Znużenie

Dodane przez: pariah777, 8.05.2016, 18:55
Reklama:
Noc była piękna. Na bezchmurnym niebie każda gwiazda wydawała się wyjątkowa, a urokliwy srebrny sierp zawieszony między rozjarzonymi punkcikami tylko to podkreślał. I podczas gdy tam, w górze, królował ten idylliczny krajobraz, na dole też działo się coś urzekającego. Spośród całego nocnego życia, od którego miasto aż tętniło, wyróżnić można było jeden fenomen, który spychał huczne imprezy na dalszy plan. Młody chemik siedział w swoim domowym laboratorium, studiując najróżniejsze wzory chemiczne, a w jego lodówce chłodził się szampan. Mężczyzna wcale nie planował po niego sięgać, choć gdy go niedawno kupował, wręcz tryskał optymizmem i chęcią opicia swego sukcesu. Wszystko to stopniowo jednak uleciało wraz z pojawieniem się myśli, że w badaniach mogło dojść do pomyłki, że odmierzył złe dawki, a wtedy... Wtedy na pewno przydałby mu się ten szampan, lecz nie do opijania, lecz do zapijania całego eksperymentu.

Przyczyną niepokojów naukowca było to, że zwieńczenie eksperymentu miało miejsce z dala od jego mieszkania, a dokładniej – w domu Henryka. Usytuowany był on w odległości paru kilometrów od miasta, na wsi z rodzaju tych, którym czas oraz postęp cywilizacyjny wydarły pola uprawne, zastąpiwszy je budynkami pełnymi uciekinierów od smogu i zgiełku. Pod tym względem Henryk jednak się różnił od reszty społeczności. Należał on do nielicznego grona mieszkających tam od urodzenia, a dom odziedziczył po ojcu. Tam też, przed szesnastoma laty, wprowadziła się jego żona i tam też wychowywał swojego syna, piętnastoletniego Kamila.

Jak w każdej rodzinie, bywały lepsze i gorsze okresy. W przypadku Bujnowiczów – bo takie nazwisko przypadło Henrykowi po ojcu – problem leżał jednak w proporcjach. Otóż okres lepszy trwał parę pierwszych miesięcy od momentu ślubu, a potem nieprzerwanie trwał ten gorszy, głównie związany z pojawieniem się Kamila. Anka, matka dzieciątka, robiła co tylko mogła, by stać się przykładem dla innych matek, ale, jak na ironię, osiągała efekt wręcz odwrotny. Henryk natomiast był typowym romantykiem. Małżeństwo go nudziło, własne dziecko też go nudziło – a raczej przymus zajmowania się nim, bo idea posiadania potomka była bardzo fascynująca, szkoda tylko, że w praktyce tak bardzo odbiegała od wyobrażeń. Nic więc dziwnego, iż ojciec zmuszony był szukać czegoś pociągającego zupełnie gdzie indziej – umizgał się do niedostępnych mu panienek, czytywał poezję, a nawet sam ją tworzył, aż wreszcie zaczął po prostu chlać, szukając w alkoholizmie ucieczki od rzeczywistości. I tak oto młody Kamilek został postawiony między młotem a kowadłem. Między matką, oczekującą od niego bezwzględnego posłuszeństwa i bycia najlepszym zawsze i wszędzie, a ojcem, uczącym go tylko tego, że człowiek nigdy nie będzie szczęśliwy, przynajmniej na tym świecie.

Te dwie metody wychowywania zaczęły go z czasem rozdzierać na pół, jakby nogi ktoś mu przypiął do jednej deski, ręce do drugiej, po czym zakręcił korbką, wprawiając w ruch mechanizm stopniowo powiększający dystans między deską numer jeden a deską numer dwa. Skutkowało to wyjątkowością chłopca na tle rówieśników. Wystarczyło jedno spojrzenie w jego oczy, by zrozumieć, na czym ona polegała. Pod błyskiem inteligencji w tych dwóch niebieskich ślepiach aż buzowało od setek najróżniejszych myśli, pytań oraz samodzielnie wysnutych wniosków. Ani śladu tak często występującej u dzieci żądzy zabawy, lekkomyślności czy chociażby radości. Zostały wydarte przez dyscyplinę narzuconą przez matkę i nienawiść do świata ojca.

Kamil w szkole podstawowej uchodził za geniusza, a nawet jeśli to za mocne określenie, to za prymusa. Wtedy jego tendencje do interesowania się rzeczami nadrzeczywistymi dało się wytłumaczyć dziecięcą wyobraźnią, z czym trudniej już było w gimnazjum. Z reguły trzymał się na uboczu, nie miał wielu przyjaciół, prawie żadnych, za dziewczynami też się nie uganiał. Nie chciał zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, choć nie zadziałało to tak jak planował i stał się jednym z tych wyrzutków, których obśmiewanie było rytuałem wręcz codziennym, z którym się nawet nie kryto.

Taki stan rzeczy nastąpił z kilku powodów. Po pierwsze, nikt do końca nie znał Kamila. Każdy widział go od takiej strony, jakiej chciał – matka od swojej, ojciec od swojej, koledzy od swojej, nauczyciele od swojej. W ten sposób każdemu jakoś umknął fakt, iż z chłopcem dzieje się coś złego, a raczej nietypowego.

Wszystko to złożyło się na wyjątkowość tamtej nocy, kiedy w lodówce naukowca chłodził się szampan, a Henryk bił się z myślami. Konflikt wewnętrzny tego drugiego miał swe podstawy w między innymi tym, że Anka wyprowadziła się do matki, pozostawiając go samego z synem. Jej odważne posunięcie było natomiast spowodowane wspaniałomyślnością Henryka.
– Mam coś dla nas – oświadczył jej w wieczór poprzedzający pamiętną noc. – Pomyślałem, że potrzebujemy czegoś... no wiesz, świeżego.
Zmierzyła go tylko chłodnym wzrokiem w odpowiedzi, ukrywając gdzieś w nim nieme pytanie „Ty jeszcze myślisz o nas?”.
– Posłuchaj, wiem, że nie dzieje się najlepiej... Obaj jesteśmy zapracowani, ty masz szkołę, swoją klasę, moja droga pani polonistko, a ja...
– Przejdź do rzeczy – przerwała mu.
– Pamiętasz, jak pierwszy raz się upiliśmy? – wypalił nagle z nostalgicznym uśmiechem na twarzy.
– Niestety – westchnęła.
To jedno słowo spadło na niego niczym grom. Zbezcześciło wspomnienie, które on chował w sobie jako jedno z najpiękniejszych, a zarazem jeszcze bardziej urzeczywistniło barierę między tą dwójką.
– Teraz też potrzebujemy pomocy, tylko obawiam się, że alkohol na nas już tak nie zadziała – przeszedł do nowego wątku. – Więc pomyślałem, że rozejrzę się za czymś lepszym i...
– Henryk – znów wtrąciła – ty się najpierw upewnij, czy ja chcę o tym w ogóle słyszeć.
Miał moment zawahania. Nie był pewien, czy nie porzucić całego tego pomysłu lub chociaż odłożyć go w czasie. „Dziś albo nigdy”, stwierdził jednak.
– Kupiłem od mojego znajomego z przemysłu farmaceutycznego pewien środek...
– Narkotyki...? – zapytała, nie dowierzając.
– Nie, broń Boże! – wzdrygnął się.
– Więc co?
W tym momencie sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej dwie ampułki wypełnione lekko czerwonawym płynem.
– Chyba żartujesz... – rzekła, kręcąc niemrawo głową na boki. – Ja po prostu... Nie, ty już ochujałeś do reszty...
– To bezpieczne – zapewnił. – Nic się nie stanie, po prostu poczujemy się jak za młodu, za tych starych, dobrych lat.
– W dupę sobie je wsadź, stary świrze! – wykrzyczała. Chwilę wpatrywała się jeszcze w swego męża wzrokiem pełnym pogardy i odrazy, po czym spokojnie poszła się pakować.
I wyjechała. A Henryk został sam z synem oraz dwiema ampułkami.

„Obie naraz?”, „A może to będzie już za dużo?”, „Głupia suka, czemu mnie z tym zostawiła?” – zastanawiał się. Na tych oraz podobnych dywagacjach zszedł mu cały wieczór, a gdy wreszcie podjął decyzję, za oknem panował gęsty mrok, tak samo jak w pokoju jego syna, który zdążył się już położyć spać. „Dobrze, nie będzie mi przeszkadzał”, skonstatował mężczyzna z ulgą, a następnie wylał zawartość ampułek do szklanki, którą to też natychmiastowo opróżnił, starając się nie zwracać uwagi na smak tajemniczej substancji. Pewien ślęczący nad wzorami oraz obliczeniami chemik oddałby wszystko, byle tylko towarzyszyć od tego momentu Henrykowi wraz z notatnikiem pod pachą oraz możliwością sporządzania notatek na podstawie naocznych obserwacji, lecz na to musiał jeszcze poczekać.


– Gdzie on jest?
Otwiera oczy, ale powoli, próbując w ten sposób załagodzić szturm promieni światła na jego spragnione ciemności źrenice.
– Ah... khi... on...? – cedzi niemrawo. – Whuci... aś... jed... nak...
– Jak to, jaki! Twój syn! – wrzeszczy Anka, tnąc rękami powietrze w gestach przepełnionych furią.
Henryk, słysząc to, odruchowo wstaje, idzie do pokoju Kamila, a następnie orientuje się, że ten jest faktycznie pusty, choć wysnucie takiego wniosku zajmuje mu dość sporo czasu – wpierw musiał sprawdzić, czy dzieciak nie siedzi pod poduszką, między długopisami w pojemniku, a nawet w tornistrze. Dodatkowym utrudnieniem były krzyki Anki, które go nieco dekoncentrowały, ale i one nie zdołały go powstrzymać, przez co mężczyzna, stojąc w dumnej pozie, obwieścił wreszcie wynik swego śledztwa.
– Faktycznie... Go tu nie ma... – Ostatnie cztery wyrazy wypadają mu z ust dość zgrabnie i płynnie, za co przyznaje sobie w duszy dodatkowe punkty do tytułu „Detektywa roku”.
Kobieta natomiast nie wytrzymuje, załamuje ręce i wychodzi. Z początku Henryk chce za nią ruszyć, ale intuicja mu podpowiada co innego – by spojrzał w bok. Tak też czyni, a jego oczom ukazuje się widok otwartego na oścież okna. Tyle wystarczy, by przekonać niedoszłego detektywa do wskoczenia wprost w objęcia bezkresnej ciemności królującej na zewnątrz.

Przedziera się przez oblepiającą go ze wszystkich stron masę czerni, biegnie na oślep. W głowie dudni mu pragnienie odnalezienia syna, wypychające wszelkie inne myśli, łącznie z tymi racjonalnymi, a zwłaszcza z nimi. Łypie na boki, choć krajobraz się nie zmienia, zarówno tam, jak i przed nim oraz za nim. Tylko mrok. Niekończący się, wszechogarniający, wpychający swe macki w ciało mężczyzny, siejąc strach w jego sercu. Śmiałek jednak tłumi ten lęk podnieceniem, czując, że wreszcie ma szansę zaznać życia takim, jakie powinno być. Coś się dzieje, coś, na co czekał.

Biegnie, biegnie, biegnie. Coraz szybciej, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Nogi niosą go same, przepychając przez trzewia nocy, w kierunku, którego nie da się określić – ma wrażenie, że robi spirale, zakręty, że posuwa się prosto w przód, a nawet w tył, albo to wszystko naraz. Najważniejsze jednak, iż się porusza. Pędzi niczym pocisk, nie przejmując się niczym i wypatruje swojego syna, choć w duszy ma nadzieję znaleźć go jak najpóźniej, by móc się cieszyć tym cudacznym stanem jak najdłużej.

Wreszcie się rozbija. Wpada prosto na ścianę zlepioną z bólu. Ta odkształca jego ciało, wygina każdą jego kość tak, że aż słychać ich trzeszczenie, które w każdej chwili może się przerodzić w przerażający trzask. Rozwiera usta, próbując wypluć przez nie krzyk, ale nie jest w stanie – powstrzymuje go wrażenie, że kruszą mu się zęby, a język zostaje zgnieciony i rozpłatany przez fragmenty siekaczy. Wnętrzności natomiast podchodzą mu aż do gardła, jakby jelita chciały się tamtędy przecisnąć na zewnątrz. Wszystko to trwa nieokreślenie długo, ale w końcu się kończy, a raczej łagodnieje, bo nastaje błoga cisza, zawierucha się uspokaja, pozostaje tylko zmaltretowane ciało leżące wśród całkowitej ciemności bezgłośnie błagające o pomoc. Teraz nie może nawet drgnąć.


Ktoś jednak nieświadomie pędził na pomoc Henrykowi. Przemykał przez skrzyżowania, ignorował czerwone światła kiedy tylko mógł, aż wreszcie, opuściwszy miasto, przydusił pedał gazu, na co silnik odpowiedział mu posłusznym warkotem. Siedzenie obok mężczyzny za kółkiem zapełnione było kartkami z obliczeniami, wzorami oraz zapiskami. Sam nie wiedział, po co je zabrał. Tak na wszelki wypadek wziął też kilka czerwonawych ampułek, które przypominały mu o swojej obecności cichym pobrzękiwaniem dobiegającym z kieszeni w kurtce kiedy tylko się poruszył. Zastanawiał się, czy dobrze zapamiętał adres i czy w ogóle dotrze. Był naukowcem, potrafił myśleć nawet wtedy, gdy inni uznaliby to za zbyt męczące, czyli w staniu upojenia alkoholowego. Przeklinał w duchu, że obawa, pobudzająca do tak zdecydowanego działania, przyszła zbyt późno, a mogła wcześniej, zanim jeszcze otworzył butelkę szampana. Pocieszał się jednak tym, iż być może to wcale nie jest strach przed błędem w badaniach, bo wszystkie obliczenia się zgadzały, ale chęć obserwacji skutków zażycia jego dzieła, co jest typowe u każdego naukowca.

Skręcił – raz, drugi, przyspieszył na prostej, po czym się zatrzymał. Wylazł z auta, otaksował dom wzrokiem, a następnie zapukał do drzwi. Gdy otworzyła mu jakaś staruszka, nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Odwrócił się tylko na pięcie, wrócił do samochodu i przez moment gapił się tępo w przód. Starowinka tymczasem wciąż go obserwowała podejrzliwie, ale on nie zwracał na to większej uwagi. Rozstrzygał w głowie dylemat – czy adres był błędny, czy może wcale pod niego nie trafił.
– Kurwa... – westchnął i przetarł oczy.
– Pan jest pijany – stwierdziła donośnie kobieta, ruszając żwawym krokiem w kierunku pojazdu.
– Idź mi stąd, głupia babo! – odparł, opuściwszy szybę w oknie.
Wtem rozległ się dźwięk niespodziewany. Zbliżał się on bezlitośnie w stronę naukowca.
– Jasna cholera – syknął przez zaciśnięte z przerażenia zęby.
W lusterku dostrzegł nadciągające światła. Wiedział, co to oznacza. Jeszcze raz obrzucił staruszkę wrogim spojrzeniem, zadając tym razem nieme pytanie, czy to ona wezwała policję. Jej twarz nie zdradzała jednak żadnej odpowiedzi, tylko groźbę, w dodatku bezsensowną. Nie wiedział, czy ona oczekuje od niego, by się wycofał, czy żeby wysiadł z auta, albo być może rzucił się pod radiowóz. Skonsternował się jeszcze bardziej, gdy dźwięk oraz światła zaczęły się oddalać, minąwszy go. Karetka – pomyślał – ale tutaj? Po co?
– Pijaczyno jedna! – przypomniała o swojej obecności starowinka. – Wyłaź, bo jeszcze komuś coś zrobisz!
– Spierdalaj! – palnął prześmiewczo, po czym wrzucił na wsteczny i już po chwili ścigał ambulans.

Utrzymywał bezpieczną odległość, by nie gromadzić wokół swojej obecności niepotrzebnych podejrzeń. Wiele ryzykował i dopiero zdał sobie z tego sprawę. Pił, a teraz wciskał gaz do dechy, próbując nadążyć za pędzącym pojazdem. Co gorsza, czynił to przez zwykłe przeczucie, że coś musiało pójść nie tak i ta karetka jedzie właśnie do Henryka. Ale obliczenia – przekonywał siebie – się zgadzały. Więc w czym problem?


Wciąż okala go mrok. Zdruzgotane ciało odmawia jakiejkolwiek współpracy, nadaje tylko za sprawą bólu cichy sygnał proszący o pomoc ledwie funkcjonujący mózg. Henryk stara się jak może, by przebić się przez mgłę, którą osnuł go narkotyk i ocknąć się z tego koszmaru, ale to zdaje się być ponad jego siły psychiczne. Albo po prostu już się ocknął i to, co widzi, a raczej czuje, jest w pełni prawdziwe. Tylko gdzie są inni? Gdzie Anka? Gdzie Kamil? Czemu nikt nie nadchodzi?

Wykrakał. Jego bezgłośne wołanie o ratunek zostaje usłyszane. Coś je odbiera i wcale nie szykuje się do roli wybawcy. Wręcz przeciwnie. Dobry drapieżnik potrafi wyczuć ranną ofiarę z dala.

Skrada się. Przemyka między fałdami cieni, nie informując bezbronnego i zdezorientowanego Henryka o swojej obecności. Wpierw tylko się przypatruje mężczyźnie, mierzy go swoimi ślepiami, oblizuje wargi. Czyżby miało pójść aż tak łatwo? Ofiara podana jak na tacy, wystarczy zabrać się do uczty. Rusza.

Henryk dostrzega to za późno, by móc w jakikolwiek sposób zareagować. Bestia rzuca się na niego i bezlitośnie kaleczy go swoimi szponami, zaczynając z premedytacją od zmasakrowania twarzy. Pazury drą skórę na policzkach, wkłuwają się w oczy, rozszarpują szyję. Mężczyzna nie wrzeszczy, znosi to wszystko ze stoickim spokojem, choć to tylko pozory. Tak naprawdę wewnątrz niego szaleje burza emocji – strachu, rozpaczy, żalu, że wszystko zakończy się w taki sposób. Na domiar złego, odzyskuje sprawność myśli. Wie, iż z tryskającą krwią tętnicą szyjną za długo nie pociągnie, iż to są jego ostatnie chwile, i że musi je spędzić czując, jak bezlitosne monstrum pieczołowicie oddziela ścięgna od kości, skórę od mięśni, jak szatkuje mu jelita. To koniec, powtarza sobie, to już koniec.

Nie orientuje się nawet, kiedy bestia się cofa i staje posłusznie przy nodze absurdalnie wielkiej postaci. Ta krzyczy, grzmi, wrzeszczy wniebogłosy, próbuje nawiązać kontakt z Henrykiem, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, iż każde słowo ogłusza mężczyznę jeszcze bardziej. Wreszcie ten, nie mogąc znieść już dłużej swojej egzystencji, zamyka oczy i odpływa.


– Co tu się dzieje? – zapytała zszokowana Anka, wybiegając z domu.
– Pani mąż chyba zasłabł – odrzekła kobieta z psem.
– Henryk!? Boże...
Uklękła przy mężu, sprawdziła, czy oddycha i przez moment nawet chciała pogładzić go czule po głowie, ale ostatecznie burknęła tylko, że trzeba będzie wezwać karetkę.
– Nie... – wycedził ledwo przytomny mężczyzna. – Czuję się wyśmienicie.
– Ty stary durniu – odparła jego małżonka.
Pies natomiast znów spróbował wyrwać się spod władzy swej pani, lecz ta tym razem utrzymała smycz w dłoniach i nie pozwoliła, by zwierzę dołożyło kolejną porcję okazów sympatii wobec nieznajomego wylegującego się na trawniku.
– Idziemy, Quentin – szepnęła do czworonoga i ruszyła kontynuować swój spacer.
Anka odprowadziła ją nieufnym wzrokiem, po czym wróciła do pastwienia się nad sponiewieranym mężem.
– Wyskoczyłeś przez okno, kretynie? – zapytała, widząc, że okno od pokoju ich syna jest otwarte.
– O mało się przy tym nie zabiłem... No, chyba że już nie żyję – wystękał. – Pierwszy raz w życiu czułem... Czułem tak wyraźnie, rozumiesz...
– Oszalałeś... – westchnęła.
– Wiedziałem, że do mnie wrócisz – odrzekł triumfalnie.
– Nie do ciebie, ale do naszego syna – poprawiła go chłodno.
– Znalazł się? – zapytał, dźwigając się na łokcie, a potem do pozycji siedzącej.
– Nie.

Wrócili do domu. Działanie substancji słabło z sekundy na sekundę, przez co Henryk czuł i ulgę, i nieco żalu. Gdyby tylko mógł oddać się jakimś przyjemnościom zamiast kaskaderskim wyskakiwaniem przez okno oraz walką z psem, byłby pewnie wniebowzięty, a tak pozostały mu jedynie wspomnienia bólu i niewykorzystanego potencjału. Nieobecność syna dodatkowo wieńczyła tę noc.
– Gdzie on jest? – denerwowała się Anka. – Jak wyjeżdżałam, to był, jak wróciłam, to już nie. Zostałeś tylko ty, w dodatku naćpany.
– Może nocuje u kumpla... – wytłumaczył się, choć sam w to nie wierzył.
Zmierzyła go lodowatym spojrzeniem, wyrażającym raczej nieufność wobec jego tezy. W odpowiedzi wzruszył bezradnie ramionami.

Postanowili położyć się spać. Ance udało się nawet zasnąć, choć wierciła się przez sen niemiłosiernie i widać było, że męczą ją koszmary. Czasem nawet poruszała ustami, jakby chcąc wymówić imię „Kamil”. Henryk to widział, przez co wyrzuty sumienia wzbierały w nim jeszcze bardziej. To on zawalił. To on się odurzył i stracił kontrolę nad sobą i dzieciakiem. Wreszcie nie wytrzymał, wstał z łóżka. Pragmatyk by to jednak przypisał chęci skorzystania z toalety, która odezwała się w mężczyźnie, a nie wyrzutom sumienia.

Henryk zatrzymał się przed łazienkowym lustrem. Coś przykuło jego uwagę i już po paru sekundach zrozumiał, co. Z jego nosa ściekała drobna strużka krwi.
– Z nerwów – mruknął i starł ją wacikiem.
Na jej miejscu pojawiła się jednak nowa. Ta już spływała w dół pewnie oraz zdecydowanie, przez co parę kropli czerwieni spadło na kafelki. Mężczyzna, klnąc, od razu zatamował krwotok i skupił się z powrotem na głównym celu swojej wizyty. Opuścił spodnie, a następnie usiadł na sedesie. Coś jednak znów mu nie pasowało. Na dolnej części piżamy dostrzegł podejrzane ciemne plamy ciągnące się aż po krańce nogawek. Przyjrzał się więc uważnie swoim nogom. Te były umazane od krwi. Poderwał się więc ze swojego siedziska i omiótł uważnie wzrokiem muszlę klozetową. Omal nie zemdlał, widząc, że i tam pozostawił swoje ślady. Starał się jednak zachować spokój i usnuć jakąś teorię. Najbardziej racjonalna, na jaką mógł wpaść, głosiła, że tajemnicza substancja wciąż działa oraz że to ona właśnie powoduje te zwidy. Można było ją bardzo łatwo sprawdzić – budząc Ankę. Na to też wpadł i ruszył ku drzwiom. Zanim jednak tam dotarł, w przejściu między łazienką a korytarzem stał już jego syn.
– Kamil? – zapytał, czując, jak razem ze słowami wypluwa z siebie krew.
– Chodź, tato – odpowiedział chłopak i opiekuńczo otoczył ojca ramieniem. – Pójdziemy sobie stąd. Tam będzie fajniej.

Chemik wsiadł z powrotem do auta. Odprężył się i włączył radio. Wszystkie jego obawy oraz przeczucia co do karetki okazały się być niesłuszne. Zmarnował tylko na nie czas. Dużo czasu, bo musiał biegać wśród policji, gapiów, okolicznych sąsiadów, a nawet ekipy telewizyjnej i dowiadywać się, co takiego się stało i czy ofiarą aby na pewno nie jest mężczyzna o imieniu Henryk. Z pozoru nie brzmi to jak trudne zadanie, lecz gdy policjanci odmawiają udzielenia jakichkolwiek informacji, miejscowi nie chcą rozmawiać z pijanym i się jest faktycznie pijanym, to sprawa się komplikuje. W końcu jednak uporządkował wszystko w całość i mógł sobie pozwolić na powrót wpierw do domu, potem do świętowania, bo co go obchodziło, że jakiś świr popełnił w lesie rytualny mord na dzieciaku, wycinając organy, gdy ten był jeszcze przytomny. Jakiś dziennikarzyna dorzucił nawet, że to była ofiara złożona demonom, coś w rodzaju opłaty za bilet do lepszego świata, do którego potępieńcy mieli obu zabrać. Naukowiec oczywiście wyśmiał to. W jego fachu nie ma miejsca na takie bujdy.
Źródło: Własne opowiadanie.
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!