Ultrafiolet

Dodane przez: andrzej niemowa, 22.05.2017, 21:38
Reklama:
Paczka była na tyle mała, że kurier zdołał wcisnąć ją do skrzynki na listy, nie troszcząc się nawet o pokwitowanie. Zawiniątko leżało teraz rozpakowane na moim biurku, ja zaś zniecierpliwiony dobierałem się do jego zawartości. Po chwili trzymałem w rękach niewielką latarkę ultrafioletową. Sukinsyny ze sklepu internetowego najwidoczniej zapomniały o gratisowych bateriach, ale i z tym szybko sobie poradziłem. Wsadziłem do wnętrza trzy paluszki i z satysfakcją nacisnąłem guzik. Urządzenie zaświeciło ciężkim, niebiesko-fioletowym światłem. Ekstra! Zabrałem się za testowanie jego możliwości. Przejechałem latarką po podłodze, meblach i innych elementach wyposażenia mojego pokoju. Ultrafioletowa poświata przekształcała niektóre barwy, nadając im jaskrawego tonu i fluorescencyjnego blasku, zadziwiając mnie całą gamą niespotykanych na co dzień odcieni i wariantów. Białe ściany nasycały się fioletową esencją, brązowe powierzchnie mebli nabierały zielonych tonacji, niektóre przedmioty zmieniały jakby swą fakturę. Papierowe ceny i przedmioty zawierające fluor wręcz emanowały silną, jaskrawożółtą łuną.

Widmo świetlne wydobywało nieznane mi dotąd domowe tajemnice. Sufit rozjarzył się plamkami, gdzie liczne komary dokonały żywota zgniecione ciśniętym w gniewie kapciem. Złote plamy wykwitły na podłodze w miejscach, gdzie ostatnio kot postanowił pozbyć się treści swojego żołądka. Im dłużej lustrowałem otoczenie, tym więcej syfu ukazywało się moim oczom. Drzwi do pokoju pokrywały żółto-zielone zacieki. Miałem teraz niezbity dowód, że cholerny zwierzak regularnie oznacza tu swoje terytorium mimo alternatywy w postaci kuwety. Szukałem kolejnych ciekawych odkryć. Gdy poświeciłem na swoją brudną bieliznę, ta natychmiast rozjarzyła się światłem niezliczonych plam i zdekonspirowała niewidzialne dotąd ślady wszelkich organicznych wydzielin. Niech to szlag, muszę w końcu zacząć przykładać większą wagę do higieny. Biegałem tak po całym mieszkaniu w poszukiwaniu dalszych sensacji. Gdyby jakimś cudem sanepid postanowił przeprowadzić kontrolę w mojej kuchni, miałbym srogo przerąbane. Niemal wszystko pokrywały fluorescencyjne plamy i zacieki. W jeszcze gorszym stanie była łazienka. Jeżeli byłbym podejrzany o morderstwo i policja postanowiła zrobić przeszukiwanie, to moja ubikacja byłaby z pewnością typowana jako miejsce zbrodni. Jeszcze przez długi czas chodziłem od kąta do kąta, podziwiając jaskrawe barwy niewidocznych zazwyczaj plam i zniekształcone kolory tkanin, mebli i ścian.

Po pewnym czasie znudziło mi się szukanie śladów moich małych grzeszków i zaniedbań czystości. Postanowiłem znaleźć ciekawsze zastosowanie dla mojej bajeranckiej latarki. Podobno bursztyny i niektóre minerały pod wpływem UV świecą luminescencyjnym światłem, jednak nie miałem akurat nic takiego pod ręką. Szybko wpadł mi do głowy ciekawy pomysł. Po co tropić własne brudy, skoro cudze są znacznie ciekawsze? Zamknąłem mieszkanie i poszedłem schodami na sam dół, by poszukać przygód w piwnicy.

Mieszkałem w ogromnym bloku w typie słynnego Przyczółka Grochowskiego. Było to paskudne i przytłaczające monstrum z wielkiej płyty; bezduszny, groteskowy moloch pamiętający jeszcze czasy gomułkowskie. Urbanistyczny bękart zbuntowanych architektów pokroju le Corbusiera i Hansena, za których brak wyobraźni pokutują teraz mieszkańcy betonowej dżungli. Zamysłem projektanta było stworzenie wspólnej i komfortowej przestrzeni dla wszystkich lokatorów, jednak utopijne mrzonki modernistów spotkały się tutaj z bolesną konfrontacją z realiami codziennego życia. Zielony teren dookoła przemienił się w zaniedbane zarośla i parkingi, małe i duszne mieszkania o identycznych rozmiarach sprzyjały szerzeniu się patologii i sprowadzały życie mieszkańców do nudnej rutyny. Labirynt schodów i korytarzy sięgający dziesiątego piętra spychał jednostkę do rangi owada w wielkim mrowisku, biernego i bezradnego wobec otaczającej go rzeczywistości. Zawsze uważałem, że architekt tego koszmarku powinien zostać za karę dożywotnio zamknięty w swoim ponurym dziele.

Pod blokiem rozciągały się rozległe piwnice. W przeciwieństwie do klatek schodowych były one połączone między sobą jednym głównym korytarzem, od którego odbiegały liczne odnogi i rozgałęzienia prowadzące do piwnicznych pomieszczeń przypisanych konkretnym mieszkaniom. Nie włączyłem światła, które zapewne i tak nie działało. Uruchomiłem latarkę i ruszyłem głównym korytarzem. W nozdrza uderzył mnie zapach wilgoci i stęchlizny, przeplatanej z aromatem zwierzęcego moczu i starego drewna. Ultrafioletowe światło nadawało brudnoszarym ścianom odcień jasnego błękitu, wydobywając ślady szczurzego moczu i drobnych zabrudzeń. Nie wiem, czego miałem się spodziewać, ale wycieczka przez ciemne podziemie sama w sobie była ciekawym przeżyciem. Długo kluczyłem po mrocznych korytarzach, słysząc jedynie własne kroki i przyświecając sobie na poszczególne drzwi, by między ich deskami dostrzec stosy starych mebli, popsute rowery i piętrzące się tekturowe pudła. Nic nie zwróciło szczególnie mojej uwagi, z wyjątkiem brudnego tapczanu z podejrzanie fosforyzującymi plamami. Straciłem rachubę czasu i coraz dalej zapuszczałem się w rozległym systemie podziemnym pomieszczeń. Po pewnym czasie zorientowałem się, że nie mam pojęcia, gdzie dokładnie jestem. Bok był długi i załamany w kilku miejscach, tak że główny korytarz kilkukrotnie zmieniał swoje położenie wobec licznych odnóg. Nie był to duży problem-w każdej chwili mogłem znaleźć najbliższą klatkę schodową i wyjść na dwór, by dotrzeć do swojej części budynku drogą naziemną. O ile oczywiście drzwi wejściowe od innych piwnic będą otwarte. W przeciwnym razie czekała mnie wędrówka w ciemnościach przez cały ten ciemny i śmierdzący labirynt.

Nie przejmowałem się jednak perspektywą powrotu, ta podziemna ekspedycja bowiem coraz bardziej mi się podobała. Nie przypuszczałem, że zwykły blok z wielkiej płyty może kryć w sobie tak obszerny ciąg podziemnych pomieszczeń. Rzadko schodziłem do piwnicy i nigdy nie zapuszczałem się tak daleko. Bo i po co? Teraz jednak chciałem odkryć, jak wiele zakamarków kryje się pod miejscem mojego codziennego życia. Wszedłem w boczny korytarz, skręciłem w lewo i znalazłem się w dziwnym pomieszczeniu. W przeciwieństwie do ograniczonych piwnicznych pomieszczeń, gdzie liczył się każdy metr kwadratowy, to zdawało się nie mieć żadnej konkretnej funkcji. Ruszyłem dalej, odkrywając, że puste pomieszczenie przechodzi w kolejne, gdzie odchodzą od niego inne korytarze i kolejne komory. Może to stare składy na węgiel? Na podłodze dostrzegłem porozbijane butelki. Zapewne dzieciaki ukrywały się tutaj na wagarach, pijąc tanie trunki i paląc papierosy. Wszędzie leżały pety i kapsle, latarka zaś odsłoniła ślady starych wymiocin. Miałem już ruszyć dalej, gdy coś przykuło moją uwagę. Podniosłem z ziemi butelkę po piwie i przyjrzałem się uważnie. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej marki. Napis na pożółkłej naklejce informował o dacie przydatności do spożycia: dziewiąty kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego. Butelka była więc trochę młodsza ode mnie. Ktokolwiek ją opróżnił i zostawił, ja w tym samym czasie dopiero uczyłem się mówić i chodzić. Odstawiłem artefakt i kontynuowałem wycieczkę.

Powietrze stawało się coraz chłodniejsze, a ja coraz bardziej dziwiłem się ogromem, jaki zajmowały piwnice. Teraz już kompletnie zgłupiałem. Mijałem pomieszczenia, które zdawały się nie mieć żadnego zastosowania. Nie były to ani magazyny na węgiel, ani pomieszczenia techniczne. Nie było żadnych przewodów ani oświetlenia. Cisza wręcz świdrowała moje uszy. Poświeciłem w głąb korytarza i aż wzdrygnąłem się z wrażenia. Fioletowy blask odsłaniał ciemny prostokąt na jego końcu, wyglądający jak wielkie drzwi rodem z wojennego okrętu. Powoli zbliżyłem się w ich kierunku i ze zdziwieniem podziwiałem to niespodziewane znalezisko. Wyglądało jak drzwi pancerne od atomowego bunkra, co zresztą tłumaczyło ich podziemne położenie. Słyszałem, że w czasach zimnej wojny powszechną praktyką było umieszczanie bunkrów pod szkołami, urzędami i domami mieszkalnymi. Jednak nie spodziewałem się czegoś takiego pod moim blokiem. Zadziwiające, ile tajemnic i niespodzianek może kryć pod sobą tak nudne i swojskie miejsce. Pośrodku drzwi wystawało okrągłe pokrętło przypominające wielki zawór, które jeszcze bardziej upodabniało całość do fragmentu żywcem wyciętego ze statku.

Postanowiłem otworzyć bunkier. To przecież nie jest zabronione, a nawet jeśli, to ciekawość była silniejsza od złych przeczuć. Zawór zaskrzypiał, jednak ustąpił pod naciskiem moich rąk zadziwiająco gładko. Pociągnąłem do siebie wyjątkowo ciężkie drzwi, ujawniające za sobą ciemny otwór w kształcie prostokąta o zaokrąglonych rogach. Zioną we mnie powiew stęchłego, zimnego powietrza. Po plecach przeszły mi ciarki i naraz ogarnęło mnie uczucie, że wchodzenie w nieznany podziemny świat nie jest dobrym pomysłem. Zignorowałem niepokój i wkroczyłem do środka, upewniając się wcześniej, że ciężkie wrota nie zatrzasną się, gdy będę wewnątrz.

Kroczyłem przez ciemne komory bunkra, oświetlając latarką puste i zakurzone pomieszczenia. W jednym z nich dostrzegłem wielkie urządzenie przypominające generator prądotwórczy. Wszystko w tym miejscu przesiąknięte było aurą starości i oraz niewytłumaczalnym poczuciem alienacji, było jak fragment starego i na wpół zapomnianego świata, który przetrwał w nienaruszonym stanie niczym mamut w lodowcu. Po chwili trafiłem do większego pokoju, gdzie dostrzegłem w mroku kilka łóżek, szafek i prostych mebli. Co dziwne, nie znalazłem do tej pory nic, co mogłoby uchodzić za podstawowe wyposażenie tego rodzaju obiektu – nie było tu charakterystycznych masek, zapasów żywności ani ochronnych kombinezonów. Cała ta sytuacja wywoływała we mnie coraz większy niepokój. Przeszedłem przez pomieszczenie i ujrzałem drzwi do następnego, jednak tym razem miały one większe rozmiary i zabezpieczone były pokrętłem, podobnie jak wejściowe. Moje ciało mówiło mi, że nie powinienem pozostawać ani chwili dłużej w tym dziwacznym miejscu. Coś mi mówiło, że najwyższa pora przerwać wycieczkę i wracać, jednak na zakończenie postanowiłem zbadać ostatnie, ukryte za pancernymi drzwiami pomieszczenie.

Przekręciłem zawór i z trudem otworzyłem wrota. Znów zionęło na mnie powietrze, jednak tym razem miało ono w sobie nutę dziwnego, nieprzyjemnego smrodu, jakby mieszanina ludzkich wydzielin z acetonem czy czymś podobnym. Poświeciłem w głąb komory i doznałem wielkiego zaskoczenia. Ściany wyłożone były miękką tkaniną o brudnobiałej barwie, zupełnie jak w izolatce jakiegoś szpitala dla umysłowo chorych. Tego było już zbyt wiele. Co to ma do diabła znaczyć? Izolatka w bunkrze? Co to, kurwa, American Horror Story? Tłumaczyłem sobie w myślach, że pokój bez klamek zapewne przewidziany był z myślą o chroniących się w bunkrze cywilach, gdyby któremuś z nich odwaliło czy coś takiego. Różne rzeczy mogą się przecież wydarzyć pod ziemią, a chyba lepiej mieć coś na wypadek, gdyby współtowarzysz okazał się furiatem.

Miałem już wychodzić, gdy strumień światła latarki natrafił na groteskowy kształt na podłodze. W pierwszym odruchu wrzasnąłem „O kurwa!” i odskoczyłem w tył. Przez chwilę byłem pewien, że w kącie pomieszczenia leżały ludzkie zwłoki. Odczekałem kilkanaście sekund dla uspokojenia i ponownie skierowałem światło na obiekt. Przyjrzałem mu się uważnie i po namyśle doszedłem do wniosku, że musi to być manekin, aczkolwiek o przerażającym wyglądzie. Ciężko mi go opisać, ale określenie „zdeformowany” będzie tutaj chyba najlepsze. Był wielkości niedużego człowieka, leżał w pozycji embrionalnej, przypominając skulonego gargulca wyrwanego z gzymsu gotyckiej katedry. Jego ciało, a raczej plastikowa powłoka, wyglądało na stopione czy zniekształcone przez temperaturę bądź ząb czasu, tak że proporcje uległy karykaturalnej zmianie. Jego łysa głowa miała napęczniały kształt niczym u dziecka z wodogłowiem. Twarzy, nie widziałem. Ręce lalki ułożone były między podkulonymi kolanami, jedna sprawiała wrażenie przerośniętej, pewnie w wyniku deformacji materiału, z którego była wykonana. Podobne odkształcenia widoczne były na garbatym karku i dziwnie powykrzywianych nogach. Powierzchnia manekina miała cielistą barwę i pokryta była łuską popękanej farby. Całość nasuwała skojarzenie z eksponatem rodem z gabinetu grozy – odrażającym i groteskowym, mimo pozornie ludzkiego kształtu.

Miałem wrażenie, że jestem w koszmarnym śnie. Nie byłem w stanie zebrać myśli, wiedziałem tylko, że muszę jak najprędzej stąd wyjść. Nie miałem ochoty przyglądać się bliżej monstrualnemu manekinowi ani zastanawiać się kto i w jakim celu umieścił go w tym ponurym miejscu. Wycofałem się do dużego pomieszczenia i ruszyłem w kierunku drzwi. Wtem snop światła zahaczył o dziwną plamę na podłodze, która rozjarzyła się fluorescencyjnym blaskiem. Podszedłem bliżej, zdziwiony, że nie dostrzegłem jej wcześniej. Plama sięgała nóg krzesła, na którym... O Boże.

Na krześle siedział trup. Zrobiło mi się słabo. Przez jeden moment podświadomie żywiłem nadzieję, że to tylko kolejny dziwaczny manekin, jednak nie byłem w stanie przeczyć faktom. Zwłoki musiały tu spoczywać od dziesiątek lat, zaschły bowiem wysuszone w upiornej pozycji z jedną ręką wiszącą bezwładnie ku ziemi, od której rozchodziła się plama krwi z podciętej żyły. Długo stałem zszokowany nad ciałem, aż w końcu dostrzegłem obok biurko i spoczywające na nim papiery. Fioletowy blask latarki odbijał się od kartek, rażąc mnie po oczach. Podniosłem pierwszą z brzegu i zacząłem czytać.


Nazywam się Andrzej Haller-Limanowski, urodzony 4 maja 1934 roku w Mińsku Mazowieckim. Spisuję te słowa w wierze, że pewnego dnia ujrzą one światło dzienne i odsłonią prawdę, za którą teraz płacę najwyższą cenę. Dla mnie nie ma już nadziei i pozostaje mi tylko modlić się o szybki i bezbolesny koniec. Jednak prawda owa, niezależnie jak przerażająca i niewiarygodna, powinna zostać ujawniona. Brak mi siły i atramentu na spisanie całej mojej historii w najdrobniejszych szczegółach, postaram się więc ująć ją w jak największym skrócie.

Jako architekt i urbanista przez wiele lat pracowałem z ramienia Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy w charakterze projektanta nowych osiedli mieszkaniowych. Wszystko zaczęło się w grudniu ubiegłego roku, to znaczy 1975. Do mojego biura zgłosiło się kilku nieznanych mi ludzi, których nazwiska pominę, jako iż najprawdopodobniej były fałszywe. Powierzyli mi do zrealizowania niecodzienne zlecenie. Miałem przekształcić standardowy cywilny bunkier w jednym z zaplanowanych przeze mnie wcześniej bloków według podanych przez nich założeń. Zdziwiłem się niepomiernie, czytając ich instrukcje, jednak przystąpiłem do działania. Bunkier miał zmienić swoje zastosowanie i służyć jako lokum dla jednej osoby, której niecodzienne potrzeby wkrótce mi przedstawiono. O tym, jak bardzo nieprzeciętny miał być lokator owego podziemnego apartamentu, postaram się krótko opowiedzieć.

Syn zastępcy obecnego sekretarza partii urodził się dotknięty tajemniczą chorobą, przez którą rodzina utrzymywała jego istnienie w tajemnicy. Powiedziano mi jedynie, że był to zespół zaburzeń rozwoju fizycznego i psychicznego, podobny do zespołu Proteusza, jednak połączony z szeregiem zupełnie innych objawów. Dziecko nie miało zdolności mowy i nigdy nie wskazywało jakiejkolwiek zainteresowania otoczeniem. Karmione było na siłę lub przy użyciu kroplówki. Jedynie w nocy czasem ożywiało się i zaczynało pełzać po pokoju, jak gdyby czegoś szukając. Nie posiadam wiedzy lekarskiej, powstrzymam się więc od zgadywania przyczyn i diagnozowania owego przypadku. Słyszałem, że jego ojciec pojechał nawet do Moskwy, by uzyskać zgodę na sprowadzenie zachodnich lekarzy. Oczywiście mu odmówiono. Stan dziecka wciąż się pogarszał. Z pewnych źródeł wiem natomiast, że szkaradny wygląd i autystyczne zachowanie było jedynie drobnostką w porównaniu do pozostałych anomalii w jego rozwoju. Człowiek, który widział je na własne oczy, przekazał mi potworne szczegóły, w które wówczas nie wierzyłem i uznałem za konfabulację. Teraz już wiem, że były one jak najbardziej prawdziwe.

Któregoś razu dziecko zapadło w letarg przypominający katatonię i pozostawało w nim przez sześć dni, do czasu, gdy zaatakowało pochylającą się nad nim pielęgniarkę. Nikt nie spodziewał się tak wielkiej siły i zajadłości drzemiącej w jego zniekształconym ciele. Biedaczka została ugryziona w szyję i trzeba było trzech krzepkich ludzi, by odczepić od niej potworka. Udało się oderwać napastnika. Razem z kawałkiem jej tętnicy szyjnej. Kobieta zmarła w drodze na salę operacyjną.

Po tym strasznym wydarzeniu stwora postanowiono przekazać pod opiekę psychiatrów z zakładu w Tworkach, gdzie umieszczony został w izolatce. Całą sprawę z jego śmiertelną ofiarą umiejętnie zatuszowano, żeby nie budzić skandalu kalającego wizerunek wicesekretarza i uniknąć paniki płynącej z samego faktu istnienia tak potwornej choroby. W zakładzie dziecko ponownie zapadło w katatonię i trwało w niej przez kilka miesięcy, żywiąc się jedynie zawartością kroplówki. Pewnego razu jednak w niewytłumaczalny sposób zniknęło ze swojej celi. Postawiono na nogi cały zakład i po kilku godzinach znaleziono je przy zwłokach jednego z pacjentów, który z powodu paraliżu dolnej części ciała nie był w stanie uciec. Określenie „przy zwłokach” nie jest do końca zgodne z prawdą. Znaleziono go W zwłokach, w których zrobił sobie coś na kształt legowiska, dostając się do środka przez ranę w brzuchu. Nie wyobrażam sobie, jak wielki musiał być szok pielęgniarzy, którzy odnaleźli martwego pacjenta na wózku z koszmarną dziurą w tułowiu, w której siedział ukryty uciekinier.

Nie wiem, jak od strony formalnoprawnej skończyła się ta sprawa, ale zdarzenie to było przyczyną powierzonego mi zadania. Miałem przekształcić jeden z licznych bunkrów w swoisty sejf na potwora. Zastanawiam się, czemu ojciec kreatury nie podjął decyzji o eutanazji, którą niezależnie od naszych przepisów prawnych mógł zorganizować. Był w końcu drugą osobą w kraju. Jednak rodzicielska miłość bądź inne względy sprawiły, że przeklęte dziecko postanowił pozostawić przy życiu. Mój projekt bunkra przewidywał specjalny system dostarczania mu żywności poprzez ruchomą taśmę biegnącą od jednego z mieszkań na parterze aż do jego izolatki, chronionej grubą warstwą żelbetu i dwoma pancernymi drzwiami. Nawet wybuch atomowy nie zdołałby skruszyć jego więzienia. Miał zapewniony dostęp do powietrza, wody i pokarmu, o ile to coś w ogóle potrzebuje regularnych posiłków. Jego stany letargu mogą trwać miesiącami, może nawet latami...


Przerwałem czytanie. Wszystko to docierało do mnie z opóźnieniem niczym fabuła filmu oglądanego po pijaku. Nie byłem w stanie myśleć racjonalnie. Zmusiłem się do dalszego czytania.


... Ten system miał utrzymać istotę przy życiu do czasu wynalezienia nowych leków lub terapii, ukrywając przed światem najbardziej odrażający kaprys matki natury, która zakpiła z wszelkich ustalonych przez samą siebie norm i obdarzyła ludzkość istotą, która w pełni zasługuje na miano potwora.

Mój błąd polegał na tym, że zapomniałem o jednym z podstawowych prawideł naszego niedoskonałego świata. Nie tylko potwory są potworami. Zapomniałem o tym, co człowiek może zrobić bliźniemu w obawie przed zdradą tajemnicy. Gdy wszystko było już gotowe, miałem dokonać ostatniej inspekcji. I wtedy te podstępne skurwysyny zatrzasnęły wrota. Miałem zabrać ich sekret do grobu, uwięziony w swoim własnym dziele.

Minęły dwa dni. Tak mi się przynajmniej wydaje. Konam z pragnienia. Nie ma tu zapasów wody ani jedzenia. Pozostała mi najwyżej doba, chyba że odnajdę jakieś źródło wody. I tak już po mnie. Żywy lub martwy, pozostanę tu przez całe lata. Słyszę skrobanie z izolatki. Istota jęczy i nieprzerwanie stuka w drzwi. Na szczęście mam przy sobie scyzoryk. Nie na nią. Na swój przegub. Jest 14 marca 1976 roku.


Długo wpatrywałem się bezmyślnie w list. Nagle usłyszałem dziwny odgłos. Chryste, izolatka! Nie zamknąłem jej. A jeśli to wszystko jest prawdą? A jeśli to się obudziło? Znowu kolejny odgłos. Skierowałem światło na wylot pomieszczenia i miałem już pewność. Z ciemności w moim kierunku pełzła zdeformowana istota, którą pochopnie uznałem za groteskowy manekin.
Źródło: Własne
Oceń:
17
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!