Ręka

Dodane przez: marcinov123, 3.04.2015, 13:30
Reklama:
- Ile? - zapytałem raz jeszcze, będąc przekonanym że pacjent się pomylił.
- Prawie trzy litry, doktorze - mówię panu! Koledzy aż wiadro podstawili jak szukali czegoś na opaskę - pacjent zaśmiał się smutno - myśleli, że w razie czego to wie pan, da radę tę krew z powrotem.

Po raz kolejny przeszły mnie ciarki słuchając mądrości medycyny ludowej budowlańców. Słyszałem o przypadku, kiedy kilka lat temu hutnicy wpadli na pomysł, żeby zatamować krwawienie rozżarzonym prętem.

Robert N. miał czterdzieści dwa lata, na budowie pracował od dwudziestu. Zanim do mnie trafił widywałem go dość często, mijając remontowaną kamienicę obok piekarni, gdzie kupowałem codziennie rano pieczywo. Niewysoki, przygarbiony, wąsaty. Zawsze w roboczych spodniach i starych adidasach, ochlapanych farbą i gipsem. Na skroniach pojawiały mu się pierwsze siwe włosy. Był u mnie tylko raz - kilka lat temu, jak nabawił się zapalenia płuc. Poczciwy chłopina, próbował wcisnąć mi kopertę, kiedy odmówiłem przyniósł butelkę wódki. Jego żona bywała częściej - cierpiała na arytmię i była uczulona prawie na wszystko. Co miesiąc dostawała receptę na całą reklamówkę leków. Z tego co pamiętam nie mieli dzieci. Dość często widywałem go z żoną w kościele, gdzie siadał zaraz przy wyjściu, w pomiętym, wytartym garniturze. Zapewne ślubnym.

- W sumie cztery dni leżałem na tym... intensywnym - mówił dalej.
- Oiomie - dopowiedziałem kończąc zdejmować opatrunek.
- No tak, i tam mi potem powiedzieli, że w sumie cud, i że jakby w karetce tych kroplówek nie podali to wie pan. Kaput! Na całe szczęście szef mnie pół roku temu na umowę wziął, to jest ubezpieczenie no i zusy. Także coś skapnie z tego. Ale ta renta, to wie pan! Za to Bolek. co wtedy na tym dźwigu siedział co mu się hak zerwał...

Pozwoliłem mu mówić. Często po wypadkach tego typu ludzie załamują się, wpadają w depresję. Druga grupa próbuje bagatelizować sprawę, obracać ją w żart i udawać, ze będzie tak jak dawniej. Robert N. zdecydowanie należał do drugiej. Zaczął opowiadać mi jak chce zainwestować odszkodowanie we własną firmę w momencie, kiedy odsłoniłem kikut. Na chwilę zamilkł, a potem zaczął mówić dalej, jakby nic się nie stało. Cały wypadek zdarzył się niedawno - bo zaledwie trzy tygodnie temu. Jego prawa ręka kończyła się równo z nadgarstkiem. Chirurdzy sprawnie opatrzyli kikut, usunęli resztki zmiażdżonej dłoni, podwiązali żyły, spiłowali kość. Skróciło to odrobinę kończynę, ale pozwoliło zszyć ze sobą płaty skóry, żeby osłonić i zabezpieczyć ranę.

- I jak? Będę żył? - zaśmiał się nerwowo. Udawał, że patrzy na kikut ale wbijał wzrok w podłogę.

Było mi go żal. Typ faceta który całe życie ciężko pracuje żeby spłacić ratę kredytu, dał się wrobić we franki - jak to powiedziała jego żona. Ma starego golfa, raz do roku jeździ z małżonką na urlop do Ciechocinka. Podobno obiecał że w przyszłym roku kupi nowy telewizor za pieniądze z fuch.

- Pięknie się goi, zdezynfekujemy tylko i założymy nowy opatrunek. Prześwietlenie pan robił?
- Tak, wziąłem nawet, ale to już chirurgowi pokazywałem ostatnio. Wie pan, temu co na kontrole jeżdżę.
Skinąłem głową.

Jako lekarz pierwszego kontaktu miałem o tyle proste zadanie, że zajmowałem się jedynie drobnymi interwencjami chirurgicznymi. W zasadzie samą wymianę opatrunku mogłaby spokojnie zrobić pielęgniarka, ale żona Roberta zadzwoniła do mnie niemalże błagając żebym zgodził się doglądać jej męża. Wyjąłem kawałek gazika i nasączyłem go środkiem antybakteryjnym.
- Trochę zapiecze - ostrzegłem pacjenta.
- Pan poczeka - przerwał mi nieśmiało - mogę się podrapać?
- Jak nie będzie bolało - zgodziłem się - swędzi?
- Trochę - przytaknął. Patrzył na kikut z pewnym obrzydzeniem i jakby... ze strachem?

Delikatnie przejechał kilka razy paznokciem po skórze. Potem jeszcze kilka razy, nieco śmielej. Odetchnął z ulgą.

- Dobrze już. Wie pan, jak ta blacha spadła ja w ogóle nie poczułem. Tylko jak Bolek się wydarł żeby spieprzać bo leci to już po ptokach. Tak jakoś, nogi mi się ugięły. Potem się wszystko czerwone zrobiło jak wstałem. Lało się, wie pan, jak z kranu - skrzywił się - na filmach to tak nie ma, siknie trochę jak ze strzykawki i tyle. A ja całe spodnie i kurtkę w jeden moment miałem - głos mu się załamał i machnął zdrową ręką.
- Tylko dłoń panie Robercie, jak pan założy tę firmę to pieczątki pan będziesz drugą przybijał - starałem się go pocieszyć. Chyba nawet trochę mi się udało.

Nałożyłem na kikut sterylny opatrunek, zabandażowałem do połowy przedramienia i pomogłem mu założyć temblak.

- Te tabletki przeciwbólowe, co chirurg zapisał, ma pan jeszcze?
- Ze dwie, trzy.
Wypisałem mu receptę. Porozmawialiśmy jeszcze z dziesięć minut o rehabilitantce (która była podobno całkiem ładna) i o pielęgniarkach (zupełnie bezlitosnych). Pomogłem mu założyć kurtkę i zapiąłem suwak. Pacjenci z unieruchomioną ręką są niekiedy jak dzieci - bezbronni i niezdarni. Kiedy ktoś ma nogę w gipsie po prostu jest spowolniony i musi używać kul, ale mając rękę na temblaku pacjent potrzebuje znacznie więcej pomocy w zwykłych, codziennych czynnościach. Mój pacjent był o tyle zaradny, że z pewnością opanuje posługiwanie się protezą.
Ba, idę o zakład, że nawet będzie w stanie prowadzić samochód. W przypadku amputacji bardzo ważna jest odpowiednia troska o stan psychiczny pacjenta. Dlatego między lekami przeciwbólowymi zapisuje się najczęściej antydepresanty.

I dlatego właśnie słuchałem bez cienia zniecierpliwienia jak opowiadał o firmie, którą chciał założyć. Pośmialiśmy się trochę z głupich opowiastek z budowy, zrewanżowałem się kilkoma śmiesznymi anegdotkami z izby przyjęć. I już miał wychodzić, kiedy odwrócił się i zapytał:
- A to normalne, że czasem ją czuje?
Skinąłem głową.

Fenomen kończyn fantomowych był jedną z zagadek współczesnej medycyny. Nie wiadomo do końca, czy bierze się on z przerwanych nerwów, z samego zszycia kikuta czy to po prostu „wariujący” po stracie kończyny mózg. Faktem było to, że ludzie często czuli kończyny, których już nie mieli. Czasem uczucie ciepło-zimno, czasem ból, najczęściej swędzenie. Zdarzało się, że ktoś bez dłoni podnosił rękę ze się podrapać, kiedy to dopiero uświadamiał sobie, że przecież nie ma dłoni, mimo ze przed sekundą ja czuł. Czytałem wiele publikacji na ten temat, w zasadzie pamiętam jak dzisiaj, kiedy na studiach profesor omawiał na wykładzie ten temat. Bardzo mnie to wtedy zaciekawiło. Kończyny fantomowe zawsze fascynowały całą rzeszę studentów medycyny. I nie tylko.

Może dlatego, że w nurcie fachowej, suchej wiedzy była to namiastka czegoś nieznanego, i łagodnie mówiąc... niepokojącego?

Wskazałem krzesło, żeby pacjent usiadł jeszcze na chwilę.
- Boli ta dłoń, której nie ma?
Machnął ręką.
- Nie boli, w zasadzie czasem zaswędzi. A tak to, głównie w nocy, po prostu czuje, wie pan…
- Jakby pan ją miał?
Kiwnął głową.
- Norma - uspokoiłem go - lekarstwa na to nie ma, z czasem powinno osłabnąć. Musi się pan przyzwyczaić.
Odetchnął z ulgą, pożegnał się i wyszedł.

***

Robert N. zjawił się w moim gabinecie tydzień później. Zastukał niepewnie do drzwi, uchylił je i zajrzał czy nie mam pacjenta.
- Doktorze... dałoby radę na chwilę, bez rejestracji?
Nie miałem i tak nikogo umówionego, wiec skinąłem głową. Był wtorek rano, wszyscy którzy przetrzymali swoje bolączki przez weekend byli w poniedziałek, a ci którzy zaczęli już prace woleli ze swoimi problemami poczekać do końca tygodnia. O dziwo, geriatrii tez nie było.

Robert N. wszedł do gabinetu. Sprawiał wrażenie lekko zdenerwowanego. I był zdecydowanie niewyspany. Miał zaczerwienione oczy, możliwe, że przez alkohol ale mocno w to wątpiłem. Kiedyś mówił, że pozwala sobie na trochę wódki jedynie od święta. W jakiś dziwaczny sposób utrzymał się wolny od najpopularniejszej rozrywki budowlańców, po robocie, a czasem i w trakcie. Dość często zresztą widywałem go z żoną w kościele, gdzie siadał zaraz przy wyjściu, w pomiętym, wytartym garniturze. Zapewne ślubnym.

Pomogłem mu zdjąć kurtkę, po czym usiadł. Nie na krześle, a na leżance do zabiegów, stojącej w rogu, koło mocnej lampy i aparatu do EKG. Uniosłem lekko brwi.

- Problem z opatrunkiem?
Pokręcił głowa
- Nie, ten to zmieniam sam doktorze, zona pomaga, robi wszystko jak pan kazał.
Zamilkł na chwilę. Nic nie mówiłem.
- Tylko wie pan, jest sprawa.. Może mi pan zdjąć szwy?
Szybko policzyłem w myślach.
- Za wcześnie, z tydzień.
Strapił się. Nerwowo podrapał się po ręce wiszącej na temblaku.
- Coś nie tak? Boli?
Pokręcił głową.
Zdjąłem opatrunek, obejrzałem kikut.
Rany goiły się świetnie, nie był prawie w ogóle spuchnięty. Opatrunek pachniał tylko środkiem dezynfekującym i prawie w ogóle nie było na nim plam osocza czy krwi. Przyjrzałem mu się dla pewności dokładniej, zapalając mocną lampę.
- Ja tu nic nie widzę - powiedziałem po jakiejś minucie i zawinąłem ramię z powrotem.
Pacjent włożył rękę w temblak i siedział dalej na leżance.
Był zawiedziony.
- Nic? Na pewno? Myślałem że to przez szwy. Może na nerw uciskają.
-Nerwy są głębiej - przerwałem mycie rąk i przyjrzałem mu się badawczo.
Gapił się na kikut.
- Powiem mi pan o co chodzi? - zapytałem w końcu.

Przez dłuższą chwilę milczał. Potem jakby przełamał się w sobie.

- Tylko niech się pan nie śmieje - zaczął i odchrząknął - ...bo ja tak jakby czuje drugą.
- Tę odcięta?
Skrzywił się. Zauważyłem, że ma poobgryzane paznokcie.
- Tę to już wcześniej. Ale teraz czuje drugą, która ją dotyka...

Śmiejcie się, ale przez plecy przebiegł mi dreszcz. Pacjent nie patrzył na mnie, tylko gdzieś przed siebie.
Był wyraźnie zdenerwowany.
- To normalne?
- Tak.
- Jest pan pewien - dopytywał.
- Tak - skłamałem.

Nigdy nie słyszałem o czymś takim, ale tez minęło sporo czasu, kiedy po raz ostatni zajmowałem się tematem kończyn fantomowych. Nie jest to domeną osiedlowego lekarza w niewielkim ośrodku zdrowia. Zazwyczaj zajmuje się czymś bardziej trywialnym - poweekendową niestrawnością, szczepieniem dzieci, wyciąganiem kleszczy w sezonie działkowym. Czasem, rzadko, zastrzykami z anatoksyny u pechowców stających na zardzewiałe gwoździe. Muszę być szczery - Rober N. trochę mnie zaniepokoił.

- To nic, ja już pójdę - powiedział cicho i założył kurtkę.

Nie musiałem mu pomagać, robił szybkie postępy. Mruknął „do widzenia” i wyszedł z gabinetu. Przez chwilę siedziałem w fotelu i miałem wielką ochotę na papierosa. Rzuciłem jakieś pięć lat temu. Wybrałem numer znajomego neurologa, ale jego głos z taśmy poinformował mnie, ze do końca miesiąca jest na urlopie. Przez chwilę zastanawiałem się nad drugim kolegą - psychiatrą - ale odpuściłem. To musiała być sprawa zwykłych, przerwanych nerwów. Odruchów, autosugestii. Takie poamputacyjne, mózgowe placebo. Pourazowy szok, albo po prostu zwykłe impulsy, przeskakujące po przeciętych nerwach...

***

Trzy dni później spadł pierwszy śnieg. Kiedy jak co dzień wszedłem do piekarni, zobaczyłem ekipę budowlaną, która najwidoczniej skończyła remont. Kilku krzepkich, krępych mężczyzn w drelichowych kombinezonach wynosiło drabiny i worki z cementem do stojącego na chodniku Żuka. Postawiłem kołnierz płaszcza i szybko przebiegłem przez ulicę. W piekarni nie było klientów. Ekspedientka, młoda dziewczyna z mysimi włosami, zmywała mopem podłogę. Pewnie w zimie musi to robić co godzinę - pomyślałem dokładnie wycierając buty z szarego, brudnego śniegu. Kupiłem kilka drożdżówek.
- Długo dzisiaj? - spytała. Znała mnie już z widzenia.
- Jedenastka, ale będzie mało ludzi, pogoda - wskazałem na zewnątrz, gdzie cały czas padał śnieg.
- Aha. A sąsiedzi remont kończą. W końcu cisza będzie, a nie to wiercenie - skrzywiła się - jeszcze ten robotnik co mu rękę zgniotło i się powiesił.

Zamarłem.

Zacisnąłem rękę na papierowej torbie tak mocno, ze poczułem jak paznokcie wbijają mi się w skórę.

- Słucham?
Dziewczyna odwróciła się już i wykładała świeże kajzerki na półkę.
- No tak - powiedziała nie przerywając - ucięło chłopu rękę, zaczął pewnie pić z żalu i się wczoraj powiesił. Smutne - strzeliła balonem z gumy. Ręce zaczęły mi się trząść na szczęście dopiero kiedy wychodziłem.

Robotnicy już kończyli załadunek i ostatni z nich upychał worki z zaprawą na pace Żuka.
Podszedłem do niego.
- Robert u was pracował? - zapytałem bez ceregieli - jestem jego lekarzem.
Facet wepchnął worek i zamknął drzwi. Krzyknął do kompanów w szoferce, że jeszcze chwila. Odetchnął ciężko odwracając się w moją stronę. Wielki facet z zaczerwienioną twarzą. Silny jak tur.
- No pracował pracował, żal chłopa, nie? Bolek co tę blachę wciągał od wczoraj chleje.
Wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował mnie.
Zaciągnąłem się głęboko. Trochę zakręciło mi się w głowie.
- A pan go dobrze znał?
- Z pół roku może, ja nowy jestem. Git koleś był, tylko pantofel trochę. Ale mu stuknęło przez tę rękę.
- Że c...
- No korba panie.. Gadał jakieś pierdoły.
Wmawiałem sobie, że gęsia skórka to efekt śniegu i zimna.
- Pierdoły.
Wzruszył ramionami.
- Przedwczoraj jak żem dzwonił spytać jak jest, to pijany był.
Kierowca zatrąbił.
Robotnik szybko zaciągnął się jeszcze dwa razy i rzucił peta w śnieg.
- Panie, lecieć muszę.
- Ale co mówił? - spytałem jeszcze, kiedy wsiadał już do samochodu.
- Że czuje dotyk tej drugiej. Że jest zimna i ma długie paznokcie. Oszalał panie... - machnął ręką i zatrzasnął drzwi furgonetki.

Papieros wypadł mi z ust i z sykiem zgasł w brudnym śniegu.
Źródło: inspirowane 'krótkimi historiami które zjeżą Ci włos na głowie
Oceń:
9
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!