Lecą wróble

Dodane przez: sebastianb, 31.10.2016, 08:27
Reklama:
I

Lubiłem kosić trawnik przed domem. Żona nigdy nie musiała mnie do tego namawiać. Tłumaczyłem sobie, że daję tym upust swojemu umiłowaniu dla porządku, korzenie którego sięgały wczesnego dzieciństwa. Nie umiałem powiedzieć czemu, ale już wtedy lubiłem kiedy wszystko było na swoim miejscu, poodkurzane, wyprasowane, umyte, przycięte i nieodstające – ułożone w idealną kostkę. Później, będąc nastolatkiem, trochę mi przeszło, ale kiedy dorosłem ta przypadłość powróciła, że tak powiem, w rozsądnej formie, która nie czyniła za mnie niebezpiecznego świra. Teraz upajałem się widokiem kosiarki, połykającej kolejne centymetry trawnika, w którym źdźbła postanowiły naruszyć narzuconą mu, przy okazji poprzedniej pielęgnacji, harmonię i rosnąć w dowolnym kierunku, wprowadzając niedopuszczalny element chaosu. Oczywistym jest, że gdybym pozwolił na rozprzestrzenienie się tej roślinnej anarchii, po kilkunastu dniach, każdy przechodzień mógłby sięgnąć po przymiotnik „zapuszczony”, żeby opisać to, co widzi za płotem. Rzecz jasna, mojemu prywatnemu trawnikowi to nie groziło, a potwierdzeniem tego był ładnie przystrzyżony zielony kobierzec, którego kolejne fragmenty systematycznie wyłaniały się spod maszyny. Tak, koszenie sprawiało mi przyjemność, uspokajało mnie i pozwalało odpocząć, ale to właśnie wtedy usłyszałem coś, co zapoczątkowało zdarzenia mające zmienić moje życie w koszmar.

Skąpany w łagodnych promieniach porannego, letniego słońca, pozwalając myślom błądzić swobodnie, omal nie umarłem ze strachu, kiedy ktoś dotknął mojego ramienia i krzyknął mi wprost do ucha:

- Głu-cho-ta!

Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem żonę, Anię, która zaszła mnie od tyłu.

- Wy-łącz to! – krzyczała, kręcąc głową z dezaprobatą.

Upewniwszy się, że serce nie wyskoczyło mi z piersi, wcisnąłem na panelu sterowanie kosiarki przycisk „off”, a silnik posłusznie zamilkł, by dać się jeszcze ostatnie słowo coraz wolniej kręcącemu się ostrzu.

- Ale mnie wystraszyłaś – powiedziałem łapiąc się za serce. – Co się stało, no co też takiego się stało, że musisz mnie mordować?

- Był telefon do ciebie. Dzwoniła jakaś Sylwia. Powiedziała, że zmarła Monika i, że chciałbyś pewnie o tym wiedzieć – mówiąc to czyniła przerwy upewniając się, że nic jej nie umknęło.

- Sylwia, Sylwia? – powtarzałem w pamięci próbując odnaleźć właściwą osobę. – Jaka Sylwia?

- Nie wiem jaka Sylwia. Nie podała nazwiska, ale telefon był na pewno do ciebie, bo podała twoje.

Znałem kilka Sylwii i jedną czy dwie Moniki, jednak nie potrafiłem skojarzyć, czemu jedna miałaby dzwonić w sprawie śmierci drugiej. Krótko mówiąc, nic z tego nie rozumiałem.

- Hm – wydobyłem z siebie formując ustami kaczy dziób. – Nie wiem o kogo chodzi.

- Ta Sylwia, mówiła, że znasz ją z jakiegoś Świerklańca i, że wszystko wyjaśniła w mailu.

"Sylwia, Świerklaniec?". Takie połączenie dotyczyło tylko jednej kobiety w moim życiu.

- Słuchaj – zaciekawiła się żona – a to nie jest ta, o której mówiłeś mi, że kiedy chodziłeś do technikum…?

- Kurde, wychodzi na to, że tak – przerwałem jej zaskoczony tym odkryciem.

Widziałem w oczach Ani, że cała ta sprawa niezbyt zaczyna jej się podobać, a ja wiedziałem dokładnie dlaczego.

- Ale to było – tu zrobiła krótką przerwę na obliczenia – ze dwadzieścia lat temu – powiedziała.

- To samo sobie pomyślałem. Pozostaje też jeszcze jedna kwestia, a mianowicie kto to jest Monika? Wspominała coś?

- Wiesz, ta cała Sylwia sprawiała wrażenie roztrzęsionej, ale nie przypominam sobie, żeby wyjaśniała kim jest Monika.

Popatrzyłem na trawnik przed domem i oszacowałem, że zostało mi roboty na jakiś kwadrans.

- Wiesz co, dokończę tutaj i sprawdzę tego maila.

- Jak chcesz – odpowiedziała i poszła do domu.

Włączyłem kosiarkę i wróciłem wspomnieniami do czasów szkoły średniej, a konkretniej do momentu, kiedy poznałem Sylwię, niestety, za żadne skarby nie mogłem dojść do tego, kto to jest Monika. Nie dawało mi to spokoju więc szybko uporałem się z koszeniem, po czym schowałem sprzęt do garażu i po krótkiej wizycie w łazience udałem się na piętro, do mojego gabinetu, gdzie na biurku stał komputer.

- Idziesz przeczytać tego maila? – spytała żona, którą minąłem na korytarzu.

- Tak. Idziesz też?

- Na pewno chcesz, żebym to czytała?

- Cóż, nie mam tajemnic z tamtych czasów, o których bym ci nie powiedział.

- No, nie wiem – odpowiedziała wątpiąco mrużąc oczy.

- Daj spokój – zapewniłem i oboje wdrapaliśmy się po schodach na piętro.

Włączyłem komputer, wpisałem hasło i zaczekałem chwilę aż wszystko się uruchomi.

- Coś ci świta już, kto to ta Monika?

- Niestety – pokręciłem głową przecząco – czarna plama.

Widząc, że komputer jest gotowy, wszedłem do Internetu i otworzyłem swoją skrzynkę. Szybko odnalazłem mail o wszystko mówiącym temacie POGRZEB MONIKI. Kliknąłem na niego i od razu wyświetlił się tekst o niewiarygodnej treści:

--------
Witaj, Damianie,

Postaram się wyjaśnić wszystko w kilku zdaniach, bo jeśli zdecydujesz, że Cię ta sprawa nie interesuje, to nie będę zabierać Ci więcej czasu.

Nazywam się Sylwia Sładek. Poznaliśmy się w Rybniku, w lokalu Świerklaniec dokładnie dziewiętnaście lat temu, pamiętasz pewnie dobrze, bo takich rzeczy się nie zapomina. Widzisz, tamto spotkanie, które dla Ciebie było pewnie tylko epizodem, dla mnie miało dalsze konsekwencje, w postaci dziecka, Moniki.
--------

- Czy tu jest napisane to co jest napisane? – zapytałem z niedowierzaniem i spojrzałem na swoją połowicę, której wyraz twarzy mógłby służyć jako wzorzec zaskoczenia, gdyby taki chciano umieścić w Sèvres.

- Nieźle się zaczyna – stwierdziła żona.

Porażony treścią pierwszych zdań korespondencji zacząłem nerwowo podgryzać wewnętrzną stronę ust. Wiedziałem już, że dalsza część maila nie będzie łatwą lekturą. Wróciliśmy do czytania.

--------
Nie pytaj mnie dlaczego Ci nie powiedziałam, bo sprawa jest skomplikowana, chociaż dla mnie wypadki wtedy potoczyły się wspaniale. Wiesz, z jednej strony nie chciałam Ci o niczym mówić, a z drugiej zwyczajnie nie mogłam, bo wtedy wszystko bym zaprzepaściła. Nie wyobrażałam sobie też co ty, osiemnastolatek powiedziałbyś na taką nowinę. Stało się jak się stało i muszę uczciwie powiedzieć, że trochę Cie wykorzystałam. Z drugiej strony, Monika i mój mąż też nigdy nie dowiedzieli się prawdy. Dlaczego? Nie rozpisuję się na ten temat, bo nie wiem, czy wierzysz w to co napisałam do tej pory, a jeśli tak to służę informacjami (poniżej podaję mój numer telefonu).

Przejdę teraz do smutnej sprawy, otóż Monika i mój mąż zginęli w zeszłym tygodniu w wypadku samochodowym i, w związku z tym, piszę do Ciebie bo chciałabym, żebyś wiedział, że miałeś córkę. Sądziłam, że nigdy Ci o tym nie powiem, ale ostatnio o różnych sprawach myślę inaczej i postanowiłam do Ciebie napisać, żebyś jednak wiedział. Zapewniam, że nie chcę od Ciebie żadnych pieniędzy, ani wsparcia materialnego, co masz prawo podejrzewać. Rozumiem, ale przysięgam, że tak nie jest.

To tyle. Jeśli chciałbyś wziąć udział w pogrzebie informacje znajdziesz w linku poniżej, a jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej to dzwoń.

Z wyrazami szacunku,

Sylwia Sładek

P.S. Proszę, żeby treść tego listu pozostała między nami. Nikt, oprócz Ciebie i mnie nie wie o tej sprawie i pragnę, żeby tak pozostało.
--------

Kliknąłem na link dołączony do wiadomości, w którym widniała informacja, że nabożeństwo żałobne Roberta Sładka lat czterdzieści dziewięć i Moniki Sładek lat osiemnaście odbędzie się w kościele Matki Boskiej Bolesnej w Rybniku, dwudziestego dziewiątego lipca, o godzinie dziewiątej trzydzieści. Zgodnie z informacją, w liście był też numer telefonu, a oprócz tego do maila było dołączone jeszcze zdjęcie uśmiechniętej nastolatki, według informacji zawartych w mailu, mojej córki.

Przez chwilę panowała cisza, kiedy oboje gapiliśmy się na zdjęcie wypełniające ekran.

- O kurde – powiedziałem i opadłem na oparcie fotela. – Co ty na to?

- Myślisz, że to prawda, czy ktoś może ci robi jakiś kawał? – zapytała.

- Nie wiem – przeczesałem włosy. – Jeśli to kawał to niesmaczny. Musiałby to być chyba jakiś wariat.

- Albo wariatka.

- Racja, albo wariatka. Nie przypominam sobie jednak nikogo na tyle pierdolniętego, żeby zrobił coś takiego.

- Jeśli tak, to wiesz co to znaczy – zapytała żona.

- To znaczy, że mam dziecko, a raczej miałem… Daj spokój, przecież to…

- Niemożliwe? Przecież kiedyś mi opowiadałeś, że ją puknąłeś, nie?

- No tak, ale…

- Ale, ale, przecież wiesz skąd się biorą dzieci? – powiedziała podnosząc głos.

Ania patrzyła na mnie z wyrzutem, ale chyba szybko zrozumiała, że nie ma się o co wściekać, bo tamta historia wydarzyła się kilka lat przed tym, zanim ją poznałem.

- Zadzwonisz do niej? – zapytała.

- Muszę, nawet jeśli to jakiś kawał potrzebuję się upewnić. Znasz mnie, nie da mi to spokoju.

- Pewnie, dzwoń – powiedziała i dotknęła mojego ramienia, co było znakiem, że po wcześniejszym wybuchu nie pozostał już żaden ślad. – Zostawię cię, żebyś mógł porozmawiać z nią sam.

Kiedy zamknęła drzwi zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, czego dowiedziałem się przez ostatni kwadrans. Niby takie sytuacje się zdarzają, ale najczęściej wśród dalekich znajomych znajomych, lub głupawych programach telewizyjnych o durnowatych problemach, kręconych ku uciesze proli.

Mój organizm wyraził zapotrzebowanie na nikotynę, a więc wziąłem paczkę papierosów i wyszedłem na balkon. Zapaliłem, a stalowoszara wróżka zaczęła używać swoich czarów. "Po pierwsze, calm down…" Kolejne wdechy sprawiały, że zacząłem myśleć jasno. "Muszę zadzwonić do Sylwii, to pewne." Kolejny wdech i wydech. "O co ją właściwie spytam? Czy to prawda? No nie, to głupie. Zadzwonię i się zobaczy." Dokończyłem papierosa i wróciłem do biurka, po czym wziąłem telefon i wybrałem numer podany w mailu. Po chwili usłyszałem sygnał, a następnie kobiecy głos:

- Słucham?

Wahałem się, ale tylko przez moment.

- To ja, Damian. Dzwoniłaś do mnie dzisiaj, a oprócz tego wysłałaś mi wiadomość.

- Cześć, miło cię słyszeć – odpowiedziała zmęczonym głosem, który, jak się domyślałem był rezultatem ostatnich wydarzeń. – Bałam się, że nie zadzwonisz – wyznała.

- Czemu?

- Wiesz, założyłam, że cała ta historia musiała być dla ciebie przytłaczająca, a niewykluczone, że nawet w nią nie wierzysz.

- Przyznasz, że nie co dzień człowiek dowiaduje się takich rzeczy i trudno to wszystko ogarnąć. Najłatwiej chyba założyć, że to nieprawda.

- Rozumiem, ale… – tu jej głos się jakby zaciął, a ja dałbym głowę, że usłyszałem w tle szloch.

- Wszystko w porządku? – zainteresowałem się.

- Tak, już tak, jestem po prostu w rozsypce. Właściwie to zastanawiam się, po co informowałam cię o całej sprawie. Chyba nie myślę racjonalnie. Sama już nie wiem… – ostatnie zdanie powiedziała na wydechu głosem naznaczonym zrezygnowaniem.

- Może zadzwonię innym razem?

- Nie, nie, dam radę – zapewniła.

- Wiesz, w tym wszystkim najbardziej zastanawia mnie, że nigdy wcześniej nie próbowałaś się ze mną skontaktować.

- Sprawa jest dosyć złożona i wiem, że zasługujesz na wyjaśnienia, jestem ci to winna, po tym jak już zdecydowałam otworzyć te drzwi. Nie zrobię jednak tego przez telefon, daruj. Nie pytaj czemu, już tamten list kosztował mnie dużo sił, a mam teraz jeszcze inne sprawy na głowie. Skontaktowałam się z tobą bo w pewnej chwili doszłam do wniosku, że powinieneś się dowiedzieć, chociaż, jak już wspomniałam, nie wiem czy dobrze zrobiłam. Zapewniam, że odpowiem na każde twoje pytanie ale tylko wtedy, jeśli się zjawisz bo będę wiedziała, że mi wierzysz, że ci zależy. Wybacz, że jestem taka enigmatyczna, ale zwyczajnie…

Tym razem usłyszałem, że Sylwia płacze. Sam nie wiedziałem co powiedzieć.

- Już jestem – powiedziała po chwili.

- Wiesz, przykro mi z powodu twojej straty. Może to nie jest najlepszy moment. Chciałbym usłyszeć wszystkie szczegóły, jednak nie chcę zakłócać twojej żałoby. Co ty na to, żebym przyjechał innym razem? – zaproponowałem.

- Widzisz, nie będzie innego razu – tu zrobiła pauzę. – Po pogrzebie planuję wyjechać stąd za granicę i już nie wracać. Chcę się na zawsze odciąć od tego miejsca. Jeśli mi wierzysz przyjedź na pogrzeb, a jeśli nie to przepraszam, że cię niepokoiłam. Po prostu spróbuj zapomnieć o całej sprawie.

"Jasne, zapomnij. Dobre sobie."

- Muszę to przemyśleć bo zdajesz sobie sprawę, że spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba.

- Naturalnie – odpowiedziała.

- To chyba tyle. Trzymaj się dziewczyno. Dam ci znać, ok?

- Dobrze, dzięki – jej głos wyrażał zadowolenie, że postanowiłem wszystko przemyśleć, a nie od razu skreślać. – No to do usłyszenia, mam nadzieję.

- Do usłyszenia, cześć – odpowiedziałem i wcisnąłem przycisk kończący połączenie.

Oparłem się łokciami o blat biurka i dotknąłem kłykciami czoła. Dalej nic nie wiedziałem ponad to, co było w mailu. Nienawidziłem takich sytuacji i nigdy nie mogłem ich odpuścić. Nierozwiązana sprawa, która dotyczyła bezpośrednio mnie była niedopuszczalna. Wydawało mi się, że gdy usłyszałem, że wyjaśnienia mogę uzyskać tylko w Rybniku mój umysł podjął decyzję o wyjeździe, a teraz próbuje jedynie tę decyzję uargumentować. Wiedziałem, że jeśli nie pojadę, to do końca życia będę do tego wracał. Dziwne, ale poczułem też pewne podniecenie, jakby czekała mnie jakaś przygoda. "Rybnik." Od kiedy się stamtąd wyprowadziłem na Pomorze, byłem tam ze dwa razy. "Co też tam mogę zastać? Elektrownię, szpital dla obłąkanych, żużel, a może jadę pożegnać się z moją córką?" Znowu potrzebowałem zapalić.

Kiedy sięgałem po papierosy usłyszałem wchodzącą do gabinetu żonę.

- I co, dzwoniłeś?

- Tak i dalej nic nie wiem.

Wyszliśmy na balkon żeby oddać się niemodnej przyjemności dorosłych. W tym czasie streściłem Ani rozmowę telefoniczną i opowiedziałem o swoich rozterkach.

- Pojedziesz ze mną, nie?

- Kiedy?

- Pogrzeb jest pojutrze rano, więc żeby mieć pewność, jutro wieczorem musielibyśmy być na miejscu.

- Przykro mi, ale będziesz musiał to załatwić sam, bo ja przecież jadę na trzy dni do Francji, żeby…

- No jasne, kurwa mać, przecież ty masz wystawę – zakląłem z czego nie byłem dumny.

- Dasz chyba radę, co? – spytała żona.

- Chyba tak, jestem już duży – pozwoliłem sobie na słaby żart.

- Wierzysz tej Sylwii?

- Trudno powiedzieć, ale nie umiem pozwolić sobie na to, żeby nie dowiedzieć się co jest grane. Znasz mnie, miałbym tego pełen łeb przez lata.

- Wiem, wiem.

Dopaliliśmy papierosy w milczeniu. Po czym poszedłem do komputera, żeby zarezerwować hotel i sprawdzić najlepsze opcje dostania się do Rybnika. Po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw zdecydowałem się na pociąg.



II

Następnego dnia, po zjedzeniu śniadania, żona zawiozła mnie na dworzec kolejowy. Pożegnaliśmy się i już po kilkunastu minutach siedziałem w przedziale czekając na odjazd pociągu. W głowie toczyłem walkę, w której coś mi podpowiadało, żebym wysiadł i dał sobie spokój bo ktoś mnie nabiera, jednak nie umiałem znaleźć żadnego powodu, dlaczego ktoś miałby to robić. Rzecz jasna, była jeszcze druga ewentualność, może jechałem na pogrzeb córki, co mnie trochę przytłaczało. Nigdy nie chcieliśmy mieć z żoną dzieci, a tu nagle mogło się okazać, że jakieś sprokurowałem prawie dwie dekady temu, nic o tym nie wiedząc. Wszystkie te niewiadome musiały jednak poczekać kilkanaście godzin na wyjaśnienie. Póki co, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Nie mogłem się jednak skoncentrować na lekturze, bo moje myśli wędrowały gdzieś indziej, do miejsca i czasu, w którym to się zaczęło…


--------
Rybnik, maj, 1996 rok

Technikum, do którego uczęszczałem, znajdowało się w Rybniku. Żeby się tam dostać z mojej wioski, musiałem dojeżdżać dwoma autobusami. Najpierw PKS Godów – Wodzisław Śl, a następnie pospieszny, który był tylko takim z nazwy, linii Wodzisław Śl. – Rybnik, zwany popularnie erką. Mimo to, zawsze na PKS-ie byłem najwcześniej. Po przyjeździe przesiadywałem na dworcu czekając na kolegę, Orfeusza. Nie był to jednak dla mnie czas stracony, bowiem mogłem wtedy zjeść śniadanie, na które zabrakło czasu w domu, lub zwyczajnie pouczyć się do zajęć. Orfeusz, lub Oref, jak go nazywaliśmy, zjawiał się zawsze w okolicach ósmej trzydzieści i tak było też tamtego dnia.

Pochłonięty lekturą LALKI, zastanawiając się co też ten Wokulski ma we łbie, poczułem, że książka nagle wymyka mi się z rąk i ulatuje w powietrze.

- Co tam męczysz, gościu? – spytał Orfeusz po wydarciu działającej mi na nerwy powieści.

- Cześć! – przywitałem się.

- Olej to i tak Wokulski się rzuci pod pociąg – zdradził mi kolega wyraźnie zadowolony, czego nie ukrywał, szczerząc się do mnie.

- No dziękuję, kurwa, ja pierdolę, bardzo. Prus mi tu buduje napięcie, a ja już w połowie wszystko wiem. Czego rechoczesz, baranie? – spytałem widząc, że Orfeusz coś jeszcze ma w zanadrzu.

- Nie martw się, uratuje go taki jeden – usłyszałem, a zaraz potem mój rozbawiony kompan dał się zauważyć wszystkim w poczekalni dworca rycząc ze śmiechu.

Szczerze powiedziawszy, nie minęła dłuższa chwila i sam rozbawiony przyłączyłem się do niego nie wiedząc, czy to żart mnie tak rozbawił, czy też jego śmiech był zaraźliwy.

- Dobra, starczy już tych żartów, idziemy? – spytałem.

- Ok. Czekaj, kupię sobie jeszcze drożdżówkę bo stara nie spakowała mi śniadania.

Po chwili opuściliśmy budynek PKS-u, a Orfeusz od razu zapalił papierosa.

- Ile masz lekcji? – zapytał wypuszczając dym.

- Sześć. Mam też sprawdzian z materiałoznawstwa.

- Obkułeś się, bo Leśniak, ta stara pierdoła, nie popuszcza?

- Coś tam umiem – odpowiedziałem luzacko, nie przyznając się, że pilnie uczyłem się już od trzech dni.

Uszedłszy jakieś sto metrów, za wiaduktem kolejowym zauważyliśmy mijający nas autobus komunikacji miejskiej, który, chwilę później, zatrzymał się na przystanku. Sekundę po tym, jak usłyszeliśmy charakterystyczny syk otwieranych drzwi, wylała się z niego na chodnik grupa młodzieży, a między nimi nasz kolega, Artur. Pomachałem mu na znak, żeby poczekał co też uczynił. Kiedy doszliśmy do przystanku, zwyczajowo wymieniliśmy pozdrowienia.

- Ave Cezar. Jak tam?

- W porządku jest – odpowiedział Orfeusz po czym zaciągnął się po raz ostatni i zadeptał niedopałek.

- Cześć – również odpowiedziałem na wyrafinowane powitanie kolegi.

Ruszyliśmy w stronę szkoły.

- Archiwum X pooglądali wczoraj? – spytał Artur.

- Ba – odpowiedziałem. – Nie podobają mi się jednak te odcinki, w których nie ma rozwiązania, a tylko, że ktoś tam coś wie, ale nie powie, bo to będzie kosztowało go życie i ble, ble, ble. Wolę te, dotyczące szatana i diabłów.

- Mnie się tam podobało – rzekł Artur.

- Ta dupa, Scully, ci się podoba, to ci wszystko jedno o czym jest odcinek – podsumował Orfeusz i wszyscy zanieśliśmy się śmiechem.

Maszerowaliśmy tak jeszcze kilka minut, wymieniając wnikliwe spostrzeżenia dotyczące popularnego serialu, kiedy na horyzoncie pojawił się Grzesiek, kolega z klasy. Zaciekawił nas, bo szybko szedł nie do, a ze szkoły, nam zaś pokazywał ręką, że mamy zawracać. W końcu spotkaliśmy się, a zasapany Grzesiek pozdrowił nas w sposób typowy dla siebie:

- Cześć onaniści!

- Spierdalaj, pedale! – odparłem co wszyscy przyjęli z rozbawieniem. – A ty co, nie idziesz do budy?

- Słuchajcie, jest sprawa. Mój kumpel przyczaił się na emeryturę swojego dziadka. Nie pytajcie jak i co, w każdym razie ma kupę kasy i chce ją dzisiaj wydać na bal.

- Co? – spytał Artur przeciągając literę „o”, żeby wyrazić zdziwienie.

- A to, mózgu, że możemy dzisiaj iść w długą i nie martwić się o kasiorę – odpowiedział Grzegorz i puknął lekko Artura palcem wskazującym w czoło. – Mam się z nim spotkać za jakieś dwie godziny, to będzie – popatrzył na zegarek – o dziesiątej w Świerklańcu. Idziecie?

- Stary, ale ja nie znam człowieka. Zerwę się z lekcji, a potem okaże się, że to jakaś ściema – zmartwił się Orfeusz.

- Słuchaj – uspokajał Grzegorz – kiedy z nim wczoraj gadałem powiedziałem, że mogę przyjść, ale z kumplami, a on na to, że nie ma sprawy.

- To jakiś debil jest – zauważył Artur. – Jak ma kasę to niech se kupi gumową lalę bo mu chyba sperma uderzyła do głowy.

- Nie nudź. Koleś może jest postrzelony ale nieszkodliwy, słowo. Piszecie się na to, co?

Picie zamiast lekcji i to nie za swoje było bardzo kuszące, jednak ciągle mieliśmy obiekcje.

- Słuchaj, dziesiąta jest dopiero za ponad dwie godziny, może pójdziemy na dwie lekcje – zaproponowałem.

- Bo masz angla stary, co? – zapytał Orfeusz śmiejąc się szyderczo.

- „Ty w mojej klasie uczysz języka angielskiego” – wyrecytował kawałek piosenki KAZIKA Grzegorz.

- Fuck you! – odparłem rozbawiony chociaż mieli rację, podobała mi się Adrianna, nauczycielka mojego ulubionego przedmiotu.

- Wiecie co, może Damian ma rację? – wtrącił się Artur. – W końcu to dwie godziny, a Rybnik to nie Nowy Jork. Tu wszystko jest blisko.

- Senk ju wery, kurwa, dużo much – podziękowałem celowo spolszczając angielskie słowa.

- No dobra, zgodziła się reszta grupy i powędrowaliśmy do szkoły ciągnąc za nami nie do końca zadowolonego Grzegorza.

Dzwonek, oddzielający drugą lekcję angielskiego od przerwy, był dla nas sygnałem, że na tamten dzień szkoła się skończyła. Jak wystrzeleni z procy, udaliśmy się na wagary, nazywane wtedy „bułami”.

W owym czasie uczęszczaliśmy do różnych lokali w Rybniku. Warto tutaj wspomnieć o Tęczy, gdzie ozdoby sylwestrowy wisiały cały rok i trzydziestego pierwszego grudnia wystarczyło z nich tylko zetrzeć kurz i dopompować balony. W Tęczy zawiązaliśmy wiele przyjaźni na całe życie, które zazwyczaj trwały do momentu kiedy kończyliśmy pić. Czasami wpadaliśmy też do Ekspresu, ekskluzywnego baru, otwieranego już o szóstej rano, którego klientela rekrutowała się najczęściej z ludzi, którzy nie CHCĄ, ale MUSZĄ się napić. W tej knajpie tej nie należało szukać przyjaciół, a większość prób patrzenia nieznajomym w oczy kończyła się grzecznym zapytaniem „Chcesz, kurwa, wpierdol?” Jeśli chodzi o bar Świerklaniec, to aspirował on do lokalu o wyższej klasie, czyli stoliki, które się nie chwiały, z czystymi obrusami, bez wypalonych dziur po papierosach, białymi zasłonami w oknach i dwoma stołami bilardowymi. W środku była też wentylacja, eliminująca wszystkie niemiłe zapachy, typowe dla takich lokali. Przesiadywali tam najczęściej uczniowie szkół średnich i dorośli, którzy mieli trochę więcej kasy i nie chcieli się mieszać z motłochem w Ekspresie. Czasami można było tam spotkać fajnych ludzi.

Zdyszani zjawiliśmy się pod Świerklańcem około dziesiątej piętnaście.

- Mamy spóźnienie – zauważył Artur łapiąc oddech po biegu.

- Spoko, poczeka na nas – zapewniał wyluzowany Grzesiek. – Uprzedzałem, że możemy się spóźnić.

Kiedy nasza czwórka wdrapała się po schodach i wpadła do lokalu, który znajdował się na pierwszym piętrze, szybko wypatrzył nas jakiś chłopak i od razu wstał z krzesła, żeby się z nami przywitać.

- Czeeeeść! – zawołał nasz, jak się szybko okazało, sponsor. – Piwo? – zapytał i stwierdził jednocześnie.

Nie czekając na odpowiedź, pokazał barmance cztery palce, a ta znając doskonale ten starodawny kod używany w barach, zaczęła nalewać trunek. Podeszliśmy do stolika, a kolega Grzegorz zaczął rytuał powitania od przedstawienia nam naszego dobroczyńcy.

- To jest Jaro, a to Artur, Damian i Orfeusz.

- Część! – odpowiedzieliśmy w taki sposób jakbyśmy to wcześniej przećwiczyli, a następnie uzupełniliśmy powitanie podając sobie ręce.

- Siodejcie, siodejcie! Kurzicie? – zapytał po śląsku i podsunął leżącą na stoliku paczkę czerwonych Marlboro, którą zainteresował się tylko Orfeusz.

- My don’t palimy odpowiedział Artur, który najwyraźniej był jeszcze myślami na lekcji angielskiego.

No i zaczęło się picie, gadanie i picie, a potem bilard i dalej picie. W pewnym momencie w lokalu zrobiło się całkiem tłoczno i to nie z powodu dorosłych, a z powodu, mniej więcej, naszych rówieśników. Było bardzo miło. Alkohol szumiał w głowach, świat stawał się piękniejszy, a rozmowy coraz bardziej oświecone i dotyczące nieistotnych teraz spraw, które w tamtym czasie były dla nas najważniejsze na świecie.

Po trzecim piwie dyskusja przy stoliku zaczęła schodzić na żużel, co mnie i Orfeusza specjalnie nie interesowało, więc postanowiliśmy spróbować naszych sił w bilarda. Nie byliśmy mistrzami tej gry, lecz ilość etanolu w naszych organizmach wyposażyła nas w odpowiednią dawkę pewności siebie, żeby przystąpić do zmagań. Zacząłem dobrze, ale po kilkunastu minutach wyraźnie przestało mi wychodzić. Byłem rozkojarzony. Orfeusz szybko poznał powód spadku jakości mojej gry.

- Stary, jeszcze trochę się tam pogapisz i nie będziesz potrzebował kija do gry.

- Co? – zapytałem udając, że nie wiem o czym mówi.

- Jo grom z wygranym – powiedział Jaro, który nagle pojawił się przy stole.

- No to ze mną, bo Damian najwyraźniej nie może oderwać wzroku od tamtej dupy – powiedział Orfeusz i, jakby na potwierdzenie tego, beknął.

- Ooo, rychtyk fajno. Czekej, przikludza jom – a rzekłszy to poszedł do czarnowłosej dziewczyny, którą od jakiegoś czasu obserwowałem.

Po chwili czarna stała już przy naszym stole, a trochę podpity już Jaro, przedstawił nam ją.

- Koledzy, ta szykowno frela to je Sylwia, a to som Orfeusz i Darek.

- Hej – przywitała się z nami dziewczyna i oczarowała mnie bez reszty.

- Piwko, drina?

- Nie, dzięki – odpowiedziała.

- Czyli piwko – nie dawał za wygraną Jaro. – Synki?

- Jeśli będziesz taki dobry, to ja poproszę piwo – powiedziałem, próbując popisać się swoją elokwencją przed nowo poznaną dziewczyną.

- A jeszcze masz połowę – zauważył Orfeusz.

- Tak, ale to jest ta mniejsza połowa – odparłem bez namysłu i, kontynuując popisywanie się, wypiłem zawartość kufla za jednym razem. – Puste – powiedziałem zadowolony i zauważyłem, że Sylwia się uśmiecha.

Od tamtej chwili, cała moja uwaga skupiła się jedynie na dziewczynie, zapominając o reszcie chłopaków. Rozmawialiśmy, piliśmy, zagraliśmy nawet w bilard i w pewnym momencie poczułem, że zwyczajnie się do mnie przystawia. Częstotliwość otarć, głaskań, szeptów na ucho i sprośnych seksualnych dwuznaczności w oparach jej perfum, była tak duża, że zastanawiałem się co będzie dalej.

Upłynęło trochę czasu, a ja dalej dobrze bawiłem się z Sylwią jakby zapominając o świecie. Pamiętam, jak przez mgłę, że chłopaki żegnali się ze mną i w pewnym momencie stwierdziłem, że zostałem w knajpie tylko ja i ona. Wtedy, jakby trochę zniecierpliwiona, złapała mnie za rękę i szepnęła na ucho:

- Chodź.

Podniosłem z podłogi worek z książkami i, jak zahipnotyzowany, poszedłem za nią.

Świerklaniec nie miał ubikacji, połączonych z główną salą. Żeby się załatwić, trzeba było zejść po schodach i iść długim korytarzem, na końcu którego znajdowało się wielkie pomieszczenie, mieszczące dwie ogromne łazienki. Tam właśnie wepchnęła mnie Sylwia, a ja, po tym jak wpiła się w moje usta, już nie mogłem mieć wątpliwości o co jej chodzi. Zetknięci wargami, penetrując wnętrze swoich ust językiem, w opętanym tańcu żądzy dotarliśmy do, gwarantującej nam minimum prywatności, kabiny. Szczerze powiedziawszy, nie dbałem zbytnio o to, czy ktoś nas widzi, czy nie, gdyż napięcie było tak duże, że mogliśmy to zrobić na środku łazienki, nawet przy udziale publiczności. Weszliśmy jednak do kabiny, a Sylwia trzeźwo zamknęła drzwi, po czym zaczęła rozpinać mi spodnie, przez które manifestowałem swoją gotowość do akcji. W chwilę później siedziałem już na sedesie ze bokserkami wokół kostek, a Sylwia, u której podniecenie sięgało zenitu, dosiadła mnie. Łatwość, z jaką w nią wszedłem, nie pozostawiała wątpliwości, że wyczekiwała tej chwili już od dłuższego czasu. Kiedy nabrała płynności ruchów, złapała moje dłonie, spoczywające dotychczas na jej biodrach i zabrała je w erotyczną wyprawę, zaczynającą się od pośladków, poprzez wcięcie w tali, zahaczając o obłędny brzuch, by zatrzymać się na koronkowym staniku. Nie kłopocząc się rozpinaniem biustonosza, przesunąłem go, aż znalazł się pod jej szyją odsłaniając małe, zgrabne piersi zaostrzone twardymi jak skała sutkami, które próbowałem wziąć do ust, jednak agresywna postawa mojej kochanki mi to uniemożliwiała. Po kilku minutach, zdyszana szepnęła mi na ucho:

- Od tyłu.

Wstałem, uwolniłem jedną nogę ze spodni i z bokserek, żeby mieć swobodę ruchów i spełniłem jej życzenie. Klaskanie naszych rozochoconych ciał wypełniło pomieszczenie. Nie dało też rady powstrzymać jęków, co pod koniec zupełnie nas nie obchodziło.

Po wszystkim, spoceni i czerwoni na twarzach wyszliśmy, jak gdyby nigdy nic, z budynku.

- To cześć – powiedziała cmoknąwszy mnie w policzek i odeszła.

- Cześć – odparłem trochę oszołomiony.
--------


Więcej jej już nie widziałem. Zniknęła z mojego życia. Co więcej, alkohol i upływający czas zupełnie zamazały mi jej oblicze, a seks w toalecie pewnie został wyidealizowany. Jedyne, co wryło mi się w pamięć, to te czarne, długie włosy.

Był już późny wieczór, kiedy dotarłem do Rybnika. Chociaż zmęczony, postanowiłem nie brać taksówki, bowiem do hotelu miałem jakieś dwadzieścia minut piechotą. Chciałem rozprostować kości, a przy okazji zerknąć, jak miasto zmieniło się pod moją nieobecność. Wytaszczyłem małą walizkę na kółkach i udałem się w kierunku przejścia podziemnego. Po kilku minutach stanąłem pod tablicą WYJŚCIE NA MIASTO. Kiedy znalazłem się przed budynkiem, zadzwonił telefon. To była Sylwia.

- Cześć – przywitałem się. – Wiesz, jestem już w Rybniku i właśnie idę…

- Czy mógłbyś wpaść do mnie na chwilę? – przerwała mi.

- Właściwie to chciałem…

- Słuchaj, bardzo mi zależy, żebyś przyszedł. To ważne. Przepraszam, ale jutro nie będę miała już czasu, bo… – tu nastąpiła chwila milczenia gdzie dało się usłyszeć jak pociąga nosem, płacząc. – Po pogrzebie od razu wyjeżdżam. Bardzo bym chciała… Słuchaj, wiesz, nie chcę tego tak zostawić skoro już się pojawiłeś…

W jej głosie wyczułem cierpienie. Nie mogłem odmówić, chociaż nie do końca byłem zadowolony, licząc na odpoczynek po długiej podróży.

- Dobrze – zgodziłem się. – Gdzie mieszkasz?

Podała mi adres, a ja nie tracąc czasu, wgramoliłem się do jednej ze stojących przed dworcem taksówek i już po kilku minutach byłem w drodze. Szczerze powiedziawszy, ta sytuacja trochę mnie zaskoczyła bo myślałem, że porozmawiamy po pogrzebie, musiałem jednak dostosować się do jej prośby, bo za żadne skarby nie chciałem tego wyjazdu spisać na straty. "A może dobrze się stało. Może lepiej, że dowiem się wszystkiego już teraz."

Na miejsce dotarłem po kwadransie. Pod wskazanym adresem stał okazały dom, żeby nie powiedzieć pałacyk, z wysokim płotem i robiącą wrażenie, potężną kutą bramą. Zapłaciłem więc taksówkarzowi i ciągnąc za sobą bagaż, podszedłem do domofonu. Nie było tam żadnego nazwiska, a jedynie przycisk. "Pewnie mają służącego, który odbiera domofon." Już chciałem wcisnąć guzik, kiedy brama zaczęła się rozsuwać i mogłem bez przeszkód wejść na posesję. Zaraz potem zobaczyłem jakąś sylwetkę przed drzwiami wejściowymi. Mniemałem, że była to Sylwia.

- Część – powiedziała.

Jej wychudzona twarz naznaczona była bólem, a podkrążone oczy zdradzały, że niedawno płakała.

- Sylwia? Cześć!

Prawdę powiedziawszy, to zastanawiałem się, jakim cudem mogłem ją zapomnieć. Wyglądała tak, że na ulicy każdy facet chciałby chociaż ukradkiem na nią zerknąć. Doskonałe proporcje, niemodne wśród głodzących się wariatek zaokrąglenia, które naturalnie kojarzą się z owocami i ta twarz, pomimo tego, że trochę umęczona, co zrozumiałe, to śliczna. Zastanawiałem się jakim cudem mogłem ją zapomnieć. Czarne włosy jednak zniknęły, a zastąpiły je długie blond loki.

- Kawał czasu, nie? – spytała i podeszła, żeby się przywitać.

Otarłem się lekko o jej policzek. Pachniała perfumami przypominającymi kadzidło w kościele. Wszystko mówiącym gestem ręki zaprosiła mnie do domu. W tym natłoku wrażeń prawie zapomniałem co mnie sprowadzało.

- Słuchaj – zacząłem, kiedy byliśmy już w środku. – Przyjmij moje kondolencje z powodu swojej straty.

- Dziękuję – odpowiedziała i otarła chusteczką łzę, która pojawiła się pod jej okiem. Wiedziałem, że jeszcze pewnie usłyszę jej płacz dzisiaj.

- Chodź, zapraszam dalej. Może chcesz do łazienki? W końcu jesteś po podróży?

- Wiesz, chętnie umyję ręce – odpowiedziałem, a ona pokazała mi drogę.

Dom był ogromny i urządzony w stylu, który mówił, że jeśli coś można kupić za tysiąc złotych to poszukajmy czegoś za pięć tysięcy i ze złota. Ktoś, kogo było stać na coś takiego, nie trudnił się pracą w szkole.

Po kilku minutach pojawiłem się z powrotem w salonie.

- Już jestem.

- Napijesz się czegoś? – spytała.

- Wody, jeśli można. Straszny upał.

Kiedy dostałem szklankę pochłonąłem jej zawartość w mgnieniu oka.

- Jeszcze?

- Chętnie – odpowiedziałem z wdzięcznością.

Sylwia zaproponowała, żebym usiadł na sofie, na której i ona zajęła miejsce.

- Prawdę powiedziawszy, myślałam, że przyjedziesz z żoną. Przez telefon sprawiała wrażenie miłej, chętnie bym ją poznała.

- To tylko złudzenie bo jej nie znasz – zażartowałem i od razu tego pożałowałem biorąc pod uwagę okoliczności. – Niestety, Ania nie mogła przyjechać bo ma swoje obowiązki zawodowe.

Nie za bardzo wiedziałem, czy mam kontynuować temat żony, bo w normalnych warunkach gadałbym bez przerwy, jednak teraz sytuacja była daleka od normalnej. Zauważyłem wręcz, że siedziałem jakiś spięty, co mi się wcześniej nie zdarzało. Sylwia musiała to zważyć i bardzo szybko zareagowała.

- Może napijesz się czegoś mocniejszego, bo ja muszę sobie nalać? Pijesz whisky?

- Jasne, poproszę dużą.

- Lód?

- Nie dziękuje.

Drinki szybko znalazły się na stoliku przed sofą, a gdyby potrzebna była dolewka, koło nich pojawiła się cała butelka napoju przypominającego roztopiony bursztyn.

- To za spotkanie – powiedziała cicho, pociągnęła spory łyk i od razu pociągnęła nosem, a zaraz potem zaczęła szukać chusteczki. – Wybacz.

Ja też wlałem w siebie sporą ilość wiedząc, że bez tego wieczór może być trudny.

- Słuchaj, nie chciałbym być nachalny, ale o co tutaj chodzi. W końcu chciałaś żebym przyjechał – zapytałem, dając do zrozumienia, że jestem trochę zniecierpliwiony.

- Tak, masz rację – powiedziała i jakby pokazując, że bierze się w garść wytarła mokre oczy i uśmiechnęła się do mnie.

Pomimo tego, że miała cierpienie wypisane na twarzy, wyglądała diabelnie pociągająco. Pomyślałem, że niejeden facet mógłby wykorzystać tę rozbitą i szukającą wsparcia kobietę.

- Widzisz, młodo wyszłam za mąż. Robert pojawił się w moim życiu kiedy miałam szesnaście lat i zakochał się. Był ode mnie starszy o cztery lata i wtedy mi imponował. Wiesz, ja młoda licealistka, a on starszy gość, z masą pomysłów na życie. Pamiętam, że od zawsze czymś handlował i nigdy nie brakowało mu pieniędzy, co też mi się podobało, bo jeśli jemu nie brakowało pieniędzy, to mnie też. Bardzo mi to odpowiadało. Kiedy skończyłam liceum chciałam iść na studia jednak Robert odradzał mi to twierdząc, że to strata czasu, a zamiast studiów zaproponował mi pracę w jego firmie. W końcu dałam się przekonać, wmawiając sobie, że najwyżej na studia pójdę za rok, czy za dwa. Spodobało mi się jednak nowe życie i po roku nie miałam zamiaru rzucać tego w diabły, żeby się uczyć czegoś, co może mi się w ogóle nie przydać. W tym postanowieniu utwierdzał mnie obraz moich koleżanek, które czasem mijałam stojące na mrozie, kiedy czekały na autobus mający je zabrać do szkoły. Ja, w tamtym czasie, jeździłam już porządnym autem i nie miałam problemu z kasą. Kiedy skończyłam dwadzieścia jeden lat, pobraliśmy się z Robertem i wszystko się układało. Jak w jakiejś cholernej bajce.

Słuchałem tej historii i starałem się jakoś mnie w nią wcisnąć ale obawiałem się, że pojawię się później, co trochę mnie martwiło.

- Doleję ci – zaproponowała Sylwia widząc, że moja szklanka jest prawie pusta.

- Dobra, może jeszcze jednego – powiedziałem, udając wahanie.

- A więc – kontynuowała – żyliśmy sobie, a świat stał przed nami otworem. Pojawił się jednak problem, bo Robert zapragnął mieć dziecko. Nie, żebym miała coś przeciwko, wręcz przeciwnie. Jednak po kilku miesiącach prób okazało się, że nic nie wychodzi. Mąż stał się jakiś taki… jakby z niego uciekło życie, jakby stanął twarzą w twarz z czymś czego nie mógł zrozumieć i to go dobijało. Zaproponowałam, żebyśmy poszli się przebadać. Z początku, jak to chłop, nigdzie nie chciał iść, ale w końcu dał się namówić. Okazało się, że coś nie tak było z jego spermą. W skrócie, miał leniwych pływaków, a jedyne co lekarz poradził to próbować. Próbowaliśmy więc, jednak nic z tego nie wychodziło, a miesiące mijały. Zauważyłam, że Robert się zmienia, że uchodzi z niego energia. Zaczął częściej popijać i popadał w stany depresyjne. Kochaliśmy się coraz rzadziej. Nie chciałam patrzeć jak się stacza więc postanowiłam coś zrobić. I zrobiłam. Nie wiem, byłam, młoda, głupia i inne pomysły nie przychodziły mi do głowy, a wyglądało na to, że wszystkiego czego potrzebowałam, to zajść w ciążę. Postanowiłam zwyczajnie znaleźć dawcę spermy. Mój plan, jeśli można o takim mówić, przewidywał, że w czasie owulacji znajdę sobie jakiegoś młodziana, na szybki numerek, bez obaw, że się zakocha czy coś. Nie wiem, wtedy wydawało mi się to doskonałym planem. Dzisiaj wzięłabym wiele czynników pod uwagę i myślę, że nic by z tego nie wyszło, ale jak powiedziałam, byłam młoda i myślałam inaczej niż teraz. Nie dostrzegałam szaleństwa w tym wszystkim, chociaż to pewnie była bardziej desperacja. Reszty historii już się chyba domyślasz. Spotkałam ciebie i po dziewięciu miesiącach urodziłam Monikę.

- Skąd wiadomo, że ja jestem ojcem?

- To proste, po pierwsze, byłeś pierwszym z którym się, nie ma co ukrywać, puściłam.

- No, a może twojemu mężowi mogło się udać?

- Nie, w tamtym czasie nader często przychodził w stanie uniemożliwiającym mu zrobienie czegokolwiek. Był czas, kiedy nie dotykał mnie tygodniami. Jednak wyobraź sobie, że po mojej przygodzie z tobą, przyszedł bardzo rozochocony, ale też wybitnie pijany. Postanowił się jednak ze mną kochać i wiesz co? Zasnął w trakcie. Prawdę powiedziawszy, lepiej być nie mogło, bo rano powiedziałam mu, że zrobiliśmy to, chociaż z problemami. Uwierzył bez problemu. Kilka dni później stwierdziłam, że jestem w ciąży.

- Trudno w to wszystko uwierzyć, przyznasz? – stwierdziłem przeczesując włosy.

- Nie oczekuję, że w to uwierzysz. Chciałam tylko, żebyś o tym wiedział.

Tarłem nerwowo czoło, próbując to wszystko ogarnąć umysłem. Historia brzmiała tak sensacyjnie, a jednak nie można było powiedzieć, że jest niemożliwa.

- Opowiedz mi o swojej córce – poprosiłem, broniąc się jeszcze przed zaakceptowaniem tego co usłyszałem, jako prawdy

Sylwia sięgnęła po butelkę i bez pytania dolała mi alkoholu. Nie protestowałem. Chwyciłem szklankę i pochyliłem się do przodu opierając łokcie na udach, słuchając dalszej części opowieści o tym, jak to ich małżeństwo odrodziło się, jaką to Monika była wspaniałą córką. Przez cały czas czułem, jak zmęczenie podróżą i alkohol biorą w posiadanie moje ciało. Poczułem błogostan. Zauważyłem też, że niezbyt uważnie słucham Sylwii, kosztem coraz częstszego spoglądania na jej krągły biust, biodra i nogi. Cały czas też moje nozdrza wypełniał ten oszałamiający zapach perfum kojarzących mi się z kadzidłem w kościele. Minęło kilkadziesiąt minut, a Sylwia zakończyła na tym jak Monika i Robert zginęli, po czym rozkleiła się na dobre i zatopiła twarz w dłoniach. Nie wiedząc co robić, przysunąłem się do niej i przytuliłem ją szepcząc do ucha nic nie znaczące frazesy, że wszystko będzie dobrze. Nie mogłem się też pozbyć uczucia, że coraz bardziej jej pożądam. Niestety, nie czułem żadnego wstydu z tego powodu. Nie zauważyłem, kiedy przestałem być żonaty i pozbawiony jakiejkolwiek przyzwoitości, nie pozwalającej myśleć w ten sposób o łkającej wdowie, którą trzymałem w ramionach, której jędrne piersi czułem na sobie, której zapach mnie omamiał, którą pragnąłem zobaczyć nago. W pewnym momencie mój umysł przestał panować nad pierwotnymi odruchami i poczułem twardość w spodniach, a trzymając cały czas Sylwię w objęciach byłem pewien, że też to poczuła.

- Nie wiem, czy mogę cię o to prosić – powiedziała nieśmiało, wycierając nadgarstkiem łzy – ale… Nie, to głupie. Zapomnij.

- Śmiało, o co chciałaś mnie prosić – spytałem i słyszałem swój głos jakby z oddali.

- Czy mógłbyś dzisiaj zostać u mnie? Nie! Przepraszam, nie mogę cię o to prosić – rzekła i odsunęła się.

- Myślę, że najlepiej będzie jeśli już sobie pójdę. Wybacz – powiedziałem nie wierząc we własne deklaracje.

- Tak, oczywiście. Przepraszam jeszcze raz.

- Nie, nie przepraszaj, a w razie czego dzwoń, do mnie.

Złapałem się za uda dając znak, że chcę wstać i wtedy z jakiegoś powodu oświadczyłem.

- Wiesz, może zostanę jeszcze na chwilę, na jednego drinka?

Kiedy wypowiadałem te słowa, wiedziałem już, jak się skończy ten wieczór. Z jakiegoś powodu wszystko, co mogło temu przeszkodzić wydawało się być gdzieś daleko i nieważne.

- Chodź – powiedziała Sylwia i złapała mnie delikatnie za rękę ciągnąc w kierunku sofy.

Nagle poczułem, że już dość tego tańca godowego i chwyciłem jej dłoń, przejmując inicjatywę, a następnie przycisnąłem mocno do siebie, żeby zbliżyć swoje usta do jej. Sprawiała wrażenie, jakby tego oczekiwała i z taką samą energią zaczęła się ze mną całować. Pożeraliśmy się jakby to był nasz pierwszy raz, wydając się zapominać o wszystkich tajnikach seksu, które szlifowaliśmy ze swoimi partnerami przez lata. Do diabła poszła cała czułość i znajomość ciała. Ogarnął nas atawistyczny szał, w którym chodziło o to, żeby zgasić palący nas ogień i dokładnie to zrobiliśmy, a potem jeszcze raz by ostatecznie paść wycieńczeni. Dalszych wydarzeń nie pamiętam bo prawdopodobnie zasnąłem zmordowany.

Obudziło mnie silne, lipcowe słońce, które oślepiało mnie, swym późno porannym blaskiem. Czułem, że w głowie właśnie ktoś mi przepędza mustangi. Rzuciłem okiem na zegar i już wiedziałem, że spóźniłem się na pogrzeb. Powoli też, zaczęły wracać do mnie wydarzenia ostatniej nocy. "Kurwa mać. Zdradziłem Anię. Jak to się stało." Ból głowy stał się nie do zniesienia.

- O żesz, kurwa mać, co za debil! – zakląłem głośno, cedząc przez zęby.

- Właśnie – usłyszałem głos, kogoś, kto wychodził z kuchni z butelką wody. Z pewnością nie była to Sylwia.

Do pokoju wszedł, jak stwierdziłem po głosie, mężczyzna. Nie umiałem powiedzieć na pewno, gdyż na twarzy miał wenecką maskę karnawałową arlekina. Postawił upragniony przeze mnie napój na stole przede mną.

- Gdzie jest Sylwia? Co to za maskarada? – spytałem.

- Chodzi ci o tę blond kurewkę, którą posuwałeś w nocy? – spytał, a w mojej głowie Keith Moon zażył codzienną dawkę prochów, popił alkoholem i zaczął ćwiczyć grę.

- Słucham? Kim ty jesteś? – zapytałem, czując, że od nawału dziwnych informacji zbiera mi się na wymioty.

- Ja, widzisz, jestem twoim koszmarem. Jestem kimś, kto właśnie zniszczył ci życie – rzekł mężczyzna spokojnie jakby udało mu się dokonać czegoś bardzo ważnego.

- Co to ma być? Gadaj kim jesteś! – próbowałem zabrzmieć stanowczo, ale kac sprawiał, że każde słowo powiedziane głośniej mściło się na mnie tępym bólem.

- Nie martw się, kolego, wszystko ci powiem. Uprzedzam jednak, że jeśli będziesz chciał wywinąć jakiś numer to weź pod uwagę to, że moi przyjaciele biegają o wiele szybciej niż ty.

To powiedziawszy wyciągnął z kieszeni marynarki rewolwer.

- Spokojnie, człowieku – próbowałem ułagodzić sytuację podnosząc ręce do góry. – Z całą pewnością doszło tu do jakiegoś nieporozumienia.

Szczerze w to wierzyłem.

- O żadnym nieporozumieniu nie może być mowy, Damianie – usłyszałem.

- Widzisz, z chęcią wpakowałbym ci kulkę w łeb, ale sprawiłoby mi to tylko częściową satysfakcję, ja jednak jestem cierpliwy, a mojej cierpliwości dorównuje tylko moja chęć zemsty.

- O czym ty gadasz? Jaka zemsta? – ponaglałem go pytaniami bo cała ta teatralność zaczęła mnie irytować, a przez chwilę zapomniałem też o jego broni, co dodało mi animuszu.

- Będzie krótko, nie martw się. Żebyś wszystko dobrze zrozumiał to muszę odnieść się do tego, co ten kurwiszon, którego nazywasz Sylwią, ci naopowiadał. Na początku wyjaśnię ci, że Sylwia, Monika i Robert Sładek to wymyślona rodzina. Możesz sobie ich szukać i pewnie znajdziesz ludzi o podobnych nazwiskach ale nie powiązanych ze mną lub z tobą, więc nie zadawaj sobie nawet trudu. To co usłyszałeś, jest prawdą tylko częściowo, niestety, ta część, w której wystąpiłeś jest prawdziwa. Widzisz, dawno temu poślubiłem kobietę, młodą piękną i, wydawało mi się, że rozsądną. Oddałem jej wszystko, a co ona? Po roku życia w małżeństwie stwierdziła, że jest już znudzona i musi się wyszaleć. Pamiętam, że pokłóciliśmy się strasznie któregoś ranka i ona powiedział, że nie może na mnie patrzeć i musi wyjść. Byłem zdruzgotany, jako młody zakochany naiwniak myślałem, że skoro przysięgliśmy sobie miłość, przed ołtarzem, to będzie tak teraz do końca. Widzisz, jaki byłem zakochany? Żałosne, nie?

- Niekoniecznie – powiedziałem z braku lepszego komentarza.

- Cóż, ale stało się. Pożarliśmy się i ona wyszła z domu mówiąc, że idzie pobyć sama. No i poszła. Przyszła wieczorem, trochę cuchnąc alkoholem. Myślałem, że wszystko w porządku jednak kilka dni później mój znajomy, który przypadkiem znalazł się w pewnej ubikacji, opowiedział mi historię, w której występujesz, historię, w której pozwoliłeś sobie na to, żeby przelecieć czyjąś żonę.

- Stary, przecież ja nie wiedziałem.

- Stul dziób! – usłyszałem, a żeby mnie zdyscyplinować dłoń z rewolwerem powędrowała do góry. – Jak już mówiłem, kiedy dowiedziałem się, że rżnąłeś moją żonę obudziło się we mnie taka nienawiść, że chciałem iść i udusić cię gołymi rękami. Wynająłem detektywa, żeby dowiedział się o tobie jak najwięcej, a kiedy wiedziałem o tobie już wszystko, to nie spuszczałem cię z oka i postanowiłem, że zniszczę ci życie, tak jak ty mi zniszczyłeś.

- Poczekaj, to wszystko…

Rewolwer znów powędrował do góry.

- Na Sylwię nie mogłem już dłużej patrzeć i pozwoliłem jej się stoczyć, bawiąc się. Organizowałem jej alkohol prochy i podstawionych znajomych. Minął chyba rok i zostałem wdowcem. Dzień jej śmierci był najszczęśliwszym dniem mojego życia. Zabawne, do dnia kiedy dowiedziałem się o jej zdradzie myślałem o sobie jak o fajnym kolesiu, a tu niespodzianka. Popatrz jaki ze mnie zimny skurwysyn. Widzisz jaka przemiana z kochającego mężusia? Potem chciałem załatwić ciebie, ale przez długi czas coś tam studiowałeś, nikogo specjalnie nie miałeś i ogólnie rzecz ujmując, byłeś gołodupcem. Nie mogłem ci specjalnie czego zabrać. Jednak cały czas miałem cię na oku. Odłożyłem twoją sprawę na kilka lat. Któregoś ranka sprawdzam, a tu w galerii, w której akurat przebywałem widzę znajome nazwisko, twoje nazwisko należące do pięknej kobiety. Postanowiłem wrócić do tematu z przeszłości. Zleciłem poszukiwania i okazało się, że w ciągu kilku lat stałeś się dobrze sytuowanym człowiekiem z piękną żoną.

- Odpierdol się od mojej żony!

- Radzę ci się nie unosić bo zobaczysz jak to jest mieć przestrzelone kolano!

Ten argument odniósł skutek.

- To już właściwie koniec. Wymyśliłem plan zwabienia cię tutaj, zdobycia kluczy do domu na sprzedaż, spojenia koktajlem, po którym nawet Papież Franciszek nie odmówiłby sobie przyjemności z taką gwiazdą burdeli jak, nazwijmy ją Sylwia i tyle.

- Co?

- A to, że sprawdź sobie maila.

Patrząc na mojego rozmówcę rozejrzałem się po pokoju szukając spodni, które w czasie wczorajszej szamotaniny musiałem gdzieś wyrzucić. Leżały koło sofy. Podniosłem je i wyciągnąłem smartfon. Po wpisaniu hasła zalogowałem się na poczcie, gdzie wśród kilku wiadomości była jedna o temacie RUCHANKO. Otworzyłem ją i zauważyłem, że były do niej dołączone zdjęcia. Nie było wątpliwości, że na zdjęciach byłem ja wczorajszej nocy w pozycjach, które nie pozostawiały żadnych wątpliwości, że uprawiam seks.

- Mam tego ze dwieście i jakieś pół godziny filmu – usłyszałem.

Miałem w głowie różne rzeczy, które chciałem teraz powiedzieć lub zrobić.

- Co masz zamiar z tym zrobić?

- Jeszcze nie wiem. Może wyślę to twoim znajomym, może umieszczę na jakimś portalu, a może wyślę twojej żonie.

- Ty draniu – krzyknąłem i chciałem rzucić się na niego.

- Te, te, te – powiedział pokazując na broń.

- Dobra, bądźmy rozsądni – próbowałem jakoś ratować sytuację. – Co mam zrobić, żebyś tego nikomu nie wysyłał?

- Zrobić? – zapytał szyderczo. – Nic nie możesz zrobić. Ty już swoje zrobiłeś, ale powiem ci coś. Pozwolę ci zdecydować, czy się tym pochwalić czy też zachowasz to w tajemnicy. Jeśli zdecydujesz się o tym opowiedzieć ryzykujesz, że twoje małżeństwo legnie w gruzach, a część znajomych się od ciebie odwróci, ale z drugiej strony może żonka ci wybaczy, a znajomi uznają za wyluzowanego gościa. Kto wie? Jest jeszcze trzecia opcja, możesz to wszystko zachować dla siebie, a ja dam ci słowo, że nikomu tego nie ujawnię. Mnie wystarczy, że będę widział jak zatrułem twoje życie.

- Dasz mi słowo? – zapytałem z niedowierzaniem.

- Obiecać nie grzech – odparł śmiejąc się. – Taki fajny ze mnie gość, Damianie. A teraz bywaj i życzę ci ciekawej reszty życia.

Kiedy tylko to powiedział wstał, żeby wyjść z pokoju. Wtedy postanowiłem spytać:

- To wszystko przez to, że twoja żona się puściła z jakimś uczniakiem? Przecież to nienormalne – zaryzykowałem stwierdzenie pamiętając, że ma broń.

Zatrzymał się i nie odwracając powiedział:

- A trzeba czegoś więcej?

Łamigłówka, którą mi pozostawił sprawiała, że moja głowa omal nie eksplodowała. Położyłem się na chwilę, żeby pomyśleć i po kilkunastu minutach zasnąłem.

Obudził mnie dzwonek telefonu. Sięgnąłem po niego i zobaczyłem, że to żona. Postanowiłem odpuścić i nie odebrałem bo nie miałem jeszcze strategii. Zauważyłem też trzy nieodebrane połączenia. Wszystkie od Ani. Musiałem jednak tak mocno spać, że nie słyszałem. Postanowiłem napisać wiadomość, żeby się nie martwiła (Nie mogę teraz odebrać zadzwonię później, Nie martw się.). Bardzo szybko dostałem w odpowiedzi uśmiechniętą buźkę oraz zdanie (Czekam.). Po uspokojeniu żony musiałem podjąć jakieś decyzje. Kac mijał, jednak czułem się ciągle osłabiony. Wypiłem resztę wody z butelki, która stała na stole i przeszedłem po pokoju, żeby rozprostować kości. Myśli cały czas kręciły się wokół mojej żony. "Szkoda, że wczorajszej nocy nie myślałem o niej tak intensywnie." Karcąc się rozpatrywałem różne scenariusze. "Żyć w kłamstwie i strachu, że któregoś dnia moja żona dostanie anonimowego maila, w którym znajdzie zdjęcia męża posuwającego obcą babę, czy też przyznać się do wszystkiego i liczyć na wybaczenie." Przypomniało mi się, jak kiedyś powiedziałem jej, że gdybym ją zdradził to szybko bym jej to wygadał, bo nie umiałbym tego utrzymać w tajemnicy i to chyba była prawda. Skłaniałem się ku tej opcji, jednak cały czas coś nie dawało mi spokoju. Normalnie, nie szukałbym dla siebie usprawiedliwienia, jednak tym razem nie wszystko ode mnie zależało. Zostałem wrobiony. "Whisky!" Olśniło mnie. "Powiedział, że dostałem jakiś koktajl, który osłabił moją wolę. Gdzie ona jest." Na stole zobaczyłem butelkę, która była w jednej trzeciej pełna. W tej butelce zobaczyłem nadzieję. Niestety, wiązało się to z tym, że musiałem sprawę zgłosić na policję. Nie miałem wyjścia.


III

Kolejne dni były dla mnie okresem intensywnym, jednak wiedziałem, że podjąłem dobrą decyzję. Zdawałem sobie sprawę, że dużo ryzykuję, ale z drugiej strony nie umiałem sobie wyobrazić życia w strachu. Nie chciałem pozwolić temu szantażyście rozdawać karty. Postawiłem dużo, grałem ostro, przyjąłem wiele ciosów ale w końcu wszystko zaczęło wracać do normy. W skrócie, po tamtej nocy udałem się na policję, żeby złożyć zeznanie i zawiadomić o popełnieniu przestępstwa. Przyznam, że funkcjonariusz, z którym rozmawiałem, był tak zdumiony tą historią, że co jakiś czas dopytywał, czy na pewno dobrze usłyszał. Rozpoczęło się śledztwo, ale wkrótce okazało się, że ślad urywa się tam, gdzie się wszystko wydarzyło. Właścicielami domu okazali się bogu ducha winni ludzie, którzy wyjechali w podróż i o niczym nie wiedzieli, co więcej, po moim wyjeździe ktoś tam był i pozacierał wszystkie ślady. Stróże prawa mogli zaczepić się o dwie rzeczy, a były to rysopis kobiety, z którą spędziłem noc i oczywiście alkohol, którym mnie otępiono. Co do pierwszego śladu to nic nie znaleziono. Kobieta o tej powierzchowności nigdzie nie była notowana, a list gończy też niewiele dał. W sumie nie dziwiło mnie to bowiem peruka, dobry makijaż, mogą czynić cuda. Jeśli zaś chodzi o trunek, którym byłem raczony cały wieczór, to okazało się, że rzeczywiście zawiera on substancje, których działanie odpowiadało mojemu zachowaniu tamtego wieczora. Niestety, nie było to nic szczególnego bowiem coś takiego mógł przygotować każdy, kto miał Internet. Dla mnie jednak najważniejsze było to, że mogłem użyć tego argumentu w konfrontacji z żoną, a na tym najbardziej mi zależało. Szczerze powiedziawszy, na wyniki ekspertyz musiałem czekać kilka dni, a tak długo nie mogłem odwlekać mojego powrotu do domu. Założyłem jednak, że policja znajdzie to czego oczekiwałem w whisky i tak to miałem zamiar przedstawić Ani, grając va bank.

Pierwszą rozmowę z żoną odbyłem przez telefon. Powiedziałem jej tylko, że muszę zostać jeszcze dwa dni w Rybniku bo sytuacja się trochę skomplikowała i jestem potrzebny tu na miejscu. Oczywiście chciała wiedzieć co się stało, ja uparcie wykręcałem się od szczegółowych wyjaśnień, zapewniając ja, że nie powinna się martwić i za dwa, góra trzy dni wszystko jej wyjaśnię w domu. Wiedziałem, że w rozmowie z żoną będę musiał się bronić, bowiem, pomimo tego, ze padłem ofiarą spisku, to jednak na pierwszy plan wysuwała się moja zdrada. Bałem się, że gdybym powiedział jej o wszystkim przez telefon mogłaby nie chcieć słuchać dalej, a ja nie umiałbym z tym nic zrobić, szczególnie gdyby rzuciła słuchawką. W drugiej rozmowie telefonicznej zapewniłem ją, że już jadę do domu i wszystko jej wyjaśnię. Wracając do domu, układałem dziesiątki scenariuszy rozmowy i z żadnego nie byłem zadowolony, a to z powodu zmiennej, jakiej nie umiałem ustalić – reakcji żony.

- Cześć – powiedziała, kiedy wszedłem do domu.

- Hej – odpowiedziałem bez entuzjazmu i pocałowałem ją na powitanie jakby w obawie, że może to być ostatni raz kiedy dotykam jej ust.

- Brzmiałeś bardzo tajemniczo przez telefon i, szczerze powiedziawszy, było to trochę irytujące, kiedy mnie tak zbywałeś.

- Wiem, Aniu, ale stało się coś, czego nie chciałem objaśniać ci przez telefon. Najlepiej od razu wszystko ci opowiem bo strasznie mnie to męczy i już dłużej nie chcę czekać.

Ania od razu spoważniała wietrząc, że usłyszy coś, co z całą pewnością jej się nie spodoba. Kiedy usiedliśmy w kuchni opowiedziałem jej wszystko, bez prób wybielania się, jednak używając dużej ilości zdań w stronie biernej i uwypuklając wszystko co mogło działać na moją korzyść.

- Słucham? Gziłeś się z inną!? – spytała z niedowierzaniem, kiedy dotarłem do tego momentu.

- To nie koniec, wysłuchaj mnie proszę.

Żona sięgnęła w tym momencie po papierosa i zapaliła, a nie częstując mnie zrozumiałem, że wzbiera w niej gniew.

- Fajnie było? – zapytała i zaciągnęła się głęboko.

- To nie tak, posłuchaj… – łagodziłem sytuację, ale wiedziałem, że muszę dać chwilę Ani, żeby mogła trochę się uspokoić.

Nie uciekła. Bardzo mnie ucieszyło to spostrzeżenie, więc kontynuowałem. Obserwując ją zauważyłem, że kiedy historia zbliżała się ku końcowi jej stosunek do mnie się zmieniał, łagodniał. Pytała o szczegóły, chciała wiedzieć co na to policja i czy coś już wiedzą.

- To wszystko – powiedziałem. – Nie, czekaj, są jeszcze te zdjęcia i sięgnąłem po smartfon.

- Jeśli myślisz, że chcę je oglądać, to się mylisz. Chociaż nie, pokaż mi jakieś, gdzie widać jej twarz.

Posłusznie wykonałem prośbę i znalazłem jedną fotografię, na której klęczę za nią, a nasze twarze bardzo dobrze widać na jednym zdjęciu.

Kiedy pokazywałem tę fotografię, uświadomiłem sobie moc podanych mi specyfików, gdyż nie pamiętałem nikogo, kręcącego się tamtej nocy koło nas z aparatem.

- No, ładna ta twoja suczka – a powiedziawszy to wyszła z pokoju na podwórko.

- Kochanie, to nie tak… – powiedziałem tylko i opadłem na krzesło wiedząc, że z mojej strony zrobiłem już wszystko i jedyne co mi pozostało to tylko czekać pokornie, jak to przyjmie.

Zobaczyłem przez okno, że usiadła na ławeczce przed domem. Potrzebowała czasu, żeby to przemyśleć. Miała prawo do każdej reakcji i byłem na to przygotowany. Czułem ogromny ucisk w klatce piersiowej bowiem, chociaż wyznałem swoje grzechy to nie znałem jeszcze pokuty. Wiedząc, że już nic więcej nie mogłem zrobić postanowiłem się odświeżyć po podróży, a więc poczłapałem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Kiedy, owinięty w ręcznik otworzyłem drzwi, żeby udać się do sypialni po ubranie, za drzwiami stała Ania.

- Co się stało, to się nie odstanie. Wiem też, że nie okłamywałbyś mnie, jestem o tym przekonana. Zaufam ci, bo nie mogę uwierzyć, że przejechałeś całą Polskę za czymś co mogłeś mieć tutaj, gdzie małoletnie siksy ze swędzącymi cipami tylko czekają na podstarzałych sponsorów.

- Kochanie…

Próbowałem coś powiedzieć, ale szybko odkryłem, że ona nie chce ze mną rozmawiać, a jedynie przyszła wygłosić coś na kształt oświadczenia, po czym udała się do swojej pracowni, zamknęła drzwi i włączyła głośno muzykę. Mimo wszystko poczułem, że moja strategia wyjawienia prawdy przynosiła skutki. Poczułem jak schodzi ze mnie napięcie ostatnich dni, poczułem, że muszę się położyć. Zanim zasnąłem pomyślałem jeszcze o człowieku, który mnie w to wszystko wplątał. "Nie udało ci się, kutasie."

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że dalej uczestniczyłem w jego diabelskim planie.


IV

Czas mijał. Rybnicka przygoda stopniowo przestawała rządzić moim życiem. Od czasu do czasu kontaktowała się ze mną policja, pytając o to czy o tamto, jednak to wszystko. Moje małżeństwo także wyszło z tego cało, a odniosłem wrażenie, że było nawet lepiej niż wcześniej. To co się stało przedefiniowało moje stosunki z żoną. Wiedziałem, że mogę liczyć na Anię w trudnych sytuacjach, a i ja dowiedziałem się też czegoś o sobie, bowiem upewniłem się, że nie jestem kimś, kto w razie bałaganu, który sam narobił, szuka winnych, ale bierze odpowiedzialność na siebie. Z radością przyjąłem też fakt, że w naszym życiu erotycznym nastąpiła zmiana na lepsze. Nie narzekałem wcześniej, ale po tym wszystkim co nas spotkało, wstąpił w nas jakiś ogień. Odnosiłem wrażenie, jakby żona udowadniała mi, że mam w domu wszystko czego potrzebuję, a ja starałem się dawać Ani to na co zasługiwała w jakikolwiek sposób pragnęła. Krótko mówiąc, działo się dobrze. Pewnego dnia jednak zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem głos mojego kolegi, Krzysztofa, lekarza z zawodu.

- Cześć, Damianie. Krzysztof z tej strony.

- Cześć, Krzychu. Co jest?

- Wiesz co, musimy się spotkać i to pilnie.

- Brzmi poważnie – zmartwiłem się.

- Sprawa jest bardzo poważna. Kiedy możesz wpaść do mojego gabinetu?

- Właściwie zamknę tutaj jedną sprawę, wsiadam do samochodu i myślę, że za godzinę będę.

- Doskonale, czekam. Do zobaczenia.

- Na razie.

Zacząłem się zastanawiać o co może chodzić jednak szybko odłożyłem spekulacje na bok i wróciłem do pracy. Uporałem się ze swoimi obowiązkami w kwadrans, wskoczyłem w wyjściowe ubranie i już po pół godzinie siedziałem za kierownicą jadąc do znajomego.

- Witaj – powiedział Krzysztof, kiedy wszedłem do jego gabinetu i wskazał mi krzesło. – Siadaj.

- Cześć – odpowiedziałem. – Co to za nie cierpiąca zwłoki sprawa? – zapytałem

- Cóż… – Krzysztof wahał się i wtedy wiedziałem, że sprawa jest rzeczywiście poważna. – Nie najlepsze mam wieści.

- Straszysz mnie stary.

- Rozumiem, że nie szprycujesz się i nie tłuczesz się z ludźmi, w klatkach, gdzie krew tryska na lewo i prawo?

- No co ty – przeczuwałem, że usłyszę za chwilę coś strasznego.

- Spytam, w takim razie wprost, robisz jakieś skoki w bok?

- Co?

- Seks. Uprawiasz seks z kimś innym niż z Anią?

- Nie!

- A Ania, przepraszam, że o to pytam, ale może ona…

- Nawet tak nie żartuj, co ty chcesz mi powiedzieć?

- Widzisz, wyniki twojego ostatniego badania nie są najlepsze.

Zawsze bałem się tego momentu, kiedy lekarz przekaże mi taką wiadomość. Pogodzony z tym pragnąłem teraz tylko prawdy.

- Słucham.

- Jesteś seropozytywny. Masz wirusa HIV. Przykro mi. Proponuję ci …

Krzysztof mówił jeszcze jakiś czas jednak ja byłem już myślami w innym świecie. „Zatruję ci życie.”, to zdanie, które od razu przyszło mi do głowy i którego sens dopiero teraz do mnie dotarł. To zdanie wypowiedział człowiek w masce. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce, a gdybym patrzył na to wszystko jako widz, mógłbym wtedy docenić maestrię planu, w który dałem się wplątać. Mężczyzna w masce nigdy nie miał zamiaru mnie szantażować, on od początku chciał mi zniszczyć życie. Dziewczyna, z którą spędziłem noc w Rybniku była chora i mnie zaraziła, a ja wciągnięty w sprawę szantażu nawet nie pomyślałem o takiej ewentualności. Co więcej, żona wybaczając mi wszystko i wpuszczając mnie do łózka, też wydała na siebie wyrok. Zemsta się dokonała, a ja poczułem, że mój świat właśnie legł w gruzach.

Wróciłem do domu i opadłem na sofę zupełnie zdewastowany. Chciało mi się wyć, jednak nie myślałem wtedy o sobie. Po chwili usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi wejściowych i radosne powitanie Ani:

- Honey, I’m home.

Kiedy weszła do pokoju mina od razu jej zrzedła.

- Co się stało, wyglądasz jak śmierć?

Zaczął się ostatni akt, a gdzieś tam diabeł, który był kiedyś człowiekiem ze złamanym sercem, sycił się swoją zemstą.
Źródło: http://www.opowi.pl/leca-wroble-a11703/
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!