Historia

Czas Z Część 13

gabriel grula 25 6 lat temu 8 685 odsłon Czas czytania: ~12 minut

Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577

Ze snu wyrywa mnie straszny krzyk oraz brzęk uderzających o ziemię przedmiotów. Wszystko dzieje się w sąsiednim pomieszczeniu. Szybko zrywam się, chwytam za broń i, najszybciej jak potrafię, biegnę w stronę, z której dochodzi hałas. Będąc w progu, dostrzegam leżących na ziemi Damiana i Artura. Nad nimi z zakrwawioną twarzą stoi Rafał, machając długim nożem na lewo i prawo, nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie.

Nagle zza jego pleców wychodzi Magda.

– Rzuć to! – mówi pewnym głosem, stając kilka metrów obok niego. Oburącz trzyma wycelowanego prosto w jego głowę Walthera.

Jednak Rafał zdecydowanie rusza w jej stronę, nieprzerwanie, chaotycznie machając nożem w każdą z możliwych stron. Pada strzał. Jego konsekwencją jest nieprzyjemny dźwięk dzwonienia w uszach. Pięć sekund później czuję zapach prochu.

Daria z płaczem ucieka do sypialni, a w ślad za nią ruszają Weronika, Marzena i Krzysiek.

Magda opuszcza broń. Wyraz jej twarzy jasno odzwierciedla stan umysłu. Jest wściekła. Szczerze powiedziawszy, mimo iż jestem facetem, boję się teraz spojrzeć jej w oczy. Z błękitnych stały się czarne.

Chowa broń za paskiem spodni, podchodząc do rannego Artura.

Okazuje się, że Rafał wpadł w amok. Wybiegł z sąsiedniego pomieszczenia, przewracając wszystko, co było w zasięgu jego rąk. Damian z Arturem próbowali go uspokoić. Nie sposób jednak powstrzymać człowieka opętanego szaleństwem. Wywiązała się bójka. Rafał był już prawie okiełznany, kiedy wyjął nóż, dwukrotnie dźgając nim Artura, a następnie Damiana. Ten drugi był zdecydowanie grubiej ubrany, dlatego ostrze nie zadało mu jakoś szczególnie dotkliwych ran. Gorzej jednak jest z Arturem.

Dwie rany krwawią bardzo obficie. Chłopak dostaje solidną dawkę leków przeciwbólowych, po których traci przytomność. Medycyna nie jest moją domeną, ale obrażenia wyglądają poważnie. Daria obejrzy ranę, kiedy dojdzie do siebie. Jeżeli jednak ostrze uszkodziło któreś z jelit, nic nie da się poradzić. W takim przypadku należałoby jak najszybciej przeprowadzić operację. Niestety tutaj nie ma do tego ani warunków, ani niezbędnych narzędzi.

Tymczasem Michał przykrywa zakrwawione zwłoki Rafała grubym kocem. Koniecznie trzeba będzie jeszcze dzisiaj wynieść je na zewnątrz. Zadanie to przypada mnie i Magdzie. Bierzemy ze sobą Asa.

Atmosfera w przeciągu kilkunastu minut ulega diametralnej zmianie. To, co się stało jest dla wszystkich szokiem. Widzę łzy w oczach nie tylko Michała, Magdy i Moniki, ale wszystkich mieszkańców bunkra.

Zadanie transportu zwłok na powierzchnię nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Mimo pomocy, bite dwadzieścia minut zajmuje nam samo wydostanie się na zewnątrz. Do tego pozostaje problem najodpowiedniejszego miejsca do, na miarę możliwości, godnego pochówku.

Noc zalicza się do tych z rodzaju ciepłych. Niebo rozświetlone jest milionami, znajdujących się tuż obok siebie, gwiezdnych punkcików.

Magda decyduje, że pogrzebiemy ciało na terenie najbliżej znajdującego się kościoła. Czterystumetrową drogę, pokonujemy bez problemów. Ja niosę ciało, posiadaczka błękitnych oczu idzie natomiast obok mnie, trzymając w lewym ręku małą saperkę. Mój czworonożny przyjaciel biegnie kilka metrów przed nami.

Przekroczeniu metalowej bramy, oddzielającej teren kościelny od ulicy, towarzyszy silny powiew wiatru. Wszystkie drzewa zgodnie przechylają się w prawą stronę, chwilę później znów wracając do pionu.

Mijamy starą, zabytkową czterometrową dzwonnicę. Postawiono ją tutaj przeszło sto lat temu - kilkadziesiąt lat przed ostateczną decyzją o wzniesieniu w tym miejscu kościoła.

Równie wysokie, rozłożyste drzewo uderza swymi cienkimi, poddającymi się porywistym podmuchom wiatru gałęziami o jeden z narożników drewnianej budowli. Wokoło rozlega się rytmiczne „puk, puk, puk”.

Dochodzimy do małej, kościelnej kapliczki. To właśnie przy jej północnej ścianie postanawiamy pogrzebać niesione ciało.

Przez chwilę myślałem czyby nie wnieść zwłok do kościoła i tam ostatecznie je zostawić. Oszczędzilibyśmy dzięki temu kilkanaście minut na kopanie dołu. Ale otwarte drzwi, jak i wydobywające się z wnętrza jęki zmieszane z powarkiwaniami zainfekowanych, wybiły mi ten pomysł z głowy.

Kiedy ciało leży już w prowizorycznym grobie, moja towarzyszka zapewnia im wieczny odpoczynek, oddzielając głowę od tułowia szybkim, precyzyjnym cięciem ostrego noża.

Odruchowo odwracam głowę w drugą stronę.

Przebiegający w pobliżu kot, znika w gęsto rosnących krzakach. Za chwilę rozlega się ciche miauknięcie. Wnioskuję, że jest ono sygnałem dla jego towarzyszy, ponieważ natychmiast w stronę krzewu biegną cztery duże koty. Żaden z nich nie zalicza się do potocznie nazywanych „dachowców”.

Mimo ograniczonej wiedzy w temacie kocich ras, rozpoznaję wśród nich bardzo charakterystycznego kota sfinksa.

Moja Mama miała świra na punkcie tej rasy. Miałem więc przyjemność wysłuchania kilku długich wykładów.

Kilkucentymetrowa warstwa ziemi zakrywa to, co pozostało z Rafała. Teraz dopiero przychodzi chwila refleksji. Każda bezsensowna śmierć jest bolesna. Tym bardziej, kiedy pozostała nas zaledwie garstka ocalałych. Czasami jednak sytuacja całkowicie wymyka się spod kontroli. A my możemy tylko reagować, często na zasadzie instynktownych odruchów.

Obecny świat nie daje czasu na zastanowienie, na analizę sytuacji. Każda setna sekundy zwłoki może być okupiona śmiercią.

Wracamy w milczeniu. Gdy mijamy jedną z ulicznych latarni, ta nagle oślepia nas swym światłem, po czym znów gaśnie. Przez chwilę nie wiemy co się dzieje. Jest to bardzo nieprzyjemne uczucie, powodujące przebiegający od stóp do czubka głowy nerwowy impuls.

Obydwoje odruchowo sięgamy po broń. Okazuje się, że jest to tylko jakiś kolejny impuls elektryczny niewiadomego pochodzenia, powodujący nagłe rozbłyśnięcie sztucznego światła.

Idziemy trzymając się prawej strony ulicy. Unikamy zatarasowanej jezdni oraz, jeżeli jest taka możliwość, chodnika. Najlepiej poruszać się po tłumiącym wszelkie odgłosy trawniku. Nie zawsze jest jednak taka możliwość.

Mijamy się z zainfekowanymi idącymi szybkim krokiem po przeciwnej stronie ulicy. Przechodzą, kompletnie nie zwracając uwagi nawet na Asa. Zawsze kiedy są tak ożywieni, wiadomo, że coś się święci. Przyśpieszamy więc nieco kroku.

Kilka kolejnych witryn sklepowych zieje pustkami. Blady blask księżyca odbija się od wyszczerbionych resztek powybijanych szyb.

Wtem naszych uszu dobiega niosący się echem pisk. Nie jest to jednak pojedynczy odgłos, a składający się z kilkuset - niewykluczone także, że z kilku tysięcy - identycznych odgłosów dźwięk.

Mury budynków odbijają go, zupełnie nas tym dezorientując. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy pisk dochodzi z głównej ulicy, czy może z którejś bocznej.

Zatrzymujemy się. Na wszelki wypadek postanawiamy zawrócić.

Cofam się wykonując krótkie kroki do tyłu. Nieprzerwanie obserwuję okolicę

Nagle czuję na prawym ramieniu czyjś dotyk. Zastygam w bezruchu. Niewiele myśląc, szybkim ruchem odwracam się, kierując lufę trzymanego pistoletu wprost przed siebie. Mam przed oczami wystającą ze sklepowej wystawy plastikową dłoń manekina. To jej dotknąłem.

Właściciel ręki, ubrany w elegancki garnitur, patrzy na mnie z wymalowanym na twarzy iście hollywoodzkim, martwym uśmiechem.

Z twarzy trzymającej go pod rękę, ubranej w kusą spódniczkę damy bije pustka, bezduszność. Zdaje się mówić „Już jesteś martwy”. Wzdrygnąłem się, spoglądając na Magdę.

- Szkoda, że nie widzisz teraz swojej miny – mówi, uśmiechając się.

Mi jednak nie jest do śmiechu. Pisk staje się coraz bardziej głośny, nieprzyjemny. Wyraźnie zbliża się w naszą stronę.

As stoi między mną a Magdą, cicho powarkując.

- Kurwa, co to? – nie wytrzymuję.

- Nie mam pojęcia, zaraz pewnie się dowiemy.

Dźwięk ewidentnie dochodzi ze wschodniej części miasta. Ku nam biegnie stamtąd główna ulica oraz mniejsza, idąca równolegle do niej.

Powoli zaczynamy dostrzegać zarysy sylwetek, szybkim krokiem zmierzające wprost na nas. Od razu można w nich rozpoznać zainfekowanych. Idą całą możliwą do przejścia szerokością ulicy, tłocząc się jeden przy drugim.

No nieźle! Coś czuję, że władowaliśmy się w nie lada gówno.

Najszybciej jak potrafimy, biegniemy z powrotem w stronę kościoła. Z przerażeniem stwierdzam, że ten przeklęty, świdrujący mózg pisk dobiega także ze strony, w którą zmierzamy.

Pozostaje schronić się na którejś z klatek schodowych lub we wnętrzu jakiegoś sklepu. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, iż obydwa miejsca mogą okazać się śmiertelnymi pułapkami.

Dostrzegam wolnostojący sklep spożywczy. Jest to typowy „blaszak”. Teraz już nikt takich nie buduje. Te nieliczne, których nie wykosiła jeszcze hipermarketowa konkurencja, stały dogorywając, funkcjonując na progu rentowności, w sposób nieunikniony wyczekując dnia zamknięcia.

Wskazuję Magdzie sklep. Po chwili obydwoje biegniemy w jego stronę. Na dach wchodzimy przy pomocy chroniącej okna kraty.

Prawda jest taka, że nasza miejscówka też może stać się pułapką. Żaden zainfekowany się tu nie dostanie, ale nie możemy wykluczać możliwości, że otoczą nas, odcinając jakąkolwiek drogę ucieczki, a następnie będą tu sterczeć przez diabli wiedzą jak długi czas. Skażą nas na śmierć chociażby na skutek odwodnienia - o głodowej nie wspominając. Nie mamy przy sobie kompletnie nic do jedzenia. Wyszliśmy przecież tylko w celu wyniesienia zwłok.

Po wejściu na dach, kładziemy się, czekając na dalszy rozwój sytuacji.

Pisk nasila się tak bardzo, że aż mrużymy oczy. Jest cienki, nieprzyjemny, a co najgorsze - nieznanego pochodzenia. Jedną ręką trzymam Asa, przytulając jednocześnie do niego głowę. Jest pobudzony. Mam wrażenie, że najchętniej pognałby w stronę źródła hałasu.

Mijają nas setki zainfekowanych. Gnają jakby ktoś zaprogramował ich na dotarcie do jakiegoś celu. Mimo iż jest ich naprawdę mnóstwo, każdy ich odgłos ginie w tym cholernym pisku.

Coś mi tu nie gra. Oni nie biegną w stronę upatrzonej zwierzyny.

Ja pierdolę! Oni przed czymś uciekają!

Moja towarzyszka ma równie zdziwiony wyraz twarzy. Niemalże jednocześnie odwracamy głowy w prawo.

Ten widok nie mieści mi się w głowie. Z wrażenia wstaję, wytężając wzrok do granic możliwości. Cała szerokość ulicy żyje. Falując niczym delikatnie wprawiana w ruch tafla wody, zbliża się w naszą stronę.

Wtem kilka z ulicznych latarni błyska światłem, zaburzając harmonijnie spowijający okolicę mrok.

Ulica ożyła na skutek przebiegających nią milionów szczurów. To niesamowite, ale ten peleton gryzoni - gdy tylko wchłonie któregoś z zainfekowanych - natychmiast obgryza mu nogi, a gdy ten traci równowagę, przewracając się... pożera go, pozostawiając niemalże sam szkielet.

Odmieńcy próbują się bronić. Bezpośrednio pochwycony przez któregokolwiek z nich gryzoń traci życie w bezzębnej paszczy. Ale nie stanowi to absolutnie żadnego uszczerbku dla stada.

Światła gasną, znów oddając całą okolicę pod panowanie wszechobecnej ciemności.

Celem szczurów okazuje się być jedna ze znajdujących się kilkadziesiąt metrów dalej uchylonych studzienek kanalizacyjnych. Jeden za drugim, niczym żywy wodospad, znikają w jej wnętrzu, napływając z każdej strony.

Dziesięć minut później jest już po wszystkim. Okolica znów jest cicha. Jedynie z oddali dochodzą zmieszane ze sobą odgłosy jęków zainfekowanych i wycia dzikich zwierząt.

Czym prędzej schodzimy na ziemię, truchtem biegnąc w stronę schronu. Trzeba przyznać, iż gryzonie w znacznym stopniu ułatwiły nam drogę powrotną.

Drogę oświetla nam świecący pełnią swej mocy księżyc.

Na miejsce docieramy tuż przed godziną dwudziestą trzecią. Pierwszy do podziemnego przejścia wskakuje As, za nim idzie Magda i na końcu ja. Po przebyciu kilku metrów, psiak zatrzymuje się i szczerząc kły spogląda w ciemność.

„No nie, co znowu?”, zadaję sobie w myślach pytanie.

Magda wyjmuje latarkę. Wraz z pierwszym rozświetlającym wąski tunel snopem światła, słyszę nieprzyjemny, przyprawiający o ciarki syk. Przeciskam się do przodu.

Dwa metry przed pyskiem Asa widzę wygiętego w charakterystyczną literę „S”, znacznych rozmiarów węża.

As nieustępliwie robi krok do przodu. Gad ostrzegawczo wysuwa gotową do ataku głowę.

- Nie ruszaj się – szepcze Magda. – Potrzymaj – dodaje po chwili, wręczając mi latarkę. Sama zaś powoli wycofuje się do tyłu.

Nie zamierzam dopuścić, aby As walczył z tym paskudztwem. Wyjmuję pistolet, a następnie równo z chwilą wzięcia gada na celownik, naciskam spust.

Bulterier odskakuje do tyłu. Na skutek nieprzyjemnego dzwonienia w uszach, ledwo słyszę przeklinającą Magdę.

- Popierdoliło cię do końca! – krzyczy, chowając za pasek jeden ze swych noży.

Nie zwracając na nią uwagi, spoglądam w miejsce gdzie znajdował się gotowy do ataku wąż.

Z takiej odległości nie mogłem chybić. Jego bezgłowy korpus leży, odrzucony siłą strzału przy masywnych drzwiach bunkra.

Dziewczyna przeciska się obok mnie. W chwili zrównania się ze mną, patrzy mi w oczy mówiąc:

– Debil!

Ona za to jest mądra. Wariatka, chciała tą swoją szabelką wojować z najbardziej jadowitym wężem na świecie. Co prawda może i nie jestem jakimś specem od gadów, ale wystarczył mi sam jego wygląd, gwarantujący zgon w kilkadziesiąt minut po ukąszeniu.

Mimo późnej pory, wszyscy mieszkańcy bunkra stoją, wpatrując się w nas przerażonym wzrokiem.

- Co to było?! – pyta Krzysiek.

- Ten wariat zaczął strzelać do węża – gniewnie odpowiada Magda, ciskając o ziemię ciałem gada.

- A co miałem uprawiać z nim szermierkę? – mówię nieco podniesionym głosem, powoli tracąc panowanie nad nerwami.

- Kurwa! A pomyślałeś, że ten wystrzał może ściągnąć tu tych śmierdzących skurwieli? Jak my się stąd wydostaniemy?! Jutro sobie pójdziesz, a my tu zostaniemy!

- Tak? Skoro mają tu przyjść, to ja też stąd nie wyjdę. A co zrobiłabyś jakby to coś cię ukąsiło? Przecież nawet nie wiesz, co to było? A poza tym nie przesadzaj, nawet jak przyjdą to ile będą stać? I tak jutro wyjdę pierwszy. W razie czego zajmę się nimi.

- Ciekawe historie opowiadasz – mówi wściekła, znikając za drzwiami sypialni.

Wszyscy przyglądający się w milczeniu naszej sprzeczce mieszkańcy, siadają teraz przy stoliku.

Duża plama krwi, w której leżał Rafał, została już uprzątnięta. Wszystko wygląda tak, jak przed nieszczęsnym śmiertelnym zajściem. Jedynie Michał stoi, oglądając trzymanego w rękach węża.

Za chwilę podchodzi do niego Daria, z równie zainteresowaną miną przyglądając się trofeum.

- Dobrze zrobiłeś - odzywa się przerywając dłuższą chwilę ciszy – to pseudo kobra brązowa. Przed atakiem wygina się w kształt litery „S”, co daje jej maksymalną siłę uderzenia. Niesamowicie jadowita. Jej ukąszenie powoduje rozległe krwotoki wewnętrzne, w tym uszkodzenia serca, płuc czy nerek. Bez surowicy czekałby cię pewny zgon. To maszyna do zabijania. Poluje na myszy, szczury i inne gryzonie.

- To jest kobra? Przecież kobry mają kaptur, wyglądają jak litera „V” – odzywa się Michał, zakreślając w powietrzu kształt litery palcami wskazującymi obu rąk.

- Ten kaptur, o którym wspominasz, mający z tyłu charakterystyczne okulary, rozciągany jest w chwili zagrożenia. Wszystko się zgadza, tylko że mówisz o kobrze indyjskiej, to natomiast jest kobra brązowa. Pogadam z Magdą. Lepszym rozwiązaniem był strzał. Śmierdziele może tu przyjdą, a może i nie przyjdą. Natomiast w razie ukąszenia…- mówiąc, kiwa głową.

- Wiedziałem, że jakakolwiek inna forma walki z tym paskudztwem to rosyjska ruletka – mówię pewnym głosem.

Tak naprawdę, podejmując decyzję o naciśnięciu spustu, nie wiedziałem co zamierza zrobić Magda. Najbardziej obawiałem się o stojącego najbliżej wściekłego gada Asa. Niemalże czułem, że zarówno jeden jak i drugi, tylko wyczekują chwili zawahania rywala, będąc gotowymi na frontalny atak.

Michał klepie mnie w bark.

– Nie przejmuj się, musiała odreagować. Padło akurat na ciebie.

- Do tego szkoda jej, że odchodzisz – dodaje Damian.

- Co z Arturem? – pytam, zmieniając temat.

- Źle, nawet bardzo źle. Na razie jest nieprzytomny, nie widzę tego dobrze. A tak właściwie, co wam tak długo zajęło?

Opowiadam zaobserwowaną sytuację ze szczurami.

- Zmarli uciekali przed nimi? – wyraźnie zainteresowała się Marzena.

- Tak. Jeżeli któregokolwiek z nich dopadły, natychmiast rozszarpywały na strzępy. A raczej pożerały.

- To akurat jest na naszą korzyść. Pytanie brzmi, przed czym uciekały szczury? - wtrąca się Michał.

Faktycznie. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Szczury zawsze, wyczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo, uciekają pierwsze.

- Nie mam pojęcia – odpowiadam zakłopotany.

Znów zapada cisza.

Drzwi sąsiedniego pomieszczenia otwierają się. Wychodzą stamtąd Magda z Darią.

- Sorry – mówi idąca przodem Magda. – Może trochę przesadziłam, ale sam rozumiesz…

- Rozumiem, rozumiem. Komuś musiało się oberwać.

- Właśnie - kwituje z uśmiechem. Spostrzeżenie Michała natychmiast gasi jej uśmiech. - No tak, za długo był względny spokój - stwierdza.

Patrzę na zegarek. Dochodzi już dwunasta. Żegnam się więc z wszystkimi, znikając za drzwiami „sypialni”.

Rozebrawszy się, wsuwam się pod ciepły koc. Myślę, że gdyby to, czego byłem świadkiem w przeciągu ostatnich pięciu godzin, wydarzyło się dwa miesiące temu, to nie obyłoby się bez wizyty u psychologa. Tymczasem teraz widok zakrwawionych zwłok człowieka z dziurą w głowie, jakoś niesamowicie mną nie wstrząsnął. Obawiam się, że przyzwyczajam się do brutalności, okrucieństwa - krótko mówiąc, całego zła.

Coraz mniej rzeczy mnie dziwi, coraz mniej sytuacji mnie zaskakuje. Powoli robię się bezwzględny. Niestety - może to przykre, ale w tym świecie tylko tacy mają szanse przeżyć.

Albo ja, albo… zasypiam.

Cdn.

Serdeczne podziękowania dla Ani Arlet. Dbającej o techniczną stronę „Czas Z”.

Jeżeli podobał Ci się tekst polub fanpejdż:

https://www.facebook.com/pages/Czas-Z/1430189543949970

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Jak zwykle świetna część ale wręcz fizycznie boli mnie błąd w dialogu. Popraw to proszę. SzczUry piszę się przez "u".
Odpowiedz
Zrobione :)
Odpowiedz
yy oczywiście bardzo dobra częśc jak każda inna ale skad tam sie wział as :P nie pamietam zeby od zaginiecia zostal znaleziony :P
Odpowiedz
Został znaleziony :) Pod koniec dwunastej części, w chwili gdy bohater wracał wraz ze swymi przyjaciółmi z wyprawy, była o tym mowa. cyt. "Droga mija nam bez większych kłopotów. Przechodząc obok ostatniego z oddzielających nas od wejścia do schronu narożnych budynków, wzdycham z ulgą. W końcu jesteśmy na miejscu. Widząc biegającego przy betonowym grzybku Asa, zaczynam biec w jego stronę. Psisko zachowuje się dokładnie tak samo. Wskakuje mi na ręce, liżąc gdzie i jak popadnie." Pozdrawiam :)
Odpowiedz
aa,to mogłem to pominąć jak czytałem albo po prostu zapomnieć, teraz sie wszystko zgadza i moge z czystym sumieniem napisać że zajebiście jak zawsze :D też pozdrawiam
Odpowiedz
Ok doczytałem już informację dotyczącą książki na facebookowym profilu :P
Odpowiedz
No oczywiście nie mogło być inaczej :) Jest geanialnie!! Rewelacyjnie budujesz napięcie!! Ta ucieczka przed szczurami, rewelacja!! Ja mam tylko jedno pytanie...czy obiecana książka jest już może do kupienia?? :) Pozdrawiam! Artur
Odpowiedz
Osobiście podoba mi się sytuacja z manekinem :)
Odpowiedz
Książki niestety nie będzie, przynajmniej na razie. Każda kolejna część „Czas Z” będzie ukazywała się na stronie Straszne Historie. Pozdrawiam.
Odpowiedz
Gabrielu, opowiadanie świetne, ale czuję pewien ( sam nwn jak to nazwać) dyskomfort lub niedosyt, zdaje mi się, że najbardziej wciągające części to były gdy główny bohater i jego sympatia byli razem i próbowali przeżyć w mieszkaniu, było tam dużo zwrotów akcji, ale rób jak uważasz bo ten sposób też jest wystarczająco ciekawe , ale to tylko moja opinia.
Odpowiedz
Gdyby Feliks pozostał w domu, nie mógłbym w takim stopniu rozwinąć akcji. To było by dobre na kilka, ale nie na kilkanaście odcinków. O kilkudziesięciu nie wspominając. Poza tym, bohater powoli z dnia na dzień, oswaja się z otaczającym go światem. Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Feliks musiał nauczyć się żyć w nowym świecie. W przeciwnym razie, tak jak Natalia, musiałby zginąć.
Odpowiedz
Jesteś poprostu bardzo dobry w tym co robisz. Czekanie na dalsze części opłaciło się. Pozdrawiam :)
Odpowiedz
Cieszę się, że „Czas Z” znalazł tak liczne grono odbiorców. Dzięki, że pomimo trzymiesięcznej przerwy nadal Interesujecie się przygodami Feliksa i Asa. Kontynuacja niebawem :)
Odpowiedz
Super czekam na więcej
Odpowiedz
Kontynuacja w przyszłym tygodniu :)
Odpowiedz
Tworzysz naprawde świetne pasty, dobrze, że postanowiłeś najpierw dokończyć to, a nie książkę
Odpowiedz
jak zawsze 10/10
Odpowiedz
Dziękuję za wszystkie komentarze. Kolejna część ukaże się w przyszłym tygodniu. Pozdrawiam :)
Odpowiedz
Witam Gabrielu historia jak zwykle super :). A mam takie pytanie ile będzie części? :D
Odpowiedz
Pierwszej Części "Czas Z" będzie (o ile dobrze pamiętam) osiemnaście części.
Odpowiedz
Jest moc, czekam na więcej!
Odpowiedz
Świetne ... Widzę, że powoli się rozkręcasz i masz pomysł jak ciągnąć tę historie .... Jak zwykle czekam na kolejną część !! Pozdrawiam :)
Odpowiedz
Cześć. Faktycznie pomysł na całość mam. W każdej wolnej chwili materializuję "Czas Z 2". Zobaczymy co z tego wyjdzie :) Zresztą ocenicie sami :)
Odpowiedz
Jak zwykle doskonale :D
Odpowiedz
Wow :o
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje