Historia Prawdziwa: Obóz.

Dodane przez: vanja, 20.10.2014, 15:50
Reklama:
Młodzież lubi obozy. Przygody życia, nowe przyjaźnie, radzenie sobie w nowych, nie zawsze prostych sytuacjach. Lubią zabawę, rywalizację i wyzwania, ponieważ mieszkają w przeludnionych miastach, w ciasnych mieszkankach z widokiem na bloki i trzy drzewa na krzyż. Lasy, łąki, hektary przestrzeni, namioty, ogniska a nawet obskurne wygódki są dla nich czymś tak egzotycznym, że aż fascynującym.

Niestety, ja jestem dziwakiem. Na samą myśl, że część swoich cudownych, zasłużonych wakacji miałam spędzić w tym okropnym miejscu, przeszywał mnie dreszcz. Pająki, nietoperze, robactwo - tragedia. Mogę się wydawać głupkowatą księżniczką, ale zapewniam - tak nie jest. Po prostu nie lubię tego klimatu. Lasy kojarzyły mi się z czymś nad wyraz złym i STRASZNYM. Koniec i kropka.

Te wakacje zapowiadały się tragicznie. Nie pomyliłam się co do tego. Czterdzieści pięć osób. Dwadzieścia jeden dziewczyn w wieku nastu lat i dwudziestu czterech chłopców w tym samym przedziale wiekowym, plus czterech opiekunów. Wszystko to dawało cztery grupy.

Dni mijały mi mozolnie. Każdy świetnie się bawił, część osób nie tylko za dnia. Po zmierzchu zaczynały się prawdziwe imprezy. Ucieczki z obozu, litry przelewającej się wódki i śpiący jak niemowlaki, niczego nie spodziewający się opiekunowie kilkadziesiąt metrów dalej. Nie chcę wyjść na świętą, bo sama uczestniczyłam w nocnych wypadach. Skoro byłam skazana na to miejsce przez trzy tygodnie, to chociaż należało mi się trochę rozrywki.. Tak właśnie szóstej nocy wszystko się zaczęło.

Stał na uboczu. Była nas dwunastka. Właśnie graliśmy w pijaną ruletkę. Część osób była tak napruta, że przypuszczam, że mieliby problem z odróżnieniem nieba od ziemi. Miałam fart, wypiłam tylko cztery kolejki. Zawiesiłam wzrok na chłopaku stojącym kilkanaście metrów dalej. Było ciemno. Byłam przekonana, że to jeden z lizusów, który został w obozie a przełamał strach i wstydził się podejść. Zachęcająco machnęłam ręką, jednak chłopak pokręcił przecząco głową i gestem dłoni przywołał mnie do siebie.

Wszyscy bawili się w najlepsze, widziałam, że nikt nie zauważy, że się oddaliłam. Im bliżej podchodziłam tym bardziej robiło mi się zimno. Tłumaczyłam to sobie tym, że jest koniec czerwca. Noce są chłodne a w ''kupie'' jest poniekąd cieplej. Kilka metrów od chłopaka zaczęłam dostrzegać jego rysy twarzy. Nie znałam go. Nie był jednym z nas. Miał około dwudziestu kilku lat. Czarne, gęste, rozwichrzone włosy, niebieskie, olbrzymie oczy i śnieżnobiałą cerę. Nagle dotarło do mnie, że zobaczyłam go właśnie dzięki temu nienaturalnemu kolorowi skóry. Było tak ciemno, że w innym przypadku nie dojrzałabym nikogo w takiej odległości.

Jego strój był niezbyt pasującym do pogody. Miał na sobie szarą, rozciągniętą koszulkę i krótkie, poprzecierane szorty. Uśmiechnął się szczerze na mój widok i szepnął cicho: "Hej". Powiedział, że mieszka niecały kilometr stąd. Wracał od znajomego i nas usłyszał. Okazał się bardzo otwarty, towarzyski i miły. Siedzieliśmy na uboczu poznając się i żartując. Po niecałej godzinie stałam się tak zmarznięta, że mimo najszczerszych chęci (chłopak mi się podobał) musiałam wrócić do obozu.

Spędziłam z nim siedem kolejnych wieczorów. Przychodził zawsze w odpowiednim momencie, kiedy byłam sama i mogłam się wymknąć. W życiu nie myślałam, że noce mogą być, aż tak zimne. Dziwiło mnie tylko, że jako jedyna uskarżam się na to tak często.

Ósmego wieczoru Damian – tak miał na imię nieznajomy. Zapytał czy chciałabym zobaczyć gdzie mieszka. Wiem, nie było to poważne, poszłam za obcym facetem w las, ale byłam nastolatką, a Damian wydawał mi się ideałem. Miał w sobie tyle pogody ducha, wrażliwości i zrozumienia, że czułam się przy nim najszczęśliwsza i najbezpieczniejsza na świecie.

Wiedział wszystko o wszystkim. Czułam, że mogłabym go słuchać przez wieczność. Był tak hipnotyzujący, że nie mogłam spuścić z niego wzroku. Zdradził mi, że pracuje na roli razem ze starszym bratem i ojcem, tym też tłumaczył swój strój i przyzwyczajenie do zimna. Jego dom leżał na cudownej polance. Otoczony sadem. Śliczny, stary, zadbany drewniany domek. Ta noc należała do najcudowniejszych nocy, jakie przeżyłam. A wschód słońca bardziej mroczny od najczarniejszej nocy.

Poczułam pod skórą coś dziwnego. Pamiętałam, że zasnęliśmy na miękkim materacu małżeńskiego łoża, tymczasem pod moimi plecami znajdowały się twarde sprężyny stelaży. Otwierając oczy zauważyłam, że nie znajduję się w pokoju w którym byłam wczoraj. Przynajmniej nic na to nie wskazywało. Poczułam zapach stęchlizny. Przerażona zerwałam się na równe nogi. Byłam sama. Podgniłe deski zatrzeszczały pod moim ciężarem.

Z przerażeniem wyszłam na korytarz. Poznawałam go. Schody były pozarywane w wielu miejscach ale wczoraj wyglądały jak świeżo remontowane. Niewiele myśląc zaczęłam zbiegać w dół. Jeden ze stopni nie wytrzymał i z hukiem runęłam na ziemię. Pamiętam, że zaczęłam krzyczeć. Moja noga zaklinowała się. Wołałam Damiana, pomocy, kogokolwiek. Byłam tak zdezorientowana i przerażona, że moja twarz zalała się łzami. Wieczorem podziwialiśmy gwiazdy na ganku. Spacerowaliśmy po sadzie. Siedzieliśmy nad stawem snując dziecinne plany na przyszłość. Pamiętałam jak Damian wnosił mnie po tych cholernych schodach na górę. Nasza noc była cudowna. Pamiętam zapach pościeli, chłód jego ciała. Obrazy na ścianach i ciepły dywan pod nogami. Pamiętałam urok tego miejsca i zapach drwa w kominku.

To był jakiś żart. Znajdowałam się w opuszczonym, wyniszczonym domu. Byłam zupełnie sama. Na zewnątrz była pusta przestrzeń i rosło kilka starych jabłoni. Nie wiem, ile tak krzyczałam. Czas dla mnie się zatrzymał. Było popołudnie, gdy znalazła mnie jedna z opiekunek. Poszukiwali mnie od samego rana. Nikomu nie powiedziałam prawdy. Co miałam powiedzieć? Rozhisteryzowana poprosiłam o wezwanie moich rodziców.

Wróciłam do domu tego samego dnia. Kiedy wyjeżdżaliśmy z lasu zobaczyłam go. Stał kilkanaście metrów od samochodu. Opierał się o drzewo. Był smutny. Jego jasnoniebieskie oczy skierowane były w ziemię. Nie poprosiłam rodziców by się zatrzymali. Rozpłakałam się. Rodzice na ten temat nie rozmawiali ze mną. Cały obóz stał się tematem tabu.

W domu wpadłam w wir poszukiwań i wyjaśnienia dla tej sytuacji. Poświęciłam na to resztę moich wakacji. Po dużych komplikacjach dotarłam do archiwów przeróżnych pism i gazet. Znalazłam to czego szukałam. Damian istniał, miał brata Konrada i ojca Janusza. Matka chłopców zmarła w połogu po narodzinach Damiana. Bracia pomagali ojcu w pracy na roli i w lesie. W roku 1949 Konrad zazdrosny o młodszego brata, który został wyznaczony przez ojca na przyszłego spadkobiercę ziemi i który planował małżeństwo z jego byłą dziewczyną dosypał Damianowi oraz Januszowi silnie działającej trucizny do posiłku. Sekcja zwłok wykazała jednoznacznie, że było to przyczyną zgonu obydwu mężczyzn. Konrad znalazł się w więzieniu, jednak po 5 miesiącach popełnił samobójstwo.

Nie wiem dlaczego, ale nie byłam zaszokowana odkrytymi faktami. Byłam smutna.

Nigdy więcej nie spotkałam Damiana, ale wierzę, że jest gdzieś w pobliżu. Dziś mam dwadzieścia cztery lata, wykupiłam za krocie ziemię należącą niegdyś do rodziny Damiana. Wyremontowałam starą drewnianą ruinę. Posadziłam już kilka drzew. Chcę stopniowo stworzyć sad. Może to dziwne, ale czuję, że on tego właśnie chce. Kochał tę ziemię a ja dzięki niemu zaczęłam kochać las.
Oceń:
18
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!