter rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie dostrzegł.

- Czy ja.. czy jestem martwy? – spytał.

- Jeszcze nie, ale najpóźniej za cztery minuty będziesz. Wezwałeś mnie, mogę więc dać ci trochę więcej czasu. Nie ma jednak nic za darmo, powinieneś o tym doskonale wiedzieć – wyczuł, że tajemnicza postać uśmiecha się.

- Czego chcesz w zamian?

- Twojej duszy.

Paryż, 21 maja 1667 roku.

„Przez prawie dwadzieścia lat szukałem. Przemierzyłem cały świat, próbując znaleźć odpowiedź na moje pytanie. Chciałem wiedzieć, czy demony istnieją. Nie wierzyłem własnej pamięci. Nauczyłem się czytać, pisać. Poznałem wiele języków. W tym również łacinę. Wciąż jednak nie zaspokoiłem dręczącego mnie głodu wiedzy. Spisując tę historię pragnę tylko uwiecznić to, co wiem już na pewno. Demony towarzyszyły ludziom od zawsze. Od początku ich istnienia. Przychodzą, gdy poczują zapach krwi. Ujawniają się jednak dopiero po otrzymaniu zaproszenia. Wystarczy oddać im swoją duszę, a spełnią każde życzenie. Do tej pory w to nie wierzyłem. Teraz jednak zrozumiałem. Nazywam się Peter Cooks. Żyję. To jest najlepszy dowód na istnienie demonów”.

Przebiegł oczami po kartce i odłożył ją na stos innych. Książka była już gotowa. Taki właśnie był cel jego życia, w to nie wątpił. Niebawem ktoś miał się po nią zjawić. Zostanie ona wydana i umieszczona w jakiejś bibliotece jako świadectwo dla potomnych. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili ukazała się czarnowłosa głowa posłańca. Zabrał spięte kartki rękopisu i zniknął jeszcze szybciej niż się pojawił. Peter stanął w oknie.

- Moja misja dobiegła już końca – szepnął do siebie.

Stanął na parapecie, jeszcze raz ogarnął wzrokiem pokój i z uśmiechem na ustach przechylił się w tył.

Drzwi skrzypnęły, do pokoju wszedł posłaniec z plikiem kartek w ręce. Cisnął je w ogień kominka, po czym powoli podszedł do okna. Spojrzał na leżące na bruku zwłoki i otaczający je tłumek gapiów.

- Victima capta – powiedział pięknym, głębokim, nieludzkim głosem.

KONIEC.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

A mi się tam nie podobało. Demony i demony. Cholera wie skąd się wzięły. Łacina, zakończenie takie sobie, no i po co mi informacja, że lubił patrzeć się w ciemność? A jeśli ma mieć to połączenie z tym "oddaniem duszy szatanowi", to czy każda osoba ma takie możliwości? Cool, też chce! Albo lepiej nie... Do tego musiałabym jeszcze zostać prostytutką, spotkać hrabiego satanistę, a potem napisać książkę i popełnić samobójstwo. W skrócie, albo ja nie załapałam genialności, albo serio nie ma czym się podniecać xd.
Odpowiedz
( ͡° ͜ʖ ͡°)
Odpowiedz
Aż szkoda, że takie krótkie...Świetna opowieść! Pisz dalej :).
Odpowiedz
w łacinie zazwyczaj opuszcza się zaimki osobowe, o tym kto, co robi dowiadujemy się z formy czasownika
Odpowiedz
Kurwa podobna historia śniła mi się jakiś miesiąc temu XD jak widać Demony naprawdę istnieją XD
Odpowiedz
Myslalam ze cos fajnego a tu chujowe zakończenie, tego wlasnie nie lubię ;x
Odpowiedz
fajne, choć troche mało to straszne i porywające
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje