Marznący - Zima I

Dodane przez: mrocznywilk, 13.11.2015, 12:00
Reklama:
Wszystko zaczęło się zwykłego styczniowego poranka, który miał się niczym nie różnić od innych. Przysypane białym puchem miasto powoli budziło się do życia. Koła pojedynczych samochodów toczyły się powolnie po obsypanych piaskiem drogach. Przechodnie przemierzali ospale oblodzone chodniki, trzęsąc się z zimna. Omijałem ich co chwilę w drodze do pracy.

Nagle mój wzrok przykuło sporej wielkości stworzenie, leżące na chodniku. Parę sekund później byłem już na tyle blisko, by móc stwierdzić, że to zamarznięty kot. Zapewne ktoś go potrącił, gdyż wokół zwierzęcia śnieg był zaczerwieniony. Nikt nawet łaskawie go nie ruszył. Wszyscy przechodzili beztrosko obok zwierzaka, licząc na to, iż zajmie się nim ktoś inny. Postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce i wyrzucić truchło w krzaki nieopodal, zanim trafi na nie jakieś dziecko, idące do szkoły.

Zacząłem się schylać i raptem dostrzegłem jeden szczegół. Na grzbiecie kota były wyryte jakieś znaki. A może to po prostu ślad po wypadku… Bez różnicy, jak zginął. I tak trzeba było się go pozbyć. Chwyciłem kota za ogon przez rękawice narciarskie. Już miałem go podnieść, kiedy ten nagle się obudził. Pisnął głośno, machnął parę razy łapami i ugryzł mnie w dłoń. Nie wiem, jakim cudem przegryzł się przez tak gruby materiał, ale udało mu się to, i w dodatku dosyć skutecznie.

Zakląłem pod nosem, po czym ruszyłem dalej, ściskając irytującą ranę. Wiedziałem, że w tej chwili mogę jedynie pogorszyć jej stan. Musiałem oczyścić ją w pracy.

Wszedłszy do ciepłego wnętrza księgarni, przywitałem krótkim „cześć” koleżankę stojącą za ladą i udałem się na zaplecze. Zdjąłem wierzchnią część ubrań i obmyłem ranę gorącą wodą nad umywalką. Otworzyłem wiszącą na ścianie apteczkę i wyciągnąłem z niej nierozpieczętowaną jeszcze butelkę wody utlenionej. Rana okazała się całkiem głęboka. Wycisnąłem trochę płynu. Piekło jak diabli. Zdarzało mi się mieć o wiele gorsze rany, ale nigdy to tak nie bolało. Poczekałem ze dwie minuty i ponownie opłukałem dłoń. Przykleiwszy plaster, opuściłem zaplecze i podszedłem do jednego z klientów.

– Szuka pan czegoś szczególnego?...


Przez większość czasu pomagałem klientom w znajdywaniu książek i podejmowaniu decyzji, którą wybrać. Zachęcałem ich do kupowania innych pozycji czy też w końcu do ponownego odwiedzania naszej księgarni. Może nie była to praca moich marzeń, ale jakąś złą też bym jej nie nazwał.

Założyliśmy „Ibrię” z Agnieszką i Krzyśkiem niecały rok po zakończeniu liceum. Zawsze trzymaliśmy się razem. Może to przez to, że każdy z tej trójcy miał dosyć trudne życie. Na studia stać nie było nikogo. Bez nich nikt z nas, jak można się domyślić, nie mógł znaleźć żadnej opłacalnej pracy. W końcu wpadliśmy na pomysł, by zająć się tym, co lubimy – książkami. Początki nie były łatwe, jednak po jakimś czasie interes zrobił się nawet opłacalny, szczególnie w okolicach września, kiedy ludzie biegają za podręcznikami.

Godziny mijały, kolejni klienci opuszczali budynek. Po jakimś czasie dostałem zawrotów głowy. W pomieszczeniu zapanowała nieznośna duchota. Udałem się na zaplecze, gdzie otworzyłem okno na oścież i wystawiłem głowę na zewnątrz, opierając się rękami o parapet. Patrzyłem na pogrążające się w ciemności miasto, wdychając zimne powietrze. Po paru minutach poczułem się trochę lepiej. Stwierdziłem, że wystarczy tego odpoczynku i zamknąłem okno. Dopiero wtedy spojrzałem na rękę, o której do tej pory prawie zdążyłem zapomnieć. Skóra wokół ugryzienia zasiniała.

– Chyba będzie trzeba z tym pójść do lekarza – mruknąłem sam do siebie.

Zegar wiszący nad wejściem wskazywał siedemnastą. Obróciłem wiszącą na drzwiach drewnianą tabliczkę napisem ZAMKNIĘTE do szyby. Obsłużyliśmy jeszcze jedną dziewczynę, która była w środku. Przezornie zamknęliśmy drzwi i dopiero wtedy poszliśmy się ubrać. Bo jak to mawiają: okazja czyni złodzieja.

– Co ci się stało w rękę? – spytała Agnieszka.

– Ech… To nic poważnego. Ugryzł mnie jakiś dziki kot.

– Na nic poważnego to mi to nie wygląda, mój drogi. Lepiej coś z tym zrób. Zadzwonię do Krzyśka, żeby jutro przyszedł, a ty masz się tym zająć. Jeszcze tego brakuje, żebyś rękę stracił. Cholera go wie, w czym te zęby trzymał.

– Jasne – westchnąłem. – Pójdę do lekarza. Dzięki, Aga.

– Podziękujesz, jak wyjdziesz z tego cało.
Zamknęliśmy księgarnię, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w przeciwne strony.

W chłodzie panującym na dworze czułem się idealnie. Przestało mi się kręcić w głowie. Nieśpiesznym krokiem poszedłem do domu. Zima była naprawdę piękna. Oblodzone drzewa w żółtawym świetle latarni wyglądały wręcz zachwycająco.

Gdy otworzyłem drzwi mieszkania, zalała mnie fala gorąca. Coś było zdecydowanie nie tak. Wszedłem do środka i od razu spojrzałem na termometr. Wskazywał 20º. „Więc dlaczego jest mi tak cholernie gorąco?” – pomyślałem. Przekręciłem głowice termostatyczne przy wszystkich grzejnikach i pootwierałem okna. Po paru minutach dało się już wytrzymać. Ledwo co zamknąłem okna i poczułem, jak ogarnia mnie zmęczenie. Miałem wrażenie, że jeśli zaraz się nie położę, upadnę na podłogę i na niej zasnę. Usiadłem na kanapie, zamknąłem oczy i prawie od razu straciłem kontakt z rzeczywistością.


Obudziło mnie narastająca temperatura. Ledwo zdążyłem otworzyć oczy, a poczułem nieznośny gorąc. Zerwałem się, by spojrzeć znów na termometr. Może zepsuło się ogrzewanie…
Niezmienne 20º.

– Co się tutaj dzieje, do diabła…? – jęknąłem.

Zmniejszyłem temperaturę do 15º. Odczekałem kilkanaście minut. Zaczęło robić się lepiej, ale ja wciąż nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Pewnie to przez tego kota… Zaraził mnie czymś!

Postanowiłem zmierzyć sobie temperaturę. Włożyłem termometr rtęciowy pod pachę i odczekałem pięć minut. Z niedowierzaniem patrzyłem na szary pasek, który nie ruszył się nawet o milimetr.
W ciągu następnej godziny musiałem zmniejszyć temperaturę o kolejne 5º.

W końcu musiałem zadzwonić po lekarza. Akurat przypomniałem sobie o moim znajomym, który poszedł na medycynę. Jego numer wciąż znajdywał się w kontaktach.
Nacisnąłem zieloną słuchawkę.

– Cześć, Sławek.

– Artur? – spytał z lekką dozą zdziwienia. – Dawno cię nie słyszałem. Co tam u ciebie, chłopie?

– Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy.

– Co się dzieje?

– Wczoraj ugryzł mnie w rękę jakiś dziki kot. Leżał zmarznięty w plamie krwi na chodniku. Myślałem, że to już trup, więc chciałem go gdzieś wyrzucić. Jak się okazało, do końca martwy to on nie był.

– Co ci się dzieje? Jakie masz objawy?

– Przede wszystkim temperatura…

– Ile?

– Przyjedź i sam zobacz. Na słowo mi nie uwierzysz.

– Dobrze… Będę u ciebie za jakieś pół godziny, zobaczymy, co to takiego.

Jak obiecał, tak zrobił. Przyjechał nawet wcześniej. Usłyszałem pukanie do drzwi. Pociągnąłem za klamkę. Jak się okazało, Sławek kompletnie się nie zmienił. Jego brązowe włosy i broda wciąż były tak samo długie i kręcone. Spojrzał na mnie piwnymi oczami i podał mi gorącą dłoń. W drugiej trzymał brązową torbę.

– Masz strasznie zimne dłonie – stwierdził suchym głosem, zdejmując buty. Wszedł do salonu. – Czemu tutaj jest tak cholernie zimno!? Nic dziwnego, że jesteś chory.

– Inaczej się tutaj gotuję. Nie wiem, co się ze mną dzieje – odrzekłem drżącym głosem.

– Usiądź, zmierzę ci temperaturę.

Postawił torbę na komodzie i wyciągnął z niej termometr, praktycznie taki sam, jaki mam ja. Cała sytuacja powtórzyła się. Rtęć nie miała zamiaru zwiększyć swojej objętości. Sławek patrzył się na urządzenie ze zdziwieniem. Odłożył je z powrotem i wyjął kolejny termometr, tym razem elektroniczny. Trzymałem go przez parę minut, aż rozległo się pikanie.

– 14º. Jakim cudem…? – Spojrzał na mnie otępiałym wzrokiem. – Nic z tego nie rozumiem. Przecież ty powinieneś być już dawno martwy! Ludzkie ciało nie powinno funkcjonować, jeśli ma tak niską temperaturę!

– Możesz mi jakoś pomóc?

– Nie! Nie wiem. Widziałem wiele rzeczy, ale nigdy czegoś takiego. Przykro mi, ale nie mam pojęcia, jak ci pomóc.
W moim umyśle pojawiły się setki myśli. Czułem strach i gniew. Przecież wszystko da się wyjaśnić. Nie ma przypadków, w których nie da się nic zrobić.

„Może on po prostu chce mojej śmierci… Tak! Na pewno kłamie!” – Myśli te pojawiły się w mej głowie jakby znikąd.

Opętany przez szał, chwyciłem go z całych sił za szyję i przyparłem do ściany. Próbował krzyczeć. Machał rękami i nogami, chcąc się wyrwać. Na marne. Wzmocniłem uścisk na jego aż parzącym ciele. Twarz chłopaka zaczerwieniła się. Po jakimś czasie przestał się poruszać. Poczułem, jak jego ciepło zaczyna na mnie spływać. Nagle zrobiło mi się strasznie zimno. Spojrzałem na ciało, które wciąż przypierałem do ściany.

– Co ja uczyniłem…

Nie miałem pojęcia, dlaczego go zabiłem. Czułem do siebie odrazę. Przecież on w niczym nie zawinił. Po prostu nie wiedział... To wszystko przez tę piekielną chorobę! Może to jakaś mutacja wścieklizny?

Po moich policzkach zaczęły spływać ciepłe łzy. Robiło się coraz zimniej, a równomiernie z temperaturą przychodziła do mnie świadomość. Przecież ja nie zabiłbym nawet zwierzęcia.

Ciało kolegi wręcz obeszło szronem. Jakimś sposobem wyssałem z niego ciepło, a zarazem życie.

Wiedziałem, że muszę stamtąd odejść. Ubrałem się ciepło i wyszedłem na dwór. Odbijające się od śniegu promienie słońca raziły załzawione oczy.

Wyciągnąłem z kieszeni kurtki kluczyki do samochodu. Musiałem odjechać w jakieś odludne miejsce. Tak, bym nie zabił nikogo więcej, jeżeli znowu dojdę do tego krytycznego stanu.
Ruszyłem prosto ku okolicznym lasom. Specjalnie wybrałem rzadziej uczęszczaną drogę. Zanim opuściłem okolice miasta, nastała noc. Znowu było mi gorąco. Z każdą minutą coraz gorzej. Wierzyłem w to, że tutaj nie znajdę żadnego człowieka i po prostu zamarznę, tym samym nie krzywdząc nikogo więcej. Jednak nie wydarzyło się tak. Zauważyłem z daleka światła stojącego pojazdu. Podjechałem bliżej i wysiadłem z samochodu.

– Może mi pan pomóc?! – krzyczał jakiś młodzieniaszek. – Utknąłem w zaspie, a sam nie dam rady się z niej wydostać. – Z każdym krokiem coraz bardziej dało się usłyszeć to, że jest lekko podpity. – Po pomoc drogową też nie mam jak zadzwonić. Nie ma ani kreski zasięgu.

– Jasne, że ci pomogę.

„Gnojek jeździ po alkoholu.” – podpowiadał mi znowu pojawiający się szał. „Nie liczy się z tym, że może kogoś zabić! Już ja załatwię, żeby nigdy nikogo nie skrzywdził!”

Zapach wódki stawał się coraz bardziej wyczuwalny. Będąc niecały metr od niego, uderzyłem go pięścią w twarz. Powaliłem na pokrytą lodem drogę, o którą zacząłem uderzać jego głową. Kiedy był wystarczająco otumaniony, zabrałem się za duszenie. Towarzyszył temu jazgot wydostający się z ust chłopaka. W końcu zamilkł, a mnie zalała fala ciepła. Później poczułem, jak zimne jest powietrze. Znów się otrząsnąłem. I znów zapłakałem. Nienawidziłem siebie, chociaż nie robiłem tego z własnej woli. Wiedziałem, że jeśli mi się poszczęści, będzie to ostatnia ofiara.

Przejechałem jeszcze parę kilometrów. Kiedy zauważyłem barierki zabezpieczające przed wpadnięciem do rozpadliny, przycisnąłem pedał gazu do oporu. Przebiłem się i zacząłem spadać prosto w potężne fałdy śniegu. Byłem prawie pewien, że nie zginę od tego. Musiałem tam tylko utknąć tak, by się już nie wydostać.

Z każdą godziną robiło się coraz cieplej. Siedziałem w rozbitym samochodzie, czując obłęd, przez który chciałem przetrwać. Z każdą minutą moje ciało robiło się coraz bardziej sztywne. W końcu nie mogłem poruszać już nawet oczami. Czekałem na śmierć. Nie wiedziałem, że nie będzie miała ona nadejść. Miałem tak siedzieć przez wieczność ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie…


***


Agnieszka bojąc się o Artura, poszła do jego domu. Nie odbierał telefonów, nie odpisywał na wiadomości. Żadnego kontaktu. Nie miała pojęcia, co się z nim może dziać.

Powolnym krokiem podeszła do brązowych drzwi i zapukała kilkakrotnie. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, nacisnęła klamkę. Nabrała pewności, że kolega musi być we wnętrzu, przecież nie zostawiłby drzwi otwartych. Wchodząc do środka, poczuła okropne zimno. Coś musiało się stać. Przecież w takiej temperaturze nie dałoby się wytrzymać.

Nagle usłyszała jakiś hałas dochodzący z salonu.

– Artur? – zawołała.

Chwilę później z pomieszczenia wyszła pokryta szronem postać. Spojrzała na nią pustym wzrokiem, po czym rzuciła się na nią z rykiem. Dziewczyna zdążyła wydać jedynie przeciągły pisk, zanim stwór wgryzł się w jej gardło.


Wszystkiemu ze stoickim spokojem przyglądał się stojący na parapecie kot. Zeskoczył na śnieg i przybrał postać wysokiego mężczyzny odzianego w czarny płaszcz.

– To dopiero początek. Do wiosny pozostało jeszcze trochę czasu. Niechaj trwają harce!




Część druga:
http://straszne-historie.pl/story/12254-Rozprzestrzenienie-Zima-II




Zapraszam wszystkich do komentowania, lajkowania i do polubienia mojej strony na facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.
https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor
Nie zajmuje to wiele czasu, ale cieszy i zachęca do dalszego działania. ;)
Źródło: Cząstka mej wyobraźni
Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!