Historia

To nic osobistego

Użytkownik usunięty 7 4 lata temu 5 167 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Martha weszła na komisariat. Już od progu jeden z policjantów przywitał ją szybkim „cześć, dobrze że jesteś, szef Cię szuka.” Dwa nieodebrane połączenia, kiedy próbowała dostać się do swojego miejsca pracy przez zakorkowaną dzielnicę uświadomiły ją o tym lepiej niż kolega z biura.

-No, witam panią spóźnialską! – odezwał się na przywitanie Josh, podstarzały komisarz i zarazem szef policji w Clearwater – Mamy tu bardzo interesującą sprawę. Swego czasu studiowałaś okultyzm, nie mylę się?

-Nie, panie komisarzu, nie myli się pan – odpowiedziała z zaciekawieniem Martha – W czym mogę pomóc?

- Dostaliśmy zgłoszenie od niejakiej pani Brightcloud odnośnie zaginięcia jej syna. Dwa dni temu dzieciak nie wrócił na noc do domu. Ostatni raz widziany po szkole. Podejrzewaliśmy porwanie, ale…

- Tak? O co chodzi?

-Poleciliśmy matce, żeby sprawdziła pokój dziecka w celu znalezienia jakiegoś listu pożegnalnego, przeszukała telefon syna, tego typu rzeczy. Zamiast listu znalazła… Cóż, sama zobacz.

Josh podsunął jej plik zdjęć. Na pierwszym z nich widać było ścianę umazaną wielkim pentagramem, sięgającym od podłogi du sufitu. Czerwona substancja, którą był namalowany jednoznacznie wskazywały na krew. Kolejne zdjęcie przedstawiało inną ścianę, prostopadłą do tej z pierwszego zdjęcia, na której widniała namalowana bydlęca czaszka z wielkimi rogami. Kolejna fotografia przedstawiało biurko oraz monitor komputera. Pod monitorem leżała kartka formatu a4, cała popisana tą samą czerwoną substancją użytą do namalowania pentagramu i czaszki zwierzęcia. Kolejne zdjęcie przedstawiało zmasakrowane zwłoki czarnego kota, a raczej – same futro. Wnętrzności zwierzęcia leżały w małej misce obok niego. Kilka następnych zdjęć przedstawiały cały pokój z różnych ujęć.

- Jak widzisz, sprawa może być dość poważna. Najprawdopodobniej są w to zamieszani jacyś sataniści, ale chłopak mógł oszaleć i uciec, albo został porwany… Niczego nie wykluczamy . Zabezpieczyliśmy komputer, na którym po za trochę brutalnym porno nie znaleźliśmy nic, tą nabazgraną kartkę, która chyba pełni rolę cyrografu… telefon chłopaka, który nie zawierał nic interesującego, oraz to – powiedział i wyciągnął spod biurka wielką księge – „Arcanum Demonum” w przełożeniu na angielski. Zawiera opisy przyzwań demonów i rytułałów stanistycznych, encyklopedia dla satanistów… Podobno istnieje kilka egzemplarzy na świecie. Boże, jak ja bardzo nie chciałbym mieć z tym nic wspólnego… - westchnął głęboko – od teraz to Twoje zadanie. Przejrzyj akta chłopaka i do roboty. Masz swój zespół do dyspozycji. Informuj mnie o wszystkim – powiedział komisarz, po czym założył na siebie kurtkę i udał się do wyjścia.

- Cholera – pomyślała Martha – Wolałabym zdejmować koty z drzewa.

Akta chłopaka nie przedstawiały niczego niezwykłego. Mathew Brightcloud, lat piętnaście, urodzony w Clearwater, uczeń szkoły publicznej w Clearwater. 168 cm wzrostu, włosy ciemne, oczy brązowe. Wychowywany przez matkę w domu przy Springfield Alley 11. W dniu zaginięcia chłopak miał na sobie granatową bluzę z kapturem i jeansy. Do akt przyłączone zostało zdjęcie legitymacyjne chłopca. To, co przykuło uwagę Marthy to notatki funkcjonariusza przyjmującego zgłoszenie.

„Zdaniem matki, syn ostatnimi czasy bardzo się zmienił. Od zawsze miał problemy z nauką, ale od pewnego czasu zaczął przynosić do domu same najlepsze oceny. Stał się śmielszy, zaczął ubliżać matce i siostrze, zaczął spotykać się z kolegami ze szkoły, czego nigdy przedtem nie robił. Zdaniem pani Brightcloud, zmiana nastąpiła z dnia na dzień i było to dla niej bardzo niepokojące.”

Druga notatka:

„Przez cały czas przebywania w pokoju zaginionego, funkcjonariuszom towarzyszył duszący i ostry zapach siarki”

Do notatki dołączony został numer pani Brightcloud. Martha wzięła do ręki księgę. Była bardzo ciężka i gruba. Widziała już kiedyś jedną z nich, na uniwersytecie. Z ciekawości zdarzyło się jej raz czy dwa do niej zajrzeć i przeczytać kilka obrzydliwych fragmentów z tego „dzieła”. Przesycone satanistyczną symboliką, krwawymi rytuałami itp. Z księgi wystawała zakładka. Martha od razu przeszła do zaznaczonej strony. Rozdział był zatytułowany „Invocationem” co oznaczało po prostu „przyzywanie”. Strony po za tekstem pokrywały symbole satanistyczne oraz rysunki przedstawiające demony. Rozdział opisywał przyzwanie istoty demonicznej do świata materialnego. Martha była agnostyczką. Została wychowana w rodzinie anglikańskiej i mimo że do Boga nigdy się za bardzo nie przekonała, to była w stanie uwierzyć w tego typu zjawiska.

Godzinę później Martha podjeżdżała już pod dom przy Springfield Alley 11. Zatrzymała samochód i przez chwilę przypatrywała się okolicy.

- Zmasakrowany kot i wyprute flaki, krew zwierzęcia na ścianach, symbole, ostry zapach, cyrograf – myślała Martha – młody musiał dokonać rytułału. Przyzwał demona i zawarł z nim pakt. To jasne. Tylko gdzie on teraz jest? Uciekł? – wzrok Marthy powędrował na prawo od domu. Dom stał nieopodal lasu. Policjantka dobrze znała ten las. Kilka lat temu rozbili szajkę przemytniczą która za główną siedzibę obrała opuszczony skład amunicji w samym środku lasu. Martha wyszła z samochodu. Dom pani Brightcloud emanował swego rodzaju melancholią. Jego widok sprawiał, że i Marthcie zrobiło się jakby smutniej. Policjantka zadzwoniła do drzwi. Po chwili czekania, drzwi otworzyła jej kobieta około czterdziestki. Miała niezadbane, poczochrane włosy, oczy podkrążone, jakby nie spała od dłuższego czasu i najwyraźniej przed chwilą przestała płakać.

-Tak? – zapytała zachrypniętym głosem matka Mathew

-Dzień dobry, jestem z policji, Martha Arrow. Mam do pani kilka pytań w związku z…

- O, tak, proszę, proszę wejść, wszystko co może pomóc, wszystko… - wymamrotała kobieta. Martha weszła za nią do domu. Dom już z zewnątrz wydawał się Marthcie trochę biedny, albo przynajniej wymagający remontu, a jego wnętrze tylko upewniło ją w tym przekonaniu – proszę usiąść – pani Brightcloud wskazała krzesło w kuchni – napije się pani kawy?

Pani Brightcloud przygotowywała kawę. Martha w tym czasie rozglądała się po kuchni. Rysunki na lodówce przedstawiały sprawdziany Mathewa i jego siostry – wszystkie, które należały do syna kobiety, były napisane na 100%. Dokładnie wszystkie.

- Proszę pani… - zaczęła Martha, kiedy pani Brightcloud usiadła, stawiając na stole dwa kubki kawy – proszę mi opowiedzieć dokładnie, ze szczegółami o przemianie pani syna. Jaki był kiedyś, kiedy się zaczęło i co się zmieniło.

- Dobrze… Mój syn… Zawsze był dobrym chłopcem. Nigdy nie miał żadnych kłopotów, może po za nauką. Widzi pani, on powtarzał rok. Na szczęście za drugim razem zdał, chociaż jego nowa klasa nigdy go nie zaakceptowała. Czasami wracał w podartych ubraniach, innym razem ze zniszczonymi książkami… Dokuczali mu. Nie miał przyjaciół w szkole co zawsze było dla niego bardzo smutne. Pewnego dnia, jakieś dwa miesiące temu, dostałam wezwanie od jego wychowawcy. Myślałam, że może mój synek w końcu się im postawił i wywiązały się z tego jakieś kłopoty, ale nie. Byłam zaskoczona – dowiedziałam się, że mój syn jest teraz najlepszym uczniem w klasie. Zrobił wielkie postępy. Wychowawca pogratulował mi Mathew, a następnie zgłosił mojego chłopca do olimpiady matematycznej. Mojego synka, który niedawno miał problemy z prostą matematyką!

- Nie próbowała się pani dowiedzieć, skąd u Mathew taki nagły postęp? – zapytała Martha

-Ależ oczywiście że próbowałam. Zadawałam mu dziesiątki pytań odnośnie jego metamorfozy i dlaczego nic mi nie mówił. Zawsze mieliśmy bardzo dobry kontakt… Ale on nie chciał mi nic powiedzieć. Mówił mi tylko, że to jego ciężka praca… Dobre sobie. Gdy tylko wracał do domu, siadał do komputera i do końca dnia przy nim siedział… Nie uwierzyłam w jego wyjaśnienia, ale nadal nie mam pojęcia jak do tego wszystkiego doszedł… Później zrobiło się jeszcze dziwniej – kobieta upiła spory łyk ze swojego kubka – zaczął nas wyzywać. Mnie i Angie, swoją siostrę. Raz nie przyniosłam mu jego prania do pokoju, miał je wziąć sam. Aż wstyd mi powtórzyć na głos słów, których użył. Nie mam pojęcia, skąd wzięło się w nim nagle tyle agresji! Zawsze był spokojnym chłopcem… Trzasnął drzwiami i nie zszedł nawet na obiad. Innego dnia przyszła do mnie zapłakana Angie. Powiedziała, że Mathiew jej powiedział, że niedługo nasz kotek, Mr. Cudles, umrze i że jeśli chce, to może zobaczyć, jak go zabija. Zrobiłam mu o to wielką awanturę… Tak straszyć pięciolatkę… A teraz… Mr. Cudles naprawdę nie żyje… Byłam tak zapracowana, że nawet nie zauważyłam jak bardzo w ostatnim czasie mój synek się zmienił. Myślałam, że to tylko bunt młodzieńczy, ale… - pani Brightcloud zamilkła. Jej oczy wypełniły się łzami – dzieci od tak nie znikają.

- Ma pani rację. No cóż… Myślę, że mam już wszystko. Czy chciałaby pani powiedzieć coś jeszcze?

- Cóż… w zasadzie… - powiedziała po chwili kobieta – jest coś jeszcze. Teraz sobie przypomniałam. Po każdej kłótni i jego napadzie agresji wychodził z domu. Nie odwracał się na moje krzyki. Z okien widziałam, jak za każdym razem wchodzi do lasu. Zawsze mnie to dziwiło… On się bał tego lasu. Zawsze, od małego się go bał, a od czasu kiedy się zmienił chodził tam niemal każdego dnia… zwykle wracał po paru godzinach, spokojny, wyciszony… Zawsze zastanawiałam się, co on tam robił tyle czasu… Nigdy mi nie powiedział.

-Rozumiem. Dziękuje pani bardzo za tą rozmowę, ta informacja może nam bardzo pomóc! – Martha wstała od stołu i ubrała swoją kurtkę.

- Przeszukacie las? – zapytała głosem pełnym nadziei pani Brightcloud

-Naturalnie. O wszystkim będziemy panią informować. Dowidzenia!

Martha pospieszyła do samochodu. Wsiadając miała wrażenie, jakby ktoś się jej przypatrywał. Rzuciła szybkie spojrzenie w tą stronę, z której czuła się obserwowana. Wsiadła do samochodu i dopiero teraz dotarło do niej, co zobaczyła. Spojrzała jeszcze raz, ale już go nie było. Martha była pewna, że widziała człowieka stojącego na linii drzew. Człowieka w ciemnej bluzie z kapturem.

- O cholera… To mógł być on! – powiedziała do siebie. Odpaliła silnik i z piskiem opon ruszyła w stronę lasu. Skręciła na ubitą drogę graniczącą z linią drzew i wysiadła. Wpatrywała się w las, ale nie widziała absolutnie nikogo. Drzewa rosły tu rzadko, więc mogła zobaczyć całkiem sporo terenu w głąb. Gdyby ktoś tu był i uciekł do lasu, z pewnością teraz by go widziała… Policjantkę przeszedł dreszcz. Cała ta sprawa od początku budzi w każdym co najmniej zaniepokojenie… Wsiadła z powrotem do auta i wróciła na komisariat.

Komisarz wysłuchał wszystkiego, czego Martha się dowiedziała. Było już późno, Josh kończył już pracę, obiecał jednak stosowne przygotowania w celu przeszukania lasu. Następnego dnia, z samego rana, miała stawić się wraz z dwudziestoma innymi policjantami pod lasem.

Martha nie spała dobrze tej nocy. Kilka razy w wybudzały ją koszmary senne, jednak nad ranem nie pamiętała już żadnego z nich. Obudziła się przed budzikiem i wpatrywała się w sufit, rozmyślając. Nie chciała tego przyznać przed samą sobą, ale bała się. Prowadziła już sprawy tajemniczych morderstw, zaginięć, widziała narkomanów w ich najgorszym stadium, psychicznych… I to już było dla niej za dużo. To było powodem jej przeniesienia do Clearwater – małego miasteczka, z dala od zepsutego miasta pełnego przemocy. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziała.

„Godzina 5:30. Czas wstawać!” – ogłosił jej budzik wyniosłym, męskim głosem.

-Jak ja kocham ten budzik… - powiedziała Martha, wyrywając jego kabel z gniazdka. Godzinę później policjantka była już przed wejściem do lasu. Aura była niekorzystna do poszukiwań – gęsta mgła, przez którą z trudem widać było policyjne syreny z odległości kilku metrów, a dodatkowo zimna mżawka. Zaparkowała koło radiowozów i karetki pogotowia i poszła przywitać się z Joshem.

- No, witaj, zaraz zaczynamy. Jesteśmy na południowej granicy lasu. Z północy równo z nami wyrusza policja z Germantown. Powinniśmy spotkać się w połowie lasu. Podzieliliśmy się na cztery grupy. Ty idziesz w grupie drugiej, najgłębiej w las. Wszystko jasne?

-Jasne – odpowiedziała mu Martha.

-Acha, chwila, jest jedna rzecz…

-Tak? – spytała

-Arcanum Demonum. Zniknęło. Wczoraj wieczorem zamykałem biuro z księgą w środku. Dzisiaj rano księgi nie było. Żadnych śladów włamania… – powiedział lekko wstrząśnięty

-Co..? – To jedyne na co była w stanie zdobyć się w tym momencie. Zaszokowało ją to

-Znajdźmy wreszcie gówniarza… Wisi nam spore wyjaśnienia. Gotowa?

-Gotowa.

-No, to na miejsca. Zaczynamy!

Policjanci weszli do lasu. Poszczególne grupy miały iść w jednej linii z innymi grupami, jednak mgła skutecznie im to utrudniała. Wkrótce ludzie przestali zwracać uwagę na to, czy idą razem, trzeba było w końcu wypatrywać jakichkolwiek śladów. Martha została ze swoją trzyosobową grupą… -Zaraz, Chwila! - krzyknęła Martha – gdzie jest Aaron?

-Był tu przed chwilą… - odpowiedział jej policjant – pewnie poszedł z inną grupą jak się rozdzieliliśmy…

-Pewnie tak… chodźmy dalej.

Zagłębiając się w las, zauważyli że mgła nie przerzedza się a wręcz przeciwnie – staje się coraz gęstsza. Patrząc pod nogi, Martha niemal nie była w stanie zobaczyć swoich nóg.

-Hej, chłopaki… - zaczęła – Hej! – krzyknęła donośniej. Ale nikt jej nie odpowiedział. Nikogo nie było w jej pobliżu, a przynajmniej nikogo nie widziała. Stała tak przez chwilę, obracając się w miejscu. W momencie w którym się zatrzymała, stwierdziła że nie widać najbliższego drzewa. Mgła stała się tak gęsta, że gdy wyciągnęła rękę przed siebie, była dla niej ledwo widoczna. Zupełnie straciła orientację. Najbardziej przestraszył ją fakt, że została zupełnie sama. Zgubić jednego palanta z wadą wzroku, który nie wie z kim idzie, to jeszcze nic, ale zgubić trzech palantów?!

-Baza! Baza odbiór! Co się tu do cholery dzieje?! – łączność zerwana. Marthcie odpowiedział szum. Coś tu było nie tak i z każdą mijającą sekundą jej niepokój wzrastał. Zaczęła rozmyślać o sprawie. Wczoraj widziała kogoś na skraju lasu. Tam mgła była rzadsza, a wczoraj grunt był grząski – ale mimo to, nikt nic nie znalazł, żadnego śladu, tropu, nic! Jak to możliwe?

W jednej chwili Martha usłyszała przerażający krzyk, który mógł należeć do jakiegoś zwierzęcia. Obróciła się i z prędkością błyskawicy wyjęła broń z kabury i wymierzyła przed siebie, jednak po za czubkiem własnego pistoletu nie widziała już nic. Usłyszała pękniętą gałązkę tuż za sobą. Nie zdarzyła się obrócić. Za nim upadła na ziemię, widziała już tylko ciemność.

Gwiazdy i korony drzew. Taki widok powitał ją po otwarciu oczu. Podparła się na łokciu, a wolną ręką dotknęła się za tył głowy. Czuła pulsujący ból z tyłu czaszki. Ktoś ją ogłuszył. Tylko kto? I dlaczego ją tu zostawił? Martha powoli dochodziła do siebie. Było już ciemno. Mgła zniknęła całkowicie. Policjanci musieli już skończyć poszukiwania. Ciekawe, czy tylko ona się tak zgubiła? Wstała z ziemi. Otrzepała ubranie ze ściółki i sięgnęła po telefon. Nie było go.

- Co do cholery..? – Powiedziała zdenerwowanym głosem. Nie miała przy sobie telefonu, mikrofalówki ani broni. Wszystko zniknęło. Rozejrzała się po okolicy. Miedzy drzewami dostrzegła polanę, a na polanie coś, co wcześniej skrywała mgła.

Policjantka weszła na polanę, na której stał sporych rozmiarów zrujnowany pałacyk. Martha myślała, że rozebrali go już jakiś czas temu. Dworek pamiętał czasy Elżbiety I. Uległ częściowemu zniszczeniu na skutek pożaru, jeszcze w latach sześćdziesiątych. Martha wolnym krokiem podeszła pod portal pałacu. Pamięta, że w artykule o planowanym demontażu obiektu który czytała, było załączone zdjęcie tego miejsca. Jego drzwi od lat sześćdziesiątych były zamknięte. Zostały na nich założone grube łańcuchy mające powstrzymać ciekawskich od zwiedzania budynku zagrożonego zawaleniem, jednak teraz stała przed otwartymi na oścież drzwiami. Przerażała ją groza tego miejsca. Usłyszała za sobą krakanie kruka i omal nie krzyknęła ze strachu. Bała się tam wejść, jednak wokół niej robiło się coraz zimniej, a czuła że nie da rady wydostać się z lasu po ciemku. Dodatkowo podróż przez ciemny, zimny las z kruczym krakaniem u boku po prostu ją przerażała… Postanowiła przeczekać w budynku do rana. „Przecież wcale nie muszę go całego obejść” myślała sobie.

Powoli przeszła przez drzwi i po schodach prowadzących w górę. Stała w głównym hallu. Panowała tam prawie zupełna ciemność. Przypomniała sobie o zapalniczce w kieszeni. Wyjęła ją i zapaliła. To pomogło jej na tyle, żeby móc rozejrzeć się po obiekcie. Obdrapane, czarne ściany, wystające, połamane kafelki, zniszczony sufit. Wszystko w każdej chwili mogło się zawalić. Na końcu hallu znajdowały się duże, spiralne schody prowadzące na piętro i do piwnicy. Martha zaczęła powoli iść w ich kierunku. Im bliżej nich się znajdowała, tym głośniejszy był szum dochodzący z piwnicy. Nie mogła tak tego zostawić. Jeśli miała tu przeczekać noc, musiała wiedzieć, co to takiego. Szum przypominał dźwięk podobny do szumienia rur, przez które przepływa powietrze. Martha doszła to schodów i chwyciła ich balustradę. Zawahała się. Ogarnął ją strach przed nieznanym. W pewnym momencie wydawało jej się, że usłyszała szepty. Zdusiła w sobie tą informację, wmawiając sobie, że to tylko jej paranoja spowodowana faktem przebywania w starym, zrujnowanym budynku. Wzięła głęboki oddech i zeszła po schodach na dół.

Schody skrzypiały niemiłosiernie. Schodząc w dół, zauważyła światło. Nie światło bijące z jej zapalniczki, ale światło wgłębi piwnicy, odbijające się od ścian. Światło wyraźnie biło z końca korytarza, gdzie najprawdopodobniej musiało znajdować się wejście do jakiegoś pokoju. Policjantka żałowała teraz tak głośnego schodzenia po schodach… Ktoś tu był. Światło musiało bić z jakiegoś źródła ognia. Martha przylgnęła do ściany i ruszyła w kierunku źródła światła. Podeszła pod ścianę korytarza i powoli, delikatnie wychyliła głowę przez ścianę. Znajdowało się tam duże, puste pomieszczenie. Na przeciwległej wejściu ścianie widniał ogromny pentagram, pod nim i trochę na lewo leżały jakieś szmaty i plecak. Przy pentagramie klęczał jakiś człowiek. Na środku pomieszczenia stało pięć wbitych w ziemię pochodni.

-Ire! – Martha rozpoznała łacinę. Uczyła się jej na studiach. Ire oznacza „wejdź”. Powiedział to głosem, jakby jej oczekiwał. Martha nie wiedziała dlaczego, ale wyprostowała się, przeszła przez próg i podeszła do klęczącego do niej tyłem człowieka. Z własnej woli nigdy by tego nie zrobiła. Własciwie to miała zamiar uciec stąd w chwili, kiedy go zobaczyła. Człowiek wstał, wyprostował się i odwrócił. To był Mathew.

-Mathew? Mathew Brightcloud? Wszędzie Cię szukaliśmy… Co Ty tu robisz? To… to Ty mnie zaatakowałeś?

-Tak – odpowiedział spokojnie.

-Dlaczego? Co się tu dzieje? Dlaczego nie mogę się poruszyć?

-Ech, nie chce mi się tego wyjaśniać, to cholernie długa historia… Powiem tylko tyle: Zawarłem pakt z demonem. Ale biorąc pod uwagę zawartość moich akt oraz dowodów zebranych na komisariacie, pewnie już o tym wiesz – Martha była kompletnie przerażona. Nie mogła poruszyć żadnym członkiem ciała. Mogła się tylko wpatrywać w Mathew - w zamian za moją duszę wziąłem sobie pakiet szczęścia do końca życia. No wiesz, wszystko mi wychodzi, każdy mnie lubi, zawsze znajdę prace, będę bogaty, tego typu rzeczy… No i tu jest problem. Bo pewnego dnia – umrę. A ja tego nie chce. Dodatkowo, to, co robią w piekle z takimi duszami jak moja… cóż, powiedzmy że wolałbym nie. Zacząłem więc studiować swój cyrograf i znalazłem tam pewien kruczek, który postanowiłem wykorzystać. Mianowicie. Do umowy mogą zostać dołączone dodatkowe warunki – za odpowiednią cenę oczywiście. Cena została opisana w księdze, którą widzisz przed sobą – Mathew potrząsnął księgą przed twarzą Marthy – Dlatego Cię potrzebuje. Rytuał tu opisany jest bardzo skomplikowany, chociaż wymaga wyłącznie jednego składnika – Ciebie. – Marthcie rozszerzyły się oczy. On oszalał! – Od podpisania cyrografu trochę bawiłem się z Arcanum Demonum i nawet nawiązałem dobry kontakt z pierwotnymi autorami księgi. Jeden z nich został nawet moim przyjacielem! – powiedział z dumą w głosie – z tym samym zawarłem pakt. One wybrały Ciebie, Martho, dlatego Cię tu sprowadziłem. Rytuał przyzwania wymaga ofiary. Wiesz, demon wchodzi tutaj, Ty wchodzisz tam – wskazał na pentagram na ścianie – Równowaga. I tyle, jest w materialnym świecie. Zaczynajmy, dobrze? Szkoda mi czasu – Mathew podszedł do sterty szmat i wyjął zakrzywiony, długi nóż . – Całość będzie Cię strasznie bolała, ale – uśmiechnął się – wiedz, że to nic osobistego.

Nóż pociął skórę Marthy. Pentagram na ścianie zaczął się jarzyć jaskrawoczerwonym światłem. Jej krzyk wzbił się wysoko i odbijał się echem od ścian pałacu, nie wyszedł jednak po za jego grube mury.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać
Dokonaj zmian: Edytuj

Komentarze

Mialam nadzieje ze bedzie jakas druga czesc, kontynuacja tej historii.. :/
Odpowiedz
Nie miała przy sobie telefonu ani mikrofalówki. Pewnie piekarnik też zgubiła ;_;.
Odpowiedz
Troche bez sensu ten koniec nie zaczaiłam
Odpowiedz
Chujowa końcówka.
Odpowiedz
Biedna Martha zgubila mikrofalówkę XD
Odpowiedz
Cóż szkoda że w opowiadaniach takich jak to utrwalił się błędny stereotyp satanisty. Poza tym bawi mnie fakt że Mathew wierzył w "przyjaźń" z Demonem z którym zawarł pakt i beztroska z jaką się o tym wypowiada. Serio człowieku ? Zawarłeś pakt z istotą która gardzi ludźmi i nie chce ci pomóc ani dać lepszego życia. A jeśli w tym pakcie był haczyk to na pewno na niekorzyść człowieka a nie Demona XD One są na to zbyt idealne i inteligentne XD
Odpowiedz
Mikrofalówki? A czasami nie krótkofalówki?
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje