Burza

Dodane przez: mag litwor, 3.02.2015, 22:16
Panopticum
Reklama:
Nadciągała burza. Pięść wiatru pchała Marka w stronę opuszczonego domu. Jego okna spoglądały na niego pustką minionych dziesięcioleci. Obłażąca z tynku fasada, przypominała paskudną chorobę skóry. Wszystko to podkreślał mrok. Mrok powodowany uciekającym za horyzont słońcem i mrok głębiący się w sercu Marka. Teraz miał w sobie tylko pustkę i chęć skończenia z tym wszystkim. Nie liczyło się już nic, ani nikt.
Pokonawszy ostatnie metry, wszedł po schodach i obrócił się za siebie. Jakby chciał pożegnać świat i uciekające za horyzont słońce, lub oczekiwał, że ktoś może go jeszcze uratuje. Jakaś istota ludzka, której do końca nie pochłonęło zło tego świata, bądź sam Bóg; On najwspanialszy, który najpierw zabrał mu żonę, a potem córkę, by zostawić z niczym.
- Niedługo będziemy razem – stwierdził i pchnął drzwi. Zawiasy jęknęły niczym umierająca kobieta i przed oczami ukazało mu się zagracone wnętrze. Niektóre z mebli były przykryte materiałem, inne walały się po kątach, zniszczone, kojarząc się Markowi ze zwłokami jego martwej córki. Kruchej dwunastolatki, która wyleciawszy przez przednią szybę samochodu, uderzyła o pień drzewa i skończyła życie z wystającymi z klatki piersiowej żebrami i bąblami krwi wydobywającymi się z ust. – Już nie długo.
Po chwili namysłu rusza schodami na górę. Uschłe liście szeleszczą mu pod stopami, a hulający w kominku wiatr, pyta się głosem upiora: „Co ty robisz? Jesteś pewny, że chcesz skończyć z życiem w jakimś starym, spleśniałym domu? Przecież kiedyś byłeś zupełnie inny…”. Zbliżając się do drugiego piętra, w wietrze słyszał głos Moniki – zmarłej żony. Jakby wstała z grobu i za wszelką cenę chciała odwieźć go od samobójstwa, bądź wmówić, że mimo wszystko warto żyć.
- Tak, kiedyś bym tego nie zrobił – przyznał Marek i nawet zdobył się na blady uśmiech. – Tym kiedyś było prawdziwe życie, wypełnione prawdziwymi ludźmi, a nie błądzenie pośród cieni… Pieprzone cienie są teraz wszędzie.
Dotarł na górę i przystanął. W prawo korytarz ciągnął się wzdłuż balustrady i kończył trojgiem drzwi – wszystkie były zamknięte. Gdy spojrzał w lewo, jego oczom ukazało się wejście do pokoju. Nad progiem wisiały postrzępione koraliki, które zamontowali pijący tutaj gówniarze. Wiatr wpadający przez wybite okna, poruszał nimi lekko, przez co wydawały dźwięk kojarzący się Markowi z grzechotką umieszczoną na końcu ogona kobry. To w jakiś sposób zachęciło go, by ruszyć w tamtym kierunku.
Przeszedł przez korytarz, wsłuchany w skrzypiącą pod stopami podłogę. Dom również wydawał dźwięki. Czasem Markowi wydawało się, że mówi do niego swoim pradawnym językiem; stara się go przestrzec, lub może opowiedzieć o minionych czasach i zamieszkujących go ludziach. O krwi i miłości pozostawionej w tych ścianach niczym znak. Gdzieś w telewizji słyszał, że domy zachowują energię dawnych wydarzeń; może być ona pozytywna, lub negatywna. Według prowadzącego program – wyglądającego jak szaleniec – mężczyzny, to z powodu tej energii ludzie doświadczają paranormalnych zjawisk we własnych domach.
- Pieprzenie – stwierdził Marek beztrosko, czując przesuwające się po ramionach koraliki. – Pieprzenie po całości.
Znalazł się w pokoju, który niegdyś musiał należeć do dziecka. Oparty o ścianę stał koń na biegunach. Wyglądał jakby umarł i zamienił się w zombie. Farba w wielu miejscach odpadła, a drewno nosiło liczne rany. Szafa na ciuchy ozdobiona w gwiazdy i planety wyblakła. Wyglądało na to, że ktoś wbijał w nią siekierę, albo nóż. Pewnie pijaczki zabawiali się tu którejś nocy… Ze stojącego naprzeciw okna łóżka, została tylko podtrzymująca materac rama. Ktoś napisał na niej pomarańczowym sprayem: „Kikimora”. Dziwne, egzotycznie brzmiące słowo. Budziło w Marku sprzeczne uczucia.
Przestąpił próg kolejnego pomieszczenia, w którym stała tylko szafa, nosząca setki, a może nawet tysiące napisów typu: „Kocham Karola”, lub „Jebać Stefana” i tak dalej. Jednak co ważniejsze, w tym pomieszczeniu znajdował się wiszący przy suficie pręt. Marek mimowolnie się uśmiechnął i ścisnął mocniej, trzymaną w spoconej dłoni linę. Następnie zabrał się za przywiązywanie jej do sufitu. Wszystko musiało być pewne i zadziałać za pierwszym razem, ponieważ… ponieważ wiedział, że drugi raz nie da rady tego zrobić.
Każdemu ruchowi towarzyszył błysk. Jakby w ostatniej drodze ku śmierci byli z nim setki paparazzi, którzy uwieczniali wszystko szklanym okiem aparatu. Burza krążyła gdzieś wokół domu niczym wygłodniałe stworzenie. Grzmoty również przybierały na sile, a wraz z nimi rozentuzjazmowany wiatr, który systematycznie szarpał postrzępionymi firanami, przypominającymi piracką banderę.
Po dziesięciu minutach i dokładnym sprawdzeniu powrozu, wszystko było gotowe. Lina wskoczyła na gardło Marka z łatwością, jakiej się nie spodziewał. W chwili, gdy zaczął uginać nogi, a pętla powoli wrzynać się w gardło, blokując dostęp powietrza, w domu rozległ się głośny trzask. Jakby ktoś rzucił telewizorem o ścianę… sekundę później zagłuszył go krzyk kobiety. Marek w życiu nie słyszał takiego bólu i gniewu w głosie jednego człowieka. Rozległy się szybkie kroki na schodach, a on nie miał pojęcia, co począć.
Wtedy z szafy wyskoczył staruszek i przebiegłszy pokój, zamknął drzwi jednym z kluczy, których miał w dłoni cały pęk. Gdy jego oczy skierowały się na Marka, ów dostrzegł w nich iskrzący się strach i obłęd. Pomarszczona twarz i spływające na ramiona siwe włosy, w świetle błyskawic kojarzyły się z obliczem trupa. Mięsiste usta poruszyły się, wypowiadając jakieś słowo. Nastąpił potężny grzmot. Ściany domu zadrżały, jakby ze strachu.
- Musimy uciekać! – wykrzyknął nieznajomy. Następnie podszedł do Marka i zaczął ściągać mu linę z szyi. Sytuacja wyglądała komicznie.
- Co robisz, do cholery! O co tu chodzi?
- Chcesz pan umrzeć na swoich warunkach, mi nic do tego, ale jak ona pana dopadnie… śmierć będzie ostatnim z pana problemów.
Intuicja, którą Marek wypracował sobie przez lata pracy w policji, podpowiadała, żeby posłuchał tego mężczyzny. Coś ciężkimi krokami weszło na górę i kolejny raz krzyknęło. Dźwięk ten bardziej przypominał skowyt dusz smażących się w ogniu piekielnym, niż głos wydobywający się z gardła człowieka.
- Decyzja – rozkazał starzec. – Tu i teraz.
- Jak się pan nazywa?
- Jestem Konrad. Spędziłem tu ostatnią noc…
Coś podeszło do drzwi i uderzyło w nie z całej siły. Na środku pojawiło się pęknięcie. Żaden z mężczyzn się nie odzywał. Obaj stali z lekko otwartymi ustami, czekając na rozwój wypadków. Tymczasem z zewnątrz dobiegał szept wiatru, krzyk błyskawic i wycie jakiś stworzeń. Pusty i martwy świat w jednej chwili ożył niczym stwór Frankensteina. Mózg Marka zalały setki bodźców i uczuć.
Nastąpiło kolejne uderzenie i tym razem w drzwiach pojawiła się spora dziura. Przez nią do środka włożyła głowę kobieta. A przynajmniej coś, co niegdyś mogło nią być. Na zbyt długiej twarzy gniła skóra. W pustych oczodołach wiły się czerwie. Gdy usta istoty otworzyły się szeroko, z ich wnętrza dobiegło płakanie noworodka. Mała główka wysunęła się między zębami i spojrzała na mężczyzn martwymi oczami.
Ten widok spowodował potężny cios, który wyrwał Marka z paraliżu. Pierwszą myślą, jaka wpadła mu do głowy, było by wyskoczyć przez okno. Lepiej połamać nogi przy upadku, niż pozwolić się złapać. Gdy wszedł między brudne firany, spostrzegł dziesiątki psów otaczających dom. Wszystkie szły jeden za drugim i wszystkie były pozbawione sierści. Przypominały przerośnięte szczury, z ich pysków lala się piana zmieszana z krwią.
Coś złapało go za rękę i pociągnęło w głąb pomieszczenia. To był Konrad. Staruszek nawet nie zauważył, że z przygryzionej wargi leje się krew. Zajęty był szukaniem klucza i otwieraniem kolejnych drzwi. Z drugiego końca pomieszczenia dochodził śmiech stwora, któremu w końcu udało dostać się do środka. Jego kroki zbliżały się z każdą chwilą.
- Szybciej!
- Robię, co mogę! – wyszeptał staruszek i spróbował kolejny raz.
Nagle rozległ się zgrzyt przekręcanej zasuwy i mężczyźni znaleźli się w kolejnym pomieszczeniu. Marka zdumiało, jak różni się od innych. Ściany były tu pomalowane, okna zamurowano, a oparty o jedną ze ścian, stał porter kobiety o surowym wyglądzie, która trzymała na kolanach dziecko. Autor z wielką precyzją oddał wszystkie szczegóły postaci; nawet zmarszczki na ich twarzach. Pod ścianą naprzeciw drzwi znajdowało się zasłane łóżko i wielka, lekko przybrudzona poduszka.
- Przestań się gapić człowieku i pomóż!
Wyrwany z zamyślenia Marek, podszedł do Konrada i pomógł mu opuścić klapę w suficie. Prowadzące na strych schody wyglądały na względnie nowe, w porównaniu z resztą pozostałych w nim rzeczy. Jakby ktoś założył je przed kilkoma laty, pomyślała ta część jego mózgu, która nie chciał się pogodzić z tym, że odszedł z policji. Tylko po co ktoś miałby to robić w zrujnowanym domu, gdzie ludzie przychodzili pić i pieprzyć się po kątach? Po co komu pomalowany pokój z zamurowanymi oknami i posłanym łóżkiem?
Kobieta-stwór najwyraźniej nie miała zamiaru, dać za wygraną i zaczęła forsować kolejne drzwi. Tym razem jednak nie krzyczała, lecz mówiła coś niskim głosem; Marek doszedł do wniosku, że gdyby nie zobaczył jej martwej twarzy, mógłby uwierzyć, iż ściga ich człowiek. No i były jeszcze psy, cholerne bezwłose kundle, wyglądające jak chore na wściekliznę szczury.
- Chodź za mną – powiedział Konrad, ruszając po schodach. Wprost w ciemność strychu.
Odgłosy burzy przytłumione w pokoju, teraz znowu nabrały głębi i mocy. Marek słyszał potęgę natury, która jakby również wpadła w furię i wyżywała się na starym domostwie. Od nieba i spadającego deszczu błyskawic, dzieliły go tylko kruche dachówki. W ciemności nie widział prawie nic i w pewnym momencie kopnął jakiś przedmiot. Coś z niego wypadło i opadło na podłogę. Schylił się i zaczął macać w ciemności, nawet nie skupiając się na tym, co robi, ponieważ przed oczami zobaczył obraz. Na pierwszym planie była rodzina z dzieckiem, a tuż z nimi dom; piękny i lśniący niczym Tytanic przed swoim dziewiczym rejsem. Wszystko tonęło w słonecznym blasku z innych, dawno minionych czasów.
- Musimy przedrzeć się do piwnicy. To nasza jedyna szansa – stwierdził Konrad. Znajdował się gdzieś w głębi pomieszczenia. Słychać było wyłamywane deski.
- Moment, moment, panie cwany – podjął Marek i ruszył przed siebie. – Dom otaczają psy, goni nas kobieta, która nie wygląda na zbyt świeżą, a ty chcesz przejść ze strychu do piwnicy?
- To nasza jedyna szansa. Zresztą - Konrad zaśmiał się bez odrobiny wesołości - możesz tu zostać, jeżeli chcesz. Ja mam zamiar przeżyć.
Wtedy kolejny raz odezwała się ta część Marka, która sprawiała, że był jednym z najlepszych w swoim fachu. Składało się na nią dziesiątki głosów, które zadawały pytania i odrzucały wszystkie wątpliwe hipotezy. Była też oczywiście nieufność do staruszka, pojawiającego się niczym piąta osoba dramatu. Skąd ów mężczyzna miał klucze do wszystkich pomieszczeń w domu? Dlaczego siedział w pieprzonej szafie i dlaczego wcześniej nie dorwała go zjawa z głową noworodka w ustach, tylko ujawniła się dopiero teraz? Zbieg okoliczności?
- Najpierw odpowiesz mi na wszystkie pytania, a potem zobaczymy, co dalej.
- Uratowałem ci życie, durniu. To chyba wystarczy?
- Wcześniej pan, a teraz dureń, interesujące.
- Mogłem dać ci zgnić na tym sznurze! Nawet nie wiem, jak się nazywasz.
Konrad miał rację, lecz usłyszenie prawdy w tej sytuacji, wydawało się najważniejsze. Pozawalało przynajmniej w pewnym stopniu, poukładać panujący chaos.
- Nazywam się Marek Ostrowski. Opowiadaj. Teraz.
Oderwawszy ostatnią z desek, Konrad usiadł po ścianą i westchnął. Włosy opadły mu na twarz. W półmroku strychu lśniły jedynie jego oczy. To one były najbardziej niepokojące i za razem fascynujące. Jakbym widziały o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
- Mieszkam w tym domu od kilku lat. Zdążyłem poznać wiele jego sekretów i część historii. Możesz mi wierzyć, że jest ona zadziwiająca i niepokojąca zarazem. Wszystko zaczęło się od kobiety… widziałeś jej głowę, zaglądającą przez drzwi. To ona mieszkała tu kilkadziesiąt lat temu. Ona również była obrzydliwie bogata i podła. W okolicach krążyły różne plotki, ale tylko jedna była prawdziwa. Właścicielka tego domu sypiała z wieloma mężczyznami i zachodziła w ciążę tylko po ty, by zabijać narodzone dzieci i kąpać się w ich krwi. Znalazłem w piwnicy słoiki z czerwoną cieczą. Były ich dziesiątki.
- Jak udało ci się przeżyć tu kilka lat, skoro po domu krąży potwór? Poza tym krew… krew krzepnie zbyt szybko, by można ją przetrzymywać w słoikach.
- Pewnych rzeczy mogę się tylko domyślać, ale potwór nigdy nie ujawnia się, gdy w domu jestem tylko ja. Może przyzwyczaił się do mnie? Naprawdę ciężko powiedzieć, ale nic nie sprawiało mi większej frajdy, jak uciekający stąd ludzie. Wystarczyło, że usłyszeli jeden kobiecy krzyk, czasem w moim wykonaniu, by spieprzać do domu z zadziwiającą szybkością. Głupie, szukające wrażeń nastolatki.
Marek spoglądał na twarz swego rozmówcy i nie wiedział, co myśleć. Było zbyt ciemno na analizę gestów, czy ruchów, poza tym historia, mimo tego że popieprzona, trzymała się kupy w pewnych kluczowych miejscach. Coś ukrywasz, wpadło mu do głowy. Oczywiście, że coś ukrywasz i prędzej, czy później możemy przez to zginąć.
- Resztę opowiem ci na dole, bo ona może w każdej chwili dostać się na strych.
- Myślisz, że będzie potrafiła tu wejść?
Konrada prychnął i oderwał plecy od ściany. Następnie dodał:
- Pamiętaj, to jej dom.
***
Mężczyźni weszli do dziury i zaczęli schodzić w dół, znajdując się między ścianami. Tylko wyprostowane dłonie utrzymywały ich i ratowały przed upadkiem w dół. Marek czuł zapach wilgoci i kurzu, jakby wszedł do nieotwieranego od tysiącleci grobowca. Wystający pręt, wszedł głęboko w jego rękę, przez co krwawił i czuł pulsujący ból. Konrad znajdował się pod nim i powoli, lecz konsekwentnie posuwał się w dół, czasem tylko nasłuchując, czy aby nic się nie zbliża w ciemności.
- Znasz wszystkie zakamarki tej rudery?
- Nie starczyłoby mi życia, żeby zbadać tu każdy kąt, ale jak człowiek wychowuje się na ulicy, to wyostrza się instynkt przetrwania.
- Nie rozumiem, jak mogłeś mieszkać z tym czymś pod jednym dachem.
- Kiedyś spałem, schowany w alejce za koszem na śmieci. Nagle obudził mnie deszcz padający na policzki. Gdy otworzyłem oczy, spostrzegłem piętnastolatka odlewającego mi się na twarz. Byłem wściekły i chciałem dać mu w pysk… Wtedy zawołał kumpli. Skończyło się na złamanych dwóch żebrach, wybitym zębie i urażonej dumie.
- Czyli ten stwór chroni cię przed niechcianymi gośćmi?
- Interesujące, prawda?
Markowi wydało się to mocno pokręcone. Żałował, że broń zostawił w szufladzie, pod kluczem. Nie spodziewał się, by kobietę-stwora położyły kule, jednak kabura przytroczona do paska dodawała otuchy. Nie musiałby się martwić Panem Bezdomnym, który wydawał się lekko szurnięty. Z drugiej jednak strony, wpadło mu do głowy, gdyby ktoś nasikał mi na twarz i dotkliwie pobił, też miałbym lekko wypaczone zdanie na temat ludzi.
- Skoro dom otaczają psy, co dam nad dostanie się do piwnicy?
- Tunel – stwierdził Konrad. – Tam jest tunel prowadzący…
Zza ściany dobiegł głos.
- Taka. Vanea, she mi.
Mgnienie oka później nastąpiło uderzenie w ścianę. Najpierw jedno, potem drugie. Wszystko zaczęło się sypać mężczyznom na głowy. Tymczasem dziwne zdanie, które sprawiło, że ciało Marka pokryło się gęsią skórką, wciąż wybrzmiewało niczym wykrzyczane w kanionie słowo; wracało echem, spotęgowane i roztrzaskiwało rzeczywistość na kawałki. Konrad zaczął krzyczeć i płakać. Nie mógł przestać.
- Nie zabieraj mnie, mamo – prosił. – Ja nie chciałem… ja…
Nagle przez jedno z pęknięć w ścianie przebiła się dłoń i chwyciła staruszka za szyję. Długie palce, z których zwisała skóra, zacisnęły się niczym imadło. Ostre paznokcie z łatwością otworzyły skórę, z której zaczęła sączyć się krew. Gdzieś z daleka dobiegło wycie. Najpierw tylko jedno, lecz po chwili dołączyły do niego kolejne. Jakby dziesiątki zgromadzonych wokół domu psów, w jakiś sposób wiedziały, że pani dopadła intruzów i wyrażały swoją radość.
Tymczasem słowa powtarzały się. Wypadały z postrzępionych ust kobiety.
- Taka. Vanea, she mi!
Nie bardzo wiedząc, co robić, Marek zaczął kopać w dłoń trzymającą Konrada. Mimo, że wkładał w ciosy wszystkie siły, nie przynosiło to żadnego efektu. Równie dobrze mógłby kopać betonowy mur. Czuł pot zalewający oczy i narastającą frustrację. Ręce drżały mu od wysiłku, a czas uciekał. Człowiek, który uratował mu życie, teraz sam potrzebował pomocy. Gdyby nie on, już byłbyś martwy, powtarzał głos w jego głowie. Gdyby nie on wisiałbyś w pokoju z wybałuszonymi oczami i wywieszonym językiem, a noworodek z ust kobiety pożywiałby się twoją twarzą!
Wtedy zrobił jedyną rzecz, która mu pozostała.
Rozluźnił ręce i całym ciałem spadł na Konrada. Zdawał sobie sprawę, że złamie mu obojczyk, lub obaj zginą, jeżeli na dole leżały jakieś graty. Okiem wyobraźni ujrzał scenę, w której nabija się na rury biegnące z pieca i umiera w męczarniach niczym jedna z postaci w książce Grahama Mastertona.
***
Otworzył oczy, czując ból całego ciała. Przez małe okienko do piwnicy wpadał blask księżyca, tworząc na ziemi świetlisty prostokąt. Dookoła stały pułki, zawalone różnego rodzaju sprzętem. Wszystko przykrywał woal kurzu i ciężar minionych lat. W ciemności pojawiło się jakieś małe stworzenie, które czmychnęło od razu, gdy Marek poruszył nogą. By nie krzyknąć, z całych sił zacisnął usta. Dopiero teraz spostrzegł, że leży w kałuży krwi, a z prawej nogi niżej kolana wystaje kość. Nie wiedzieć dlaczego, zachciało mu się śmiać. Może przez to, że w wieku trzydziestu ośmiu lat stracił córkę, a spalone zwłoki ukochanej kobiety, wyciągali strażacy z pozostałości ich pojazdu? Czy to wystarczający powód, by pękła tama rozsądku i wszystko zalały wody szaleństwa? Wody, w których nie brakuje napęczniałych topielców, wraków statków i gówna? Tak, gówna jest tam najwięcej…
- Dzięki tobie się udało! – stwierdził głos. Dochodził z ciemności. – Kolejny raz udało się oszukać starą jędzę, ha!
Powieki miał ciężkie, lecz doskonale widział Konrada wychodzącego z ciemności. Na starej twarzy gościł szeroki uśmiech, a jego oczy po raz pierwszy tego wieczoru nie iskrzyły się niepokojąco. Wszystkie karty zostały rzucone na stół. Koniec blefów i intryg. Burza zdawała się oddalać. Grzmoty dochodziły ze znacznej odległości, jakby przed zniknięciem, chciały jeszcze pogrozić palcem.
- Co zrobiłeś swojej matce? – zaczął Marek. Zmusił się, by zmienić pozycję i usiąść pod ścianą. –Co tak potwornego zrobiłeś, że matka wraca zza grobu i szuka zemsty?
- Pokazałem jej kto tu rządzi. Bo to mój, pierdolony, dom i nie oddam go nikomu. Przeganiam stąd smarkaczy i pijaczków, żeby tylko zostawili go w spokoju!
- Ten pokój na górze… jest twój. Na obrazie matka trzyma ciebie na kolanach, prawda?
Konrad zrobił zdziwioną minę, lecz trwało to tylko chwilę. W końcu był zwycięzcą i nie zamierzał przejmować się drobiazgami.
- Wychowałem się tutaj i oddałem życie, by opiekować się posiadłością mojej rodziny. Jednak nikt nie potrafił tego docenić. Matka zajmowała się tylko sobą i dzieckiem, które rosło w jej brzuchu. Nie dziecko tatusia, lecz jakiegoś brudasa z miasta. Nienawidziłem go!
- Dlatego zabiłeś ją, gdy była w ciąży? Myślałeś, że po jej śmierci majątek będzie twój, a tymczasem nikt go na ciebie nie przepisał. Prawie jak w pieprzonej telenoweli. Żałosne.
Konrad wyszczerzył zęby, upodabniając się do jednego z psów okrążających dom i w dwóch krokach znalazł się przy Marku. Najpierw zaczął kopać. Celował w twarz, szyje ramiona. Wydawał przy tym zwierzęce dźwięki, jęczał w ekstazie i zaciskał pięści.
- Jebany. Samobójczy. Gnój – stwierdził na koniec i splunął na pobitego. – Mogłem dać ci zadyndać w pokoju.
- Dlaczego więc nie dałeś? – Głos Marka był przytłumiony. Nos puchł mu, najprawdopodobniej był złamany. – Mogłem umrzeć w spokoju, więc dlaczego ciągnąłeś tą szopkę i wciskałeś mi kit?
- Ona musi napić się krwi – wyjaśnił szczerze. Nerwy mu przeszły niczym lekki katar. Znowu się uśmiechał. – Nasycić się, by zasnąć na jakiś czas. Myślisz, że w piwnicy znajduje się jakiś tunel? Od początku miałeś robić za przekąskę.
W ciemności kolejny raz coś poruszyło się i pisnęło cicho. Gdzieś na górze rozległy się ciężkie kroki martwej kobiety. Płaszcz dziecka znajdującego się w jej wnętrzu, jakimś sposobem przedzierał się przez mury i wbijał Markowi w mózg. Ból powodował, że myślenie konstruktywne stawało się prawie niemożliwe. Złamana noga bolała, jakby ktoś oblał ją benzyną i podpalił.
- Rób, co masz zrobić, byle szybko.
Staruszek zaśmiał się i podszedł do jednej z półek. Następnie zdjął z niej zawiniątko i położył je na podłodze dokładnie tam, gdzie padał blask księżyca. Chwilę trwało, nim udało mu się rozsupłać sznurek i wyjąć zestaw noży. Zimna stal wyglądała hipnotyzująco w trupim blasku księżyca. Marek zastanawiał się, ile osób straciło życie, by Konrad mógł zachować swój dom i zaspokajać głód matki. Ile kobiet i mężczyzn zwabił los do tego domu, by zostali rzuceni na pożarcie…
Dwadzieścia? Trzydzieści osób?
- Wybacz, ale będę musiał zacząć od serca. – W dłoni staruszka zalśniło dłuto. - Najlepiej wyciągać je z klatki piersiowej, gdy jeszcze bije.
Nagle na jego szyję wskoczył bezwłosy szczur i zaczął gryźć. Konrad złapał go i odrzucił w kąt. W tym samym momencie kolejne bezwłose stworzonko skoczyło mu na twarz. Sekundę później pojawiło się następne i następne. Z ich pyszczków lała się zmieszana z krwią piana. Siekacze wbijały się w skórę mężczyzny i raniły ją teraz w setkach miejsc. Marek nigdy nie widział w jednym miejscu tak wielu tych stworzeń. Bał się, że zaraz poczują krew złamanej nogi i zabiorą się za niego. Przygotowywał się na najgorsze.
Tymczasem staruch miotał się po piwnicy, starając umknąć przed falą gryzoni. Przypominał trochę oszalałego tancerza, nie mogącego odnaleźć partnerki. W pewnym momencie wpadł na jedną z półek i upadł z nią na ziemię. Jego krzyki musiały zwabić kolejnego gościa, ponieważ ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Dochodziły zza nich na przemian krzyk i śmiech. Kobieta powracająca zza światów, w końcu miała swoją zemstę. Zaraz miało dopełnić się przeznaczenie, które Konrad sam sobie wypisał.
- Zostawcie mnie! – krzyczał, tarzając się w tą i z powrotem. – Zostawcie mnie małe skurwysyny!
Marek słyszał w jego głosie najpierw gniew, a potem już tylko ból. Mimo, że błagał o litość, ona nie była mu dana. Jeden z gryzoni wszedł mu do ust w momencie, w którym z zawiasów wleciały drzwi do piwnicy. Kobieta w poszarpanej sukni podeszła do drgających zwłok syna i czule pogłaskała go po głowie. Szczurze hordy rozsuwały się przed nią niczym poddani przed królową. Marek wiedział, że teraz przyszła kolej na niego. Czuł zapach gnijącego ciała i słyszał szurające o beton kości stóp. W ustach totalnie mu zaschło.
- Vanea? She mi? – powiedział stwór, jakby się nad czymś zastanawiając. Jego twarz była teraz kilka centymetrów od twarzy Marka. Ział z niej odór tysiąca rozkopanych grobów.
Wtedy ta sama część mózgu, która kazała mu się schylić na strychu i podnieść wypadłą z pudełka rzecz, podpowiedziała, by wyjął ją teraz z kieszeni. Trwało to tylko chwilę, lecz Markowi wydawało się, że mijają setki lat. Całe ciało mu drżało, nie wiedział, z powodu utraty krwi, czy faktu, że kilka centymetrów od twarzy widzi larwy wijące się w oczodołach kobiety, która powinna dawno leżeć w grobie.
Wysunął przed siebie dłoń, w której trzymał dziecięce śpioszki. Biały materiał w jednym miejscu był lekko przybrudzony, lecz poza tym wyglądały na nowe. Rzecz kupiona, dla kolejnego dziecka, powiedział mu głos w głowie. Oczami wyobraźni zobaczył kobietę siedzącą na brzegu łóżka i przeglądającą kupione rzeczy. Poczuł, że zalewa się łzami z żalu. Płakał za swoją rodziną; płakał za życiem tej kobiety, które przerwała śmierć zadana z zazdrości i chciwości przez własnego syna. Płakał za każdym życiem, które przerywa siła wyższa, by pokazać człowiekowi, że jest tylko małym trybikiem w wielkiej machinie świata.
W tym momencie był gotowy na śmierć i pogodzony z losem. Zdobył się nawet na uśmiech, gdy na górze rozległy się kroki. Ktoś coś powiedział, ktoś się zaśmiał. Otworzywszy oczy, zdał sobie sprawę, że jest zupełnie sam. Konrad i jego matka zniknęli. Tak samo, jak hordy szczurów i śpioszki.
- Ratunku! – krzyknął. – Ratunku! Jestem tu, na dole!
Jakieś zamieszanie. Podejrzewał, że przestraszył nastolatków, którzy mogliby go tu zostawić.
- Mam złamaną nogę! Jestem w piwnicy!
Minęło kilka minut, nim para przestraszonych oczu zajrzała do pomieszczenia. To była dziewczyna. Młoda blondynka podeszła do niego na drżących nogach. Widać, że była śmiertelnie przestraszona.
- Żyje pan? – zadała głupie pytanie.
- Martwy raczej bym sobie nie pokrzyczał. Masz może telefon, albo jesteś samochodem? Bardzo krwawię.
- Mam komórkę. - Dziewczyna nabrała pewności siebie i uklękła w plamie księżycowego światła. Gdy Marek zobaczył jej twarz, nie zdziwił się, że bardzo przypomina jego zmarłą żonę. Kto inny mógłby mu pomóc? - Już dzwonię, niech pan się trzyma.
Kocham cię, pomyślał Marek. Kocham najbardziej na świecie.

Koniec Panopticum
Źródło: własne, osobiste - prosto z szuflady
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!