Ciszej...

Dodane przez: wipe ur tears, 28.02.2016, 20:25
Reklama:
Z końcem zimy, będąc na studiach, postanowiliśmy razem z grupką znajomych zorganizować sobie kilkudniowy wypad w nieznane. Chcąc odpocząć trochę od nauki i codzienności miasta zdecydowaliśmy się na wyjazd w góry, cisza i świeże powietrze dobrze by nam wszystkim zrobiło. Kolega, który wpadł na ten pomysł zaczął rozglądać się za jakimś ciekawym miejscem do wypoczynku. Zaledwie po pół godziny szukania, udało mu się znaleźć domek letniskowy w wyjątkowo ładnej okolicy z pięknymi widokami, a do tego w bardzo przyzwoitej cenie wynajmu. Zaraz po zajęciach spotkaliśmy się pod uczelnią, a on opowiedział nam o jego znalezisku. Wszyscy byli za! Szybko omówiliśmy szczegóły naszego trip'a, a ponieważ był piątek, spontanicznie ustaliliśmy datę naszej wycieczki na dzień dzisiejszy o godzinie 16-tej. Długo się nie zastanawiając każdy popędził do swojego domu, aby spakować wszystkie potrzebne graty.

Ustaliliśmy, że pojedziemy autem Mike'a, więc byłem w ustalonym miejscu kilka minut przed czasem. Pogoda dopisywała. Chcąc się na poczekaniu rozluźnić rozpaliłem jointa i zauważyłem nadchodzącą Nicole.
- Co tam palisz Steve? - zapytała puszczając mi oczko.
- Domyśl się - powiedziałem z uśmiechem.
- Ile to już minęło od ostatniego razu? - pyta, odwzajemniając uśmiech.
- Za długo - odparłem, podając jej jointa.
Paląc trawkę wspominaliśmy wiele wspólnie spędzonych miłych, ale i żenujących sytuacji śmiejąc się przy tym do łez.
- Z czego się głupio śmiejecie?! - krzyczy Andrew wybiegając zza rogu.
- Z Ciebie! - zażartowałem.
- Zostało coś dla mnie? - pyta Andrew podchodząc i węsząc nosem.
- A pewnie, masz, pal - mówię, podając skręta.
Nim się obejrzeliśmy przyjechał Mike razem z Alice - jak zawsze punktualnie.
- Pakujcie się! - krzyczy Mike.
- Już, już - mówi Andrew łapczywie dopalając resztkę jointa.
Wziąłem bagaże i udałem się je zapakować, prosząc Mike'a żeby otworzył mi bagażnik. Drzwi się otworzyły, a na mnie wyskoczył... owczarek niemiecki z zamiarem wylizania mi twarzy...
- Czeeeeść byku! - mówię, głaszcząc psa - Nie mówiłeś, że weźmiesz Alexa, Mike.
- Wiesz, że nigdzie się nie bez niego nie ruszam - odparł z ogromną empatią.

Po chwili byliśmy w drodze. Atmosfera panująca w aucie była wprost nie do opisania, trzy godziny drogi zleciały jak z płatka wśród żartów, śmiechów i dobrego towarzystwa. Nareszcie, dotarliśmy na miejsce kilka minut po godzinie 19-tej.
- Tu jest obłędnie! - oznajmiła Alice.
- Ujdzie... - powiedział Andrew.
- Ciesz się, że Mike znalazł to miejsce - powiedziała Nicole wywracając oczami.
- Właśnie, nie narzekaj - dodałem podtrzymując zdanie Nicole.

Skierowaliśmy nasze kroki do domku. Znajdował się na brzegu lasu, dość obszernego i nieco nietypowego jak na mój gust. Nawet Alex'owi się chyba nie spodobał, bo strasznie ujadał w jego stronę, ale może zauważył tam tylko jakieś zwierzę. Las zdawał się mieć w sobie coś dziwnego, niepokojącego, ale przyjechaliśmy tu po to, aby odpocząć, więc nie oceniałem ani nie wybrzydzałem.
- Ale chata! - krzyknął Mike.
- Na co czekamy? Ładujmy się! - powiedziała Nicole.
Alice wyciągnęła klucze z torebki i pierwsza poleciała do drzwi. Po otwarciu drzwi, dziewczyny wbiegły na "zwiad" naszego tymczasowego lokum. Jak zawsze targanie bagaży przypadło nam, facetom. Dom w środku wyglądał jeszcze lepiej niż na zewnątrz - czysty i zadbany. Każde z nas szybko się rozgościło, nawet Andrew przestał krytykować, gdy tylko dostrzegł w salonie plazmę i oczywiście barek. Była godzina 21 jak wszyscy się rozpakowali i do końca zadomowili. Zasiedliśmy w salonie, żeby porozmawiać przy whisky znalezionej w barku. Po około dwóch godzinach, Mike i Alice poszli do swojego pokoju mówiąc, że są zmęczeni i idą się położyć. Andrew zasnął na fotelu godzinę wcześniej... Razem z Nicole rozmawialiśmy jeszcze kilka minut. Rozmowa miło się kleiła, a że zawsze nas do siebie nawzajem ciągnęło to i my poszliśmy się razem położyć.

Tamtej nocy miałem wyjątkowo dziwny sen. Śniło mi się, że obudziłem się w nocy w naszym domku letniskowym, ale był zupełnie inny niż wcześniej. Panował w nim totalny bałagan. Wszystkie meble spróchniały, a pleśń zdawała się pochłaniać wszystko na moich oczach, tak jakby żyła własnym życiem. Nie brakowało tam wszelkiego rodzaju robactwa. Powietrze było strasznie ciężkie, przez co oddychanie było prawie niemożliwe, a każdy oddech sprawiał mi ogromny ból głowy, a zarazem w płucach. Zapach tam panujący był nie do zniesienia, nie byłem w stanie go porównać do niczego znajomego, przyprawiał mnie o wymioty. Do tego wszystkiego czułem czyjąś obecność w domu. Postanowiłem obudzić Nicole, która leżała obok mnie.
- Nicole, śpisz? - szepnąłem.
- Śpisz? - zapytałem ponownie.
Tak, spała w najlepsze. Nie chcąc jej budzić musiałem sam przejść się po domu (czułem nagłą i nie odpartą potrzebę zrobienia tego). Wstając usłyszałem czyjś głos:
- Steeeve...
Na początku pomyślałem, że to znowu Andrew gada przez sen jak to miał w zwyczaju. Poszedłem na dół (do salonu) sprawdzić czy się nie mylę, w dalszym ciągu nie mogłem się pozbyć tego dziwnego odczucia czyjejś obecności. O dziwo pleśń i robactwo po którym boso chodziłem wcale mi nie przeszkadzały. Po wejściu do salonu tylko utrwaliłem się w tym co podejrzewałem - Andrew spał jak zabity. Wtedy znowu usłyszałem jak ktoś mnie woła. Obróciłem się w stronę schodów na piętro, a na nich siedział chłopiec blady jak ściana. Jego źrenice były zupełnie czarne, a kości wystawały spod skóry. Miał na sobie tylko krótkie spodenki. Siedział i patrzył na mnie.
- Co tu robisz? - zapytałem chłopca.
Milczał.
- Jak tu wszedłeś? - zapytałem ponownie.
- Ciszej - odparł, po czym wstał i pobiegł na górę, do mojego pokoju.
- Czekaj! - krzyknąłem i pobiegłem za nim.
W pokoju nigdzie go nie było, zajrzałem nawet pod łóżko i do szafy, rozpłynął się. Położyłem się i chciałem znowu spróbować obudzić Nicole.
-Nicole - powiedziałem, szturchając ją w plecy.
Dalej nic. Obróciłem ją więc ku sobie. Moim oczom ukazała powykręcana i gnijąca twarz Nicole...

Obudziłem się z wrzaskiem i zalany potem. Spałem fatalnie, a czułem się jeszcze gorzej, całkowicie niewyspany i okropnie obolały. Leżałem jeszcze przez chwilę próbując dojść do siebie i myśląc nad tym co mi się śniło. Nicole jak i reszta ekipy była już na dole skąd dobiegały ich głosy. W końcu wstałem, ubrałem się i w dalszym zamyśle dołączyłem do reszty.
- Wyglądasz jak gówno - oznajmił z uśmiechem Andrew.
- Nawet mi nie mów, bo czuję się podobnie - odparłem, przecierając dłońmi twarz.
- Ja tam dobrze spałam, nie licząc tego, że Alex trochę szczekał - powiedziała Alice.
Mike pokiwał głową.
Dziwne. Ja Alex'a nie słyszałem, a przecież był w pokoju obok. Spojrzałem na Nicole i nie mogłem wymazać z pamięci jej twarzy z mojego snu. Kiedy reszta rozmawiała, ja poszedłem do kuchni zrobić sobie kawę i śniadanie. Siedząc przy stole nadal myślałem o tym co mi się śniło próbując to sobie jakoś ułożyć w głowie - bez skutku.
- Steve, idziesz ze mną na spacer z Alex'em? Rozejrzymy się po okolicy - zapytał Mike wchodząc do kuchni.
- Mogę się przejść, dobrze mi to zrobi.

Ubraliśmy się i poszliśmy w las ok. godziny 11. Alex od samego początku ciągnął za smycz w konkretnym kierunku, ciągle warcząc i poszczekując. Zignorowaliśmy to. Przemierzając las, opowiedziałem Mike'owi o tym co mi się śniło, patrzył na mnie z przerażeniem, ale też tak jakby wiedział o czym mówię.
- Nie mów o tym nikomu, a zwłaszcza Alice. Śniło mi się dokładnie to samo. - powiedział Mike. - Nie mówiłem nic, żeby się niepotrzebnie nie martwiła.
- Jak myślisz czemu tylko nam się to śniło? - zapytałem.
- Nie mam pojęcia stary... - powiedział, kiwając głową.
Chodziliśmy, rozmawialiśmy i myśleliśmy nad tą dziwną sprawą przez dobre kilka minut. Nagle Alex szarpnął, zerwał się i pobiegł w głąb lasu.
- Alex! - krzyknął Mike.
Pobiegliśmy za zwierzakiem. Jego szczekanie dało się słyszeć pomimo tego, że go zgubiliśmy.
- Alex! Wracaj! - krzyczeliśmy.
Po pewnym czasie szczekanie stawało się głośniejsze - przyspieszyliśmy. Po niedługim czasie dostrzegliśmy zwierzaka stojącego i ujadającego pod jakimś starym domem. Z nieznanych mi powodów odniosłem wrażenie jakbym skądś znał ten dom.
- Alex! Do nogi! - krzyczał Mike starając się przywołać psa do porządku.
Alex nigdy nie był tak wściekły, nie poznawałem zjeżonego od grzbietu po sam ogon owczarka.
- Co tam widzisz, co czujesz? - mówił Mike, uspokajając psa.
- Co to za miejsce? - pytam.

Przyglądaliśmy się tej ruderze ze wszystkich stron, miała w sobie coś co przyprawiało mnie o dreszcze. Ten dom wyglądał tak jakby skrywał w sobie coś strasznego... coś niewyobrażalnie mrocznego. Nawet nie będąc w środku czułem strach, przed czymś czego nie potrafiłem sobie wyobrazić, ale odnosiłem wrażenie jakby ten dom miał związek z moim snem.
- O kurwa! - krzyknął Mike. -powiedz mi, że ty tez to widziałeś.
- Ale co?! - odparłem.
- W oknie na piętrze. Nawet mi nie mów, że nie widziałeś! - naciskał Mike.
- Ale czego?! - pytałem zdezorientowany.
- Chłopca... w oknie na piętrze widziałem tego samego chłopca... - wydusił z siebie Mike.
Momentalnie zbladłem, ręce zaczęły mi się trząść i pocić - nie wiem czemu, mój organizm sam tak zareagował. Obróciłem się i spojrzałem w okno, na szczęście nie było go tam.
- Jesteś pewny, że tam był? - zapytałem.
- No przecież mówię, po co miałbym kłamać, skoro tylko z tobą mogę o tym rozmawiać - odparł Mike.
- Wierzę Ci stary. Powinniśmy to sprawdzić?
- Nie mam na to najmniejszej ochoty - powiedział zdenerwowany Mike.
- To tak jak ja - odpowiedziałem, nerwowo drapiąc się po plecach.
- Ale coś mi podpowiada, że tak się dowiemy czegoś więcej.
- Jak mus to mus... - przyznał niechętnie Mike.

Przywiązałem Alex'a porządnie do drzewa, co graniczyło z cudem, bo wyrywający się wściekły pies, ważący ponad 50 kg, ma trochę siły. Zbieraliśmy w sobie siły, aby wejść do środka i podeszliśmy na werandę. Już miałem pociągnąć za klamkę, gdy drzwi skrzypiąc same się uchyliły. Zamarłem w bezruchu.
- Dalej chcemy tam wejść? - zapytałem.
- Ty przodem - odpowiedział Mike.

Popchnąłem delikatnie drzwi. Ze środka wydobył nie naturalny chłód, a towarzyszący mu smród był nie do wytrzymania. Odkąd przekroczyliśmy próg domu, czuliśmy się obserwowani. Doszliśmy do wniosku, że wnętrze domu wygląda identycznie jak z naszych koszmarów. Postanowiłem sprawdzić górę, Mike za cholerę nie chciał tam iść po tym co widział w oknie, powiedział ze zostanie na dole i tam się rozejrzy. Na piętrze nie było nic prócz korytarza, który prowadził do tamtego pokoju. Dziurawa podłoga i ponure obrazy na ścianach wcale mnie nie motywowały. Dotarłem do pomieszczenia - łóżko, pusta szafa i stolik - nic poza tym. Stanąłem przed oknem, widzę że Alex dalej jest uwiązany. Stałem tak, a uczucie bycia obserwowanym wzrastało, czułem, że nie byłem sam w tym pokoju.
W momencie się w tym utrwaliłem, gdy poczułem, a jednocześnie usłyszałem czyjś oddech za prawym uchem. Zrobiło mi się duszno i nie do końca wiedziałem jak się zachować. Powietrze stawało się coraz cięższe i wtedy to zobaczyłem. Odbicie chłopca w szybie, stał dokładnie za mną, z prawej strony. Pod wpływem odruchu momentalnie się odwróciłem, ale jego nie było, mimo tego wiedziałem, że on tu jest. Przechodząc przez drzwi coś złapało mnie za rękę, mimo tego nic nie widziałem, ale uścisk był na tyle silny, że nie mogłem pójść dalej. Nagle poczułem okropny ból w krzyżu, był tak silny, że upadłem na ziemię. Nigdy w życiu nie czułem nic podobnego, na szczęście szybko ustąpił, tak samo jak uścisk. Wtedy usłyszałem krzyki Mike'a, nie zastanawiając się, wstałem i pobiegłem na dół. Na dole jednak nigdzie go nie widziałem, ale zobaczyłem kątem oka, że drzwi do piwnicy są otwarte. Od razu tam popędziłem i wtedy znowu usłyszałem głos chłopca "ciszej". Schodząc po schodach odniosłem wrażenie, głębokiego, panicznego strachu. Czułem, że jest tu coś więcej, coś potężniejszego i o wiele starszego. Nie wiem skąd znalazłem w sobie tyle odwagi, żeby zejść tam na dół. Panował tam niewyobrażalny mrok, wtedy zobaczyłem Mike'a leżącego na podłodze. Od razu chciałem go podnieść bo chyba stracił przytomność, nie dopuszczałem do głowy innej możliwości. Gdy go dotknąłem przeszły mnie dreszcze i znowu poczułem ogromny ból w krzyżu, towarzyszył temu potężny ryk nie z tego świata... Jest coś jeszcze. Gdy go dotknąłem, na ułamek sekundy mignęła mi przed oczami jakaś inna postać, pogrążona w wielkim mroku. Sam nie byłem pewny co widziałem, ale wiedziałem, że jest fatalnie... Otrząsnąłem się i jak najszybciej wyniosłem Mike'a z tego popapranego domu. Położyłem go przed domem, na szczęście żył. Odwiązałem Alex'a,a Mike'a wziąłem pod rękę i ruszyliśmy do reszty grupy. Jeszcze raz spojrzałem w stronę domu, a na werandzie stał ten chłopiec.

- Gdzie Wy byliście?! - krzyczy zdenerwowana Alice. - jest 18-nasta!
- No właśnie, martwiliśmy się! - powiedziała Nicole.
- Wywiało was na 7 godzin, co jest? - dodał Andrew.
Nie było wyjścia, musiałem im o wszystkim opowiedzieć... Ciężko to przyjęli, ale uwierzyli, tym bardziej, że odkąd Mike się obudził, stał się nieobecny. Nic nie mówił, siedział tylko na tarasie i patrzył w tamta stronę. Obwiniałem się o jego stan, to ja go namówiłem na wejście do tego cholernego domu.
-Nie wiem jak Wy, ale ja stąd spierdalam! Po tym co usłyszałam nie mam zamiaru tu zostać! - wydarła się Nicole.
- Popieram - wyjąkał Andrew.
- Chciałam tylko odpocząć i co z tego mam? - powiedziała płacząca Alice, przytulając Mike'a.
- Mike, co z Tobą? - zapytałem.
Niestety on dalej siedział w milczeniu.
- Dobra, zabieramy się stąd - oznajmiłem.
Wszyscy z wyjątkiem nie obecnego Mike'a poszli do domu spakować wszystkie rzeczy.
Po kilku minutach byliśmy gotowi.
- Alex! Nie widzieliście go? - zapytała Alice. -Alex!
- Dopiero co tu był - powiedział Andrew. - Alex!
- Alex!
Wyszliśmy przed dom i zauważyliśmy, że oprócz Alex'a, zniknął też Mike...
- Gdzie oni się podziali?! - krzyczała załamana Alice.
- Chyba wiem... - odparłem zasmucony.
- Pogięło Cię? Ja tam nie idę... -powiedziała Nicole, z wyraźnym przerażeniem w głosie.
- Chcesz to zostań tu sama - prowokował Andrew.
- Nie zostanę tu sama... - powiedziała ze łzami w oczach Nicole.
- Im szybciej go znajdziemy tym szybciej stąd pojedziemy, bez niego nie jadę! - oznajmiłem.

Była 21, a my po załadowaniu samochodu, poszliśmy w głąb lasu. Szkoda mi było dziewczyn, widziałem, że są przerażone, ale same nie chciały zostać, a i ja nie uważałem, żeby to był dobry pomysł. Idąc przez las w całkowitych ciemnościach nie byłem pewny czy idziemy w dobrą stronę, ale czułem też, że coś mnie ciągnie za sobą, prowadzi do tamtego domu. Parę razy widziałem tego chłopca między drzewami, patrzył na nas. Dało się usłyszeć ciche szczekanie Alex'a.
- Alex! Są tam! - krzyczała Alice, biegnąc w stronę z której słyszeliśmy psa.
- Czekaj Alice! - pobiegliśmy za nią.
Zniknęła nam z oczu, ale po chwili dotarliśmy przed dom. Alice klęczała na ziemi i wyła z rozpaczy. Gdy dołączyliśmy do niej, naszym oczom ukazał się Alex, z powykręcanymi łapami, tułowiem i głową... Szkoda, bardzo go lubiłem. Ku naszemu zdziwieniu, dalej słyszeliśmy jego ujadanie, ale dużo niższe i groźniejsze. Nagle drzwi od domu się otworzyły i dało się słyszeć tupanie, jakby ktoś szybko biegał po schodach. Szczekanie zmieniało się
w jeszcze niższe warczenie.
- Ja mam dość, nie chce tam wchodzić - płakała Alice. -Ale sama też nie chce zostać...
- Damy radę, chodźcie, trzeba znaleźć Mike'a. - powiedziałem, starając się utrzymać nas w jednej grupie.

Za drzwiami zauważyłem przebiegającego chłopca. Wchodząc na werandę odniosłem wrażenie, jakby już wszystko było w porządku, ale wiedziałem, że tak nie jest. Weszliśmy do środka, a atmosfera, która tu wcześniej panowała była sto razy gorsza, wszystkie odczucia były potrojone. Powiedziałem reszcie, żeby tu zaczekali i się nie ruszali, a ja pójdę na górę. Szybko ruszyłem do pokoju, nic nowego, wszystko to samo, dokładnie tak jak było. Wyjrzałem przez okno, byłem przerażony. Przed domem stał chłopiec, palcem przysłonił usta, pokazując ciszę. Co gorsza, kucnął i zaczął głaskać Alex'a, a ten ku mojemu niedowierzeniu opornie zaczął się podnosić. Dalej powykręcany, futro wypadało z niego garściami, nie posiadał już oczu tylko puste oczodoły, z głową obróconą o 180 stopni, usiadł obok chłopca i będąc głaskanym patrzył dokładnie na mnie, warcząc coraz to potężniej...
Nie wierzyłem, nie chciałem wierzyć, nie potrafiłem. Zszedłem na dół, wszyscy pytali "co się stało", bo nie ukrywam, było po mnie widać, że coś się stało. Powiedziałem, że to nic takiego, nie chcąc niepotrzebnie straszyć grupy.
- Steve, jak cię nie było drzwi się zamknęły, próbowałem je otworzyć, ale nic z tego... - mówił Andrew.
Nie miałem pojęcia co robić, widziałem, że reszta liczy na mnie.
- Wiem gdzie musimy iść, ale nie spodoba się wam to - powiedziałem, patrząc każdemu w oczy.
- A mamy inne wyjście? - zapytała szlochająca, roztrzęsiona Nicole.
Przecząco pokiwałem głową.

Otworzyłem drzwi od piwnicy, z wnętrza wydobył się ten sam ryk, zakończony czymś przypominającym powarkiwanie, grube i donośne. Towarzyszący temu silny powiew chłodu i wiatru sprawił, że cofnąłem się o krok. Dziewczyny zapiszczały, zacisnąłem zęby i zacząłem schodzić po schodach, reszta szła zaraz za mną. Nie było go tam, piwnica była pusta. Przeszukując piwnicę, w rogu, zauważyłem jakąś otwartą klapę. Pokazałem to reszcie.
- Nie, nie, nie... - płakała Alice.
- Musimy to zrobić - powiedziałem, pocieszając.

Andrew postanowił zejść pierwszy, po nim dziewczyny, a ja na końcu. Gdy zeszedł Andrew razem z Alice, Nicole się zbierała na to żeby zejść, Alice powiedziała:
- Tu na dole jest smycz Alex'a... co ona tutaj robi...
Zeszła Nicole, moja kolej, gdy miałem głowę na wysokości klapy, zobaczyłem, że chłopiec stoi nade mną, jednym palcem zasłaniał usta, drugą ręką mi pomachał, a klapa sama się zamknęła, przytrzaskując mi palce - spadłem na dół, trochę się poobijałem. Znaleźliśmy się w jakimś kompleksie korytarzy i pomieszczeń, przypominało to coś w rodzaju katakumb. Wszędzie leżały ludzkie kości, a ból w krzyżu na nowo się pojawił. Będąc na dole czuliśmy, że tracimy wolę życia, a labirynt zdawał się nie mieć końca. Błądząc pośród tuneli znowu dało się słyszeć szczekanie oraz głośne warczenie dochodzące zza pleców. Gdy się obejrzeliśmy, ujrzeliśmy, jakieś 20 metrów dalej, odmienionego Alex'a, który pewnym krokiem zmierzał w naszą stronę.
- Przecież Alex nie żyje! - wyjąkała Alice.
- Bo to już nie jest nasz Alex - odpowiedziałem.

Zaczęliśmy uciekać, po tym jak zwierzę, jeśli tak to można nazwać, ruszyło pełną parą w naszą stronę. Na nasze nieszczęście, pogubiliśmy się: ja i Nicole byliśmy razem, ale Alice i Andrew gdzieś zniknęli! Warczenie nie ustawało, a my byliśmy momentami w stanie zauważyć to czego się najbardziej obawiałem... myślę, że właśnie z tym czymś miał styczność Mike. Nie potrafiłem dostrzec szczegółów, ale wiem, że zjawa ta ledwo mieściła się, przeciskając między wysokimi na 3 metry tunelami. Mimo to było to strasznie chude, natomiast kończyny będąc w zasadzie samymi kośćmi były dłuższe niż ja. Byliśmy przerażeni do szpiku kości, a paraliżujący strach nie ustępował nam ani na krok. Przemierzając korytarze staraliśmy się odnaleźć naszych przyjaciół, co zdawało się być już niemożliwe, nawet jakby się nam to udało - czy zdołalibyśmy znaleźć drogę powrotną? Dotarliśmy do jakiegoś pomieszczenia, które zdawało się być ślepym zaułkiem, już mieliśmy zawrócić, gdy usłyszeliśmy czyjś oddech. To był Mike! Stał w kącie, patrząc się w ścianę, kamień spadł mi z serca. Starając się mówić do niego możliwie najciszej dostrzegłem, że dalej jest taki sam, nie było sensu rozmawiać z nim. Gdy go obróciłem moim oczom ukazał się widok z mojego koszmaru, Mike'a twarz była znacznie wydłużona i tak nienaturalnie wykręcona, że jego szczęka odstawała na dobre kilkadziesiąt centymetrów. Oczy były całe czarne, a powieki otwarte na tyle, że zdawał się ich wcale nie posiadać. Stał i patrzył na nas tak jakby patrzył w pustkę, nie dało się mu już pomóc. Z wielkim smutkiem zostawiliśmy go, a on ponownie odwrócił się i patrzył w ścianę. Nie przestawałem ani na chwilę pocieszać Nicole mimo, że sam straciłem już wszelką nadzieję. Krążenie po katakumbach zdawało się ciągnąć godzinami, w tym czasie dowiedzieliśmy się, że los Mike'a podzielił Andrew, Alice zapewne też.
- Steve, boje się - płakała Nicole.
- Damy radę, musimy - szeptałem, pozbawiony nadziei.

Ryki, jęki, wrzaski i wszelkie tego typu dźwięki już utkwiły w mojej głowie, za długo, za dużo się ich nasłuchałem. Znaleźliśmy schody, prowadziły jeszcze głębiej pod ziemię. Musiałem tam zejść, miałem przeczucie. Przeszukując komorę na dole znalazłem coś w rodzaju dziennika, a ostatnia zapisana w nim data wskazywała na rok 1734! Z dziennika dowiedziałem się, że w tym domu miały miejsce dziwne rytuały, rodzina mieszkająca tutaj straciła najmłodszego syna na skutek panującej zarazy. Nie mogąc się pogodzić z jego śmiercią, rodzice udali się do miejscowego kapłana. Chcąc wrócić synkowi życie, przywołali coś do naszego świata... pradawnego demona. Upiór zabił całą rodzinę, kilka lat później podczas wojny, żołnierze wykopali pod domem kompleks tuneli, aby móc się tam bronić przed napastnikami. Przed tym, nie potrafili się obronić.
- Nicole, chodź tu szybko! Patrz co znalazłem! - powiedziałem.
- Nicole? - nie reagowała.

Zniknęła. Zostałem sam. Musiałem się stąd wydostać za wszelką cenę. Ból w krzyżu zaczął narastać. Chciałem wyjść po schodach i wtedy to po mnie przyszło... twarz wydłużona na pół metra wpatrywała się we mnie. To nie miało oczu, całe oczodoły były wypełnione czernią, kilka martwych włosów zwisało z powykręcanej postaci. Strach tylko potęgował we mnie już dawno przekroczywszy granice ludzkiego pojmowania. Demon patrzył na mnie podchodząc coraz bliżej. Kiedy stanął przede mną, sięgałem mu zaledwie do pasa. Pochylił ku mnie swą pustą jak dziura twarz, poczułem chłód, ból w krzyżu przeminął tak jak i strach...

Rok później.
Szpital psychiatryczny im. Gordona Coopera w Californii.
Godzina: 20:36
Jeszcze tylko pół godziny, wreszcie pojadę na weekend do domu, tęsknię za rodziną. Tylko jeden pacjent i do szatni. Odkąd pojawił się w tym szpitalu, odkąd to ja go leczę - mam nocami dziwne koszmary i w ogóle się nie wysypiam, weekend w gronie najbliższych dobrze mi zrobi.
- Dzień dobry, jak się miewa nasz pacjent? - pytam pielęgniarkę.
- Bez zmian doktorze, stan fizyczny tylko się pogorszył - odpowiada, podając mi jego kartę.
- Aż tak? - mówię, przeglądając kartę.
Pokiwała głową.
- Lepiej do niego zajrzę
Udałem się do windy, następnie do prawego skrzydła, pokój 315, wkładam klucz, przekręcam i otwieram drzwi.
- Witam Panie Steven, jak się dzisiaj czujemy? - pytam.
Otwieram kartę i notuję. "Pacjent nadal nie rozmawia, ani nie odpowiada na zadawane mu pytania". Cóż za fatalny przypadek, współczuję temu człowiekowi. "Stan fizyczny wskazuje na brak możliwości dalszego funkcjonowania organizmu, z nieznanych przyczyn pacjent nadal żyje".
- To chyba tyle na dzisiaj panie Steven, do zobaczenia we wtorek.
Wtedy zauważyłem, że pacjent patrzy pod naprzeciwległe łóżko.
- Co tam widzisz Steven?
Milczał, jak zawsze.
Uklęknąłem i zajrzałem pod łóżko. Zaskoczył mnie widok małego chłopca, patrzącego mi prosto w oczy.
- Jak się tu dostałeś, mały? Mama wie gdzie jesteś?
- Ciszej... - odpowiedział.
Źródło: Własne.
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!