Historia

Czas Z, część 8

gabriel grula 30 6 lat temu 17 724 odsłon Czas czytania: ~30 minut

Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577

---

Stopniowo budzę się, odzyskując świadomość.

Dawno tak dobrze nie spałem. Nie chce mi się wstawać. W pełni świadom leżę więc z zamkniętymi oczami.

W dni wolne od pracy uwielbiałem leniuchować w taki właśnie sposób. Zawsze obok leżała Natalia.

Mimo, iż były to jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu, rana wywołana stratą ukochanej jest jeszcze zbyt świeża. Natychmiast staram się więc skierować myśli na jakikolwiek inny temat. Nic jednak nie przychodzi mi do głowy, niewiele myśląc otwieram oczy.

As leży w moich nogach, działając na nie niczym grzejnik.

Siadam na materacu. Psiak obdarza mnie zaspanym spojrzeniem, merdając przy tym ogonem. Reszta jego ciała leży przy tym nieruchomo.

Głaszczę go, przy okazji dotykając czołem jego pięknego, wielkiego pyszczka. Natychmiast zamyka oczy, zasypiając. Rana za uchem wygląda na zasklepioną. Kamień spada mi z serca. Łapię się na tym, że naprawdę przywiązałem się do niego.

Rozglądam się po pomieszczeniu. Obdrapane ściany, łuszcząca się w rogach farba, świadczą o dawnych latach świetności tego miejsca. Kilkanaście centymetrów obok mnie, leżą jeszcze trzy tylko, że dwuosobowe materece.

Nikt jednak na nich nie śpi.

Idealnie ułożona w kosteczkę pościel, znajduje się na końcu każdego z nich.

Chwytam wzrokiem także kilka szafek i porozmieszczanych w różnych miejscach, do połowy powypalanych świeczek. Obok jednej z nich, leży zapalniczka.

Największym źródłem światła w schronie jest stojąca w sąsiednim pomieszczeniu, duża, gruba gromnica. Prócz niej w kilku miejscach, znajdują się przymocowane do ścian niewielkie pochodnie.

Z sufitu wystają przewody elektryczne, lecz zarówno po żarówkach jak i agregacie, będącym na standardowym niegdyś wyposażeniu, nie ma już śladu.

Zza zamkniętych drzwi dochodzą moich uszu dźwięki rozmów.

Ubieram się, wychodząc z prowizorycznej sypialni.

Witam się z wszystkimi skinieniem głowy, wraz z towarzyszącym mu machnięciem dłoni.

Okazuje się, że wstałem jako ostatni. Wszyscy są już po śniadaniu.

Oczywiście porcja jajecznicy i trzy kanapki z konserwą mięsną zostały specjalnie dla mnie odłożone.

- Jakim cudem udało wam się zrobić tak dobrą jajecznicę? – pytam z niedowierzaniem, pochłaniając śniadanie.

- Z jajek w proszku – odpowiada z uśmiechem Monika.

No tak, że też sam się nie domyśliłem.

Na deser zostaje poczęstowany kawałkiem ciasta drożdżowego.

Jest pyszne.

Po śniadaniu, mam nieco więcej czasu na rozejrzenie się po schronie.

Jest nieduży, prócz pomieszczenia, w którym jadłem śniadanie, sypialni, malutkiej łazienki są jeszcze trzy równie nieduże lokum zaadoptowane na kuchnię, pralnię i jeszcze jedno miejsce noclegowe. Wszystko jest jednak w opłakanym stanie.

Żyliśmy w dwudziestym pierwszym wieku. Nikt nie brał pod uwagę jakiejkolwiek formy konfliktu, a co dopiero ogólnoświatowej zagłady. Nie sposób było nie usłyszeć chociażby o wojnie na Ukrainie, ale to przecież było tam, setki kilometrów stąd. Nam w razie jakby co, miało pomóc NATO.

Myśląc w taki sposób na pewno mogliśmy czuć się bezpieczniej. No właśnie, czuć…nic więcej.

Teraz to już jednak przeszłość.

Weronika widząc moje zainteresowanie bunkrem, postanawia służyć mi swą pomocą i wcielić się w rolę przewodniczko-informatorki.

- Na początku każdy centymetr powierzchni był przez kogoś zajęty. Z czasem niestety ubywało nas coraz więcej.

Zanim nauczyliśmy się poruszać na powierzchni, zginął między innymi mój tata, siostra i dwóch braci.

Dostrzegam łzy w oczach opowiadającej. Nie naciskam więc na kontynuowanie tematu.

Mimo to, w skrócie, przedstawia mi zawiłe losy niemalże wszystkich osób, które miałem przyjemność poznać.

Ich skromna wspólnota, przeżyła równie dramatyczne przygody co ja.

Prócz śmiertelnie groźnych trupów, przyszło im się zmierzyć z bandą anarchistów, kilkoma złodziejami chcącymi przywłaszczyć sobie jak najwięcej wartościowych, należących do nich przedmiotów. Przytrafiły im się też cztery przypadki samobójstw i trzy osoby najnormalniej w świecie tracące zmysły.

Nieszczęśnicy popadli w obłęd. Nie dało się z nimi nic zrobić. Nie pomagały jakiekolwiek formy unieruchamiania, głównie polegające na wiązaniu. Za wszelką cenę dążyli do wyjścia na zewnątrz, twierdząc, że są tu bezprawnie przetrzymywani.

Słyszeli także wyimaginowane głosy, przekonujące do właśnie zażegnanego na powierzchni niebezpieczeństwa.

Ostatecznie wyszli, rzecz jasna nigdy nie wracając.

Za zrobioną jajecznicę, chcę się odwdzięczyć trzema konserwami. Gospodarze nie chcą jednak nawet o tym słyszeć.

Proponuję więc kawę i herbatę.

Ku mojej uciesze piętnaście minut później, pijemy kawę.

Do gotowania służy im bardzo podobna do tej posiadanej przeze mnie, maszynka.

Jest to naprawdę przydatne urządzenie. Szkoda, że zajmuje tyle miejsca, w przeciwnym razie wziąłbym je ze sobą.

Cały swój dobytek zostawiam w suszarni.

- Tam jest dużo chłodniej – zapewnia mnie Michał.

Po obiedzie, zaczynam czytać otrzymaną od Moniki książkę.

Faktycznie „Szmaciane Lalki” pozwalają mi na niemalże godzinę zapomnieć o beznadziei położenia całej rasy ludzkiej.

Pierwsze z opowiadań, zatytułowane „Miasteczko X”.

Przenosi mnie w nawiedzone, kontrolowane przez mnichów miejsce.

Co do mnichów, mam bardzo niemiłe wspomnienia. Ci z opowiadania są mniej więcej tego samego pokroju.

Druga historia, nosząca tytuł „Przypadek Śmierci cz.1” Pozwala mi być świadkiem rozmowy młodego chłopaka ze śmiercią.

Gościu przeżywa straszny zawód miłosny, popychający go do desperackiej próby samobójstwa. Wtedy pojawia się śmierć.

Niezłe! Mimo, iż teraz nie chce myśleć o tym definitywnym końcu ludzkiej egzystencji, to od najmłodszych lat zastanawiałem się nad nim wielokrotnie.

Jako pięciolatek byłem świadkiem samobójczej śmierci człowieka mieszkającego w klatce obok. Nie wiem jakiej natury były jego kłopoty, niemniej jednak nie poradził sobie z nimi ostatecznie tuż przed godziną piętnastą, wyskakując z balkonu swego mieszkania znajdującego się na szóstym piętrze. Bawiłem się wtedy w piaskownicy, lecz doskonale pamiętam ten dziwny, towarzyszący uderzeniu kilkudziesięciu kilogramowego ciała o ziemię odgłos. Natychmiast uniosłem głowę, kierując wzrok właśnie w tamto miejsce. Pchany jakąś siłą, zacząłem biec w stronę rozciągniętych na ziemi zwłok. Mama szybko podbiegła do mnie, zasłaniając mi dłonią oczy. Zacząłem się wyrywać. Doskonale pamiętam to, co pozostało z jego głowy. Czyli krwawą miazgę. Jeden z oczodołów ział pustką, natomiast drugie, przekrwione oko, wpatrzone było w jakiś trudny do zlokalizowania, znajdujący się gdzieś na ziemi punkt.

Plama krwi, zaczynała rozlewać się, pochłaniając coraz większą przestrzeń chodnika wokół zwłok. W życiu nie chciałbym oglądać czegoś takiego po raz drugi. Wtedy jednak „coś” nie pozwalało mi zamknąć oczu. Może była to ciekawość? Nie mam pojęcia.

Nie potrafiłem zrozumieć, że dwadzieścia minut wcześniej widziałem dokładnie tego samego człowieka idącego chodnikiem, a teraz już go niema. Już nie żyje, a to co z niego zostało leży w kałuży krwi.

Rozmowa ze śmiercią? Chyba nie miał na to czasu. A może rozmawiał z nią spadając w dół?

Ciekawe czy też będę miał szanse zamienić z nią choć słowo? Co jej powiem? O co zapytam?

Przewracam ostatnią ze stron kończącą drugie z opowiadań. Kiedy słyszę pukanie w masywny właz wejściowy schronu.

- Wrócili! – słyszę radosny głos Michała.

- W końcu – wtóruje mu Rafał.

Kilkanaście sekund później, do środka wczołguje się spotkana przeze mnie wczoraj trójka ludzi.

Wyglądają na zmęczonych, szczególnie niosący ogromny, wypchany jedzeniem plecak, chłopak.

Zdejmują całe oprzyrządowanie, siadając przy stole.

- Z fabryką mięsną, to był strzał w dziesiątkę. Jest tam kilkaset kilo żarcia. Jestem jednak na sto procent pewna, że wie o niej ktoś jeszcze – zaczyna opowiadać Magda – znalazłam tam ślady czyiś stóp, no i pół mózg zostawił wszystko otwarte. Całe szczęście, że śmierdziuchy nie zdążyły jeszcze tam się dostać. Na pewno jednak póki co, jedzenia nam wystarczy.

Okazało się, że podczas pokazywania mi poszczególnych pomieszczeń pominięte zostały dwa spichlerze, o których dowiaduję się dopiero teraz. Nie dziwię się jednak temu. Zaufanie zaufaniem, ale nigdy do końca nie wiadomo z kim ma się do czynienia. Dlatego jakoś zupełnie mnie to nie razi.

Mateusz będący jedynym mężczyzną opuszczającym podziemne schronienie, jest tak wyczerpany, że niemalże zaczyna zasypiać na siedząco. Wstaje więc, znikając za drewnianymi drzwiczkami „sypialni”.

Magda natomiast kontynuuje – Nie ma na co czekać, póki jest sposobność, trzeba jak najwięcej jedzenia przenieść tutaj. Ewentualnie część zostawić w poszczególnych miejscówkach.

- Do tego Damian – zabiera głos Marzena - znalazł dokumentacje pociągu mającego odjechać dwudziestego drugiego lutego, czyli następnego dnia po nastaniu końca. Oczywiście nie odjechał. Nie wiem, czym były załadowane jego poszczególne wagony, ale trzy z nich miały przewozić przyprawy do mięs, żelatynę spożywczą i co najważniejsze, środki konserwujące, służące do produkcji i konserwacji mięs oraz wędlin. Wszystko to jest nam nie tyle potrzebne, co niezbędne. Dlatego dworzec będzie naszym kolejnym celem wyprawy.

- Przecież mamy konserwy? Po co narażać się dla przypraw? – Michał odkręca litrową butelkę z wodą, podając ją Marzenie.

- No i co z tego, że mamy konserwy? Nie będziesz przecież całe życie jechał na konserwach. Poza tym, tam jest ich ładnych parę set kilo. Wszystkiego nie zdołamy przenieść, a to co przeniesiemy nie będzie znajdowało się w lodówce. Nie zapomnij, że za miesiąc temperatura na dworze może wynosić dwadzieścia stopni. Takie środki zawsze są przydatne. Jeżeli nawet nie wykorzystamy ich jutro lub za tydzień, to skąd wiesz co będzie za rok?

- Może i tak – Michał wzrusza ramionami.

- Ja chętnie bym z wami poszedł, ale… - zaczął Krzysiek.

- Wiem, wiem, więcej sił, energii i czasu stracilibyśmy na odwracanie od ciebie uwagi, niż na samą podróż.

- Pomogę wam! – deklaruję – tyle ile będę w stanie, pomogę!

- Rozumiem, że na pewno potrafisz poradzić sobie na powierzchni, ale wyprawa z nami jest bardzo trudnym wyzwaniem – mówi, patrząc mi prosto w oczy Magda – dużo łatwiej poruszać się samemu niż w grupie.

Wyjaśniam więc wszystkim uczestniczącym w rozmowie, niezrozumiałą, posiadaną zdolność do wyczuwania zmysłem węchu zagrożenia w postaci zainfekowanych jak i fakt, że jestem dla nich niczym duch dla śmiertelnika. Dopóki nie chcę być zauważony lub nie popełnię jakiegoś błędu, to nie są w stanie mnie zlokalizować.

Mój wywód szczególnie zainteresował Magdę jak i Marzenę.

Doskonale wiedziały o niektórych jednostkach, z jakiegoś powodu dużo bardziej predysponowanych do przechodzenia między zarówno dużymi grupami jak i pojedynczymi zainfekowanymi, lecz o tym aby ktoś był niemalże kompletnie dla nich niezauważalny nie słyszały.

- Ciekawe, muszę to zobaczyć.

- Aha, ja też.

Mówią zgodnie. Zdradzają mi także kilka sposobów na zminimalizowanie możliwości wykrycia przez odmieńców.

Zaczyna Magda:

- Podstawą jest szare mydło potasowe – widząc moje zdziwienie na twarzy, uśmiecha się kontynuując – myjemy się tylko i wyłącznie nim. Tak samo sprawa wygląda z praniem. Mało tego, przed wyjściem, wcieramy je w każdą odsłoniętą część skóry.

- Włącznie z twarzą – uzupełnia ją Marzena.

- Szare mydło? – pytam, ciągle nie dowierzając.

- Najważniejsze aby było potasowe. Zarówno to jak i kilka innych odkryć, zostało dokonanych przez przypadek. Będąc okupionymi czyjąś śmiercią.

- Domyślam się. Do jakiegokolwiek odkrycia w tym świecie można dojść tylko i wyłącznie przez przypadek – mówię, przypominając sobie jednocześnie wczorajszy prysznic i kilka garści wtartego w ciało żelu do kąpieli.

- To samo z praniem. Wszystkie proszki, płyny do płukania, działają na nich dosłownie jak afrodyzjaki.

- O dezodorantach nie wspominając. Czują to wszystko lecąc niczym ćmy do światła.

- Nie miałem o tym pojęcia – przyznaję, drapiąc się po brodzie.

- Miałeś szczęście poruszać się przez te kilka dni w niepranych ciuchach. Jest to dużo bezpieczniejsze. Przepocone, niemyte ciało, nie robi z jakiegoś powodu na nich takiego wrażenia. Wszystko to, co ci mówimy, są to środki bezpieczeństwa. Sama zaś przyczyna lokalizowania ludzi i zwierząt jest dużo bardziej skomplikowana i zagmatwana. Na pewno jakąś rolę odgrywa tu genetyka, być może jakiś składnik „PH” skóry. Niby teoretycznie „PH”, wszyscy mamy takie samo, ale… no cóż.

- Niestety na ten temat możemy tylko gdybać – dodaje Marzena

- Do odwracania ich uwagi, używamy natomiast kostek toaletowych.

Słuchając znów drapię się tylko, że tym razem dla odmiany po czole.

- Rzucamy jedną z nich jak najdalej od siebie i nim śmierdziele zorientują się z czym mają do czynienia przechodzimy obok. Ogólnie to największy problem jest z Mateuszem. Mi i Marzenie udaje się przemknąć niemal za każdym razem prawie niepostrzeżenie. Nie ma jednak opcji byśmy były w stanie dużo zabrać. Dlatego Mateusz jest nam niezbędny do pełnienia roli wielbłąda – dziewczyny porozumiewawczo puszczają do siebie oczko, uśmiechając się przy tym.

- Trzeba także pamiętać aby kostki były w szczelnej, nieprzepuszczającej powietrza foli lub opakowaniu. Inaczej sam zamienisz się w jedną wielką kostkę. Tak samo jest w przypadku, gdy dotykasz jej dłońmi i jakieś tam drobne ilości pozostają na skórze. Od razu jest wtedy lipa. Każdy z nas nosi przy sobie kawałek „potasu”, czyli mydła potasowego. Lecz zanim zdążysz go użyć, może być już pozamiatane.

- To jak je wyrzucacie?

- Każdą z nich mamy zapakowaną oddzielnie, natychmiast pozbywając się pustej foli. Aby daleko poleciała, trzeba rzucić pod odpowiednim kątem. Wszystko jest jednak kwestią wprawy.

Jakoś ciężko jest mi to sobie wyobrazić, ale skoro tak mówią, to widocznie tak musi być.

- A co z pozostałymi mieszkańcami? – zadaję pytanie.

- Nie nadają się. Raz na jakiś czas, może wyjść z nami tylko Monika. Resztę wyczuwają niemalże natychmiast. Nie wspominając o Rafale, Arturze, Michale i Darii. Ci dosłownie działają na nich jak płachta na byka. Monika mogłaby wychodzić z nami częściej, ale nie radzi sobie przede wszystkim psychicznie. To dobra dziewczyna, lecz sam wiesz, tam na górze nie jest łatwo.

- Coś o tym wiem – kiwam w geście zrozumienia głową.

- Aha, powiem ci jeszcze taką ciekawostkę, nienawidzą brisu.

- Tego odświeżacza do powietrza?

- Tak, zachowują się po nim jakby zostali potraktowani jakimś gazem – Marzena odwraca głowę w stronę Magdy – pamiętasz akcję w markecie?

- Tak, doskonale.

- Byliśmy w markecie. To było pięć, może sześć dni po katastrofie. Nie mieliśmy wtedy za bardzo o niczym pojęcia, dlatego chodziliśmy w dziesięcioosobowych grupach. Oczywiście prym wiedli faceci, nie zdając sobie sprawy, że kompletnie nie są do takich wypadów predysponowani. Nie wiem jakim cudem, ale udało nam się dojść do marketu. Wtedy jeszcze używaliśmy broni. Ten kto ją miał, nie liczył się z amunicją. Swego czasu mieliśmy jej duży zapas.

W sklepie wpadliśmy w zasadzkę. Śmierdziele wyłazili zewsząd, były ich setki, a na miejsce każdego zabitego pojawiało się trzech nowych. Dopadli większość z naszych, dobierając się w końcu do Piotrka. Nie mogliśmy nic zrobić. Zresztą sekundy naszego życia, wydawały się być policzone. Wtedy zdesperowany, gryziony już we wszystkie możliwe miejsca na ciele Piotrek, w akcie desperacji kilkukrotnie nacisnął spust, strzelając zupełnie na ślepo. Jedna z kul trafiła właśnie w stojący na półce Brise. Zgnilasy zaczęły odskakiwać jak poparzone. Wtedy ruszyliśmy w stronę regału z odświeżaczami. Trzymając po jednym w każdym ręku, zdołaliśmy utorować sobie drogę do wyjścia. Oczywiście tym ich nie zabijesz, a jedynie na kilka sekund odstraszysz. Co ciekawe, żaden inny odświeżacz nie jest w kontakcie z nimi tak skuteczny. Kilka kolejnych osób, boleśnie niestety się o tym przekonało.

- Pewnie kwestia składu.

- Pewnie tak. Na każdą z wypraw wyruszało minimum dziesięć osób, a wracała jedna, góra dwie. Choć zazwyczaj to nie wracał nikt.

Przypomina mi się sytuacja, którą obserwowałem z balkonu swego mieszkania. Wtedy też, o ile dobrze pamiętam, grupa licząca dziesięciu śmiałków próbowała przedrzeć się do hipermarketu. Wszyscy jednak za sprawą kilku oddanych przez jednego z mężczyzn strzałów z pistoletu, zginęli. Dramat rozegrał się na moich oczach. Obserwowałem bieg kolejnych, makabrycznych zdarzeń, jeszcze wspólnie z Natalią.

Prawdą jest, iż w dobrym towarzystwie czas upływa nawet nie wiadomo kiedy.

Tak nadchodzi pora obiadu.

Gulasz jest naprawdę wyśmienity, chodź większości zdążył już się przejeść. Tak to już jednak jest z ograniczonym „Menu”. Dla mnie jednak jest to nowość, dlatego cieszę podniebienie każdym ze smaków.

Od razu przypomina mi się sytuacja z zakonnikami pichcącymi jedzonko na bazie ludzkiego mięsa. Nic się jednak na ten temat nie odzywam. Nie jest to najlepszy temat do rozmów przy jedzeniu. W ogóle lepiej chyba się tym nie chwalić.

Po posiłku, wracamy do dalszej rozmowy.

Na wspomnienie posiadanej broni, Magda robi wyraźnie zainteresowaną minę.

Po zadaniu kilku ogólny pytań, dotyczących nazwy, pojemności magazynka, kalibru naboi, w końcu nie wytrzymuje i mówi:

– Pokaż mi ją.

Na żadne z pytań nie byłem w stanie udzielić odpowiedzi. Nie znam się na pistoletach. Dlatego po chwili przynoszę śmiercionośny przedmiot.

Widzę jak dosłownie błyszczą jej oczy. Od Weroniki wiem co nieco na temat każdego ze szczęśliwie ocalałych mieszkańców bunkra, tylko właśnie na temat Magdy, kompletnie nic mi nie wiadomo.

Krzysiek z Arturem byli handlowcami, mającymi dużo koleżanek i żadnej partnerki. Weronika zajmowała się krawiectwem, Monika pracował w piekarni. Iwona z Michałem trudnili się urzędniczym fachem. Mateusz był bankowcem o kulturystyczne pasji, Marzena początkującą aktorką teatralną, Daria, tak jak wcześniej wspominałem, pracowała w klinice weterynaryjnej. Rafał natomiast, w mieście był przejazdem. Na co dzień pracując jako kierowca przeszło szesnastometrowej ciężarówki, zdążył już zjeździć nie tylko Polskę, bo i całą Europę, wzdłuż i wszerz. Na stałe mieszkał przeszło trzysta kilometrów stąd. Do czasu zagłady był szczęśliwym ojcem i mężem. Podjął dwukrotne próby dostania się w rodzinne strony. Za każdym razem wracając, ledwo przy tym uchodząc z życiem. Tylko o Magdzie nie wiadomo było nic a nic.

- To Glock – mówi z uśmiechem, biorąc pistolet do rąk – naboje dziewięć milimetrów, przedłużony dziewiętnastonabojowy magazynek. Fajne cacko. Wiesz, że założyciel firmy produkującej tą broń, był specjalistą od wysoko wytrzymałych tworzyw sztucznych. Jego firma zajmowała się wcześniej między innymi produkcją parasoli. Ja mam P-99, dokładnie P-99 C AS, bardziej znany jako Walther. Pozostałe litery to oznaczenie wersji. Równie zabójczy i niezawodny – wypowiada każde ze słów z dumą i pasją.

- Nie miałem o tym najmniejszego pojęcia – odpowiadam.

To dopiero znajomość. Nie trudno domyślić się, kim ona mogła być. Przeciętna gospodyni domowa, raczej nie posiada takiej wiedzy z zakresu śmiercionośnych gadżetów. Na pewno to jakaś była policjantka, wojskowa, a może nawet była członkini jakiejś grupy specjalnej szybkiego reagowania. Nie ma co jednak w to wnikać i tak nic mi na ten temat nie powie. Poza tym, to przecież i tak bez znaczenia.

Przy opowiadaniu okoliczności wejścia w posiadanie „katany”. Ożywia się z kolei Marzena.

- No to teraz będzie wykład z Kultury Japonii i kultur Dalekiego Wschodu. Studiowała to dwa lata – nieco przybliża przeszłość swej koleżanki Magda.

- To prawda? – zwracam się do Marzeny.

- Tak – odpowiada – Japonia to moja pasja. Musiałam jednak ukończenie studiów odłożyć na kiedy indziej. Drugą moją pasją jest aktorstwo i to temu postanowiłam się poświęcić.

Dziewczyna dokładnie ogląda miecz.

- Jak na nasze warunki robi wrażenie.

- Potrafisz stwierdzić czy jest oryginalny? – podpytuję.

- Oryginalny, to pojęcie względne. Miecz będący niegdyś własnością samuraja jest bezcenny. Te, które można było kupić, do takich z całą pewnością nie zaliczały się. Ten jednak wykonany jest bardzo dobrze. Widać, że był własnością kogoś, kto się na tym po prosu znał.

- Umiesz posługiwać się czymś takim? Teoretycznie zadanie cięcia nie jest jakąś trudnością, trochę nawet trenowałem.

- Żałuję, ale nie. W obecnych czasach jest to bardzo skuteczna broń. Teoretycznie, to nic nie jest trudne. Ale skoro nie umiesz nim walczyć, to po co go nosisz?

- Kocham dzieła sztuki. No i trochę nie pomyślałem. Z obecną wiedzą, raczej nie bawiłbym się w sentymenty. Wziąłbym coś bardziej przydatnego.

- No tak, to bez wątpienia jest dzieło sztuki.

Nawet nie zauważam kiedy mijają nam kolejne minuty.

Te kilka godzin przebywania z normalnymi ludźmi, działa na moją psychikę niczym balsam na wysuszoną, spękaną, zniszczoną skórę. Jest to zdecydowanie najlepszy rodzaj terapii.

Dostrzegam coraz wyraźniej dające o sobie znać zmęczenie obydwóch dziewczyn.

Jutrzejszy dzień, będzie dla nich dniem odpoczynku. Mimo to, będziemy czynili przygotowania do wyprawy.

Planujemy ją wstępnie na pojutrze. Droga do dworca kolejowego nie będzie łatwa, staram się jednak o tym nie myśleć. Po co martwić się na zapas.

Resztę dnia spędzam na czytaniu.

Otwieram „Szmaciane Lalki” pogrążając się w lekturze opowiadania zatytułowanego „Świetlik”

Bohater, będący pisarzem, zostaje posądzony o kilka groźnych przestępstw w następstwie czego, trafia do więzienia.

A tam, co tu gadać, jest przesrane. Zawsze jednak gdzieś tam jest nadzieja powrotu do ukochanych i normalnego życia oraz świata. Tym człowiek żyje, nadzieją...ona umiera ostatnia.

Nie mam pojęcia jak będzie wyglądało jutro. Lecz w głębi duszy marzę, że w końcu to się skończy i wszystko powoli zacznie wracać do normalności.

Normalnie to już nigdy nie będzie, a przynajmniej dla nas, czyli tych, którzy przeżyli zagładę.

W opowiadaniu „Przypadek Śmierci 2”. Poznaję człowieka, za wszelką cenę broniącego się przed śmiercią. Mimo kuszenia na najrozmaitsze sposoby, postanawia trwać przy ziemskim życiu.

To tak jak ja. Łatwiej byłoby to wszystko zakończyć szybkim strzałem w głowę, lecz coś każe mi żyć, walczyć, przeżyć.

Przypominają mi się słowa Francesco Schiavone, pseudonim „Sandokan”: „Życie stawia przed człowiekiem tylko takie zadania, którym ten jest w stanie sprostać”.

Facet był jednym z bossów neapolitańskiej mafii zwanej Comorra. Bez względu na swoją przestępczą przeszłość, skubaniec miał rację.

Spoglądam na zegarek. Jest już prawie dwudziesta. Znów straciłem rachubę czasu.

Iwona przynosi mi wszystkie, świeżo wyprane, suchutkie rzeczy.

Rozważam możliwość pozostania z ocalałymi. Nie usłyszałem, co prawda, oficjalnej propozycji zasilenia ich szeregów. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, iż nie mieliby nic przeciwko. W końcu spotkałem normalnych ludzi.

Z drugiej strony, chciałbym jednak dostać się w miejsce z którego wyjeżdża konwój.

Pomyślę nad tym jutro.

Czuję nieodpartą chęć kąpieli. Prysznic nawet w lodowatej wodzie, jest niesamowicie przyjemną czynnością.

Dzisiaj zgodnie z wytycznymi dziewczyn, używam tylko mydła potasowego.

Lodowata kąpiel dodaje mi energii.

Kilkanaście minut później, zamieniam kilka słów z Rafałem.

Kierowcę ciężarówki nawiedzają koszmary. Zadręcza się, zarzucając sobie niemoc i bezczynność.

Nie chcę psuć sobie doskonałego nastroju. Mam dość swoich problemów.

Nie czuję, by było mi potrzebne w tej chwili wysłuchiwanie czyiś rozterek. Zdaję sobie sprawę, iż niektórzy muszą się wygadać. Mają po prostu taka potrzebę i już.

Dzisiaj jednak nie zamierzam tego słuchać.

Czekam tylko na dogodną okazję by opuścić jego towarzystwo. Jak zwykle z pomocą przychodzi mi moje wierne psisko.

Biega i kręci się wokół włazu wyjściowego. No tak, przecież przez cały dzień nie był na dworze.

Ubieram się i wychodzę z nim na krótki spacer. Zabieram ze sobą niezastąpioną maczetę.

Grzegorz przy naszym pierwszym spotkaniu, nie pochwalił mi się nią. Miał być to pewnie jego „as” z rękawa, pełniący rolę broni na czarną godzinę.

Aby dostać się z powrotem do schronu, mam powtórzyć taką samą procedurę jak wczoraj. Z tym, że dzisiejsze hasło to „Owoc”.

Już w wąskim przejściu czuję nieprzyjemny chłód. Mimo, iż jest druga połowa marca, temperatura, szczególnie wieczorem, rzadko przekracza słupek pięciu stopni.

Zmysł węchu wychwytuje charakterystyczny dla odmieńców smród, lecz nie ma on jakiegoś szczególnie dużego nasilenia.

Wychodzimy na zewnątrz. As od razu gna przed siebie, znikając między blokami. Wieczór należy do pogodnych. Księżyc w pełni, działa niczym okrągła, wielka żarówka, rozświetlająca mrok wymarłego miasta. Jego blask napotykając na poszczególne części miejskiej zabudowy, rzuca ciemny cień na fragmenty ulic, chodników, trawników lub stojących pojazdów.

Dookoła panuje spokój. Widzę stojącego za rogiem bloku zainfekowanego. Dzieli nas jednak tak duża odległość, że nie powinien stanowić zagrożenia.

Idę w przeciwnym kierunku, dochodząc do metrowego, betonowego murka oddzielającego trawnik od chodnika ulicy.

Kucam kryjąc się za budowlą. Kilka metrów przede mną, stoi kilkunastu zainfekowanych. Przyglądam się im, chcąc wychwycić, być może jakieś zmiany w ich paskudnej fizjonomii.

Każdy ma krwisto czerwoną skórę z widocznymi bąblami. Różnią ich jedynie błony w miejscach oczu u większości z nich i puste oczodoły w przypadku reszty. Na tą chwilę nie wiem, czego zwiastunem mają być te błony. Oby tylko niczego dużo bardziej zabójczego.

Poza tym szczegółem, wszyscy wyglądają tak samo. Szczupłe sylwetki, chude ręce i dłonie zakończone długimi, w niektórych przypadkach połamanymi, paznokciami. To w co niegdyś byli ubrani, teraz jest czarnymi od krwi łachmanami. Bywa i tak, że niektórzy z nich są nadzy. Kościste, pomarszczone, intensywnie czerwone ciało wzbudza odrazę.

Słyszę trzepot skrzydeł. Dochodzi on niemalże tuż znad mojej głowy. Nieco odchylam się, spoglądając do góry.

Na pobliskim drzewie, wzdłuż całego znajdującego się nad moją głową konaru, siedzi kilkanaście wpatrzonych we mnie czarnymi ślepiami kruków.

Nie podoba mi się to. Wczoraj co prawda nie przejawiały wobec mnie agresji, ale to było wczoraj.

Odchodzę nieco od murku. Zaciskam palce na rękojeści broni.

W tym czasie słyszę ujadanie Asa. Truposze nagle jak zaprogramowane, ruszają w stronę, z której dochodzi szczek.

- „Znów w coś się władował” – myślę.

Nagle, rozlega się niesamowicie nieprzyjemny skrzek wpatrujących się do tej pory we mnie ptaków. Po chwili podrywają się do lotu i lecąc niemalże jeden obok drugiego, mijają mnie, znikając za rogiem bloku.

Mogę odetchnąć z ulgą.

Zmierzam w stronę, z której dobiegł moich uszu szczek. Powoli mijam tarasujące drogę auta.

Odpoczynek wyszedł mi na dobre. Każdy ze zmysłów jest wrażliwszy, czujniejszy. Nic nie jest w stanie mi umknąć.

Na drugim piętrze, w bloku po lewej stronie, dostrzegam przemykające koło okna dwie sylwetki. To zainfekowani.

Wyjście z budynku znajduje się jednak kilkanaście metrów dalej, mogę więc czuć się bezpiecznie. Unoszona przez wiatr gazeta rozkłada się na przednim, bocznym zderzaku Fiata Punto, dosłownie kilka metrów przede mną.

Zatrzymuję się, odruchowo rozglądając czy ktoś prócz mnie usłyszał jej szelest.

W porządku, nic się nie dzieje, idę dalej.

Rejestruję kolejny szczek. Tym razem z miejsca oddalonego o sześć, może siedem, rzędów znajdujących się z przodu samochodów.

Słyszę dochodzący z oddali dźwięki nawołującego się ptactwa. Gdzieś tam, jedno z okiennych skrzydeł uderza kilkukrotnie o framugę.

Ostrożnie zbliżam się do celu, przechodząc między autami na ich drugą stronę. Aby wszystko dobrze widzieć, szybkim krokiem pokonuje następne kilka metrów, kryjąc się za stojącym na chodniku, małym z wyglądu przypominającym Smarta, autku.

As szczerząc kły, zasłania swym ciałem leżącego obok w kałuży krwi pogryzionego, niewielkiego psa.

Obok niego, także sprawiając wrażenie w każdej chwili gotowego do ataku, stoi duży, masywny, przypominający doga niemieckiego, pies. Wspólnie starają się utrzymać na dystans dwóch zainfekowanych.

Ci jednak, krok po kroku, skracają dystans dzielący do konającego zwierzęcia.

Niepokoi mnie znacznie przybierające na sile natężenie fetoru.

Prostuję się, rozglądając jednocześnie we wszystkie strony.

Kurwa! Co się dzieje? Coraz szybciej obracam głowę. Lęk wzmaga na swej intensywności. Momentalnie zalewają mnie na zmianę, fale zimnego potu i przebiegające od stóp do czubka głowy, fale ciarek.

Prócz odganianych przez Asa i doga zainfekowanych, nikogo więcej nie widzę. A więc skąd ten smród?

Usilnie staram się zachować resztki zdrowego rozsądku i jeszcze raz analizuję swoje położenie. Z jednej strony chroni mnie blok, z drugiej samochód, przede mną znajdują się tylko szczerzące kły psy i dwóch odganianych zainfekowanych, z tyłu natomiast nie ma nikogo.

Fetor staje się mocniejszy, a ja nawet nie mam pojęcia skąd może nadchodzić zagrożenie.

Mimowolnie oddech staje się coraz szybszy, serce próbując dotrzymać mu kroku, równie zwiększając tempo pracy.

Zaczynam panikować, pocą mi się ręce. Do tego jak na złość nie wziąłem tego przeklętego pistoletu.

Kucam, wlepiając wzrok w ścianę bloku, gdy w tym samym momencie słyszę trzask rozbijanej tuż nad moją głową szyby.

Jej poszczególne, różnej wielkości części, zasypują mnie niczym deszcz bardzo intensywnej ulewy.

Jestem zdezorientowany, kompletnie zbity z tropu. Odruchowo schylam głowę, zasłaniając ją rękoma. Dopiero pięć sekund później, podnoszę wzrok.

Nad głową przelatuje mi ogromne cielsko jakiegoś zwierzęcia.

Odskakuje w prawą stronę, czym prędzej odczołgując się na kolejnych kilka metrów.

W miejscu, w którym przed chwilą siedziałem, leży teraz jeden z usilnie próbujących się podnieść zainfekowanych.

Chwilę później, spada na niego jeszcze dwóch truposzy.

Szybko wstaję, kryjąc się za najbliżej stojącą furgonetką. W tej chwili z okna wypada jeszcze jeden odmieniec.

Obchodzę pojazd, starając się zobaczyć, co też za zwierzę przeleciało mi nad głową.

Okazuje się nim być drugi z rottweilerów. Pierwszy musiał wyskoczyć tuż przed nim.

Jeden z dużych rottweilerów, podbiega do leżącego, rannego psiaka. Chwyta go za kark, następnie biegnie z nim wzdłuż ulicy.

Ranny czworonóg musi być strasznie poharatany.

Każdy metr pokonywanej przez nich drogi, znaczony jest stróżką krwi.

Wszystkie psy, ruszają w ślad za wspomnianą dwójką.

Tymczasem, z każdej strony zaczynają schodzić się zainfekowani. Najwyższa pora czym prędzej stąd spadać.

Wyczekuję odpowiedni moment, a następnie przemieszczam się między autami w stronę, z której tu przyszedłem.

Jak na jeden wieczór mam zdecydowanie dosyć wrażeń. Spokój, harmonia i uczucie kontrolowania sytuacji, zniknęły pękając niczym bańka mydlana.

Kiedy zwabieni hałasem odmieńcy przechodzą zbyt blisko, zatrzymuję się, stając w miejscu. Uważam też na znajdujące się na ziemi najrozmaitsze przedmioty, stanowiące niegdyś własność w panice uciekających mieszkańców.

Droga powrotna zajmuje mi dużo więcej czasu. Gdyby nie mój dar „niewyczuwalności” i ich ślepota, byłoby po mnie. Oni są wszędzie. Węszą, charczą i szybkim krokiem kierują się w ślad za uciekającymi zwierzętami.

Boję się o Asa. Sytuacja prezentuje się nieciekawie.

W końcu docieram w okolice schronu.

Moje obawy okazują się być zupełnie nieuzasadnione, gdyż mój przyjaciel już biega w kółko budowli prowadzącej do bunkra.

Mogę odetchnąć z ulgą.

Sytuacja z oknem przeraziła mnie. Jest to kolejna nauczka. Aby nigdy, przenigdy, nie czuć się zbyt pewnie.

Będąc w trakcie nerwowego rozglądania się we wszystkie strony, nie zauważyłem, że nieco ponad metr nad moją głową, znajduje się okno mieszczącego się na parterze mieszkania. Nawet jakbym je widział, nie spodziewałbym się mogącego dopaść mnie właśnie z tamtej strony zagrożenia.

Akurat ten budynek, miał bardzo wysoko znajdujące się okna pierwszej z kondygnacji. Nie zmienia to jednak faktu, że dałem się zaskoczyć i spanikowałem.

Podchodzę do swego pupila kręcąc głową.

Patrzy na mnie, nieco przekrzywia masywny łeb w lewo, na koniec znika w wąskim przejściu prowadzącym do schronu.

Po powrocie nie czuję chęci rozmowy z kimkolwiek. Koniecznie muszę poleżeć.

Przez chwilę czułem się jak zwierzyna, niewiedząca, z której strony zostanie zaatakowana przez bezwzględnego myśliwego.

Po grzecznościowym – „do jutra” – znikam za drzwiczkami „sypialni”.

Na leżących tuż obok mojego miejsca noclegowego materacach, śpią w najlepsze Magda, Marzena, Mateusz i Daria.

Chcę zasnąć, lecz jeszcze nie doszedłem do siebie po wieczornym spacerku.

W oczekiwaniu na sen, zastanawiam się nad przyczynami wariactwa pana Witolda.

Musiał z okien domu dostrzec coś, co go zainteresowało do tego stopnia, by zadać sobie trud wyjaśnienia tego.

Na cmentarzu, mógł być naocznym świadkiem wychodzącego z ziemi trupa i niestety jego psychika nie zdołała tego wytrzymać.

W trakcie rozmyślań zasypiam.

Umysł i zmysły wyraźnie odpoczywają, świadczą o tym sny.

Uwielbiam śnic, gdy jednak jestem przemęczony, zatracam tą cenną umiejętność.

Pomijam tu oczywiście senne, męczące koszmary.

Dzisiejszej nocy najpierw śni mi się, że potrafię bardzo wysoko podskakiwać. Niesamowicie dziwię się, jak to jest możliwe, iż wcześniej nie wykorzystywałem tego daru. Przecież to takie proste.

Następny sen rozgrywa się na jakiejś kompletnie nieznanej mi ulicy. Jeżdżę na malutkim rowerku, z trudem mogąc kręcić jego mikroskopijnymi niemalże pedałami.

W końcu spotykam Włodka i Marka. Obaj stoją, przyglądając się moim wyczynom.

Zsiadam z rowerka, od razu tłumacząc im niesamowite wrażenie z jazdy takim cudem.

Śmiejamy się, mimo iż nie odzywają się, wiem, że gdzieś się śpieszą. Nie chcąc zawracać im głowy, postanawiam kontynuować przejażdżkę. Niestety rowerek w tym czasie skurczył się tak bardzo, że nie ma możliwości by na niego wsiąść.

Zdziwiony zastanawiam się – „Jak w ogóle udało mi się na nim przyjechać?”.

Po chwili stoję przed masywnym włazem bunkra. Postanawiam na wszelki wypadek sprawdzić czy aby jest zamknięty. Okazuje się być otwarty. Zawzięcie kręcę dużym, okrągłym, metalowym kołem, wprawiającym w ruch wszystkie zamki. Niestety, moje działania nie przynoszą żadnego efektu. Mało tego, w pewnym momencie masywne wrota wprost wypadają z framugi. Czuję pewien rodzaj niepokoju, lecz na pewno nie jest to żaden rodzaj strachu czy paniki.

Otwieram oczy w pierwszej kolejności patrząc na zegarek. Wskazówki pokazują godzinę dziewiątą dwadzieścia. Mój przyjaciel śpi obok materaca.

No, nieźle pospałem.

Problemem jest jednak zapchany katarem nos.

To przez ten lodowaty prysznic, połączony z wczorajszym spacerem z Asem.

Ponownie wstaję jako ostatni. Wszystkie pozostałe miejsca noclegowe są już zasłane.

Wstaję, ubieram się i idę na śniadanie.

Brakuję jeszcze Weroniki, Krzyśka, Artura i Rafała. Cała reszta stoi natomiast nad rozłożoną mapą miasta.

- W kuchni masz śniadanie – mówi Marzena.

- Okej, dzięki.

Niebawem wracam, obserwując przygotowania do jutrzejszego wypadu.

Cała trójka bardzo rzetelnie przykłada się do zaplanowania kilku dróg, mogących doprowadzić nas do stacji kolejowej.

Trudne są do przewidzenia skupiska zainfekowanych, dlatego misternie planowana droga uwzględnia każdą z uliczek znajdujących się po drodze.

Będzie to najprawdopodobniej trzydniowy wypad. W grę wchodzą więc, dwa noclegi. Nawet przy naprawdę sprzyjających okolicznościach, jedną noc będziemy musieli spędzić na zewnątrz.

Doskonale nadającym się do tego miejscem, będzie parter czteropiętrowej kamienicy. Niegdyś znajdowała się tam placówka bankowa, dlatego sforsowanie przez truposzy czy to drzwi wejściowych, czy któregokolwiek z okien nie wchodzi w grę. Klucze, gwarantujące dostanie się do środka ma Marzena. Dostała je od jednego z pracowników banku. Nieszczęśnik zginął niestety podczas jednego z wypadów.

W razie gdyby podróż miała nam się wydłużyć, moi towarzysze mają przewidziane jeszcze jedno miejsce noclegowe.

Mieszczące się w jednym z bloków.

- Zgnilasy nie umieją łazić po drabinach, a nie ma innej opcji dostania się na trzecie piętro. To sprawdzone miejsce – tłumaczy Magda - W razie jakby co, kawałek dalej stoi furgonetka, rzecz jasna mam do niej kluczyki.

- Mamy nią przyjechać? – odsuwam od ust kubek z herbatą.

- No coś ty. Nie dalibyśmy rady przejechać więcej niż kilka ulic. Można jednak bezpiecznie spędzić w niej noc. Ma zakratowane okna i nieco wzmacnianą karoserię. Jeżeli śmierdziele nie wyczują, że się w niej schowaliśmy, śmiało będzie można tam się ukryć. To jednak scenariusz awaryjny. Jego plusem jest znajdująca się niedaleko apteka. Tak czy siak, musimy do niej wstąpić.

Jeszcze przez godzinę słuchamy planu Magdy. Mam wrażenie, iż to ona jest tu główna dowodzącą.

Nieco wątpliwości budzi moje przeziębienie. Marzena twierdzi, że odmieńcy momentalnie wyczuwają wszelkie wirusy jakiejkolwiek choroby.

Postanawiamy wieczorem sprawdzić jak to będzie wyglądało w moim przypadku.

W międzyczasie, budzi się cała reszta mieszkańców schronu.

Następnie rozmawiamy o wpływie na zainfekowanych deszczu. Jak i o trzech mglistych dniach.

- Też się nad tym zastanawialiśmy. Podczas ostatnich opadów chowali się gdzie popadnie. Ale za to kilka dni wcześniej, zupełnie nie zwracali uwagi na deszcz.

- Coś musiało być przyczyną – stwierdzam.

- Na pewno, raczej jednak do tego nie dojdziemy. Nie ma innego wyjścia jak obserwować ich zachowanie podczas każdej z zaczynających się ulewy.

- A te mgliste dni. Dwie osoby przypłaciły życiem – włącza się do rozmowy Artur – biedacy udusili się. Każdy z nas myślał, że to już koniec. Ostatecznie jednak jakoś przetrwaliśmy.

- A nie macie wrażenia, że być może była to jakaś bądź, co bądź nieudana próba zabicie zmartwychwstałych? – pytam dopijając herbatę.

- No coś ty? Niby przez kogo? A jeżeli nawet, to dlaczego od tamtej pory nic podobnego już nie miało miejsca? Moim zdaniem był to jakiś chemiczny opar, powstały na skutek wybuchu którejś z fabryk.

Jakby na to nie patrzeć, wydaje się to być bardzo prawdopodobny scenariusz.

Poruszam jeszcze temat firm „Mirwex” i „Cobad”, dowiadując się, że cztery ich fabryki zostały w ostatnim czasie przeniesione ze Szwecji i Norwegii do Polski i Słowacji. Oficjalnym powodem był łatwiejszy dostęp do półproduktów. Prawda jednak była taka, że Skandynawowie nie wyrazili zgody, po pierwsze na emisję jakiś przekraczających kilkukrotnie dozwolone normy szkodliwych oparów, a po drugie obawiali się tragicznych następstw wywołanych działalnością obu koncernów. Co jednak mieli konkretnie na myśli mówiąc „tragiczne następstwa”, nie wiadomo. Teraz można się jedynie tego domyślać.

No tak, to co gdziekolwiek indziej niedopuszczalne, u nas jak najbardziej możliwe. Kwestia tylko odpowiedniej sumy i wszelkie pozwolenia stają się tylko formalnością.

Po zjedzeniu obiadu, w dalszym ciągu snujemy możliwe scenariusze ocalenia rasy ludzkiej. Każdy z nas bardzo chciałby być optymistą, lecz jak tu patrząc na to wszystko mieć nadzieję, że będzie dobrze.

W rozmowie nie uczestniczą Rafał, Krzysiek i Iwona.

W ogóle od rana, każde z nich zachowuje się trochę dziwnie.

- Mają pewnie słabsze dni. Raz na jakiś czas, każdy z nas coś takiego przechodzi. Sam przecież wiesz jak trudno zachować zdrowy rozsądek, siedząc non stop kilka metrów pod ziemią – wyjaśnia mi Monika.

Wieczorem wraz z Magdą i Marzeną, wychodzimy na zewnątrz.

Kilka minut przed przekroczeniem progu chroniącego nas przed światem zewnętrznym, dostaję od Marzeny szmaciane, sportowe buty.

- W tych cię nie usłyszą. Twoje na pewno lepiej sprawdzają się w deszczu, bądź zimą. Ale są zdecydowanie głośniejsze. Coś za coś. – mówi.

Ma rację. Potrafię poruszać się w nich niemalże bezdźwięczne, lecz „szmaciaki” na pewno lepiej się sprawdzą. Dziękuję jej za prezent.

Na zewnątrz wita nas mrok, rozświetlony przez działające, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, kilka stojących obok siebie latarni.

Dziwnie to wygląda. Poszczególnie usytuowane w różnych miejscach miasta latarnie, czasami bez jakiegokolwiek powodu zapalają się. Miasto teoretycznie nie jest zaopatrywane w prąd, jednak niekiedy, któraś z elektrowni pod wpływem nieznanego czynnika potrafi dostarczyć znikomej ilości energii. Potwierdzeniem tej teorii jest nagłe zgaśnięcie latarni.

As jak zwykle biegnie zaznaczyć swoje terytorium.

My natomiast po dostrzeżeniu grupy stojących zainfekowanych, idziemy w ich stronę.

Zachodzimy ich z trzech, różnych stron, coraz bardziej zbliżając się do nich.

Nagle unoszą głowy, kierując je na przemian w stronę Magdy lub Natalii. Ja natomiast zostaje cały czas niedostrzeżony.

Kobiety zatrzymują się w niewielkiej odległości od nowych władców miasta. Ci powoli, krok po kroku, zaczynają przybliżać się w ich stronę.

Dziewczyny cały czas zachowując bezpieczny dystans, cofają się, podczas gdy ja podchodzę do nich niemalże na odległość dwóch metrów.

Nagle jeden z nich zatrzymuje się, natychmiast odwracając się w moją stronę. Wszyscy zastygamy w bezruchu.

Czuję na twarzy powiew chłodnego wiatru. Z dachu, któregoś z sąsiednich bloków, dochodzi dźwięk uderzających o rynnę pazurów. Najprawdopodobniej jakiś ptak zajął bardzo dogodne stanowisko, gwarantujące mu obserwowanie naszych poczynań.

Wycie psów, lub wilków zakłóca następne kilka sekund zabójczej, budzącej grozę, ciszy. Ma ono jednak swoje źródło gdzieś daleko stąd. Kilkadziesiąt metrów dalej, wiatr poderwał pustą puszkę, ciskając nią następnie o asfalt ulicy. Brzęk niesie się echem po całej okolicy. Natychmiast trzech zainfekowanych, szybkim krokiem idzie w stronę, z której dochodzi hałas.

Reszta truposzy znów odwraca się w stronę dziewczyn, tym razem jednak od razu nieco szybszym krokiem skracając dzielący ich dystans.

Magda wyjmuje jedną z kostek do WC, rzucając ją dwa, góra trzy metry od swych stóp. Zainfekowani dopadają zieloną kostkę niemalże bijąc się o nią.

Daje to nam kilka cennych sekund na odwrót.

Kiedy orientują się, z czym mają do czynienia, cała nasza trójka stoi już bezpiecznie kilkadziesiąt metrów dalej.

- Ja pierdolę, nigdy nie widziałam czegoś takiego – szepcze Marzena.

- Oni najnormalniej w świecie nie czują cię. Jedyne co, to mogą cię usłyszeć – dodaje jej koleżanka.

- Tak mam – z uśmiechem rozkładam ręce.

As czeka na nas przy betonowej, przypominającej grzyb budowli. Trzeba przyznać, że dziś uwinął się szybko.

Wracamy do schronu.

Jestem pod niesamowitym wrażeniem umiejętności obu dziewczyn. Potrafią zachować spokój i zimną krew, niemalże do ostatniej chwili.

Mam niesamowite szczęście. Mimo choroby, jestem jak duch. W łapska zainfekowanych mogę dostać się tylko zagoniony w ślepy zaułek, bądź jeżeli sam im się nawinę.

Wyprawę postanawiamy rozpocząć jutro rano. Rzecz jasna piątym członkiem naszej ekipy, będzie niezastąpiony mój wierny towarzysz As.

Chcesz być na bieżąco z Czasem Z? Polub fanpage:

http://on.fb.me/1b3zWgx

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/10646-Czas-Z-Czesc-9

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Naprawdę bardzo wciągająca historia.Najbardziej zaintrygowało mnie to, że Natalia popełniła samobujstwo oraz to jak Feliks odnalazł tego psiaka bez niego Feliks był by jak bez ręki a nawet rąk.Bardzo lubię twe wciągające na godziny historię Pozdrawiam
Odpowiedz
To jest mega :D najlepsza pasta :D Gratki :D
Odpowiedz
Denerwuje mnie ta reklama swojej książki ( słabej z resztą, a bohater przedstawia ją wspaniale).
Odpowiedz
W życiu nie czytałam, czegoś lepszego ! Pomimo iż nie lubie tego typu opowiadań to tym mnie urzekłeś ! Wieelkieee Brawaaaa :)
Odpowiedz
Piszesz niby fajnie i w ogóle ale jedna rzecz mi się nie podoba. Według mnie traktujesz to jak grę. Grę w której najebane jest masę wątków, mini questów i dziwactw. Niestety, fajne jest to tylko w grach. Przesadzasz w wymyślaniu nowych "smaczków". Ptaki są przesadzone i po prostu niemożliwe, dziwna reakcja na odświeżacz powietrza też zbyt fajna nie jest. No przynajmniej według mnie.
Odpowiedz
Zajebiste brachu
Odpowiedz
śmierdzisz
Odpowiedz
Widzę, że wziąłeś sobie moje rady do serca :) Musisz uważać jeszcze na powtórzenia. Przy dialogach nie używa się myślników, tylko „Ctrl” + „-” na klawiaturze numerycznej. Jeden błąd jeszcze szczególnie rzucił mi się w oczy: - „Znów w coś się władował” – myślę. Poprawnie byłoby: „Znów w coś się władował” – myślę. lub – Znów w coś się władował – myślę. Ogólnie rzecz biorąc, jest bardzo fajnie. Powodzenia przy kolejnych częściach. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Jak zawsze zajebiście, czekam z niecierpliwością na 9 część, nawet film mogliby zrobić na podstawie twojego oppwiadania
Odpowiedz
Niesamowite !! Następna genialna część :D czekam na następną c:
Odpowiedz
Tak jak myślałem, i tego oczekiwałem świetna kontynuacja tej opowieści :) Mam nadzieję że szybko wyjdzie kolejna część. Pozdrawiam ;)
Odpowiedz
Kolejna część powinna być pod koniec przyszłego tygodnia. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Trochę za dużo nawiązań do twojej książki, jak na tak krótką część. Jedno lub dwa ok, ale z czterema to trochę przesadziłeś :D ogólnie tak 4+
Odpowiedz
Akcja trochę zwolniła. Bohater będąc w schronie mógł tylko rozmawiać albo czytać. Jasne, mogłem jeszcze pomyśleć nad jakimiś innymi zajęciami. Nie chciałem jednak zbytnio kombinować, aby nie zabrnąć w coś mało interesującego. Dzięki nawiązaniom wplotłem wątek widzianego samobójstwa. Równie dobrze mógł czytać każdą inną książkę niekoniecznie mojego autorstwa. Na powierzchni nie ma opcji zaprzątania sobie głowy jakąkolwiek lekturą. Więc korzystając z okazji, czytał.
Odpowiedz
A już miałam iść spać, gdy zobaczyłam , że 8 część jest już gotowa. Jutro / dzisiaj wstaje rano nieprzytomna do pracy...Ale było warto :)
Odpowiedz
Dzięki za komentarz. Cieszę się, że się podoba.
Odpowiedz
Dziękuję wszystkim za komentarze, nie tylko pod tą częścią, ale i pod każdą poprzednią. Dziewiąta część powstaje :) Pozdrawiam.
Odpowiedz
kiedy 9 część czekam dzięki ci za wszystkie części i powodzenia w karierze
Odpowiedz
Adrian Siudym Dziewiątą część, wrzucę jutro (tj. niedziela), koło południa. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Czasami można natknąć się na ortografię (np. "objedzie"), ale na szczęście rzadko ;) Na interpunkcję częściej, ale poza tym idzie Ci świetnie. :)
Odpowiedz
Dzięki za komentarz.
Odpowiedz
Jak zwykle, świetne opowiadanie. Ale stary, błagam Cię: INTERPUNKCJA. Źle postawiony bądź pominięty przecinek zmienia sens wypowiedzi i naprawdę nieprzyjemnie się to czyta. Poza tym jest genialne. Mocne 9/10.
Odpowiedz
Staram się jak mogę, ale prócz słów i liter, przed którymi stawia się lub nie stawia przecinków, gubię się w interpunkcji. Wiem, że to utrudnia czytanie, nigdy też nie machnę na to ręką, ale czasami nie ogarniam. Ogólnie im więcej razy coś czytam i poprawiam, tym jest gorzej. Dzięki za komentarz.
Odpowiedz
Gabriel Grula Fakt, czasami lepiej zostawić coś w pierwotnej formie, bo jak się za długo zastanawia nad sensem to można przekombinować. Ale z każdą częścią coraz lepiej, coraz mniej błędów, jeśli chodzi o literówki, jedynie co to zdarza ci się czasami błędnie odmieniać przez osoby ^^ cytat "Jako pięciolatek byłam świadkiem samobójczej śmierci (...)" gdzie wypowiadał się w narracji główny bohater :v Ale tak to coraz lepiej, to wszystko są rzeczy które da się przyswoić, i aż tak bardzo nie bolą, a przy takiej ilości tekstu sam bym chyba pierdolca dostał gdybym chciał zeby wyszło 'idealnie'. Podoba mi się coraz ciekawsze rozwijanie akcji, bo przez ostatnie 3 części przestaje to byc typowe każde inne opowiadanie o zombie w stylu TWD. Tu jakaś mgła, tu walka z ptakami, tu psy się bronią, tu ślepi, tu węch mu pomaga, niezauważalny, tu im coś wyrasta, tam szyszka, tu bąble, dezodoranty itp. Nawiązania do przeszłości, poruszenie tematu wojny na Ukrainie i akcja umieszczona w Polsce dają poczucie tego że to się dzieje, i to teraz. Troszkę jak burzenie czwartej ściany, bo poruszasz tematy dotyczące czytelnika, i dajesz mu poczucie uczestniczenia w tym wszystkim. Bardzo fajnie że masz jakiś swój pomysł, historia wciąga, akcja się nie zatrzymuje i przede wszystkim części wychodzą w miarę regularnie. Mógł byś to na serio wydać w postaci jakiejś książki, albo e-booka kiedy już napiszesz całość :D Polecam się, zrobił bym ci jakąś ładną okładkię hehe :P
Odpowiedz
Boże ja tu piszę o ilości tekstu a moje komentarze pod tymi częściami zaraz długością dogonią samo opowiadanie xD
Odpowiedz
Nienawidzę zombie i wszystkiego co jest z nimi związane ale ta historia mnie wciągnęła :D
Odpowiedz
Cieszę się, że zombiaki przekonały do siebie kolejnego czytelnika :)
Odpowiedz
czekam na więcej :3 genialne
Odpowiedz
Dziewiąta część będzie nieco dłuższa. Na razie, jest jednak jeszcze nieskończona.
Odpowiedz
Super! Bardzo fajne nawiązanie do starych przyjaciół Marka i Włodka. Czekam na kolejną część. Już nie mogę się doczekać ich wyprawy.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje