Historia

Peos

reddevil 0 7 lat temu 715 odsłon Czas czytania: ~26 minut

Czasem wydaje ci się, że ten niepozorny niski facet, czasem dzieciak jest zwykłym nieudacznikiem. Jasne, może być niezły np. w nauce, ale nieporadny w życiu. Znasz takich ludzi prawda? Unikasz ich? A może przeciwnie, otaczają cię. Są twoimi przyjaciółmi, może sąsiadami. Żyjecie w jakby dwóch światach jednocześnie. Ty w swoim, niesamowicie barwnym, pełnym ludzi, zdarzeń i ciekawości i oni – w ponurym świecie. Świecie, gdzie nie istnieje miłość, zaufanie czy szacunek. Poniżani. Opuszczeni. Zostawieni na pastwę losu, przez galopujący świat. A przecież oni też chcą być częścią tego świata. Jeżeli jednak się mylę. Jeżeli ci ludzie mają głęboko w dupie ten świat? Jeżeli nie tyle nie zauważają ciebie, co nie widzą w tobie tego, co chcieliby zobaczyć. Wtedy jest dużo gorzej. Jeżeli to gbur, możesz mówić o szczęściu. Gbur jest denerwujący, ale względnie niegroźny. Gorzej, jeżeli ten ktoś jest cichy. Wtedy trafiasz na tę małą grupkę, którą społeczeństwo nazywa „tymi cholernymi psychopatami”. Nie zawsze mają rację. To często socjopaci, skrzywdzeni przez świat. Upokorzeni przez kobiety, które kochali. Opuszczeniu przez przyjaciół, którym ufali, wyrzuceni na margines społeczeństwa, wykreśleni z rodziny. To ich dzieła oglądasz w wiadomościach. To o nich czytasz. To ich się boisz. Czy jednak całe zło, leży w naturze człowieka? Czy istnieje coś, poza naszym światem? Coś, czego nie rozumiemy? To tylko hipotezy. To coś, czego nigdy żaden człowiek nie zrozumie i nie pozna odpowiedzi na te pytania. To dla nas zagadka. Wiesz, znałem kiedyś pewnego kolesia, który zachowywał się w taki właśnie sposób. W zasadzie, powinienem napisać, że znam go nadal. Nie pytajcie mnie proszę, co się z nim dzieje. Zresztą, za jakiś czas sami się dowiecie. Historię o Adamie Smithie mógłbym zacząć w ten sposób: „dawno, dawno temu…” Lecz myślę, że żartowanie w takich sprawach jest żałosne. Zbyt wiele rzeczy się zdarzyło, żeby poddawać w wątpliwość własne wspomnienia. Nie będę przedłużał.

Ponury świt wstawał właśnie nad zapchloną dzielnicą fabryczną ponurego amerykańskiego miasta. Śnieg leżał na ulicach, a po świętach zostały już tylko ostatnie tandetne plastikowe choinki na przydrożnych lampach. Adam wstał. Dobrze wiedział że dziś, jak co dzień trzeba iść do chyba jedynego miejsca, gdzie nienawidzi przebywać – szkoły. Wszyscy byli tam o klasę intelektu niżej od niego. Nawet nauczyciele. Nie powiedział tego nigdy wprost, po prostu milczał. Był wyszydzany i wyśmiewany przez rówieśników. „Tylko pół roku i jesteś wolny” – to zdanie powtarzał sobie codziennie. Liceum miał bowiem obrane w innym mieście. Nie chciał zostawać kolejnego roku, otoczony tymi samymi ludźmi. Nic nie zwiastowało, że ten dzień miał być inny niż pozostałe. Dzień zaczął oczywiście od miłych uwag od „elity” i dresów. „Spieprzajcie. Za pół roku będę miał was w dupie” – przyświecało mu gdy słyszał docinki. Lekcje rozpoczynały się WF-em. Jednak jakaś dobra wiadomość. Zagrają w piłkę nożną. Jedyna dyscyplina, w której to on ośmieszał innych. Szybko okazało się, że nawet nie zamierzał udawać, że widzi w swojej drużynie kogoś poza sobą. Zachowywał się z piłką tak, jakby istniał tylko on, ona i bramka. Potrafił wyczyniać z nią niesamowite rzeczy. Zwód, kiwka, lewa, prawa, lewa, strzał! Gol. Nie cieszył się z każdej bramki, tak jak to robił jeszcze niedawno. Wszystko bowiem sprawiało mu radość. Teraz zaś miał wszystko w dupie. Drużyna przeciwna wznowiła. Adam przejął piłkę, popędził na bramkę rywali i w tym momencie poczuł uderzenie w bark. To Joe Panister wykazał się swoim niekonwencjonalnym podejściem do przepisów. Adam przy upadaniu uderzył głową w słupek. Zemdlał. Ocknął się jednak po minucie. Profesor McCaughney nawet nie udawał, że interesuje go, czy coś się stało sfaulowanemu. Choć, nie do końca. Wskazał na wapno. Adam wziął rozpęd. Na bramce stanął Panister. Jego tępy uśmiech nie zdradzał nic poza pogardą dla strzelca. W głowie zanucił motyw z filmu „Dobry, zły i brzydki”. „Urwij mu jaja” – usłyszał głos w głowie. Nie wiedział, co się dzieje. Wziął rozpęd i przymierzył w okienko bramki Panistera… Noga jednak skierowała piłkę inaczej. Futbolówka uderzyła zaskoczonego bramkarza prosto w krocze. Adam instynktownie pobiegł dobić strzał, lecz zamiast w piłkę uderzył z całej siły w brzuch Joe Panistera. Wtedy ocknął się jakby z amoku. Zobaczył piłkę leżącą pół metra od niego, oraz jego największego wroga zwijającego się z bólu. Zaczął kojarzyć fakty, przypominać sobie, zachowywał się, jakby właśnie powrócił do własnego ciała. Instynktownie kopnął piłkę do siatki , a później spokojnie wrócił na własną połowę. Nikt nie widział go w takim stanie, lecz on w tym momencie zrozumiał co się stało. Uwolnił potwora który znajdował się w nim przez tak długi czas poniżania. Walczył ze sobą, aby utrzymać go na wodzy, lecz teraz wiedział, że walka jest przegrana. Ciemna strona wyszła z niego i czuł, że tak łatwo go nie opuści. Ten sprzeciw upokarzaniu go w jedynej rzeczy, którą kocha robić był początkiem jego przemiany. Lecz on wiedział, że to nie jest przemiana. Było to raczej uzewnętrznianie się jego prawdziwego ja. Prawdziwej osobowości Adama Smitha. Nie tak wyobrażał sobie tę chwilę. Czuł chwilowe zniewolenie, nie przyjemność, nie ulgę.

-Gol panie profesorze prawidłowy jak rozumiem?

-Oczywiście Smith. – odpowiedział nauczyciel, choć Adam doskonale widział, że w tym momencie był zajęty szukaniem zapalniczki - Panister! Do jasnej cholery zbieraj się szybciej! Co to za pieprzony aktor. Coś mu się stało? Nie potrafi się pogodzić, że wpuścił gola?

-Smith znokautował Panistera! – krzyknął Randy Nabaddian

-Nie pierdol tylko graj! – odpowiedział zdenerwowany nauczyciel. Ta pizda nie znokautowałaby komara – mruknął do siebie - A ty się zbieraj Panister! Poleżysz na przerwie!

Randy skinął głową. Spojrzał z ukosa na strzelca. Przesunął palcem po gardle. Adam zignorował go. Poczekał na wznowienie. Nabaddian rozpoczął podaniem do Alberto Wilkinsona. Młody pół meksykanin nawet nie zdążył dobrze przyjąć piłki, gdy poczuł przeszywający ból w łydce. To Smith wszedł otwartą nogą w piszczel przeciwnika. McCaughney nie użył gwizdka. Akurat sprawdzał godzinę. Smith uśmiechnął się do siebie i ruszył na przebój ku bramce oszołomionego jeszcze Panistera. Przeciwnicy próbowali sfaulować Smitha z dwóch stron, lecz on wyrywał się jak mógł, zawstydzając łatwością unikania wysoko podniesionych nóg wschodnich mistrzów walki. Przed bramką podbił piłkę i uderzył nożycami. 3:0. Czas na radość. Smith rozpędził się i już chciał zrobić salto, gdy nagle otrzymał mocnego kopniaka w kolano. To Simon Frednick postanowił wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Adam upadł głową do ziemi i tylko szybko wyciągnięte ręce pozwoliły mu na w miarę bezpieczne wylądowanie. „Będzie wpierdol” – powiedział Frednick podając mu rękę w udawanym geście fair-play.

Po skończonej lekcji Adam poszedł do sali. Czuł na sobie nerwowe szepty z tyłu sali, czuł na swoich plecach 28 par oczu. „Znajome uczucie, co?” – zapytał sam siebie w swoich myślach. „Ale pierwszy raz czuja strach. Nie! Oni czuja nienawiść. Po cholerę się dzisiaj wkurwiłeś na wf-ie? Musisz wracać najszybciej jak tylko możesz po lekcjach. Może cię nie zauważą”. W tym momencie poczuł niewielkie uderzenie w kark. Zwinięta kartka papieru rzucona z ostatniej ławki odbiła się od jego pleców i wpadła w kaptur. Adam domyślał się, co się na niej znajduje. Niemniej jednak wyjął ją z kaptura i zaczął czytać. „Ty mała, pierdolona cipo. Czekaj dzisiaj przed zachodnim wejściem.” Smith poczuł przeszywający dreszcz. Rzucił krótkie spojrzenie za swoje plecy. Pannister uśmiechał się złowrogo, a Frednick i Nabaddian pokazali ręką, coś schowanego pod ławką. Obaj trzymali w plecakach noże długie na cztery cale. Wilkinson nie musiał nic udowadniać. Wszyscy wiedzieli, że jego brat rządzi miejscowym gangiem, więc z bronią nie miał problemu. Smith poczuł się skonfundowany. Zaczął szybko łączyć fakty. „Jeżeli piszą o spotkaniu przed zachodnim wejściem, pozostawało wyjście wschodnim i południowym. Skoro piszą o zachodnim, znaczy, że obstawia wschodnie. Południowe również może być obstawione. Prawdopodobnie Simon stanie na straży na południu. To znaczy, że będzie przy nim góra dwóch ludzi, najgorszych bezmózgów jakich widziałem.”

–Jesteś silniejszy! Dopieprzysz im! – zaczął mówić jakiś głos w jego głowie

– A czy nie uważasz – zaczął drugi – że to oni mi dopieprzą? Ich jest trzech, ja jestem jeden.

-Jakoś na meczu im dojebałeś? Nie uważasz, że teraz też dasz radę?

-Idź ode mnie, jakoś nie masz najlepszych pomysłów! To samobójstwo!

-O tak! Bądźmy cipą, którą wszyscy rżną, bo nie może poradzić sobie z bandą głupich dresików.

-BANDĄ! Powtórz to słowo jeszcze raz. Banda! O TO CHODZI!

-No i co? Przypomnij sobie, że kiedyś byłeś inny. Gdzie ten dawny Adam Smith?

-Odejdź, daj zapomnieć.

-Nie! Nie mogę odejść! Sam mnie przywołałeś do życia, pamiętasz?

-Cholerne pasty… Gdybym nie usłyszał o tulpach…

-…to by mnie tu dzisiaj nie było. Wiemy o tym doskonale. Ciebie też by nie było. Gniłbyś właśnie na jakimś śmietniku.

-Spieprzaj! Raz cię posłuchałem! Tak właściwie, zapomniałem o tobie! Jak to możliwe, że jesteś tu znowu?

-Głupcze! Nie pozbędziesz się mnie! Myślałeś, że tak łatwo jest się mnie pozbyć? A takiego! Ja ZAWSZE z tobą będę. Aż do śmierci.

-Mojej czy…

-Naszej! Pamiętaj o tym!

-Nie pójdziesz sobie, dopóki mi nie powiesz czegoś głupiego, prawda?

-Jak uważasz. Ale masz rację co do jednego – nie pójdę, dopóki czegoś nie powiem.

-Słucham – odparł łagodny głos

-Pomyśl – głos tulpy brzmiał teraz jak głos Egipskiego kupca, który trafił na turystę, gotowego oddać ostatni grosz za badziewną pamiątkę – Na południu stanie prawdopodobnie Simon, prawda? Obaj o tym wiemy. Dobrze wiemy, że Simon miał pól roku temu operowaną prawą rękę.

-Zlatan style? – zapytał, nie kryjąc uśmiechu na twarzy Smith

-Zlatan style! – ton głosu wytworu jego imaginacji był stanowczy

-Załóżmy, że masz rację. No dobrze, a kto stanie na wschodnim wejściu?

-Nie wiesz? Pannister. Razem z grupką, czterech pięciu mocnych, silnych ludzi, nie radzę ci wychodzić tędy.

-Hmm… A na zachodnim wejściu? - Adam przewidywał odpowiedź

-Alberto.

-Rozumiem, że nie sam?

-Z bratem.

-Tak więc proponujesz południowe wyjście?

-Południowe.

-Jaką mam pewność, że…

-Żadnej!

-A dlaczego…

-Bo jestem tobą! – tulpa po raz kolejny przerwał

-Człowieku! Dasz mi dokończyć zda…

-Nie! Bo widzisz, ja nie jestem człowiekiem.

-Dobrze, ale…

-Dość pierdolenia, robota czeka! Chyba ta menda coś od nas chce.

Istotnie, profesor Martha Hallingham wydawała się podejrzliwie patrzeć na zmiany wyrazu twarzy Adama. To wydawał się zamyślony, to zły, to przestraszony, to znowu uśmiechał się, to znowu denerwował. „Adam Smith! Do tablicy!” wykrzyknęła raczej, niż powiedziała.

Adam wstał i podszedł do tablicy. Przykład, który się na niej znajdował był niezwykle skomplikowany. Zajmował całą jej szerokość. Mimo to Adam uśmiechnął się do siebie po raz kolejny, chwycił kredę do ręki i zaczął rozwiązywać przykład z taką prędkością, jakby zaraz miał nadejść dzień sądu ostatecznego, a to działanie miało być ostatnią rzeczą w życiu młodego Amerykanina.

-Skończone, wynik to x=341,52 pierwiastek z 12.

-Bardzo dobrze. - odpowiedziała nauczycielka z niemałym zawodem w głosie, siadaj, A

Adam przebiegł wzrokiem po klasie. Ten sam wyraz twarzy każdego z osobna i wszystkich naraz doskonale oddawał ich myśli. „A żeby ci koń nasrał na łeb kujonie”.

-Pomogłeś mi. – powiedział w myślach Adam

-Owszem.

-po co?

-Ratuję nie pierwszy raz twoje i moje dupsko, więc lepiej słuchaj tego co mówię.

-Ale jak ty…

-Jestem tobą.

-Ale to było praktycznie nie do rozwiązania.

-A ty byłeś praktycznie skończonym debilem, więc skoro to mamy już wyjaśnione, mam nadzieję, że zyskałem twoje zaufanie.

-A jeśli Pannister i Wilkinson się zorientowali

-Zobaczymy!

Dzień przebiegał normalnie, to znaczy, wszyscy poza Adamem mieli w dupie o chodzi w danym temacie. Adam zaś tylko sprawiał pozory zainteresowanego. W rzeczywistości śledził każdy ruch, każdą emocję spływającą z ludzkich twarzy. Doskonale potrafił ocenić w ułamek sekundy, czy powinien się uaktywnić, czy nie. O 14:25 zadzwonił ostatni dzwonek. Adam miał wewnętrzny dylemat. Postanowił wypuścić wabik. Wiedział, że o tej samej godzinie lekcje kończy jego przyjaciel z równoległej klasy – Frank Oier. Nie był może zbyt rozgarnięty, ale był niesamowicie koleżeński. Podobnie jak Adam kochał piłkę nożną i nie znał się na baseballu, więc nie miał zbyt wielu kolegów.

-Siemanko Frank! – powiedział wesoło Adam

-Yo! Mój wigga chce coś ode mnie?

Frank był bowiem czarnoskóry, lubił się wzorować na postać CJ z GTA San Andreas. Miał bzika na punkcie tej gry. Nie tej jednej zresztą. Prawdopodobnie to było powodem jego znacznych rozmiarów ciała, którego nie powstydziłby się niejeden sumoka.

-Frank… Głupia sprawa, narobiłem sobie kłopotów o Pannistera i jego „wesołej kompanii”.

-Yo! Stary, slow.. U Pannistera? O co poszło?

-Długa historia. Krótko mówiąc mam przejebane. Mógłbyś wyjść pierwszy i sprawdzić, czy ktoś nie stoi przy wyjściach.

-Yo bro… Żaden problem. Ale mogę ci powiedzieć, że brachol Wilkinsona zaparkował przed zachodnim wyjściem

„Mówiłem” odezwał się głos

-Sprawdź – zaczął niepewnie Adam – Sprawdzisz wschodnie?

-Nie ma problemu bro… Czego się nie robi dla wigga. – To mówiąc poszedł w kierunku wschodniego wyjścia. Kilka minut później przyszedł sms. Adam spojrzał na wyświetlacz. Od Franka:

„Yo wigga. Uważaj przy wychodzeniu. Pannister z banda kiboli stoją 100 metrów za bramą. Każdy ma teleskopówkę, trzymaj się, bro. Moc z tobą!”

Adam odpisał tylko:

„jasne, dzięki nigga”

Chciał przywołać tulpę, ale nie potrafił. Nie wiedział, jakiego imienia używał do przywoływania. Próbował sobie przypomnieć z całej siły i nie potrafił.

-Dobra, chodź tu gnoju, przydasz się.

-A nie mówiłem? – odezwał się głos w głowie Smitha

-Miałeś rację co do tamtych dwóch. Zaraz się okaże, czy miałeś rację.

-Ale wiesz co jest najlepsze?

-Co?

-Że jeśli kłamałem, to i tak ty dostaniesz wpierdol.

Adam zignorował tę uwagę. Doskonale wiedział, że tak może być. Wiedział, że ten stwór z niewiadomych przyczyn może chcieć jego okaleczenia lub śmierci. Postanowił jednak przyspieszyć kroku i złożyć ręce w pięści. Chwilę potem zobaczył bramę południowego wyjścia. Obawiał się starcia z przeciwnikami. Obawiał się tego, że Pannister i Wilkinson mogli zorientować się, że wyjdzie właśnie południowym wyjściem, że przyjdą z pomocą Wilkinsonowi. Odpędził od siebie te myśli, jeszcze zanim zaczęły dobrze kiełkować w jego głowie. „Gdyby o tym pomyślał, nie obstawiałby trzech wejść. Po za tym, myśli, że jestem ciotą. To będzie dobra okazać, żeby przekonać ich, że jest inaczej.” Z takim nastawieniem Adam podszedł do bramy.

-Co jest kurwa? – krzyknął do schowanych dresów – Gdzie jesteście?

-Proszę, proszę, proszę. Cipa zdecydowała się pojawić. – powiedział Simon Frednick, młody, łysy dresiarz, ciągle cuchnący papierosami – Będzie wpierdol! – to mówiąc, ruszył na Smitha.

Adam sparował natarcie, a następnie odhaczył nogę przeciwnika i przeważając go na lewą stronę przewrócił na ziemię.

-Czekać! – krzyknął zaskoczony Nabaddian – On jest mój!

W tym momencie but Adama uderzył w głowę niedoszłego oprawcy z potworną siłą. Sam był zszokowany. Czuł się nieco dziwnie, nie wiedział, że może uderzyć z taką siłą. Nie wiedział, że potrafi tak zrobić. Simon osunął się nieprzytomnie na ziemię.

-Ja też jestem stąd – powiedział Smith, wykrzywiając usta w szyderczym grymasie – więc znam wasze sztuczki. Macie ostatnią szansę na ucieczkę. – zrobił wszystko, żeby jego głos przypominał ton Brudnego Harry’ego albo Bogusława Lindy.

William i Connor Ambergham popatrzyli po sobie tłumiąc jednocześnie śmiech i przestrach. Nie wierzyli, że ten niepozorny, niski dzieciak, kujon, zwykła ciota da im radę. A jednak nie minęło dziesięć sekund, jak znokautował Simona Nabaddiana, ich niedościgły wzór w mordobiciu. Rzucili się na niego obaj. William z lewej, a Connor z prawej. Adam uskoczył w tył, a następnie nożycami rodem z najlepszych lig piłkarskich wytrącił Connorowi nóż z ręki. Bliźniak złapał się za rękę, a oniemiały William rzucił się na Smitha z jeszcze większą zaciekłością. Adam zmierzył wzrokiem odległość, pomiędzy nim, a nożem Connora. Jednocześnie widział, że on również się do niego przybliża. Przebiegł więc kilka metrów w kierunku broni, przykucnął, chwycił ją w dłoń i przeturlał się, gdyż William był już tuż za nim. Rzucił się na ziemię, jakby ze wściekłością swoją i brata. Adam poczuł czyjś oddech na plecach. To Connor próbował zajść go od tyłu i przydusić. Nie było czasu na reakcję. Zrobił tylko krótki krok w bok, lecz bracia już go dopadli. William szedł w jego stronę z nożem, który przypominał raczej mały miecz, niż nóż kuchenny i szyderczym uśmiechem spytał się brata:

-Tniemy?

-Tniemy! – Odpowiedział Connor ściskając szyję Adama – zobaczymy czy ten kozaczek naprawdę ma jaja.

Bliźniacy popełnili jednak błąd. William opuścił rękę i w tym momencie Adam uderzył łokciem w brzuch Connora, zaś Williama kopnął w twarz lewą nogą. Przypominało to strzał Zlatana Ibrahimovicia w meczu z Interem albo kopnięcie Bruca Lee w jakim kol wiek filmie. Wykorzystując element zaskoczenia poczęstował Williama nożem, wbijając mu go w łydkę. Nie obracając się podniósł wysoko nogę i uderzył nią w twarz Connora.

-Oppa Zlatan Style, motherfuckers! – rzucił na odchodne

„Spieprzaj stąd!” odezwał się głos w jego głowie. Adam chwycił swój plecak i zaczął coraz szybciej biec w stronę domu. Wierzył naiwnie, że może reszta bandy się nie zbierze, że może tamci poczują się zawstydzeni i nic nie powiedzą. Już, już był pod domem, kiedy nagle usłyszał za sobą wołający głos:

-Adam Zlatko Smith! – słowa były przerywane długą pauzą – odwrócił się. Zamarł. Za jego plecami pojawiła się postać Eduardo Wilkinsona.

-Wiesz kim jestem cwaniaczku, prawda? – Adam mimowolnie spojrzał na Magnum, który Eduardo trzymał przy pasie

-Wiem, ty skurwsynu…

-No no no, spokojnie. – Latynos pozornie udawał spokój – Wyjaśnimy sobie kilka spraw.

Adam ruszył w stronę klatki, lecz Eduardo był szybszy. Wskazał ręką, a drzwi zagrodził mu Alberto.

-Wiemy – zaczął Alberto – że lubisz grać ostro cioto.

-Ale przegiąłeś pałę. – przejął inicjatywę Eduardo. Mój brat jest twardy i nic mu nie ma. Pannister rzygał już trzy razy, Amberghamowie jadą do szpitala i módl się bachorze, żeby nic im nie było. Nabaddian zdycha w karetce. Chyba nie myślisz, że cie tak po prostu puścimy? Znaczy puścić, puścimy, ale z Free Mountain!

Alberto chwycił Smitha za obie ręce. Ten nie pozostał mu dłużny, i uderzył go z głowy w klatkę piersiową, a ucisk zelżał.

-Ej! – krzyknął Eduardo - Nie pogrążaj się. Masz przejebane i już nie żyjesz tak naprawdę.

Nic nie rozumiał. Przecież przed chwilą dopiero rozprawił się z tymi trzema, więc jakim cudem...

Adam obudził się. Leżał na ziemi z zakrwawioną koszulką, a obok leżeli poranieni bracia Ambergham i próbujący się ocknąć Nabaddian. Nad Adamem stał Frank Oier z zaniepokojoną twarzą.

-Adam? – zapytał z przestrachem w głosie – Adam! Ty gnoju żyjesz! Jak ty… - Oier nic nie rozumiał - Z resztą nieważne, spieprzajmy stąd widziałem Wilkinsonów odjeżdżających spod zachodniego wejścia.

-Obu?- spytał niedowierzając Adam

-Obu. Pannister rzygał przy centralnym wejściu. Ktoś mu podrzucił hot doga ze szczurzym ogonem, ciekawe kto. – Oier zaśmiał się

Adam też zaczął się śmiać. Rodzice Franka mieli firmę deratyzacyjną. W zasadzie codziennie dowiadywał się więc, jak wygląda martwy opos, czy jak łatwo jest wyrwać szczurowi ogon. Frank przyniósł kiedyś do szkoły martwą wiewiórkę. Zostawił ją w plecaku Jason McAcanleya, przewodniczącego szkoły. Do było niesamowicie zabawne zobaczyc, jak ten pieprzony, dumny goguś piszczy jak pięcioletnia dziewczynka. Hah! Takich rzeczy się nie zapomina.

„Witaj Adamie!. Jak ci się podoba moja wizja?” - Pieprz się – pomyślał Adam – mam cię dość „Ha ha ha! To nie jest film. To nie pasta. Tu nie pozbędziesz się mnie krótką formułką. Jestem tobą, jestem częścią ciebie. Jestem tobą! To stałoby się z tobą, gdybyś wrócił do domu”. A skąd ta pewność? – zapytał Adam – „Nie musisz mi ufać, ale… - głos zadrżał – Czy ja ci źle doradziłem?” Adam zamyślił się. Nie. Ten dziwny głos nigdy mu jeszcze nie doradził źle. Podświadomie zgodził się na wysłuchanie tego, co to coś ma mu do powiedzenia.

„Świetnie! Otóż widzisz, okłamałem cię. Nie jestem tulpą. Zanim zapytasz kim jestem daj mi powiedzieć skąd wiem, co się stanie i co należy robić. Tu nazywam się Peos. Nie staraj się zrozumieć kim, ani czym jestem. To ci w niczym nie pomorze. Jestem tutaj, żeby, hmmm to zobaczysz. Dowiesz się w swoim czasie. Teraz twoim problemem są dwaj krwawiący bliźniacy i nieprzytomny osiłek. Pamiętaj. Nikt jeszcze nie wie, że to ty. Ale dopóki żyją, są zagrożeniem. Widzisz ten kamień? Ten wielki po prawej stronie? Nie udawaj, że nie. Podniesiecie go we dwóch – ty i ten czarny. Mam mówić dalej, co trzeba robić? Jeśli chcesz spytać, gdzie ukryjecie ciała, podpowiem wam tak – pomogę wam. Za 20 minut przejedzie tędy przypadkiem pewien młody facet, ubrany w czarny płaszcz i czarne okulary. Zatrzyma czarnego mercedesa Black edition. Nie odezwie się słowem. Musicie mu powiedzieć dwa słowa – . Będzie wiedział co robić. Nie znajdą waszych odcisków palców. Nie znajda waszego DNA, zadbam o to. Na razie masz tyle do zrobienia. Jeżeli się do tego nie dostosujesz, zdechniesz w najgorszy sposób, a to co myślałeś, że jest niesamowitą torturą, wyda ci się niezwykłą przyjemnością. Nie, nie w momencie samego umierania, ale po śmierci. Nie myślisz chyba, że ktoś, kto żyje w taki sposób jak ty zasługuje na coś więcej? Niby grzeczny chłopiec, a w środku siedzi Manson, Stalin i Mao Zedong w jednym. Idź! Czas płynie! „

Po tych słowach Adam poczuł się dziwnie. Spojrzał na postacie i zrozumiał. Czas zatrzymał się wtedy w miejscu. Uspokoił się, mieli trochę czasu. Ale czy nikt ich nie widzi? Adam rozejrzał się. Żadnego profesora, żadnej sprzątaczki, nikogo w okolicy!

-Która godzina? – zapytał zwyczajnie Franka

-Wigga, a o co chodzi? Musimy stąd spierdalać, rozumiesz?

-Pytałem – powtórzył niecierpiącym sprzeciwu tonem Adam – która godzina?

Frank strapił się i zdziwił nieco. Nie widział swojego przyjaciela w takim stanie. Wydawało się, że jeżeli spojrzeć by Adamowi w oczy zobaczyłoby się tylko ogień i niezmierną pustkę. Dzikość i agresja, które znajdowały się na jego obojętnej zazwyczaj twarzy dopełniały grozy sytuacji. Adam ruszył w stronę sporego kamienia, znajdującego się na prawo od niego. Frank wydawał się lekko przestraszony. Domyślał się, co Adam chce zrobić. Spojrzał jeszcze raz. Nie mógł uwierzyć.

-Na co się gapisz Frank? Pomożesz mi, czy będziesz się tak gapił? – Chwila wydała się Adamowi wiecznością. Wiedział, że tylko pewny siebie ton może zmusić jego przyjaciela do posłuszeństwa. Starał się ukrywać strach. Nie wiedział, co się stanie. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że ma wierzyć temu czemuś we własnej głowie.

-Idę wigga! - krzyknął czarny przyjaciel i obaj chwycili kamień. Ważył jakieś 30 kilo, ale był niesamowicie nieporęczny.

Nieśli ten mały głaz w stronę położnego najbliżej obalonego wroga. Traf chciał, że był to Randy Nabaddian. Ślepy los zdecydował, że ten, który pierwszy podniósł rękę na Adama, miał również pierwszy zginąć. Nieśli kamień i ustawili go, jak im się wydawało idealnie nad głową Randy’ego. W tym momencie Nabaddian zorientował się, ze coś jest nie tak. Odskoczył leżąc na plecach nieco w tył. W tym momencie Smith i Oier puścili kamień. Głaz spadł na klatkę piersiową Nabaddiana. Ten zdążył instynktownie wyciągnąć rękę i prawdopodobnie tylko dzięki temu przeżył uderzenie. Jednak dźwięk łamanych kości oznaczał tylko jedno. Uderzenie było solidne. Randy próbował płakać, a jednocześnie dusił się. Ból był nie do zniesienia. Nie mógł zrzucić z siebie kamienia, a ciężar napierał coraz mocniej na złamane żebra i miażdżył mu płuca. Czekała go długa i bolesna śmierć. Śmierć, która mogła nadejść, lub nie. Wszak, ktoś mógł go zobaczyć, a wtedy wszystko by się wydało. Ani Adam ani Frank niemieli wątpliwości, że wersja Randy’ego zostałaby niesamowicie ubarwiona. Smith podszedł do Nabaddiana i spojrzał mu w oczy. Zobaczył w nich strach i pogardę jednocześnie. Nie mógł uwierzyć, że ten sam człowiek, który jeszcze przed kilkoma godzinami go upokarzał. Że ten sam człowiek, który jeszcze przed kilkoma dniami był mu katem, leży teraz w agonii, bezbronny. Jakaś dzika radość wstąpiła na jego oblicze. Z dziką satysfakcją wstał, wyprostował się, spojrzał na głowę Randy’ego tak, jak patrzył na piłkę przed wykonaniem rzutu karnego. Wziął trzy kroki rozbiegu i uderzył z całej siły czubkiem buta w skroń. Nie dało mu to jednak pewności. Postanowił wskoczyć na głowę niedoszłego oprawcy i strzaskać mu czaszkę. Tak też zrobił, lecz nie przewidział, że straci równowagę i upadnie. Upadając chciał się chwycić czegokolwiek, co było pod reką. Zobaczył rączkę jakiegoś narzędzia wystająca kilkanaście centymetrów nad ziemią. Złapał ją aby zamortyzować upadek, lecz nagle zapadła się w jakiejś miękkiej masie i przekręciła w bok. Smith nie wiedział co się stało, lecz solidny bełt puszczony przez jego towarzysza uświadomił mu, że stało się coś makabrycznego. Spojrzał na lewą rękę. Miał ją całą ubrudzoną we krwi. Wstał i obejrzał się za siebie. Randy leżał martwy. Jego czaszka pękła, lecz nie przepołowiła się. Szczęka za to dość mocno wyszła z zawiasów. Nie było zbyt dużo krwi. Lecz obok niego leżał tańczący w konwulsjach Connor. Jego łydka była niemal całkiem pozbawiona mięśni. To właśnie w tej noce znajdował się nóż. To z tej nogi wystawała jego rękojeść. . Krew lała się dość mocno. Adam postanowił i jemu ograniczyć cierpień. Pochylił się nad Connorem i nim ten zdążył cokolwiek zrozumieć wbił mu nóż w serce. Wyciągając go obrócił wzrok w stronę drugiego z braci. Williama. Bez żadnych skrupułów rzucił noż na ziemie, chwycił nieprzytomnego Williama i skręcił mu kark, szybkim ruchem. Frank patrzył na to wszystko z dużym niepokojem.

-No – zaczął Adam – Skończone, teraz tylko czekamy

-Na co kurwa czekamy? – spytał wystraszony Frank – Na gliny?

-Na łącznika, zobaczysz. – mruknął Adam

Chwilę później podjechał czarny mercedes.

-Tamci! – pokazał ręką Adam

-Zabierz nas stąd Kuźwa! – krzyknął wystraszony Frank, słysząc w oddali policyjne syreny.

„O co chodzi?” - pomyślał Adam. „Przecież mieli nas nie znaleźć. Mniejsza, ma rację. Czas spieprzać.”

Niewiele myśląc wskoczyli obaj do samochodu. Nie przejęli się tym, że to niemożliwe, że ten chudy kierowca tak szybko uprzątnął trzy truchła. To był dobry kierowca, to musieli przyznać. Mimo młodego wieku, wielokrotnie jeździli samochodami z różnymi osobami i potrafili odróżnić, czym różni się dobry kierowca od złego. A ten był bardzo dobry, jeśli chodzi o prowadzenie. Nie odezwał się jednak ani słowem. Nie było widać jego twarzy, zasłaniał ją czarny kaptur. Adam przyjrzał się bliżej. Ta postać poza czarnym płaszczem, miała na sobie jeszcze jedną czarną szmatę i jeszcze jedną. Przypominało to nieco burkę. Lecz, jakby jednostronną. W pewnym momencie Adam spróbował zobaczyć oczy kierowcy w lusterku. Zobaczył rozbłysk światła i… nagle stracił przytomność. Znajdował się teraz w niezwykle jasnym pomieszczeniu. W jego kierunku szła postać wysokiego blondyna w białej szacie. „Adamie” wypowiedziała słowa postać. „Adamie!” – krzyknął niemal gość. „Adamie, musimy porozmawiać.”

-Nie mam ochoty rozmawiać po raz kolejny z kimś, kogo nie rozumiem. Kim ty jesteś? Co to za miejsce?

-Spokojnie Adamie. Musisz mnie wysłuchać. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Odpowiem wpierw na twoje pytania. Jestem twoim aniołem stróżem. Zwę się Angelo. Mam za zadanie chronić cię przez całe twoje życie w dzień i w nocy.

-A jeśli…

-A jeśli zrobisz coś niewyobrażalnie złego, tak jak teraz, mam za zadanie cię przywołać do porządku i napomnieć. Jednocześnie, widzisz, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Jednak zanim się obudzisz muszę ci wyjawić kilka ważnych spraw. Znajdujemy się w twojej podświadomości. Tylko nieliczni mają do niej wstęp. Dobrze wiesz, że łatwowierność jest niesamowicie niebezpieczna?

-Wiem. – odpowiedział Adam, spodziewając się tego, co się miało stać.

-Właśnie! Nieświadomie zostałeś wciągnięty w coś, czego nie możesz zrozumieć. Powiem ci jednak coś, co zrozumiesz z pewnością. Za minutę obudzisz się i zorientujesz, że jesteś po zachodniej stronie Free Mountain. Auto jedzie zdecydowanie za szybko i wypadnie z drogi. Wpadnie do jeziora, które jest niedaleko i nikt go nie znajdzie. Obudź się i otwórz drzwi! Uciekaj! Gwarantuję, że nic ci się nie stanie!

Adam przebudził się. Wyjrzał przez okno. Sądząc po mijanych drzewach znajdowali się w lesie. Górzystym lesie. Kierowca miarowo przyspieszał. Przed nimi ani za nimi nie było żadnego samochodu. Adam przyjrzał się. Przed nimi znajdował się niezwykle ostry zakręt. Nie miał już wątpliwości gdzie są. Droga 994, na Free Mountain.

-Frank – wyszeptał Adam – spierdalamy! Ten koleś nas zabije! – Frank i tym razem nie zastanawiał się zbyt długo. Niemal równocześnie z Adamem otwarli drzwi i wyskoczyli przez nie. Mercedes cały czas przyspieszał, aż wreszcie przebił się przez barierki i runął w dół. Głośny chlupot wody oznaczał, że samochód uderzył w dno. „Skręć w lewo, zabierz ze sobą przyjaciela. Spotkamy się za 3 trzy minuty waszego marszu.” Tak też zrobił. Usłuchał się tej rady, gdyż usłyszał głos Angelo.

-Adamie! – można było usłyszeć ponownie – Tutaj! Anioł wyglądał niezwykle podobnie do człowieka Miał jednak około 2,5 metra wysokości, był niebywale dumny, biła od niego mocy. Dobrej mocy. Światło emanowało od jego twarzy.

-E… - nie wiedział co powiedzieć Adam – Witaj? To chyba odpowiednie rozpoczęcie konwersacji, nigdy nie miałem przyjemności rozmawiania z kimś takim.

-Bez przesady – anioł się uśmiechnął – Rozmawialiśmy wielokrotnie. Nie pamiętasz, bo ostatni raz zrobiłeś to będąc dzieckiem.

-Fakt – Adam przytaknął – Bardzo prawdopodobne. – Zrobiło mu się strasznie głupio, że właśnie tak rozpoczyna rozmowę ze swoim opiekunem. – O, a to jest

-Frank Anderson Victor Oier. Tak wiem. Słyszałem o nim. Pozwólcie, że i ja wam kogoś przedstawię. Augustin! – krzyknął anioł. Chwilę później pojawił się obu kolejny wspaniały, młody stróż. Frank nie wydawał się zaskoczony ani trochę. Adam nie wiedział zaś co robić.

-Witaj! – powiedział tym razem Frank – To ogromny zaszczyt poznać swojego anioła stróża. Lecz, czemu go zawdzięczamy?

-I ty witaj Frank! – odpowiedział anioł z równym szacunkiem, jakim sam został obdarzony. – Znamy się dość dobrze, więc zobaczenie się było jedynie kwestią czasu. Myślę, ze powód wizyty wyjaśni nam Angelo. – to mówiąc wskazał na towarzysza.

-Dziękuję. Powodem naszego spotkania jest Adam. A w zasadzie jego konwersacja z Peosem.

-To było raczej – zaczął

-Nie musisz kończyć! – przerwał Angelo – Nie mam żalu. Nie wiesz co zrobiłeś, ani jak, ale zaraz wszystko się wyjaśni. Za moment pojawi się tu Peos, wszystkiego się dowiemy.

-Kim jest Peos? – zapytał Adam – Albo czym?

-Peos – głos zabrał Augustin – Nie pochodzi z naszego wymiaru. Mówiąc wprost, nie jest z tego świata. Nie oddziałuje na to co się dzieje tutaj, będąc w swoim wymiarze, lecz raz na jakiś czas pojawia się w naszym.

-Ale nadal nie wiem czym jest i po co to robi?

-Peos jest – stróż zamyślił się, szukając odpowiedniego słowa – Zlepkiem energii, mocy i niezależności. Przypomina nieco człowieka. Nie stoi stale po jednej, czy drugiej stronie czyli dobro /zło. Do niedawna można go było wynająć. Teraz jednak miał porzucić ten proceder. Dlatego tym bardziej nie wiemy po co was narażał.

-Nadchodzi! – powiedział Angelo, przygotuj się Augustin

Przed całą czwórką pojawiła się zielona chmura pyłu, kurzu i liści. Chwilę później zmieniła się ona w postać niemalże ludzką.

-Witam! Byłem wzywany – zaczął niskim, chrapliwym głosem Peos- I sądząc po tych ludziach mniemam z jakiego powodu.

-Dlatego też – zaczął Angelo – nie przeciągając: dlaczego chciałeś ich śmierci?

-Myślałeś, że po pozbyciu się trzech ringbo mój wymiar nie będzie się domagał kary? Że nie skusi tego młokosa? Oczywiście że skusi! Powiem więcej, osobiście prowadziłem samochód.

-Drań – krzyknął Frank – Mogłeś nas zabić

-Zginęlibyście – zaczął Peos – gdyby na tym świecie nie było sprawiedliwości

-A więc? – powiedział Adam – co teraz? Mamy wam dziękować?

-Nie! – warknął Peos – Wybraliśmy was do walki. W zasadzie ja was wybrałem. W tym mieście byli trzej ringbo. Wasz odpowiednik drania, jakiegoś zła. Nie powinni się tu przedostać. Wybrałem was ze względu na wasz charakter. Adam, jako, że jego rodzice pochodzą z Bałkanów wydaje się idealny do mordowania tych stworów. I powiem wam, że te trzy to był pikuś. Frank zaś jest sprytny, opanowany i stonowany. Idealny układ. Poza tym jesteście przyjaciółmi.

-A więc zamierzasz z nich zrobić łowców? – zapytał Angelo

-Tak! Ale nie w tym kraju. Nie z tymi nazwiskami.

-A nasze rodziny? – zapytał Adam – Będą o nas wiedzieć.

-Oficjalnie – zaczął smutnym tonem Agustin – zginęliście w wypadku, w samochodzie prowadzonym przez porywacza

-A więc ty też wiedziałeś? – zapytał Angelo – Dlaczego nic nie mówiłeś?

-To była tajemnica. Znacie polski chłopcy?

-Nie. – odpowiedział Frank

-Ja trochę znam – odparł Adam, kryjąc śmiech – Ale głównie głupie słowa

-Pomożemy wam w nauce. – odezwał się Peos – Będziecie mieszkać w Polsce, w Gliwicach.

-W Polsce? – zdziwił się Adam – Dlaczego tam?

-Ponieważ tam, ostatnimi czy jest naprawdę dużo ringbo. A także nieco potężniejszych istot.

Te zostawimy naszym kolegom po fachu.

-Wszyscy wiemy – zaczął Augustin – Że nas też ktoś wyręcza.

-Mów co chcesz – odparł Angelo – Ale ja się tego gościa boję!

-A! – krzyknął Peos – Wiem o kim mówicie. Mój stary znajomy, choć tu niekoniecznie lubiany. No więc niedługo znowu przyjdzie mi się z nim spotkać. Oj będzie czas na wspominki.

-Tak! – odparł Angelo – powspominacie czasy, kiedy ty też byłeś potworem, jak on!

-Z wami to tak zawsze! – żachnął się Peos – ten świat ma zdecydowanie za mało luzu w sobie

-Dzięki temu jeszcze stoi w miejscu – wymamrotał beznamiętnie Augustin

-Racja, patrząc na tutejsze rasy, ma dużo szczęścia.

-A więc? – Angelo – Wszystko jasne?

-jasne – odpowiedział Adam – do Europy?

-Do Europy – powiedział Peos patrząc w dal- Spotkać starego przyjaciela

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje