Na drewnianej ławce

Dodane przez: jellycat, 8.05.2015, 16:41
Reklama:
Beeep, beeep, beeep...

Na dźwięk budzika zerwałem się jak oparzony. Nerwowo spojrzałem na zegarek. Minęła chwila, nim zaspane oczy przyzwyczaiły się do jaskrawozielonych cyfr wyświetlacza. Była 5:25. Cholera, musiałem odruchowo nacisnąć drzemkę, kiedy zadzwonił pierwszy raz. W pośpiechu zacząłem wciągać na siebie jeansy i nieuprasowaną koszulę. Muszę darować sobie kawę, bo nie zdążę.
- Peter, dokąd znowu idziesz? – z zamyślenia wyrwał mnie słodki, lekko zachrypnięty głos Rose. Zielone tęczówki spojrzały na mnie spod rzęs. Wyglądała uroczo, gdy tak marszczyła w złości swój maleńki, zadarty nos.
– Śpij – szepnąłem, całując narzeczoną w czoło – muszę coś załatwić. Wiesz, sprawy… naukowe.
– Ty i te Twoje dziecinne wymysły, jeszcze z samego rana! – wymruczała niezadowolona, po czym naciągnęła kołdrę na głowę tak, że jej długie, ciemne loki całkiem zniknęły mi z oczu.
Moja sceptyczna Różyczka, która zwykła nazywać mnie wiecznym chłopcem i Piotrusiem panem. Byliśmy zupełnie różni, ale podobno przeciwieństwa się przyciągają. To chyba prawda, skoro jesteśmy parą niemalże od czasów przedszkola.

Pośpiesznie złapałem z biurka teczkę, włożyłem ją do plecaka i wybiegłem z domu, upewniając się wcześniej, że dokładnie zamknąłem za sobą drzwi. Na dworze panowała charakterystyczna dla tej pory roku szarówka. Modliłem się, aby autobus przyjechał na czas. Los chyba mi sprzyjał, bo mój transport był punktualnie. Rozsiadłem się na tylnych siedzeniach i drżącymi rękoma wyjąłem mapę z teczki. Prześledziłem jeszcze raz dokładnie wszystkie szlaki. Siedziałem nad tym cholerstwem kilka tygodni. Nie mogłem się pomylić. Za każdym razem, kiedy przyglądałem się planowi mojego miasta, miałem to samo nieprzyjemne uczucie. Ilość punktów, które zaznaczyłem, była tak ogromna, że sam nie mogę uwierzyć, jak ja sobie z tym wszystkim radzę. Fizyczne zmęczenie to nic takiego – jestem świeżo po 30, regularnie ćwiczę, biegam, dobrze się odżywiam – zawał mi nie grozi. Tylko przy takiej ilości „przygód” powinien już dawno zwariować albo wykitować. Tymczasem jakimś cudem nadal po tym wszystkim chodzę do pracy i w dodatku nikt nie bierze mnie za dziwaka. Specjalista IT, dobre sobie.
Zbliżał się mój przystanek, więc schowałem mapę i stanąłem przy wyjściu. Większość jadących ze mną osób sennie posuwała się do swoich miejsc pracy. Ja natomiast pobiegłem w kierunku jednego z miejskich parków. Spojrzałem na zegarek. 6:02 – serce tłukło mi jak oszalałe. Mam bardzo mało czasu, a nie jestem pewien, gdzie dokładnie pojawi się tym razem. Z duszą na ramieniu zacząłem przeczesywać alejki. Nadal było szaro i paskudnie, co dodatkowo potęgowało we mnie nieprzyjemne wrażenie. W końcu ją znalazłem. Stała kilkanaście kroków ode mnie, przy jednym z pomników w stylu „c**j-wie-co-autor-miał-na-myśli”. Tak, to musi być ona – po tylu razach poznaję ją bez cienia wątpliwości. Mała, drewniana ławka, pomalowana na biało. W niektórych miejscach farba schodzi z niej płatami, a jedna ze śrub mocno już zardzewiała. Za każdym razem wygląda dokładnie tak samo. Za każdym razem to gówno pojawia się gdzie indziej i muszę go szukać. Przyśpieszyłem nerwowo kroku, widząc zbliżającą się z drugiej strony niewysoką postać. Dziewczyna, wyraźnie lekko wstawiona i ledwo trzymająca równowagę na wysokich obcasach, beztrosko podążała w stronę białego cholerstwa. Oparła na nim dłonie, po czym jak długa rozłożyła się na jego deskach. No nie, znowu! Wiedziałem, że nie mogę teraz podnieść dziewczyny z ławki. Już raz próbowałem. Nie wiem dokładnie, jak ta drewniana pokraka to robi, ale podejrzewam, że ciało tamtej dziewczynki nadal jest w śpiączce. Bóg mi świadkiem, nie chciałem tego. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, czym tak do końca to świństwo jest i co potrafi.

Stanąłem za pobliskim drzewem, mając z niego dobry punkt obserwacyjny. Zacząłem przyglądać się pochrapującej, pijanej nastolatce. Czułem się jak jakiś napalony zwyrodnialec, ale nie miałem wyboru. Z duszą na ramieniu wyjąłem papiery. Może to nie ta, może ta mała jest zupełnie przypadkowym przechodniem. Już raz tak było – ławka odpuściła „niepasującemu” staruszkowi i czekała na właściwą ofiarę. Przecież każdy może usiąść na ławce w parku.

Śpiąca imprezowiczka mogła mieć nie więcej niż 19 lat. Chuda twarz, krótko ścięte blond włosy, wąskie usta, duże oczy i wydatny nos. Spojrzałem na starą fotografię, którą wydrukowałem z kartoteki zaginionych. Amanda Taylor, lat 17. Niewysoka, chuda blondynka o wielkich, niebieskich źrenicach. Podobne, podobne jak cholera. Nie ma mowy o pomyłce. Przerażony czekałem na bieg wydarzeń. Póki on nie ściągnie jej z ławki lub sama z niej nie zejdzie, nie mogę nic zrobić. Nie mogę jej dotknąć, zawołać, próbować ocucić szelestem liści. Wtedy już nigdy się nie obudzi. To czekanie i niepewność mnie kiedyś wykończy. Zwłaszcza, że czasem to trwa kilka godzin. A wystarczyło wcześniej wstać i nie pozwolić jej usiąść!

Cały wczorajszy wieczór poświęciłem na analizę historii Amandy, także tej niedostępnej dla mediów publicznych. Dziś mija kolejna rocznica od dnia jej zaginięcia i tym samym prawdopodobnej daty śmierci. Jej rodzice twierdzili, że wracała wtedy z urodzin koleżanki. Świadkowie widzieli, jak chwiejąc się, podążała w stronę parku. Wtedy po raz ostatni widziano ją też żywą. Do domu już nie dotarła. Jej ciało znaleziono kilka dni później po zgłoszeniu zaginięcia. Amanda leżała w płytkim, prowizorycznym grobie przy jednym z pomników. Spod niewielkiej warstwy ziemi wystawał palec z plastikowym pierścionkiem. Ciało było półnagie, mocno obite i pozbawione jednej piersi oraz oka. Na lewym udzie widniała olbrzymia, głęboka rana – ostatni świadek prób bronienia się ofiary. Usta dziewczyny zatkano garścią liści. Amanda prawdopodobnie jeszcze żyła, kiedy oprawca ją torturował i gwałcił. Mordercę dorwano siedem miesięcy później. Nienawidzę skurwiela, bo przyczynił się też do kilku innych moich „przygód” i dodał mi roboty z tym drewnianym świństwem.

Niczego nieświadoma blondyneczka drzemała niewinnie na ławce. Wyobraziłem sobie jej twarzyczkę pozbawioną oka, z liśćmi wystającymi z przerażonych ust. Oblał mnie zimny pot. Mimo stresu brak kawy dawał mi się we znaki, więc podparłem rękę na drzewie. Nagle do moich uszu dobiegł szelest łamanych gałęzi. Schowałem się za krzakami i zerknąłem w stronę, z której dobiegał dźwięk. Wśród pobliskich drzew majaczył zarys skradającej się postaci. Mała nadal spała. Poczułem ucisk w żołądku. Mężczyzna, chyba po czterdziestce, powoli zbliżył się do ławki. Był potężnej postury, twarz okrywał mu kilkudniowy zarost, oczy zasłonił daszek czapki. W okolicy, prócz mnie, żywej duszy. Już sam nie wiem, czy to dobrze czy jednak niekoniecznie. Dziewczyna zalotnie uśmiechnęła się przez sen, nadając całej sytuacji charakteru groteski. Żeby tylko ją ściągnął, zanim zrobi jej krzywdę… Starałem się oddychać jak najciszej. Facet podszedł do ławki i bezszelestnie usiadł na jej brzegu. Przez chwilę gładził nastolatkę po odsłoniętym ramieniu. Drugą ręką bawił się niedbale nożem. Zrzuć ją ty piekielny draniu, no dalej! Los jednak był głuchy na moje prośby. Morderca powoli zaczął wsuwać brudną dłoń pod spódniczkę dziewczyny, oblizując przy tym lubieżnie spękane wargi. Nawet z tej odległości widziałem, jak krok w jego spodniach unosi się wraz z każdym sapnięciem. Ze strachu i napięcia zaczęło kręcić mi się w głowie. Myślałem, że zemdleję, gdy nagle blondynka zaczęła trzepotać rzęsami. Nawet upojona pijackim snem szybko zdała sobie sprawę, co się dzieje. Zerwała się, próbując uciec, ale mężczyzna wbił jej w udo nóż. Ciszę rozdarł krzycz dziewczyny. Łzy napłynęły mi do oczu, nie miałem pojęcia co robić - czy zaryzykować możliwością śpiączki ofiary, czy jednak lepiej byłoby dla niej umrzeć? Oprawca złapał ją za nogi i próbował przyciągnąć do siebie, zbliżając nóż do jej twarzy. Nie mogłem na to patrzeć… Wtedy zdarzył się cud. W szamotaninie dziewczyna spadła z tej cholernej ławki. Spadła! Zerwałem się na równe nogi, adrenalina dodała mi skrzydeł. Podbiegłem do nich. Złapałem za rękę obleśnego faceta i próbowałem mu wyrwać ostrze. Był większy ode mnie, z łatwością mnie odepchnął i przywalił w twarz. Poczułem w ustach smak krwi. Mała, siedząc okrakiem na wilgotnej ziemi, przyglądała się wszystkiemu w szoku. Widać było, że sytuacja ją otrzeźwiła. Spomiędzy jej ud wypłynęła stróżka moczu.

– Uciekaj! – wrzasnąłem do niej. Zareagowała dopiero po chwili. Kulejąc na ranną nogę rzuciła się do ucieczki. Odetchnąłbym z ulgą, ale w tym momencie jej stręczyciel złapał mnie za kołnierz. Podciągnął mnie do góry, tak by móc spojrzeć mi w oczy. Ujrzałem to, co przed chwilą zasłaniał daszek - wielkie, nieludzko żółte ślepia. Do moich nozdrzy dostał się smród palonej gumy.
– Jeszcze się spotkamy, Dave. W końcu szczęście Cię opuści – wymamrotał w uśmiechu, pokazując olbrzymie kły.

Poczułem, że ucisk na mojej szyi ustępuje i z hukiem opadłem na ziemię. Rozejrzałem się dookoła. Ławka zniknęła, podobnie jak niedoszły gwałciciel.
– Mam na imię Peter, złamasie! – ryknąłem z tryumfem w powietrze.
Otrzepałem się z liści i przez chwilę próbowałem złapać oddech. Zerknąłem na zegarek. Rose zapewne już wstała, powinienem zbierać się do domu. Ten tryb życia jest w pewien sposób bardzo męczący. Kiedyś miałem czas na swoje pasje. Ale tak naprawdę to właśnie od niewinnego hobby wszystko się zaczęło. Nigdy nie przypuszczałbym, że z fotografa budzących się ptaków zmienię się w łowcę demonów z parkowej ławki.
Pamiętam pierwszy raz jak dziś. Robiłem zdjęcie skowronkowi, który przysiadł na krzaku. Pstryk. Obejrzałem na podglądzie aparatu zdjęcie, a potem jeszcze raz zerknąłem na miejsce, gdzie usiadł ptak. Sprzęt wypadł mi z dłoni. Obok krzaka stała ławka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przed chwilą na pewno jej nie było, co potwierdzało zrobione zdjęcie. Oblał mnie zimny pot. Przez moment przyglądałem się otoczeniu. Międzyczasie na ławeczce usiadła zmęczona porannym joggingiem ruda, młoda kobieta. Uśmiechnęła się do mnie zalotnie, więc zmieszany i ciągle zdumiony całą sytuacją, zacząłem się wycofywać. Dziewczyna odchyliła głowę w tył i przymknęła oczy. To prawdopodobnie ja byłem człowiekiem, który widział ją jako ostatni żywą. Tydzień po tym zdarzeniu znaleziono w parku ukryte w krzakach rozczłonkowane zwłoki rudej dwudziestotrzylatki. Zbrodnię porównywano do innego morderstwa sprzed kilku lat. Ogarnięty dziwnym przeczuciem pobiegłem do parku. Ławki nie było. Od tamtej pory zacząłem uważnie śledzić artykuły o dawnych i niedawnych zabójstwach. Wpadłem dość szybko na poszlaki, które do policji docierały wówczas w opóźnionym tempie. Potencjalne daty „świeżych” śmierci pokrywały się co do dnia i miesiąca „starych” morderstw. W dodatku ofiary wykazywały fizyczne podobieństwa i zostały pozbawione życia w niemalże identyczny sposób. Cóż mogłem zrobić? Nie mogłem o tym powiedzieć detektywom. Nawet jeśli uwierzyliby, że ktoś może mieć nierówno pod sufitem i próbuje powtarzać zbrodnie sprzed lat w ich rocznicę, to uznaliby mnie za świra, jeśli chodzi o znikającą ławkę. Nie mogłem stać bezczynnie, rozpocząłem więc śledztwo na własna rękę. Całe noce siedziałem nas planami i dokumentami. Starałem się utrudniać „ofiarom” dotarcie do miejsca ich potencjalnej śmierci – z reguły metodą na zmartwionego faceta, któremu uciekł pies. Zajęte szukaniem zwierzaka kobiety nawet nie zauważały jak ławka, na której miały usiąść, znika. Udało mi się zapobiec prawie wszystkim kolejnym morderstwom, choć nie każda akcja kończyła się stuprocentowym sukcesem. Nie rozszyfrowałem jednak jeszcze wielu rzeczy. Ławka pojawia się, przynajmniej z mojego punktu widzenia, w losową rocznicę. Może to być pierwsza, siódma, dwunasta. Nigdy tego nie wiem, więc na wszelki wypadek co roku jestem na miejscu zbrodni. Po drugie - nadal nie mam pojęcia, kim jest to monstrum naśladujące morderców. I po trzecie - nie znajduje powodu, dla którego nazywa mnie imieniem dziadka. Dziadek był zegarmistrzem, wciąż noszę na szczęście jego pozłacaną cebulę. Jeszcze nigdy nie byłem aż tak blisko tego demona. Nie wiem, czemu dziś mnie nie zabił. Ale on wie, że go śledzę. I z pewnością szuka sposobu, żeby utrudnić mi zadanie. Ale z tym sobie jakoś poradzę. Mam tylko nadzieję, że jeszcze długo uda mi się uniknąć rozpoznania przez służby policyjne, choć dzisiejsza blondynka może takowych problemów przysporzyć. Rose nie dałaby mi żyć.

Wsiadłem do tramwaju. Motorniczy dziwnie skrzywił się, patrząc na moją twarz. Odruchowo przejrzałem się w szybie. Nie dziwię się facetowi – miałem rozwaloną dolną wargę i wyglądałem jak szukający zaczepki zawadiaka. Zmęczony opadłem na siedzenie. Chcąc odreagować, wyciągnąłem z plecaka dokumenty. Za dwa dni czeka mnie następna wyprawa. Przejrzałem papiery i długo patrzyłem na kolejne zdjęcie. Uśmiechała się z niego śliczna trzydziestolatka o zielonych oczach. Jej ciemne loki seksownie opadały na ramiona. Kimberly Johnson, zamordowana czternaście lat temu w trakcie powrotu z nocnej zmiany w pracy. Ciało pozbawiono głowy, której nigdy nie odnaleziono.

– No cóż, Rose – pomyślałem głośno – w tym tygodniu postaram się wybić ci z głowy babskie eskapady po zmroku.
Źródło: własne
Oceń:
12
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!