Historia

Biegnij

Użytkownik usunięty 6 5 lat temu 5 631 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Biegnij…

Cichy szept wybudził mnie ze snu. Zaspana, zapaliłam nocną lampkę, przetarłam oczy i rozejrzałam się po pokoju. Nie znalazłam nikogo, więc zerknęłam na zegarek, po czym zgasiłam światło i wróciłam do nieudolnych prób zasypiania. Była dopiero piąta, zazwyczaj wstaję o szóstej, więc nie marnując już więcej czasu próbowałam z powrotem zasnąć. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, dlaczego ten szept mnie zdenerwował. Każdy, kto chodzi codziennie do pracy z czasem na pewno ma podobny zapał do wstawania, jak ja.

Minęło kilka sekund, już czułam jak odpływam, gdy usłyszałam cichy, aczkolwiek donośny trzask. Lenistwo kazało mi zignorować ten dziwny dźwięk. Poprawiłam się na łóżku, przysłaniając twarz poduszką. Godzina snu, to tak dużo.

Kolejne trzaśnięcie, tym razem głośniejsze. Westchnęłam, wydając z siebie cichy jęk poirytowania. Nadal nie miałam zamiaru się odwracać. Chociaż mieszkałam sama, moja przyjaciółka posiadała klucze do mieszkania i czasami, gdy wracała z imprezy wolała wpadać do mnie. Mój jęk miał być dla niej wiadomością, by zachowywała się ciszej i pozwoliła mi spać. Nic z tego nie wyszło. Ponownie chrupnęło, a zaraz potem zadzwonił budzik.

- Chyba sobie żartujesz – zdjęłam poduszkę z głowy i od niechcenia zwróciłam się w kierunku zegarka. Mozolnymi ruchami dotarłam do budzika i go wyłączyłam. Spojrzałam na godzinę - pięć po piątej.

Zawinęłam się w kołdrę, bo zazwyczaj rano zamarzam i ruszyłam na poszukiwania mojej przyjaciółki, która zrobiła mi głupi żart. Pozbawiona jakiegokolwiek planu postanowiłam, że jak tylko ją spotkam kopnę w tyłek i wrócę do łóżka. Zwiedziłam łazienkę, salon z aneksem kuchennym, drugi pokój gościnny i nikogo nie znalazłam. Zatrzymałam się przy drzwiach wyjściowych, zauważyłam na nich łańcuch. Stałam w przedpokoju, przypominając tanią imitację nietoperza na zlocie fanów i próbowałam rozgryźć sytuację. Pokręciłam głową, wszystko odebrałam, jako niefortunne zbiegi okoliczności – możliwe, że wczoraj przez przypadek źle nastawiłam budzik, podłoga hałasowała ze starości, a szept mi się przyśnił. Wróciłam do łóżka.

Resztę dnia oplotła monotonna rutyna.

Biegnij… Biegnij.

Dzień drugi, piąta rano, te same okoliczności, choć słowa zostały wypowiedziane jakby pewniej. Głosu nie rozpoznałam. Od razu po przebudzeniu spojrzałam na godzinę alarmu ustawionego w budziku – powinien dzwonić o szóstej. Odetchnęłam, wracając z powrotem do spania. Po chwili dobiegły do mnie te same trzy trzaski, a potem rozbrzmiała koszmarna melodia zwiastująca poranne wstawanie.

- Popieprzyło mnie – prychnęłam.

Oplotłam się kołdrą i znowu zrobiłam szybki rekonesans swojego mieszkania, szukając czegoś niezwykłego, podejrzanego. Nic nie znalazłam. Wróciłam, więc do sypialni. Przystanęłam niedaleko swojego łóżka. Odniosłam wrażenie, że coś się pod nim chowa, siedzi i czeka, aż zrobię, co mi każe. Szybko wyrzuciłam z głowy ten tandetny pomysł rodem z horrorów i poszłam drzemać. Wstałam dopiero o szóstej.

Biegnij… Biegnij… Biegnij!

Dziś szept zamienił się w krzyk, więc błyskawicznie zerwałam się na nogi. Nie miałam już na sobie kołdry. Klęknęłam na podłodze, ręką odgarnęłam przeszkadzającą mi pościel i szybko, jakbym zaraz miała się rozmyślić, spojrzałam pod łóżko. Nie zobaczyłam nic, poza kilkoma śmieciami i kotami. Z jednej strony zadowolona, z drugiej lekko zawiedziona wróciłam do łóżka.

Tego dnia budzik zadzwonił o szóstej. Nie słyszałam trzeszczenia podłogi.

Biegnij!

Nawet nie drgnęłam. Zignorowałam to.

Biegnij!

Zrozumiałam, że to wcale mi się nie śni. Ten głos jest prawdziwy, mimo że nie umiałam zlokalizować jego źródła. Rozejrzałam się, ponownie zwiedziłam własne mieszkanie i zdezorientowana nie wróciłam już do łóżka. Zaczynałam się o siebie martwić. W mojej rodzinie od pokoleń popularna była schizofrenia. W mojej głowie stworzył się jeden, bardzo brutalny scenariusz – zaczynam mieć pierwsze objawy. W tym roku skończyłam dwadzieścia pięć lat. Złapałam za telefon i zadzwoniłam do przyjaciółki.

- No, co ty gadasz! – krzyknęła podekscytowana. Najprawdopodobniej dopiero wracała z imprezy, więc nie wyłapywała sedna moich obaw. – Nic ci nie będzie zobaczysz. Myślałaś może, aby zacząć biegać? Może twoja podświadomość chce ci coś przekazać?

- Podświadomość? Zwariowałaś? – wyczułam w jej głosie sarkazm, który zniechęcił mnie do dalszej konwersacji. – Zadzwoń do mnie, jak będziesz trzeźwa.

Nie pozwoliłam jej nic więcej powiedzieć i odłożyłam słuchawkę. Poszłam do przedpokoju, aby przyjrzeć się w lustrze. Teraz ten pomysł nie wydawał mi się taki głupi. Być może naprawdę powinnam zacząć ćwiczyć. Poranny jogging jeszcze nikogo nie zabił. Postanowiłam włożyć dres i pobiegać przed pracą.

Od tamtej pory biegałam codziennie, budziłam się o piątej przez ten dziwny szept i wybiegałam na zaspane ulice miasta. Z upływem czasu kupowałam sportowe ciuchy, zainwestowałam nawet w siłownie. Stwierdziłam, że choć nie należę do ludzi z nadwagą przyda mi się lepsza kondycja.

Tak mijały dni, tygodnie i miesiące. Już przyzwyczaiłam się do myśli, że lada dzień mój umysł się rozsypie i objawy schizofrenii się nasilą. Każdy ma swoje przeznaczenie, a wysiłek fizyczny pomagał mi wyładować te wszystkie negatywne emocje. Faktem jest, iż nikt o zdrowej psychice nie słyszy codziennie szeptów, które wyrzucają go z łóżka. Choć zdawałam sobie sprawę, że powinnam z kimś o tym porozmawiać kłębiłam to w sobie. Nawet z przyjaciółką do tego nie wracałam.

Moja kondycja wzrosła. Byłam pewna, że dałabym radę przebiec maraton z całkiem dobrym wynikiem. Tymczasowo z tych dziwnych wydarzeń wypływały same pozytywy.

Tego dnia wracałam później z pracy. Musiałam przeprowadzić szkolenie i wprowadzić nową osobę do firmy. Na nieszczęście wypadło na mnie. Nienawidziłam pracy w nadgodzinach, nigdy nie przynosiła niczego dobrego. Mało tego podczas nocnej podróży do domu okazało się, że na mojej drodze przemalowywane są pasy, więc jeden z robotników pokiwał do mnie ręką, abym pojechała objazdem. Wiedziałam, że to różnica zaledwie kilometra, więc skinęłam głową i pojechałam.

Otaczał mnie ciemny las. Droga, choć mało uczęszczana, okazała się przejezdna i w miarę zadbana. Ulżyło mi, ponieważ musiałam szanować służbowy samochód.

Ku mojemu zaskoczeniu czas strasznie się dłużył. Włączyłam długie światła i dodałam gazu, niemniej jednak samochód zamiast przyspieszać, zwalniał. Uparcie dociskałam pedał gazu, redukowałam biegi – nic z tego. Zatrzymałam się na poboczu.

- Chyba sobie, kurwa, żartujesz – spojrzałam na strzałkę wskaźnika paliwa. Ze złości uderzyłam kilka razy w kierownicę. Włączyłam światła awaryjne i opuściłam samochód z telefonem w ręce.

Niestety nie wyjechałam z zalesionego terenu. Od najbliższej wioski dzieliło mnie jakieś pięć kilometrów, a o tej godzinie ulice były opustoszałe. Skoro dzisiejszy dzień był moim pechowym nie liczyłam na to, że w końcu ktoś przyjedzie i odholuje mnie do najbliższej stacji benzynowej. Wybrałam numer do mojej przyjaciółki – brak zasięgu. Przeklęłam kilkakrotnie pod nosem. Biednemu zawsze wiatr w oczy kole – pomyślałam, zastanawiając się, w którą stronę powinnam pobiec. Miałam dobrą kondycję, więc przebiegnięcie kilku kilometrów, nawet o tej porze, nie powinno stanowić dla mnie problemu. Już szykowałam się do biegu, gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwi samochodu. Na moment zamroczył mnie strach. Słyszałam mnóstwo opowieści, w których napastnik chował się na tylnym siedzeniu, a ja nigdy nie spoglądałam za siebie. Miałam dwuosobowe auto z kratą za fotelami i powiększonym bagażnikiem. Nie czułam zagrożenia.

Powoli, nie tracąc czujności zerknęłam za siebie. Moim oczom ukazała się dziwna czworonoga istota. Stała odwrócona w moją stronę, przyszykowana do ataku. Jej twarz była zdeformowana, pokryta niezliczoną ilością blizn. Wyłupiaste oczy dynamicznie drgały, lecz wiedziałam, że mimo tego wpatrują się we mnie. Z wielkiej, mocno wysuniętej do przodu górnej szczęki wystawały dwa kły. Przypominał mi mieszańca, połączonego psa z gorylem. Wzdrygnęłam się. Z moich ust wylatywała gęsta para. Stworzenie poruszyło przednimi łapami, trąc pazurami o podłoże. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Jakim cudem przeoczyłam wielkiego futrzanego potwora w moim samochodzie?

- A teraz – rozpoznałam ten głos – biegnij!

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać
Dokonaj zmian: Edytuj

Komentarze

Niezła motywacja do biegania xD
Odpowiedz
Cichy, aczkolwiek donośny? :D Aż mi się przypomniał kawał o pakiecie odchudzania...
Odpowiedz
Mi też :D
Odpowiedz
Fajne, fajne, już sie zaczynałem obawiać że trollpasta, no ale w sumie co robiłaby na głównej.
Odpowiedz
Ej no, tez chce taka motywacje do biegania :c
Odpowiedz
A ja nie.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Czas czytania: ~11 minut Wyświetlenia: 378

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje