Zło czające się w lesie.

Dodane przez: harvis, 21.12.2013, 09:42
Reklama:
Łzy spływają po moich sinych z zimna policzkach. Klęczę nad jej zimnym i bezwładnym ciałem. Staram sobie wmówić, że nie podzielę losu mojej ukochanej, ale wiem, że okłamuję samego siebie. Chciałbym wierzyć w byty nadprzyrodzone, jednak jestem przekonany, że nawet gdyby istniały, nie pomogłyby mi wydostać się z tego przeklętego miejsca. Siedząc tutaj na skraju załamania nerwowego, rozmyślam co by było, gdybyśmy nie zagłębili się w mroczne czeluście naszej chorej ciekawości. Jako latorośl słyszałem niejednokrotnie legendę o mrocznej postaci z pobliskich lasów. Nigdy nie zawędrowałem do tej mrocznej kniei, albowiem bałem się historii, którą straszyło mnie moje starsze rodzeństwo. Wiedziałem jednak, że kiedyś będę musiał przezwyciężyć lęk towarzyszący mi od dzieciństwa. Strach ten był moim jedynym przyjacielem, który dotrzymywał towarzystwa mojej osobie przez pierwsze dziewiętnaście lat mego życia. W dniu dwudziestych urodzin poznałem Annę. Przepiękną ciemnowłosą dziewczynę, jej anielskie oczy wprawiłby niejednego mężczyznę w szaleństwo. Następne pięć lat spędzone z nią, to najlepszy okres mojego nędznego jestestwa. W piątą rocznicę naszego związku postanowiliśmy powrócić na parę dni w rodzinne strony. To wtedy namówiła mnie, żeby pozwiedzać ten stary las. Lęki dzieciństwa wróciły, zacząłem robić się nerwowy, powtarzała, że nie znała mnie z takiej strony. W końcu się ugiąłem i postanowiłem pokonać swoją bojaźń. Pamiętam siwego starca z laską w ręce, który uprzedzał nas, że w lesie czai się zło. Anna uznała to za zwykłą legendę, która nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistym, otaczającym nas świecie. Stając u zielonych wrót lasu nie miałem wyboru, musiałem zagłębić się w jego mroczne oblicze. Otaczająca nas puszcza początkowa wywoływała u mnie niepokój, ale z godziny na godzinę byłem coraz spokojniejszy. Śpiew ptaków wydawał się najpiękniejszymi ariami operowymi, a kwiaty tworzyły na zielonym, trawiastym płótnie zapierające dech w piersiach kolorowe, naturalne obrazy. Czas przestał istnieć, przyroda mnie otaczająca była niczym najlepsza kochanka. Zaczęło się ściemniać, nie zorientowaliśmy się kiedy gwiazdy ozdobiły ciemne niebo. Wtedy zobaczyliśmy starą drewnianą chatę. Ciemne dębowe deski wydawały się jedynym słusznym schronieniem przed dzikimi zwierzętami. Pamiętam, jak weszliśmy do środka i od razu straciłem przytomność. Ktoś uderzył mnie czymś ciężkim w głowę. Obudziłem się, a ona leżała koło mnie, skąpana w świeżej zimnej krwi. Gładząc ją po jej bladych i martwych policzkach czekam na wyrok. Łzy dalej spływają po mojej twarzy, ale smutek nie jest już tak duży. Nie odczuwam też strachu, dopadło mnie przygnębienie. Słyszę przekręcający się klucz w zamku drewnianych, ciemnych i mocnych dębowych drzwi. Jakiś mężczyzna stanął w przejściu, a w jego ręce błysnął nóż. W tym momencie, uświadamiam sobie na dobre, że stara legenda o złu czającym się w lesie nie była legendą, a najczystszą prawdą. Wiem też, że za niedługą chwilę zagłębie się doszczętnie w ciemności i już nigdy nie wyrwę się z jej mocnego, sadystycznego uścisku.


Autor: Harvis aka Lesmoth (Ja).
Źródło: Muj hory musk.
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!