Czas Z

Dodane przez: gabriel grula, 19.02.2015, 11:40
Reklama:

Wszystko zaczęło się przedwczoraj.

Siedziałem wraz z dwojgiem przyjaciół w pubie „Rock”. Akurat tego dnia Marek miał ochotę upić się do nieprzytomności.

Zawsze skory do takich akcji Włodek, twardo deklarował dotrzymanie mu kroku. Ja oczywiście w miarę swoich możliwości też, chociaż już wyobrażałem sobie krzyki swej dziewczyny po powrocie do domu.

- Nie martw się, pokrzyczy i przestanie. Potem będzie kilka cichych dni i wszystko rozejdzie się po kościach wracając do normy – próbował uspokoić mnie Marek.

Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że ma rację! A zresztą, co się będę przejmował tym co będzie za kilka godzin.

Marek powód do upicia miał, jakby to powiedzieć, zupełnie niespotykany. Otóż facet z którym żyła jego mama, z dnia na dzień zwariował. Pan Witold, bo o nim mowa, najnormalniej w świecie oszalał. Bez jakiegokolwiek konkretnego powodu.

Szkoda gościa, nie dało się go nie lubić. Marek traktował go jak ojca, którego zawsze chciał mieć. Dlatego to, co się wydarzyło dwa dni wstecz, przybiło go. Nie wspominając już nawet o jego matce - pani Zofii.

Tak sobie siedząc dyskutowaliśmy. Starałem się do spółki z Wojtkiem, w jakiś sposób pocieszyć naszego przyjaciela. Wszelkie próby na niewiele się jednak zdawały.

Po wypiciu czwartego piwa, zdecydowaliśmy się na dwie pięćdziesiątki wódki. Dwadzieścia minut później Marek zaczął opowiadać nam kilka ostatnich godzin z normalnego życia swego ojczyma. Sam usłyszał to od mamy. Zależało mu także na tym, aby absolutnie nikt się o tym nie dowiedział, dlatego wraz z Włodkiem zadeklarowaliśmy milczenie.

- Kurwa, mówię wam – zaczął Marek – sam na początku w to nie wierzyłem. Doskonale znam jednak mamę. Nigdy nie przesadza, ani nie fantazjuje, ale to co mi powiedziała... ja pierdole, to się kupy nie trzyma.

- Powiesz w końcu o co chodzi? – nie wytrzymał Włodek.

- Witold dzień wcześniej zobaczył coś przez okno. Mama nie wie co to było. Jednak natychmiast wyszedł z domu. Od tamtej pory zachowywał się jakoś dziwnie, inaczej niż do tej pory. Nie interesowało go nic poza siedzeniem przed monitorem komputera i przeglądaniem stron internetowych.

- W tym akurat nie widzę niczego dziwnego – mówiąc to uśmiechnąłem się.

- Mówisz tak bo go nie znasz. Internet zawsze gówno go interesował. Wolał iść do sklepu i wydać dwadzieścia złotych na gazety niż siedzieć przed monitorem, i jak to sam mówił - „bezmyślnie klikać w klawiaturę”. Taki już był. A tu nagle pije kawę za kawą i nie rusza się sprzed monitora. Następnego dnia jak tylko zrobiło się ciemno, wyszedł z domu, a jak go znaleźli... było już po wszystkim.

- To prawda, że siedział pod bramą cmentarza i coś sam do siebie mamrotał?

- Prawda, od tamtej pory nie ma z nim kontaktu.

- Sprawdzałeś strony internetowe, które przeglądał?

- No pewnie, to było pierwsze co zrobiłem. Wszystkie dotyczyły okultyzmu, ożywiania zmarłych, historii wszystkich nekropolii w naszym mieście, no i skażenia środowiska. Dwie strony należały do jakiś koncernów chemicznych. Chyba „Mirwex” i „Cobad”, albo jakoś tak.

- To akurat największe, specjalizujące się w przemyśle chemicznym firmy w Europie. Ale, co to ma wszystko ze sobą wspólnego? – zapytał Wojtek.

- No właśnie, nie mam zielonego pojęcia. Ale co najciekawsze, zamierzam to sprawdzić!

- Tak, jasne, możesz powiedzieć jak?

- Planuje dzisiaj w nocy udać się na cmentarz. Witolda szczególnie interesowała jego stara część. Tam musi być jakiś znak, albo może nawet rozwiązanie zagadki.

- Kurwa, wariat! – wykrzyczał Wojtek – Mieliśmy dziś się upić, a nie latać po cmentarzu.

- To nie idź! Czy ja cię do czegoś zmuszam?

- Na mnie też nie licz – powiedziałem wychylając kolejną pięćdziesiątkę wódki.

W trakcie dalszej rozmowy dowiedzieliśmy się jeszcze, że nieopodal pobliskiego cmentarza miał miejsce cztery dni temu wypadek. Kolizji uległy dwie cysterny należące do wymienionych wcześniej firm. Jednak według zapewnień fachowców, obie zostały odpowiednio zabezpieczone, a o jakiejkolwiek formie skażenia nie może być mowy. Oczywiście do godziny trzeciej w nocy dyskutowaliśmy wyłącznie o panu Witoldzie. Nie wpadliśmy jednak na pomysł żadnej metody mogącej w jakikolwiek sposób doprowadzić do zrównoważenia jego psychiki. Chwilę po wspomnianej godzinie, jako ostatni goście, opuściliśmy na chwiejnych nogach pub.

Solidnie pijani, wspólnie z Włodkiem, postanowiliśmy najpierw odprowadzić Marka. Jeszcze naprawdę gotów pójść na cmentarz, a w takim stanie i tak niczego by tam nie znalazł poza kilkoma siniakami.

Pominę tutaj kwestię różnych historii, które każdy z nas słyszał. Poczynając od zaczepienia się któregoś z elementów garderoby o krzyż, ławkę, czy co tam innego, po wpadnięcie do jakiegoś pustego, otwartego, bądź nowo przygotowywanego grobu. W szczególności te pierwsze przypadki zawsze kończyły się śmiercią. Najczęściej oczywiście powodem był zawał serca. Biedak zaczepi szalikiem o krzyż, a pierwsze, co podsuwa zalany paniką rozum to myśl: „ktoś wyciągnął po mnie ręce zza grobu”.

Ostatecznie odprowadziliśmy Marka pod same drzwi wejściowe jego mieszkania. Sami zaś rozeszliśmy się do swoich domów.

Następnego dnia przywitała mnie złowieszcza cisza. Słyszałem jak moja luba krząta się po domu, ale moich wczorajszych wyczynów postanowiła nie komentować, dzięki Bogu oszczędzając mi nasilenia bólu głowy. Kilkanaście minut zajęło mi dojście do siebie. Spojrzałem na zegarek wskazujący szesnastą dwadzieścia dwie. I tak cały dzień przeznaczony był na regenerację więc tak późna godzina nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.Dwadzieścia minut później postanowiłem zaczerpnąć świeżego powietrza, a przy okazji - pójść do sklepu po kilka litrów wody mineralnej. Zakładałem kurtkę, kiedy drogę do drzwi zagrodziła mi Natalia.

- Gdzie idziesz!? – ton głosu nie należał do przyjemnych. Mimo wszystko postarałem się być grzeczny i uprzejmy.

- Do sklepu a przy okazji się przejść.

- Tak? A gdzie będziesz spacerował, jeśli można wiedzieć?

- Nie wiem, o co ci chodzi?

- Pił wczoraj z tobą Marek?

- Tak, a co?

- To trzeba było wysilić się i odprowadzić go do domu!

- Przecież go odprowadziliśmy. A w ogóle to...

- No to widocznie odprowadziliście go nie do tego domu co trzeba, bo do swojego to niestety nie dotarł.

Szczerze powiedziawszy dosyć już miałem tej rozmowy. I tak nic produktywnego nie mogło z niej wyniknąć.

- Dobra, coś się stało!? - zapytałem zdecydowanym tonem.

- Zniknął, znaleziono tylko jego zakrwawioną kurtkę. Leżała przy cmentarnej bramie.

- Kurwa! Przecież odprowadziliśmy go pod same drzwi...

- O jedenastej dzwoniła zapłakana Monika i...

Nie czekając na to, co miała mi do powiedzenia, wybiegłem z domu. Od razu skierowałem się w stronę bloku, w którym mieszkał Włodek. Oczywiście o niczym nie wiedział.

- Przecież tak tego nie zostawimy!

- No pewnie, że nie! Trzeba iść na ten cholerny cmentarz i się rozejrzeć. Wszystko wskazuje na to, że to tam tkwi rozwiązanie.

Przekraczając bramę nekropolii, poczułem nieprzyjemny odór. Rozejrzałem się na wszystkie strony, ale wydawało się, że ten smród czuję tylko ja. Kilka osób chodziło między grobami jednak ich twarze nie wyrażały jakiejkolwiek formy zniesmaczenia. Mijani ludzie odwiedzali groby znajdujące się w nowej części cmentarza. Naszym celem była zaś jego stara część.

Pamiętam jak zawsze straszono nas niesamowitymi legendami na temat tej części. Mówiono o duchach, zjawach i tym podobnych. Mijając umowną granicę między starą a nową częścią nekropolii, wspomniany wcześniej smród nasilił się. Zapytałem mego kolegę czy coś czuje. Ten jednak popatrzył się tylko na mnie, wzruszył ramionami i odpowiedział:

- Nic a nic.

Mina mojego towarzysza była daleka od wyrażenia choćby odrobiny entuzjazmu. Nie ma się temu co dziwić. Ostatecznie chodzenie na kacu po cmentarzu nie należy do przyjemności.

To dziwne, ale obok niektórych grobów zauważyłem rozkopane miejsca. Parę lat temu głośno było o złodziejach szabrujących stare groby w poszukiwaniu kosztowności. Ale to było kilka lat temu. Poza tym, chcąc dostać się do grobu musieliby to zrobić w inny sposób. Przynajmniej mi się tak wydaje.

Powoli chodziliśmy wokół grobów. Nic jednak, prócz wspomnianych powyżej rozkopanych miejsc, nie zauważyliśmy. Minęliśmy kilka ogromnych krypt. Na ich spadzistych dachach siedziały czarne, kraczące co jakiś czas, kruki. Tymczasem powoli zaczynało się ściemniać. Nie muszę dodawać, że zaczęło się robić coraz mniej przyjemnie. Mimo wszystko klimat przebywania w takim miejscu przy zapadającym dookoła mroku jest niepowtarzalny.

- Nic tu nie znajdziemy! Spadamy stąd! – powiedział nieco nerwowo Włodek.

- Zaczekaj, jestem pewny! Tu musi się coś kryć!

- Być może, ale wątpię byśmy chcieli to zobaczyć będąc tu sami. Poza tym robi się ciemno. Moim zdaniem Marka tu nie ma.

Faktycznie, naszego zaginionego kumpla na pewno tu nie było.

Postanowiłem przyjść tu jeszcze raz później. Dla świętego spokoju nie będę ciągnął nikogo ze sobą.

Włodek miał pietra. Nerwowo rozglądał się we wszystkie strony tak, jakby nagle zza któregoś z pomników miało coś wyskoczyć. Tuż przed godziną dwudziestą trzecią, mimo protestów Natalii wyszedłem z domu. W ten sobotni wieczór większość mieszkańców albo siedziała w domach, albo bawiła się w którejś z dyskotek, klubów lub pubów. Nieliczni szli do kina, teatru lub spacerowali ulicami miasta. Najgorsza była mgła. Na razie nie była gęsta, ale w trakcie piętnastominutowej drogi na cmentarz wyraźnie przybrała na intensywności. Mijając bramę wejściową, jeszcze raz zastanowiłem się czy aby nie popełniam błędu. Byłem pewny, że nie przypadkiem po wizycie tutaj zwariował Pan Witold, tak samo jak nie przypadkiem rano przed bramą znalezioną zakrwawioną kurtkę Marka. Mimo wszystko wszedłem na teren nekropolii.

Od razu uderzył mnie w nozdrza odór. Był intensywniejszy niż kilka godzin temu. Mijałem groby starając się być przez nikogo nie usłyszanym. Dziwne? Bo przecież kto przy zdrowych zmysłach mógłby teraz łazić po cmentarzu. No i niby dlaczego miałbym się go obawiać?

Usłyszałem ruch przy mijanym grobie. Zatrzymałem się od razu spoglądając w tamtą stronę. Nie dostrzegłem jednak nikogo ani niczego. Pewnie to jakiś kot, albo diabli wiedzą co. Ruszyłem więc dalej.

Za plecami usłyszałem sowę. Ptaszysko obserwowało mnie pewnie ze swojego ukrycia znajdującego się kilkanaście metrów nad ziemią w starym masywnym dębie.

Po kilku sekundach znów przypomniała o swej obecności. Tym razem usłyszałem także wtórujące jej odgłosy kruków.

Minąłem miejsce, w którym kilka godzin temu zakończyłem wraz z Włodkiem naszą wyprawę. Mgła nieco zgęstniała.

Cholera, mogłem wziąć latarkę. O ile w pierwszej części starego cmentarza paliły się gdzieniegdzie znicze, nieco rozświetlające ciemność i mgłę, tak tutaj nie widać było nic. Co kilkanaście metrów stoi co prawda stara latarnia, ale o ile świeci, to emitowane promienie nie na wiele się zdają. Znów usłyszałem ruch i to kilkanaście metrów przed sobą. Oddech zaczął mi przyśpieszać, serce tłuc jak oszalałe. Zastygłem w bezruchu.

Bałem się, autentycznie się bałem. Odgłos przypominający szuranie butami po ziemi, oddalał się. Z duszą na ramieniu ruszyłem za nim.

Mgła nieco straciła na nasileniu. Zacząłem dostrzegać coraz wyraźniejsze kontury poszczególnych grobów, pomników, posągów aniołów z rozpostartymi skrzydłami. W końcu moim oczom ukazała się słabo oświetlona przez małą latarnię kapliczka. Większą jej część zasłaniały opadające, rozłożyste gałęzie płaczącej wierzby.

Zauważyłem znikającą za jej drzwiami ociężale idącą sylwetkę. Potem już tylko usłyszałem trzask zamykających się drzwi. Powoli, zachowując wszelkie środki ostrożności, poszedłem w tamtą stronę. Z trudem łapałem powietrze, nogi zrobiły mi się jak z waty, niemalże uginając się pode mną.Fetor był nie do zniesienia.

Stojąc przed drzwiami budynku poważnie zastanawiałem się czy je otworzyć. Drżącymi rękoma chwyciłem jednak masywny uchwyt, ciągnąc go w swoją stronę.

Jedno skrzydło masywnych wrót uchyliło się. Powoli wychyliłem głowę, zaglądając do pomieszczenia. Najpierw usłyszałem mlaskanie i siorbanie, potem dostrzegłem leżącego, zmasakrowanego na ziemi człowieka.

Nad nim klęczało kilka sylwetek pożerających jego wnętrzności.

Autentycznie, oni wpychali sobie do ust jego jelita. Z przerażenia zaczął mi drżeć podbródek. Tymczasem jeden z kanibali podniósł głowę. Nasze oczy spotkały się.

Kurwa! To był trup. Jestem pewny tego, że nie miałem wtedy do czynienia z żadną z żywych istot. Jego twarz była na wpół zgniła, tak samo jak skóra na nieosłoniętym przez strzępki ubrania ciele.

Kanibal wydał jakiś dziwny rodzaj pomruku. Chwilę później przyglądało mi się kilka par przegniłych oczu. Nagle wszystkie ruszyły w moja stronę.

Puściłem drzwi uciekając jak najszybciej. Słyszałem ich dosłownie kilka metrów za sobą. Charcząc, rzężąc i powłócząc nogami, starały się mnie dopaść. Okazało się jednak, że są nieco wolniejsi ode mnie.

Biegłem najszybciej jak potrafiłem. W pewnej chwili zaczęło mi brakować tchu. Na szczęście byłem już prawie przy wyjściu. To cud, że do niego dotarłem. Biegłem zupełnie na oślep, byleby tylko uciec i zgubić pościg.

Mgła opadła. Już tylko jej kilkucentymetrowa warstwa utrzymywała się nad ziemią. Byłem przy wyjściu, gdy drogę zagrodził mi gość ze zwisającymi z brzucha wnętrznościami. Nie miałem wtedy czasu zastanawiać się czy to ten sam, który jeszcze parę minut temu był posiłkiem. Roztrzęsiony, zacząłem biec w lewo, byle dalej od tego monstrum.

Kilka metrów dalej natknąłem się na kiwającą się nad grobem sylwetkę. Słysząc mnie odwróciła się. To był Marek! Tylko, że... martwy. Całe jego ubranie było zakrwawione, twarz natomiast poraniona.

Skręciłem w jedną z bocznych alejek. Usłyszałem krzyk dochodzący zza bramy cmentarza. Bestie dopadły pewnie kogoś spacerującego przycmentarną ulicą.

Nie mam pojęcia skąd wziąłem tyle sił, ale dobiegłem w drugi koniec cmentarza. Odwróciłem się, wyglądało na to, że pościg, przynajmniej na razie, został zgubiony. Brama z drugiej strony była zamknięta. Nie miałem więc wyjścia jak wgramolenie się na nią.

Stojąc po drugiej stronie poczułem, że muszę chwilę odpocząć. Oddech z trudem dał się unormować. Ledwo doszedłem do siebie i od razu pomyślałem o jak najszybszym dotarciu do domu. Wziąłbym jedną ze stojących kilka ulic dalej taksówek, niestety nie miałem przy sobie nawet złotówki.

Zacząłem więc biec, najkrótszą z dróg mogącą doprowadzić mnie do domu. Biegłem truchtem. W przeciwnym razie znów straciłbym oddech po pokonaniu kilkudziesięciu metrów.

Gdy dotarłem na ulicę, przy której znajduje się wejście na cmentarz, stanąłem jak wryty. Na środku drogi stały dwa samochody osobowe i autobus nocny. Dokładnie pamiętam nawet jego numer „N62”. Z wnętrza największego z pojazdów dochodziły krzyki, coraz bardziej jednak zagłuszane przez jęki i nawoływania pomocy.

Na drodze leżało natomiast parę ciał, wokół których klęczało kilka sylwetek wpychających sobie do ust ich trzewia. Udało mi się w sposób niezauważony przebiec kilka ulic. Póki co, priorytetem było dostanie się do domu. Stamtąd zadzwonię na policję. Zresztą, i tak nie zaryzykowałbym osobistego pojawienia się na komisariacie. Przecież jak nic uznaliby mnie za wariata.

W pobliżu mojego miejsca zamieszkania panował spokój. Chorda tych umarlaków nie zdążyła jeszcze tutaj dotrzeć. Wbiegłem do domu zatrzaskując za sobą drzwi. Nerwowo przekręcałem także po kolei pokrętła wszystkich zamków. Natalia wyrosła mi zza pleców niczym zjawa:

- Czyś ty do końca zgłupiał!?

- Kurwa! Oni tu za chwilę będą! Na jak długo mamy jedzenia? Zresztą, muszę zadzwonić na policję.

Patrzyła na mnie jakbym postradał wszystkie zmysły. Faktycznie mogło to tak wyglądać.

Zanim cokolwiek jej wyjaśniłem, trzymałem w ręku telefon komórkowy, dzwoniąc z niego pod jeden z numerów alarmowych.

Po dwudziestym którymś z rzędu sygnale, odezwał się głos funkcjonariusza. Moja narzeczona patrzyła na mnie z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Mówiłem o powstających z grobów umarlakach, atakujących następnie nieświadomych niczego ludzi. Niemniej zdziwioną, oraz zszokowaną minę musiał mieć gość w tej chwili słuchający mnie.

- W porządku, przyjąłem zgłoszenie w najbliższym czasie zweryfikujemy je.

- Nie! Nie! Za kilka minut może być za późno. Oni załatwią całe miasto, potem kraj, a potem...

Nie zdążyłem dokończyć, gdyż funkcjonariusz rozłączył się.

- Co ty pieprzysz!? Czego żeście się wczoraj ochlali? Masz jakieś haluny, czy co?

- Naprawdę! Nie kłamię! Byłem na tym przeklętym cmentarzu. Najpierw z Włodkiem, potem sam i wtedy to się zaczęło!

Nie było oczywiście możliwości abym ją przekonał. I tak na pewno w dalszym ciągu stalibyśmy w kuchni, ona zarzucałaby mi wypicie poprzedniego dnia jakiegoś halucynogennego, bądź upośledzającego układ nerwowy gówna, ja natomiast z całych sił starałbym się dowieść swojej prawdomówności, gdyby nie kilka nagłych eksplozji, w następstwie których za kilka sekund najbliższe naszemu miejscu zamieszkania ulice rozbrzmiały i rozświetliły się syrenami wozów policyjnych, straży pożarnej i karetek pogotowia.

Staliśmy na balkonie, tak samo jak większość naszych sąsiadów obserwując, co się dzieje na zewnątrz. Kilka aut na skutek wypadków czołowych płonęło. Tak samo jak trzy ciężarówki przewożące w cysternach jakieś chemiczne specyfiki. Zawartość cystern po wycieku natychmiast ulatniała się przenikając do powietrza. Po ulicach w panice biegali ludzie. Tak naprawdę to uciekali przed nieumarłymi, których z minuty na minutę przybywało. Nikt nie wiedział, co się dzieję. Kilku funkcjonariuszy otworzyło ogień do zmartwychwstałych. Strzały dziewięciomilimetrowej broni na niewiele się zdały. Ich nie można było powstrzymać. Byli nieśmiertelni. Kiedy dopadli któregokolwiek z uciekających, natychmiast zatapiali w nim zęby, niektórych wręcz rozszarpywali.

Ludzie obserwujący z balkonów swych mieszkań całą tę rzeź, najpierw nie dowierzali swoim oczom, kilka minut później zaczynali dosłownie wyć, płakać, zawodzić, kompletnie nie wiedząc co począć. Na razie byli jeszcze w szoku.

Nikt z żyjących jeszcze w tej chwili nie pomyślał o tym, jak sobie poradzimy w tym nowo powstającym świecie. Było jeszcze na to za wcześnie. Natalia przytuliła się do mnie. Nic nie mówiliśmy w ciszy obserwując kataklizm mający zdziesiątkować całą rasę ludzką.

Wszystko działo się błyskawicznie. Niespełna godzinę później, niesamowita liczba umarłych zalała całe miasto. Telewizja transmitowała na żywo nieudolne próby powstrzymania tej armii z zaświatów. Oni byli kuloodporni. Dopiero kilkadziesiąt minut później ktoś zauważył, że jedynie strzał w głowę jest w stanie ponownie ich uśmiercić. Niestety było ich już tylu, iż nie sposób było nad tym zapanować.

Kilka ekip telewizyjnych transmitujących relację na żywo, na oczach oglądających straciło życie. Wybuchła ogromna panika, w zasadzie lepszym określeniem byłaby histeria. Większość mieszkańców próbowała ucieczki z miasta. Tworzyły się więc ogromne korki paraliżujące ruch. Stojący w nich bezbronni ludzie, byli bez szans w starciu z bestiami. Okrążeni ze wszystkich stron nie mieli nawet gdzie uciec. Wszystkie drogi wyjazdowe, zresztą nie tylko - bo i większość tych w mieście, stały się śmiertelnymi pułapkami.

Na początku pogryzionych próbowano ratować. Przewożono ich w tym celu w zależności od stopnia poranienia, albo do szpitala, albo do w pośpiechu organizowanych bezpiecznych stref. Miejsc w szpitalach szybko zabrakło, więc transportowano ich do placówek w innych miastach. Niestety, każdy z nich w przeciągu dwóch, góra trzech godzin umierał zmieniając się w zmartwychwstałego zarażającego kolejne kilkadziesiąt osób. Dzięki tym działaniom zaledwie w kilka godzin upadło jedno miasto, potem drugie, trzecie i tak po kolei.

To dziwne, ale sam na własne oczy widziałem jak jeden z pogryzionych mężczyzn uległ tej piekielnej przemianie dosłownie w kilka minut. Na razie nie wiedziałem od czego uzależnione było tempo zmian.

Nie wychodziliśmy z domu. Póki działał Internet Natalia próbowała porozumieć się z rodzicami, potem przyjaciółmi, znajomymi, a na koniec - z kimkolwiek. Kilka osób odpowiadało. Mówili, że ukryli się przed ewakuacją. W przeciwnym razie podzieliliby pewnie los wszystkich ewakuowanych. Podobno nie przeżył nikt. W naszej dzielnicy nie była przeprowadzana ewakuacja. Nie widziałem także żadnego wojska. Wszystko, dosłownie wszystko, wymknęło się spod kontroli.

Oczywiście, jak to zawsze, zaczęły się tworzyć bandy złodziei i rabusiów. Myśleli, że zdołają się wzbogacić, tymczasem po kolei tracili życie, a raczej - zyskiwali nowe. Człowiek jest jednak dziwnym tworem. Nawet w obliczu śmiertelnego zagrożenia nie potrafi przestać myśleć o pieniądzach i łatwej możliwości wzbogacenia się.

Minęły dwa dni, mimo iż racjonowaliśmy żywność rozsądnie, kończą nam się zapasy. Niestety żadne z nas nie przewidziało tego całego szamba. Nieuniknionym staje się więc opuszczenie mieszkania. Oczywiście wyjdę sam. Natalia nie ma prawa nigdzie się stąd ruszyć.

Tak sobie myślę, że najpierw pochodzę po mieszkaniach sąsiadów. Prócz jedzenia, może znajdę tam jakąś broń lub coś co może jakoś ją zastąpić. Ja mam w domu tylko kij bejsbolowy, nic poza tym.

Nie wybiegam myślami dalej niż do momentu opuszczenia mieszkania. Łudzę się, że lada moment nadejdzie pomoc. Ale łudzimy się tak już od kilkudziesięciu godzin i nic z tego nie wynika.

Mojej dziewczynie zaczyna siadać psychika. Cały czas płacze powtarzając, że zginiemy. Nie jest to motywujące, jednak ją rozumiem.

Pozamykaliśmy wszystkie okna. Mimo to z zewnątrz dochodzą jęki i zawodzenia zmartwychwstałych. Ożywiają się tylko widząc przemykającą ulicami zdobycz. Resztę czasu spędzają na staniu i rozglądaniu się.

Czasami wymykam się na balkon. Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. Mnóstwo stojących w poprzek, grodzących ulicę pustych samochodów, mnóstwo krwi i cała rzesza wygłodniałych, pragnących mięsa, poruszających się niemrawo trupów.

Próbują nawet łapać ptaki, tak samo jak i inne, domowe - teraz już bezpańskie - zwierzęta. Te pierwsze są jednak absolutnie poza ich zasięgiem.

Telewizja nie działa, radio nie działa, tak samo sprawa wygląda z wszelkimi telefonami (czy to stacjonarnymi czy komórkowymi). Dwie godziny temu wyłączony został prąd. Póki co, na razie jest jeszcze woda w kranie. Mamy już zrobiony kilkuset litrowy zapas.

Za chwilę zaczynam przygotowania do pierwszego wyjścia. Boję się, ale nie mamy innego wyjścia. Żeby przeżyć, trzeba przecież jeść. Poza tym, z tego co widzę, moment opuszczenia mieszkania wydaje się być nieunikniony.

Chcesz być na bieżąco z Czasem Z? Polub fanpage:

http://on.fb.me/1b3zWgx

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/10232-Czas-Z-Odslona-2

Oceń:
12
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!