Chłopiec W Niebieskich Kaloszach

Dodane przez: mag litwor, 18.10.2014, 22:19
Reklama:
Spadając z dziesiątego piętra, człowieka nie ma zbyt wiele czasu na myślenie. Świat wokół przypomina przewijany film lub rozmazany obraz; sztalugę pozostawioną na deszczu przez roztargnionego artystę. Wszystko to, w połączeniu z bólem wewnętrznym i świadomością nieuchronnej śmierci, powoduje, że łzy cisną mi się do oczu. Nieraz pytałem świat, dlaczego jest taki niesprawiedliwy. Nie raz godzinami czekałem cierpliwie na odpowiedź, ponieważ sądziłem, że na nią zasługuję.
Dopiero kolejne ciosy zadawane przez los, spowodowały, że – przynajmniej w pewnym stopniu – oprzytomniałem. Zacząłem przypominać, unoszoną przez wodę piłkę plażową, która rusza tam, gdzie powiedzie ją fala.
Spowodowała to rozmowa z chłopcem o głosie dorosłego mężczyzny; spotkałem go w szare, niedzielne popołudnie. Stał oparty o mur, a strugi deszczu spływały po jego czole i skwierczały na skórze. Tlące się tuż za granicą oczu płomienie, oparły się na mnie. Twarz dzieciaka rozjaśnił uśmiech, na widok którego ja również rozciągnąłem usta.
- Piękna pogoda – rzekł i wyprostował rękę. Krople wpadały na nią i ulatywały w postaci pary. – Lubię deszcz. Powietrze jest wtedy takie rześkie.
Przełknąłem ślinę i podszedłem dwa kroki do przodu. Czarny płaszcz miałem całkiem przemoczony. Czułem, jak ciąży mi na barkach.
- Słońce jest lepsze. Daje światło, ciepło i ogrzewa każdego jednakowo. Spogląda na wszystko tak samo.
Chłopiec rozbiegł się i złączywszy nogi, wskoczył w kałużę. Woda rozlała się na wszystkie strony. Drogą przejechał samochód, przypominając mityczną bestię. Deszcz bębnił o jego karoserię, jakby nie podobał mu się fakt, iż w tak mokry dzień, ktoś może być suchy i cieszyć się ciepłym wnętrzem.
- Śmierć też przychodzi do każdego jednakowo. Nie liczy się dla niej, jak żyłeś. – Chłopiec bacznie mi się przyglądał.
- Nie… nie o to mi chodziło. Chciałem powiedzieć, że…
- Chciałeś powiedzieć, że ludzie powinni być jak słońce: nie oceniać, nie potępiać, nie wyśmiewać i w końcu spoglądać na każdego tak samo?
- Chyba… chyba tak – przyznałem, czując się cholernie głupio. Umoralniał mnie chłopiec mający może z dziesięć lat. Jednak jego aura, o ile istnieje coś takiego, powodowała, że nic mi nie przeszkadzało. Czułem się szczęśliwy. – Dlaczego nie pójdziesz do domu? Przemokłeś… rozchorujesz się i rodzice będą źli.
Chłopiec skierował twarz ku szaremu niebu. Przez jedno mrugnięcie oka wydawało mi się, że jest bardzo starym mężczyzną o twarzy wyrażającej smutek minionych lat.
- Każdy ma jakieś przeznaczenie. Nie ma sensu szarpać się z nim, ponieważ to z góry przegrana walka – odparł, wciąż otwierając twarz ku niebu. – Może moim jest umrzeć na zapalenie płuc w wieku dziesięciu lat? Dzięki temu rodzice postarają się o jeszcze jedno dziecko, które w przyszłości wymyśli lekarstwo na raka… Myślałeś kiedyś w ten sposób?
Nagle wydało mi się, że światło słoneczne przygasa. Świat zwolnił, przez co mogłem zobaczyć swe odwrócone odbicie, w każdej z przelatujących kropel. Ktoś wyszedł z mieszkania po drugiej stronie ulicy i trzymając aktówkę nad głową, przemknął do zaparkowanego mercedesa. Kilka minut później (choć w rzeczywistości zapewne były to sekundy) samochód otworzył świetliste źrenice i minąwszy rosnące przy drodze drzewo, ruszył przed siebie.
- Albo, dajmy na to, taki diabeł – ciągnął dalej chłopiec, rozrywając gęstniejącą masę, w którą zmienił się czas. Nie czekał na moją odpowiedź. Nie musiał. – Jest ucieleśnieniem zła. Panem ciemności i wrogiem ludzi. Upadłym aniołem, który z zazdrości o Boga, postanowił sprzeciwić się wszystkiemu, w co wierzył.... Tylko, czy on tak naprawdę miał wybór? Przecież od zawsze istniały dwie strony, które walczyły ze sobą.
- Chcesz usprawiedliwiać diabła?
- Gdyby słowa potrafiły coś zmienić, zapewne bym to zrobił – rzekł spokojnie. – Dzisiaj, teraz, moim celem jest uświadomienie ci, że nie istnieje sprawiedliwość. Nie ma rekompensaty za krzywdy, ani taryfy ulgowej dla inwalidów. Jest tylko los… los i przeznaczenie…
Przeznaczenie, które stanowi najpotężniejszą siłę we wszechświecie. Nikt, nawet Bóg, nie ominie go. Dlatego przyjmuj to, co jest ci pisane i nie oglądaj się za siebie – powiedział na koniec dziwny chłopiec w niebieskich kaloszach, z nadrukowanym nań symbolem aniołka. Następnie zniknął w alejce, podskakując wesoło. Bardzo chciałem za nim podążyć, ponieważ teraz znowu zostałem sam i dzień wrócił do swej smutnej, niedzielnej egzystencji.
Przestałem być szczęśliwy.
2
Nim dotarłem do kwiaciarni, deszcz przestał padać. Stało się to w jednej chwili, jakby ktoś zakręcił kurek w niebie. Nawet słońce znajdywało czasem lukę w szarej masie chmur i rzucało mi oślepiające spojrzenia ciepłych promieni. Z każdą chwilą na ulicach przybywało ludzi, którzy prowadzili psy na smyczy, bądź kierowali się do marketów na spacer i drobne zakupy.
Przestępując próg pomieszczenia wypełnionego kwiatami, wrzuciłem do ust musującego cukierka. Poczułem, jak wibruje mi na języku i wyobraziłem sobie miniaturowy telefon komórkowy. Ta wizja tak mnie rozbawiła, że musiałem się uśmiechnąć. Wtedy podniosłem wzrok i spostrzegłem stojącą za ladą dziewczynę. Miała może osiemnaście lat i wyglądała na prze szczęśliwą osobę.
- Dzień dobry – powiedziała i również się uśmiechnęła. – To pan przyszedł po róże?
- Tak, dokładnie.
Nastolatka zniknęła na zapleczu, a ja, korzystając z chwili samotności, rozejrzałem się po pomieszczeniu wypełnionym kwiatami. Były tam Amarylis Minerva, Anturium, Alstremeria, Allium Giganteum i wiele, wiele innych. Moją uwagę jednak przykuły wieńce pogrzebowe. Wyobraziłem sobie, jakby wyglądały na moim grobie; kwiaty których nawet nie lubiłem, w hołdzie zimnemu mięsu niegdyś stojącemu na dwóch nogach. Jako wyraz szacunku dla istoty żyjącej z głową pełną marzeń i sercem wypełnionym połamanymi miłościami; zmutowanymi, wynaturzonymi tworami dwudziestego pierwszego wieku.
Wtedy pierwszy raz w życiu naprawdę zapragnąłem żyć wiecznie. Zrobić wszystkim na przekór i nie dać się zamknąć w drewnianej skrzyni, spuszczanej trzy metry pod ziemię. Z bolesną dokładnością widziałem, jak żegnają mnie przyjaciele i rodzina. Jak ronią łzy i trzymają się za ręce, by dodać wzajemnie otuchy. A dwa tygodnie później nikt nawet nie pamiętałby, że istniałem. Człowiek ma niesamowitą zdolność zapominania o bliskich, gdy odejdą. Dlatego tak często staram się myśleć o ojcu, mimo, iż rak zabrał go pięć lat temu. Wmawiam sobie, że jestem inny od reszty, ale czasem – przeważnie w bezsenne noce, gdy Marta chrapie obok mnie – prawda atakuje ze zdwojoną siłą i stara się sprowadzić mnie na samo dno. Wtedy pomaga fakt, że mam obok siebie ukochaną kobietę i świat może się pieprzyć razem ze swoim złem. Nie jestem sam i wiem, że przynajmniej ona jedna, by po mnie płakała.
- Płaci pan kartą, czy gotówką? – zapytała dziewczyna tonem poważnej pani kasjerki.
Dałem jej sto złotych i powiedziałem, żeby sobie resztę zatrzymała.
- Bardzo panu dziękuje! – odparła i kolejny raz ukazała w uśmiechu białe zęby, które bez problemu mogłyby wystąpić w reklamie pasty do zębów.
Chwilę później brnąłem do domu. Pełen niekończących się myśli i solidnej porcji wątpliwości. Miałem nadzieję, że wyparują mi z głowy, nim wejdę do mieszkania. W końcu były urodziny Marty.
To jej wyjątkowy dzień.
3
Pamiętam pewną noc, kiedy miałem sześć lat. Wstałem z grzywką przylepioną do czoła i stopami lepkimi od potu, by udać się do łazienki. Czułem między nogami balon pełen wody, który za wszelką cenę chciał znaleźć ujście z mojego organizmu. Wyszedłem więc na korytarz i wsłuchany we własne kroki, ruszyłem do łazienki. Dookoła panowała ciemność, a ciszę przerywały jedynie śmiechy i podniesione głosy.
Przystanąłem.
W pierwszej chwili myślałem, że to sen; jeden z przerażaczy, po którym obudzę się z krzykiem stygnącym na ustach. Poczułem dreszcz, biegnący wzdłuż kręgosłupa i zamknąłem oczy z zamiarem ucieczki ze świata snu. Wtedy przypomniało mi się, że do rodziców wpadli znajomi i siedziałem z nimi, dopóki nie zachciało mi się spać. Zaintrygowany myślą o szpiegowaniu dorosłych, zapomniałem o pełnym pęcherzu i udałem się prosto pod drzwi do dużego pokoju. Kreska pomarańczowego światła na podłodze świadczyła, iż są niedomknięte. To tylko ułatwiało zadanie.
Z łomoczącym sercem, czując się jak tajny agent, podszedłem na palcach do framugi i zerknąłem do środka. Przy wypełnionym szklankami i butelkami stole siedział ojciec, obok niego mama, a na przeciwko ich czwórka przyjaciół. Wszyscy mieli tajemnicze uśmiechy na ustach.
- No, opowiedz – powiedział mama i szturchnęła łokciem tatę. – Obiecałeś. – Jakby na zachętę pocałowała go w policzek.
Tatuś odchrząknął i dziwnie suchym tonem, zaczął:
- To wydarzyło się, gdy miałem osiem lat. Pojechałem z rodzicami na żwirownie za miasto. Był cholernie gorące lato, niedziela, więc spotkałem tam sporo znajomych. Doskonale się bawiliśmy, stając na rękach pod wodą, gruntując do dna, gdy nie widzieli rodzice i ścigając się kraulem wzdłuż brzegu. Muszę przyznać, że to był naprawdę zajebisty dzień.
Jakoś po południu przyjechał kolega, jego ojciec był partyjniakiem i dość zamożnym człowiekiem. Przywieźli ze sobą wojskowy ponton. Oczywiście, wszyscy na niego wskoczyliśmy i wyczekawszy okazję, aż rodzice zajmą się sobą, wypłynęliśmy na środek. Choć może tylko kawałek od brzegu… Nie pamiętam, a w oczach dziecka wszystko wydaje się większe i straszniejsze.
Wszyscy się zaśmiali, jedynie mama pozostała spokojna i ze skupieniem spoglądała na ojca.
- Nie wiem, ile czasu spędziliśmy, skacząc na główkę do wody, czy spychając się doń z pontonu. W końcu rodzice zauważyli, co się dzieje i zaczęli krzyczeć, żebyśmy natychmiast wracali na brzeg. Doskonale pamiętam zdenerwowanego ojca i jego czerwone spodenki. Wtedy wszystko wydawało się czerwone, wiece? Nie wiem dlaczego…
W pewnym momencie chłopiec - syn partyjniaka - wepchnął mojego kolegę z podwórka do wody. Nie wiem dlaczego to zrobił. Pewnie miał to być głupi żart, w każdym razie chłopiec nie wypływał przez dłuższy czas. Wszyscy wytrzeszczaliśmy oczy i błagaliśmy Boga, by wrócił. Nikt z nas nie miał już ochoty na pływanie. Woda wydała się złowieszcza i skażona. Jakby sam diabeł zamieszkał na jej dnie. Wtedy, ni stad ni zowąd, mój przyjaciel wynurzył się z bladą twarzą i przerażonymi oczami. Błagał i prosił o pomoc, mówił też wiele innych rzeczy, jednak usta zalewała mu woda… Żaden z nas nawet nie drgnął. Mimo lat pamiętam twarz kolegi i jego bezbrzeżne zdziwienie, kiedy zdał sobie sprawę, że nawet trzy metry od życia, można być skazanym na śmierć…
Po policzkach taty spłynęły łzy. Nie mógł mówić dalej. Starał się uśmiechnąć, lecz nie za dobrze mu to wyszło. Gdy sięgnął po szklankę zauważyłem, że mama też płacze. Znajomi przyglądali im się z kamiennymi twarzami, a ja zsikałem się na podłogę. Nie musiałem iść już do łazienki. Wróciłem prosto do łóżka, jednak o śnie nie było mowy.
4
Na klatce schodowej spotkałem panią Wierzbicką; starszą kobietę, która mieszka na drugim piętrze wraz z gromadą kotów i psem o nazwie Gogo. To dzięki jej uśmiechowi (musiała zapomnieć włożyć sztuczną szczękę) udało mi się wyrwać ze szponów wspomnień. Już bardzo dawno nie myślałem o tamtej nocy sprzed lat. Spotkał ją ten sam los, co większość wydarzeń z przeszłości - utonęła pod stertą innych dni i uczuć, prawie jak pewien mały chłopiec…
Wspinając się po schodach, wyobrażałem sobie, jak zdziwi się Marta, gdy zobaczy mnie z bukietem róż w dłoni. Nie specjalnie lubiła obchodzić urodziny, ponieważ rodzice (zwłaszcza ojciec, którego była oczkiem w głowie) urządzali jej wielkie przyjęcia i zapraszali dziesiątki znajomych. Moja ukochana nie należała do ludzi, zabiegających o zbytnią atencję. Wolała spędzać wieczory siedząc w domu z książką niż biegać od klubu do klubu. Piła rzadko i w ogóle była najlepszą osobą, jaką znam.
Poznaliśmy się przez mojego starszego brata – Maćka. Przyszła do naszego domu z koleżanką. Piękna, młoda brunetka o mocnym charakterze. Już wtedy wiedziałem, że mógłbym z nią spędzić życie. I mimo ośmiu lat nic się nie zmieniło. Jak każda para mieliśmy lepsze i gorsze chwilę, lecz najważniejsze, że w tak pokręconych czasach, wciąż trzymamy się razem.
Czego więcej potrzeba?
Gdy dotarłem w końcu przed drzwi naszego mieszkania, poczułem lekkie zdenerwowanie i szybsze bicie serca. Miałem nadzieję, że uda mi się sprawić jej radość. Tak, radość to było słowo klucz. Z nim jarzącym się w głowie, nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Na ustach miałem głupkowaty uśmiech i przytrzymując go, ruszyłem korytarzem w stronę kuchni. Zastałem w niej tylko stertę zalegających zlew naczyń i pustą butelkę po szampanie. To mnie lekko zdziwiło, ale nie mogłem liczyć, że dzisiejszego dnia będę miał Martę na wyłączność. W końcu miała dużą rodzinę i nadopiekuńczego ojca, więc…
Usłyszałem głosy dochodzące z sypialni. I w jednej chwili znów poczułem się jak ośmiolatek. Zrobiłem krok do przodu, potem następny i następny, a wrażenie cofania w czasie nasilało się. Przez chwilę wydawało mi się, że słyszę głos ojca i przystanąłem.
- Boże… - westchnąłem. – Co za przeklęty dzień.
Postanowiłem potraktować te sytuację jak bolący ząb. Nie oszukiwać się, że z czasem będzie dobrze. Nie zamierzałem czekać ani chwili dłużej. Ruszyłem do przodu raźnym krokiem, ścisnąłem mocniej bukiet i kolejny raz przywołałem uśmiech na usta.
Nacisnąłem klamkę.
Drzwi otworzyły się z łatwością.
Spostrzegłem Martę siedzącą na Maćku.
Brat trzymał moją ukochaną za blade pośladki i wchodził w nią powoli. Wnioskując po twarzach, było im kurewsko przyjemnie. Bo i dlaczego nie?
- Marta… - wypowiedziałem jej imię zdrętwiałymi ustami.
Przestała się poruszać i bez większego zdziwienia, rzekła:
- Jacek… myślałam, że wrócisz trochę później.
- Jak możesz… czy wiesz, co to oznacza?
- Chciałam żebyś w końcu nas nakrył – odparła i przysiadła mocniej na Maćku. Wykrzywiła usta i zamruczała lekko. – To trwa już dwa lata i znudziło mnie okłamywanie cię. To koniec. Zabieraj swoje rzeczy i wynoś się. – Jej wzrok spoczął na kwitach. – To dla mnie? Za nim wyjdziesz, włóż je do wody…
Mówiła spokojnie, bez krzty emocji. Czasem tylko zadrżała, gdy mój brat poruszył się, sprawiając jej przyjemność.
- Dwa lata… - powiedziałem bardziej do siebie niż do niej. – Bawiłaś się mną. Fascynowały cię kłamstwa. Wbiłaś mi nóż w plecy…
Wzruszyła ramionami.
- Pamiętasz, jak powiedziałam ci, że byłeś moim pierwszym? Kłamałam. Całe osiem lat naszego zgniłego związku to kłamstwo. Znosiłam twoje towarzystwo, bo mogłam robić to na boku z innymi, a ty byłeś zbyt głupi, by przejrzeć na oczy.
Cisnąłem w jej stronę bukietem czerwonych róż i oparłem się o ścianę, dysząc. Wciąż nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego przypomniała mi się noc, gdy jako chłopiec usłyszałem opowieść ojca. Czy dzieciak, którego spotkałem dzisiaj mógł być tamtym tonącym? Czy to w ogóle ma sens?
Czy cokolwiek teraz ma sens?
Maciek zepchnął Martę i zaczął wyrzucać z siebie przeprosiny. Świat wirował mi przed oczami, a ściany wydymały się jak żagle na wietrze. Słońce musiało kolejny raz wyjść zza chmur, ponieważ wpadło przez okno i ułożyło na dywanie świetlisty prostokąt. On również się ze mnie naśmiewał. Cały świat wiedział, z kim przyszło mi mieszkać pod jednym dachem i czekał aż się dowiem. Punkt kulminacyjny nastąpił dzisiaj.
Wydźwignąłem się do pozycji pionowej i oderwałem plecy od ściany. Przestąpiłem dwa kroki do przodu i mimo, że świat przed oczami przypominał topniejący domek dla lalek, odnalazłem drogę do twarzy mojego brata. Uderzyłem go pięścią w twarz i kopnąłem w brzuch. Spojrzałem w prawo, by zobaczyć reakcję Marty. Spodziewałem się jej krzyku, płaczu, czegokolwiek, lecz ona tylko uśmiechnęła się smutno i okryła nagie ciało kołdrą.
Ruszyłem do drzwi, przydeptując po drodze kwiaty. Opadłe płatki róż przypominały plamy krwi i w pewnym sensie nimi właśnie były; esencją życia wyciekającą z mojego serca; czarną trumną spuszczaną do ziemi w deszczowy dzień; płaczem dziecka przypalanego przez matkę papierosami; martwym noworodkiem opuszczającym łono rodzącej w bólach matki.
Były końcem mnie i zarazem początkiem czegoś nowego.
5
Wystrzeliłem z mieszkania, potykając się o próg. Na klatce schodowej było słychać głosy, jakieś dzieciaki rozmawiały o czymś, śmiejąc się do rozpuku. Ruszyłem w górę, czując poręcz ślizgającą się w spoconej dłoni.

…nie istnieje sprawiedliwość. Nie ma rekompensaty za krzywdy, ani taryfy ulgowej dla inwalidów. Jest tylko los… los i przeznaczenie…

Słowa chłopca wracały do mnie i wbijały się coraz głębiej w umysł. Zajmowały całą przestrzeń myślową, za co byłem im wdzięczny. Czas na myślenie się skończył. Dzisiejszego dnia przestałem przejmować się, iż ludzie o mnie zapomną. Niech się stanie, jeżeli tak chcę los. Chłopiec miał rację, że nie możemy zmienić tego, co jest nam pisane. Nie da się zawrócić nurtu rzeki, czy zmusić wodospadu, by spadał w górę. Świat składa się z pewnych fundamentalnych praw, których nie poruszy nikt. Nawet sam Pan Bóg.
Dotarłszy na strych, otworzyłem okno i wyszedłem na dach. Wiatr natychmiast szarpnął moim płaszczem, jakby zachęcał mnie do skoku. Spojrzałem w górę, jak wcześniej chłopiec. Rozpostarłem ręce i zacząłem krzyczeć. Nie przestawałem nawet, gdy coś w środku zaczęło mnie boleć i palić. Pragnąłem wyrzucić z siebie ból, który przypominał kolczaste stworzenie, moszczące się w moim wnętrzu. Czułem, że krwawię nie mając nawet zadrapania. Rozpadałem się na kawałki, a wszystko wokół toczyło się bez najmniejszego wzburzenia. Świat przetrwał wielu takich, jak ja. Widział wiele krwi i nieskończoną ilość bólu.
Podszedłem do krawędzi dachu. Wyciągnąłem z kieszeni cukierka i wrzuciłem go do ust. Drugi raz tego dnia poczułem, jak wibruje mi na języku. Uśmiechnąłem się i runąłem w dół.
6
Spadając z dziesiątego piętra, człowiek nie ma zbyt wiele czasu na myślenie. Pęd powietrza wyciska łzy z oczu i wdziera się do otwartych ust. Ziemia zbliża się zastraszająco szybko, jakby nie mogła doczekać się momentu, w którym zamknie cię w śmiertelnym uścisku.
Rozluźniłem mięśnie. Wpadłem na coś z łoskotem. Wyrwany ze ściany wieszak na pranie, poleciał ze mną w dół. Ból był potworny. Chciałem krzyknąć, lecz nie mogłem. Jedną rękę miałem wywiniętą pod dziwnym kątem. Z nosa i ust ciekła mi krew. Nie wiedzieć kiedy, znowu uderzyłem w wieszak, prędkość, z którą leciałem, znacznie zmalała. Rozpacz zaczęła szarpać mi pierś, nie wiedziałem z bólu, czy faktu, iż przed śmiercią jeszcze muszę swoje wycierpieć. Ułamek sekundy później uderzyłem w jeszcze jeden wieszak i z niego spadłem wprost na ziemie.
Wciąż żyłem.
Nie wiem, w ilu miejscach byłem połamany, lecz przypominałem przejechaną przez samochód porcelanową lalkę. Traciłem przytomność i odzyskiwałem ją. Czasem widziałem nieboskłon zaklejony szarymi chmurami, bądź małego chłopca w niebieskich kaloszach. Na jego czole płonęły trzy szóstki, usta uśmiechały się i wypowiadały jedno zdanie. Wydaje mi się, że brzmiało ono „jeszcze nie teraz”, lecz nie mogę być pewny.
Los to dziwna siła. Mi – nawet teraz, gdy leżę w szpitalu, bazgrając te notatkę – zawsze będzie kojarzyć się ze wzburzonym oceanem; bezkresem wody i prawdziwą potęgą.

Koniec
Źródło: -
Oceń:
11
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!