Psychoza

Dodane przez: spitterisglitter, 26.09.2017, 00:19
Reklama:
Ola wcale nie od tak dawna mieszkała tylko z mamą.

Agnieszka i Artur wzięli rozwód, po tym, gdy okazało się, że on zatajał przed mamą Oli i Olą swoją chorobę psychiczną. Ostatecznie wylądował w jakimś szpitalu psychiatrycznym, na zamkniętym oddziale. Był drugim mężem Agnieszki, tata Oli zmarł, gdy była mała. Ola nawet więc tego nie odczuła. Nie pamiętała go, nie tęskniła za nim. A swojego ojczyma, którego nazywała i tak tatą, całkiem lubiła, przynajmniej gdy była młodsza. Gdy wkroczyła w wiek nastoletni, zaczął ją trochę przerażać. Wydawał jej się dziwaczny, nawet nieco straszny. Gdy dowiedziała się o jego schizofrenii, nie mogła zrozumieć tej choroby. Mimo że trochę było jej przykro z powodu rozwodu, w duchu cieszyła się, że tak się to potoczyło.

Razem z mamą mieszkały w skromnie urządzonym, ale przestronnym domu, z podwórkiem i garażem. Kiedyś, gdy jeszcze mieszkali z Arturem, był z nimi pies, kundel wyglądający trochę jak owczarek niemiecki, znaleziony gdzieś na ulicy, przygarnięty i otoczony miłością. Ale zdechł parę lat przed rozwodem, zostały po nim tylko buda i klapa w drzwiach wejściowych, którą i tak po odejściu psa z czasem zamknięto na kłódkę. Teraz Ola trzymała u siebie w pokoju rybki i one jej wystarczały — śmierci kolejnego psa mogłaby nie przeżyć, a rybki… jakoś mniej dało się z nimi porozumieć, więc pewnie aż tak nie odczułaby ich odejścia.

Agnieszka po śmierci męża wpadła w depresję. Nie potrafiła sobie z tym poradzić. Nie uciekła jednak, na całe szczęście, do alkoholu, hazardu czy innego uzależnienia — wręcz przeciwnie, szukała realnej pomocy u specjalistów. Poszła do psychologa, a potem wróciła z nim do domu — wyszła za niego po paru latach, kiedy mężczyzna okazał się być idealnym wsparciem i cudownym facetem. Przez tych parę lat, zanim ona stała się jego żoną, starał się o nią i cierpliwie czekał, aż będzie gotowa ponownie się związać, zaś Olę zaakceptował i pokochał bezwarunkowo. Ironia jednak sprawiła, że psycholog, który pomógł tylu osobom, sam odkrył u siebie schizofrenię.

Ola była grzeczną córką. Dobrze się uczyła, a przynajmniej zawsze się starała. Pomagała w domu, a gdy miała wolny czas, wychodziła ze znajomymi. Zawsze wracała w określonych porach i nie kombinowała z alkoholem ani z innymi używkami (a tak przynajmniej wydawało się jej mamie). Była chętna do pomocy, miła, koleżeńska i z szacunkiem odnosiła się tak do bliskich osób, jak i nieznajomych. Nie sprawiała żadnych problemów.

Aż do czasu.

Zaczęło się niewinnie: Agnieszka zaczęła znajdywać w całym domu porozrzucane ubrania córki. Skarpetki, bieliznę, bluzki, spodnie. Czasem zdarzały się też inne rzeczy, jak książki, zeszyty, rachunki i inne drobne przedmioty. Agnieszka strofowała córkę, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Ola wypierała się, twierdziła, że te rzeczy czasem nawet tylko parę godzin wcześniej położyła w odpowiednim miejscu gdzieś u siebie w pokoju. Gdy mama pytała, jak wobec tego znalazły się w kuchni czy w jej sypialni, Ola nie umiała odpowiedzieć. Z czasem bałagan zaczął się tworzyć także w pokoju Oli i Ola również nie umiała tego wytłumaczyć. Wciąż powtarzała, że to nie ona. Sama była w dużym szoku, że to wszystko się dzieje. Nie umiała sobie tego poukładać w głowie. Zupełnie jakby w domu mieszkał jeszcze ktoś trzeci, jakaś złośliwa osobistość, która robiła wszystko po to, by zepsuć relację Oli z mamą. Ola jednak nie chciała — nie mogła — o swoich obawach powiedzieć mamie: to brzmiało zupełnie irracjonalnie i sama nie umiała uwierzyć w coś takiego. Zauważyłyby przecież, gdyby ktoś, ktokolwiek, chodził po domu. W końcu Ola sama siebie zaczęła przekonywać, że to jest zwykłe gapiostwo, że faktycznie zostawia rzeczy w zupełnie innych miejscach, niż jej się wydaje. Z czego to jednak mogło wynikać — sama nie wiedziała.

Później jednak było jeszcze gorzej. Agnieszka zorientowała się, że klapa dla psa w drzwiach wejściowych została otwarta, ktoś — Ola — zdjął kłódkę, której zresztą później nie można było znaleźć. Doszły do tego jeszcze inne drobne zniszczenia czy zniknięcia w domu — potłuczone talerze, które skrzętnie poukrywano gdzieś po kątach (Agnieszka przekonała się o nich, gdy pokaleczyła sobie stopy o kawałki porcelany), znikające baterie z pilotu do telewizora i innych drobnych sprzętów, notorycznie odłączana od prądu lodówka (co zmuszało Agnieszkę do ciągłego kupowania nowych produktów i płakania przy wyrzucaniu zmarnowanego jedzenia) i tym podobne. Jedyną możliwą winowajczynią była Ola, która nie miała pojęcia, jak to wszystko się działo. Jednak po tej fazie, gdy sądziła, że może to faktycznie jej roztargnienie, zaczęła się utwierdzać w odmiennym przekonaniu, w tej pierwszej myśli, która przyszła jej do głowy — ktoś jest w domu. Ktoś robi te wszystkie rzeczy, zrzucając winę na nią, po to, by skłócić ją z mamą albo by po prostu zamanifestować swoją obecność. I bała się, że w końcu ta osoba — lub istota — będzie chciała skrzywdzić ją albo mamę.

Agnieszka zaś dopiero po czasie zaczęła się obawiać. Zastanawiała się, dlaczego to się dzieje, i bała się, że może Ola nie ma już kontroli nad sobą. Bała się, że Oli może coś dolegać. Przez swoje doświadczenie w życiu z chorobami psychicznymi — ona cierpiąca z powodu depresji, mąż psycholog chory na schizofrenię — była wrażliwsza, widziała więcej i, w przeciwieństwie do większości ludzi w jej wieku, zauważała problem, jakim były choroby psychiczne. Nie wypierała tego wszystkiego, nie udawała, że to nie istnieje, a przede wszystkim nie uważała tego za coś, czego należy się wstydzić. Dlatego martwiła się o córkę, która parę razy, gdy Agnieszka zwracała jej uwagę, mówiła, że to nie ona — że to musiał być ktoś inny…

Agnieszka, w tajemnicy przed Olą, zaczęła konsultować się z psychologiem. Pytała, czy ta cała sytuacja u nich w domu, te wszystkie słowa Oli, to jej przekonanie, że to nie ona — czy to mogą być objawy jakiejś choroby psychicznej. Pani psycholog była bardzo miła i wyrozumiała. Widziała zatroskanie Agnieszki, poznała ją zresztą kiedyś, gdyż obie znały Artura, byłego męża Agnieszki. Agnieszka nie wiedziała już, co robić. A pani psycholog potraktowała ją absolutnie poważnie, poleciła monitorować sytuację, a gdyby cokolwiek się pogarszało — jak najszybciej przyprowadzić Olę.

A pogarszało się. Agnieszka zaczęła znajdować u Oli papierosy i alkohol. U Oli, która niemal w ogóle nie wychodziła na imprezy. Ola miała swoje za uszami, ale w życiu nie przyszłoby jej do głowy, żeby znosić jakiekolwiek używki do domu. Coraz bardziej zatracała się w swojej teorii, że ktoś jest w domu, ktoś ją kontroluje, ktoś chce im zaszkodzić. Zaczęła na noc, z braku zamka w drzwiach, zastawiać wejście do swojego pokoju i spała przy włączonym świetle. To znaczy, jeśli w ogóle spała. Z reguły bała się w nocy zamykać oczy. Czuwała. Czasem wychodziła z pokoju i pilnowała pokoju mamy, siedziała przy nim ze słoikiem, który zamierzała rozbić na głowie nieproszonego gościa — czy też już domownika? — i mama, kiedy w nocy się przebudzała i szła do łazienki czy do kuchni czegoś się napić, zaczynała odchodzić od zmysłów. Wiele nocy przepłakała, słuchając przesuwania szafy w pokoju Oli i widząc ją, błądzącą jak w transie po domu. Tym bardziej, że zachowanie Oli zmieniło się także w innej kwestii. Zrobiła się bardziej agresywna, nieufna, zwracała się do Agnieszki ostro, ordynarnie, miała wahania nastrojów: z bardzo zdystansowanej do otoczenia, apatycznej wręcz, robiła się bezbrzeżnie smutna albo wpadała w histerię. Zagłębiała się w tych wszystkich uczuciach do tego stopnia, że zaczęła opuszczać szkołę i zamykała się ciągle w pokoju, bo bała się przebywać sama, ale nie chciała też wychodzić do ludzi. A w głowie tymczasem układała sobie bardzo sprecyzowaną teorię, po co, jak i dlaczego. Gdy jednak mama ją o to wszystko pytała, odpowiadała wymijająco — o ile mówienie, że ktoś chce je zaatakować, to wymijająca odpowiedź.

To nie było coś, z czym Agnieszka mogła sobie poradzić. Bardzo obawiała się o córkę. Chciała dla niej jak najlepiej i dlatego właśnie zabrała ją do tej samej pani psycholog, z którą wcześniej się kontaktowała.
Pani psycholog poświęciła protestującej Oli sporo czasu. Ola jej nie ufała, nie chciała jej mówić wszystkiego. Wiedziała, że nie będzie potraktowana poważnie, bo mama nigdy nie traktowała jej słów poważnie. Ale pani psycholog była nieugięta: konsekwentnie powtarzała Oli, że nie ma się czego obawiać, że może jej wszystko opowiedzieć, że może jej zaufać. Zapewniała, że nie zamierza nikogo wyśmiewać.

W końcu, po wielu próbach, Ola pękła. Powiedziała wszystko, co uważa, wszystko, co zdążyła sobie poukładać.

Według niej więc ktoś przebywał w domu. Nie przez cały czas, nie chował się nigdzie w domu, w żadnym pokoju, prawdopodobnie przebywał gdzieś w pobliżu. Dostawał się do domu wtedy, gdy nikogo nie było, i nocami, gdy Ola z mamą spały. Robił te wszystkie rzeczy, robił bałagan w domu, niszczył sprzęty, chował rozmaite przedmioty, podrzucał używki do pokoju Oli, a wszystko po to, by mama przestała jej ufać, wszystko po to, by zwrócić Agnieszkę przeciw córce. Czyhał na jej życie, na życie ich obu, bo był psychopatą, który czerpał satysfakcję z tego, jaki zamęt siał w ich w życiu i jak bardzo nastawiał mamę przeciw córce.

Wszystko to opowiedziała śmiertelnie poważnie i po skończeniu swojego wywodu, cofnęła się na fotelu i przełknęła głośno ślinę. Czekała na reakcję pani psycholog.

A pani psycholog tylko grzecznie pokiwała głową, coś sobie zapisała i skończyło się na tym, że skierowała mamę i córkę do psychiatry.

Ola przed wizytą u psychiatry nie protestowała. Nie wiedziała, że tam idzie. Mama trochę zataiła przed nią prawdę, tak że Ola w sumie nie wiedziała, z kim ma do czynienia. Dopiero gdy usłyszała, że dla własnego bezpieczeństwa powinna trochę pobyć w szpitalu, wpadła w panikę. Jej najczęściej powtarzanym argumentem było to, że teraz ten tajemniczy gość — domownik — dopadnie mamę. Jednak Agnieszka wiedziała, że tak to w przypadku psychozy, jak i każdej innej choroby psychicznej bywa — chory wypiera swoją chorobę, twierdzi, że nie ma żadnego problemu. Dlatego ona działała za córkę. Przez chorobę straciła męża, który nie był w stanie poprawnie oceniać rzeczywistości, nie mogła teraz stracić też córki. Dlatego zgodziła się na jej tymczasowy pobyt w szpitalu i przyjmowanie leków.

Ola bardzo szybko dostała miejsce w szpitalu i Agnieszka, choć z bólem serca, pożegnała ją krótko i lakonicznie. Wiedziała, że i tak będzie ją odwiedzać codziennie. Nie potrafiłaby przeżyć ani dnia bez niej.

W domu, po odwiezieniu córki do szpitala, zastała ciszę i pustkę. Westchnęła ciężko, przestępując próg mieszkania. Nie podobało jej się to, ale zdawała sobie sprawę z tego, że obie muszą przez to przejść, by wszystko mogło wrócić do normalności.

Zdziwił ją nieco widok bukietu kwiatów: czerwonych i białych róż. Były skromnie, ale prześlicznie przystrojone, stały w wazonie na stole w kuchni, a obok nich leżał mały liścik, na którym zapisane było tylko jedno słowo: „dziękuję”.

Zastanawiała się, kiedy Ola znalazła czas na to, by wyjść do kwiaciarni — ona wyszła gdziekolwiek! — i kupić ten bukiet. Może zamówiła go prosto do domu? Niemniej jednak wzruszył Agnieszkę ten piękny gest ze strony córki. Przez cały czas bała się, że Ola ma jej to wszystko za złe, że nie zauważa, że to dla jej dobra, i serce jej pękało na myśl o tym, że Ola może być o to zła. Jaką jednak ulgę poczuła, gdy zrozumiała, że córka to wszystko dostrzega i docenia!

Nie wiedziała tylko jednak, że Ola wcale nie kupiła żadnych kwiatów. Nie wiedziała, że kwiaty kupił i postawił ktoś, kto od paru tygodni nie przebywał, jak powinien był, w szpitalu psychiatrycznym, a w budzie dla psa, która stała pusta na podwórku.

Nie wiedziała, jak bardzo się myliła, gdy myślała, że wszyscy pogodzili się z tym rozwodem.
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!