Pasażerka

Dodane przez: fugi, 21.05.2016, 12:41
Reklama:
Dodał gazu. Czarny samochód wyrwał do przodu. Czuł jak szeroka kierownica Dodge’a Charger’a drży w jego dłoniach. Żółte pasy na asfalcie zaczęły jeszcze szybciej znikać pod lewym bokiem auta. Jechał pustą szosą, której prosta linia zwężała się i niknęła za widnokręgiem. Wokół rozciągała się pustynia z rosnącymi gdzieniegdzie krzakami i małymi kaktusami.

Dłonią odgarnął brązowe włosy do tyłu i przetarł pokryte potem czoło. Na dworze musiało być co najmniej 30 stopni, ale on wiedział, że to nie wina panującego w kabinie ukropu.
W radiu zaczęła się piosenka Julian’a Casablancas - "White light, white heat". Sięgnął do szarego pokrętła przy prawie pięćdziesięcioletnim urządzeniu i wyłączył radio. Lubił ją, ale teraz potrzebował spokoju. Otoczyła go cisza zakłócana tylko surowym dźwiękiem pracującego czterystukonnego silnika metalowego potwora. Przy skrzyni biegów leżał dowód rejestracyjny pokryty plamami krwi poprzedniego właściciela.

Pomarańczowe słońce zaczęło się zbliżać do krawędzi pustyni. Zaraz zniknie za horyzontem, a to wszystko się skończy.
- Gdzie jedziemy?
(kurwa)
Myślał, że da mu spokój chociaż na chwilę. Mylił się.
Zerknął w prawo.
Na fotelu pasażera siedziała młoda kobieta w białej sukience. Lekko prześwitujący materiał kończył się w połowie jej opalonych ud. Gładkie nogi skrzyżowała i wyprostowała pod deską rozdzielczą. Sukienka zakrywała tylko jedno ramię. Drugą, całą nagą ręką nie licząc małego tatuażu na nadgarstku opierała się o drzwi auta. Jej chudą talię opinał czarny pas ze złotą klamrą.
Patrzyła się na niego. Niebieskie, pełne zaufania oczy lustrowały go. Gładka twarz bez ani jednej zmarszczki sprawiała wrażenie, że młoda dziewczyna nie ma więcej niż dwadzieścia pięć lat. Biała opaska utrzymywała w ryzach burzę blond włosów, które zawsze tak lubił trzymać w dłoni.

Westchnął i nie odpowiedział.
Pomachała mu ręką przed oczami. Na nadgarstku zadźwięczały cienkie, pokryte złotem bransolety.
- Haaaaalo, ziemia do Maksa, jest tam kto?
Odtrącił rękę. Jego skórzana kurtka nie pozwoliła na wykonanie całego ruchu.
- Przestań. Prowadzę.
Dalej się uśmiechała. Była w świetnym humorze.
(jeszcze nie wie)
- Tak? Niby gdzie? Jedziemy już dobre parę godzin po tym zapomnianym przez wszystkich świętych zadupiu. – Podsunęła się bliżej niego i oparła łokieć na jego ramieniu – no własnie, gdzie my w ogóle jedziemy? Zabierasz mnie w jakieś miłe, ustronne miejsce, wysiądziemy i tak jak ostatnio oprzesz mnie o maskę auta...?
Przejechała paznokciem po jego kilkudniowym zaroście. Mocno. Poczuł uderzającą go gdzieś wewnątrz nagłą falę ciepła.
(powstrzymaj się)

- Ej, daleko jeszcze? No, powiedz, gdzie jedziemy! – zawołała jak mała dziewczynka, która nie może doczekać się niespodzianki.
Nawet się na nią nie popatrzył. Spode łba lustrował prostą drogę i niknące pod maską żółte pasy jezdni. Od prawie godziny nie minęli żadnego auta.
- Skończyć to – mruknął.
Odsunęła się od niego. Czarne rzęsy podskoczyły do góry, a jej idealna, gładka twarz przybrała zaskoczoną minę.
(za idealna)
- Co? Dlaczego?
- Bo już nie mam nic do stracenia.
Zaśmiała się.
- Masz mnie, mój drogi.
Pokręcił głową.
- Nie, ty nie możesz być prawdziwa.
- Niby czemu tak sądzisz?
Zerknął na nią jak na idiotkę.
- Bo na przykład masz skrzydła?
Zachichotała i pogładziła ręką małe skrzydła schowane za jej plecami. Tył sukienki kończył się pod jej łopatkami. Pióra lśniły nieskazitelnym białym kolorem.
- Przeszkadzają ci?
- Nie... Tak – zająknął się, starając się nie patrzeć na jej anielskie atrybuty. Poczuł jak wzbiera się w nim gniew. Znała go, aż kurwa za dobrze. Skupił się na prowadzeniu pędzącego krążownika szos.

Westchnęła i zaczęła kręcić palcem po kosmyku swoich blond włosów.
- Mój, ty biedny – zaczęła - Tyle cię nauczyłam, tyle pokazałam. Dzięki mnie zrozumiałeś to wszystko i znalazłeś drogę. A jednak dalej nic nie rozumiesz, mój drogi. Kiedy w końcu zrzucisz te klapki z oczu?
W milczeniu wyciągnął rękę w jej stronę.
- Podaj mi butelkę.
Sięgnęła pod siedzenie i podała mu kanciastą butelkę whisky. Chwycił ją i pociągnąl duży łyk napoju z gwinta. Ciecz zapiekła w jego gardle. Otarł usta.

Przygryzła dolną wargę. Chwilę siedzieli w ciszy. Nagle spojrzała na niego i spytała:
- Zostawisz mnie?
- Tak – odpowiedział patrząc na niknącą za horyzontem drogę.
Jej prawa powieka zadrgała. Pokiwała głową. Oddał jej alkohol.
Otworzyła schowek i wyciągnęła paczkę papierosów. Była cała we krwi z leżącej na niej odciętej dłoni. Kilka kropel poleciało na podłogę auta.
- Brudzisz tapicerkę.
Spojrzała na niego z wyrzutem, ale powstrzymała się od odpowiedzi. Zamknęła stanowczo za głośno drzwiczki schowka i sięgnęła po zapalniczkę. Zapalila fajkę. Do dwóch kropel krwi na białym papierku dołączył ślad jej szminki. Nie uszło to jej uwadze i chwilę patrzyła się na czerwone ślady.
- Nie mogłeś gdzieś wywalić całego ciała? Musiałeś go ciąć na kawałki i wyrzucać co kilkadziesiąt kilometrów?
Popatrzył się na nią.
- Mu to chyba nie przeszkadza.
Parsknęli śmiechem w tym samym momencie. Oparła głowę na dłoni i patrzyła się na niego swoimi błękitnymi oczami. Blond włosy opadły na jej ramiona i białe skrzydła. Uśmiechała się. W końcu znowu się zaciągnęła i wypuściła dym przez okno.

Wyciągnęła lewą rękę i położyła na jego karku. Zaczęła go masować. Lubił jak tak robi.
- Widzisz – zaczęła – jesteśmy tacy sami. Pędzimy razem po tej szalonej trasie i nic nie może nas zatrzymać. Jesteśmy bogami.
Zamilkła. Wciągnęła nikotynowy dym i odsunęła papierosa. A wraz nim kawałek jej skóry. Zwisał przyklejony do końcówki papierosowego filtra.
Zauważył to kątem oka.
- Skóra od ust ci odeszła.
Popatrzyła na ubytek ze spokojem, jakby oglądała go codziennie. W jej palcach centymetrowy, mięsny kawałek zakończony czerwoną, lśniącą szminką powoli pokrywał się szarością. Obniżyła bardziej szybę i wyrzuciła go za okno.
- To nic, wiesz, że to normalne – popatrzyła się na niego. Wzdrygnął się. W miejscu na dolnej wardze, gdzie powinna znajdować się skóra ziała malutka dziura przez którą widać było jej białe zęby – jedna decyzja i zaraz wszystko wróci do normy, kochanie.
- Nie będzie kolejnej decyzji.
Zerknęła na niego.
- Jak to?
Prychnął.
- Tak to.
- Chce... chcesz mnie taką brzydką?
- W ogóle już cię nie chcę.
Zamilkła. Przez dłuższą chwilę było tylko słychać pracę trzymanego na wysokich obrotach ośmiocylindrowego silnika. Obserwował drogę. Czuł na sobie jej spojrzenie. Wiedział, że sprawdza, czy nie żartuje. Czy to nie jest jedna z wielu prób odejścia, które już tyle razy podejmował. I zawsze wracał.

Ale teraz było inaczej i ona to zaraz zrozumie.
(byle nie za szybko)
- Taaaaa, tak jak zawsze – mruknęła odchylając się na siedzeniu i znowu zaciągając papierosem. Skrzyżowała ramiona na piersiach. Na jej szyi zaczęły pojawiać się ciemne plamy, przez które powoli przenikał nikotynowy dym.
Nagle przysunęła się bardzo blisko. Poczuł zapach jej perfum. I czegoś jeszcze, tak ulotnego, ale zauważalnego zapachu, którego nie mógł zidentyfikować.
- Masz po prostu zły humor i się na mnie wyżywasz, kochanie - wyszeptała do jego ucha, poczuł ogarniający go dreszcz - Wystarczy sięgnąć po walizkę z tylnego siedzenia i zaraz poczujesz się lepiej.
Ręka na kierownicy mu zadrżała.
Zerknął we wsteczne lusterko. Z tyłu na skórzanej kanapie opierała się brązowa prostokątna walizka z jednym uchem i dwoma metalowymi zapięciami. Cała była w naklejkach z różnych miast – Las Vegas, Nowy York ze statuą wolności i wielu innych miejscowości.
Nagle zobaczył swoje odbicie w podłużnym lustrze. Ledwo powstrzymał się od wrzaśnięcia. Jego skóra na twarzy zrobiła się kredowobiała. Oczy zapadły się, otaczały je ogromne sińce, jakby nie spał przez kilka nocy. Nos zniekształcił się, jakby ktoś pięścią wbił go wewnątrz jego twarzy. Na prawej skroni zaczęły pojawiać się pęknięcia na skórze.
(zaczyna się)

Wdepnął pedał gazu. Auto przyśpieszyło do stu czterdziestu kilometrów na godzinę. Mijane pustynne krzaki jeszcze szybciej znikały za nimi.
- Nie przyśpieszaj, tylko sięgnij po walizkę, kochanie.
Spojrzał na nią i wytrzeszczył oczy. Tym razem już nie udało mu się nie krzyknąć.
Wyglądała jakby w jednej chwili postarzała się o trzydzieści lat. Nadal bawiła się poprzecinanym siwizną kosmykiem. Na jej twarzy pojawiły się zmarszczki. Opalona skóra wyblakła i wystąpiły ciemne plamy. Część jej włosów wypadła i zatrzymała się na jej ramionach i powoli szarzejących skrzydłach.
Odwrócił wzrok i zebrał w sobie całą odwagę.
- Nie.
Otworzyła szerzej oczy. Już nie były tak anielsko błękitne jak wcześniej.
- Nie?
Skupił całą swoją uwagę na drodze. Ledwo utrzymywał kierownicę pięciometrowego pojazdu. Żyły na jego dłoniach powiększyły się i zaczęły pulsować. Nie mógł powstrzymać ich drżenia.

Nagle zrozumiała, że nie uda się jej go przekonać. Opuściła głowę i zaszlochała.
- Kocham cię.
Złapała się ostatniej deski ratunku. Ledwo powstrzymał skaczące po obręczy kierownicy ręce. To nie miało zacząć się tak szybko.
- Ja ciebie też kochałem.
Rzuciła się w jego stronę. Jej pas bezpieczeństwa napiął się i zatrzymał w połowie drogi. Krzyknęła przez łzy. Szary, podłużny materiał zerwał z niej kawał skóry odsłaniając pulsujące tkanki.
- Maks, rozpadam się! Patrz, co się ze mną dzieje. Pomóż mi! – złapała się za odstający pomarszczony płat ciała, który jeszcze przed chwilą był jej głębokim dekoltem - Nie chcę być brzydka! Weź walizkę!

Pokręcił głową. Zerknął znowu w lusterko wsteczne. Jego nos całkowicie zniknął, pozostała po nim tylko czarna dziura. Skóra stała się przezroczysta, widział kontury swojej czaszki. Jego oko zaczęło przybierać czerwoną barwę. Tarcza słońca znikała za odległym widnokręgiem.
- Dlaczego mi to robisz? – zawołała. Jej głos zmienił się, stał się zachrypnięty - tyle ci dałam, sprawiłam, że świat stał się dla ciebie piękniejszy. Pokazałam ci życie! Pokazałam ci jak podejmować decyzje, POKAZAŁAM CI TO! Tylko nieliczni mogą to dojrzeć. Dałam ci WSZYSTKO!!!
- Mylisz się – odpowiedział, jego głos zabrzmiał głucho jakby dochodził zza ściany – tylko ja mogę podejmować MOJE decyzje i za nie jestem odpowiedzialny. Na nikogo tego nie zrzucę. Nawet na ciebie.
Po jej policzku spłynęla pojedyncza łza.
- Ty naprawdę chcesz to skończyć. Wiesz, że nie będzie już odwrotu?
- Wiem.
Pokręciła głową.
- Nie wiesz. Stracisz to wszystko co osiągnąłeś – a po chwili dodała - stracisz mnie.
Patrzyła się na niego. Pierwszy raz tego wieczoru zaczął się bać. Klaustrofobiczny strach sprawił, że metalowa kabina stała się przerażająco mała. Zapragnął zatrzymać auto, wysiąść i wiać ile sił w nogach.
Zerknął na nią. Jej czerwone oko otoczone pomarszczoną, szarą skórą łypało na niego spod drgającej powieki.

Kobieta dyszała głośno. Jej coraz bardziej pokrywające się próchnicą zęby zgrzytały tak, że przeszedł go dreszcz po plecach.
Znów poczuł tę woń. Teraz mocniejszą. Woń
(rozpoznał ją)
Trupa.
Nagle wrzasnęła przeraźliwym, niepodobnym do ludzkiego głosem i rzuciła się na niego. Z jej ust wystawał język z dwoma końcówkami, jak u węża.
Chwyciła go za fraki skórzanej kurtki. Jej przedramiona i przeguby, pokryte obwisłą skórą, były całe w małych dziurkach jak po nakłuciach. Zaczęły z niej wypływać strużki czarnej substancji.
- TY KRETYNIE, próbowałam cię przekonać po dobroci! A teraz muszę zrobić to siłą – jesteś MÓJ i zostajesz TUTAJ!!!
Zobaczył kończącą się drogę. Czarny asfalt urywał się jakieś kilkaset metrów przed nimi. Wcisnął gaz do dechy. Wielki pojazd wyrwał do przodu. Wskazówka prędkościomierza ruszyła w stronę końca tarczy.

Jej pomarszczona dłoń chwyciła go za szyję. Zaskakująco silne, pokryte czerniejącymi dziurami i plamami żółci kleszcze zamknęły się wokół jego pokrytego siecią pęknięć gardła.
Zaskoczony szarpnął ręką. Zarzuciło ogromnym samochodem na drodze.
Przeraźliwy pisk opon zlał się z odgłosem silnika.
Nie mógł zaczerpnąć tchu. Oddech uwiązł mu w przełyku.
(powietrza)
Skontrował kierownicą i ledwo wyszedł z poślizgu. Odzyskał przyczepność. Auto przestało płynąć po twardej powierzchni. Obraz zaczął mu ciemnieć przed oczami.
Byli już jakieś sto metrów od końca drogi.
(jeszcze chwilę)

Rozkładająca się twarz znalazła się kilka centymetrów od jego ucha. Z jej wygiętych jak przy porażeniu mózgowym ust prysnęły na niego kropelki śliny i małe, twarde kawałeczki
(zębów)
- Zatrzymaj auto i weź tą pierdoloną walizkę z tylnego siedzenia! ZATRZYMAJ GO!!!
Sięgnął prawą reką wzdłuż nogi i wymacał przycisk. Odpiął swój pas bezpieczeństwa.
- Pierdol się – zachrypiał i z całej siły wdepnął pedał hamulca.
W rozdzierającym uszy pisku ogromna siła wyrwała ich do przodu.
Pochylona w jego stronę kobieta wrzasnęła i uderzyła głową w lusterko wsteczne. Szkło rozprysło się na wszystkie strony. Z boku jej głowy trysnęła czarna krew. Wzmocnione pasy porwały ją z powrotem.
Nagle inna moc zatrzymała pojazd w miejscu w ciągu jednej sekundy. Przód auta napotkał jakąś przeszkodę.
Zamknął oczy i wyleciał przez przednią szybę porwany siłą uderzenia.

-------------------------------

Śniła mu się piaskownica. Był znów czteroletnim dzieckiem i bawił się w niej budując zamek z piasku. Wokół szare bloki mieszkalne niknęły gdzieś w górze, łudząco odległej dla małego chłopca. W pobliżu starsze o kilka lat dzieci grały w piłkę.
Nagle jego zabawkowa łopatka natrafiła na jakiś twardy przedmiot schowany pod piaskiem.
(kamień? Dokopałem się do kamienia?)
Zafascynowany zaczął kopać głębiej. Nagle wyciągnął z ziemi przezroczysty przedmiot z długą igłą...
- Mamo! – zawołał – patrz co znalazłem!

Jego mama, siedząca na ławce brunetka w kręconych włosach i szarym płaszczu zerknęła z nad gazety. Nagle krzyknęła i rzuciła się w jego stronę. Czasopismo upadło na ziemię.
- MAKS!
Patrzył się na dziwne znalezisko spoczywające w jego dłoni. Podbiegła do niego i uderzyła w jego rękę. Przedmiot wylądował na piasku.
Złapała go za ramiona i potrząsnęła.
- Maks, to jest złe i niebezpieczne! Nigdy, przenigdy tego nie dotykaj!
Spojrzał na leżącą na ziemi brudną, zużytą strzykawkę. Słyszał jej głos jakby zniekształcony przez gęstą mgłę. Na igle było widać ślady krwi.
- Maks, to jest złe! MAKS!
Mama dalej nim potrząsała. Podniósł wzrok na nią i wrzasnął przerażony.
Miała twarz jego pasażerki w blond włosach. I skrzydła anioła. I język jak u węża.

----------------------------

Zerwał się rozdygotany i cały zlany potem. Coś nie pozwalało mu oddychać.
(Mama)
Zachłysnął się i splunął na bok. Z jego ust poleciały drobinki piasku.
(piasku?)
Zaczerpnął ogromny haust powietrza. Obraz zacząl nabierać ostrości. Najpierw usłyszał szum morza. Mocne, przedpołudniowe słońce nie pozwalało mu się rozejrzeć. Dopiero po chwili rozróżnił linię niebieskiego nieba zlewającego się z oceanem. Leżał na piaszczystej plaży. Nad nim latały dwie mewy. W górze nie było ani jednej chmury.

Podniósł się do pozycji siedzącej i syknął z bólu. Spojrzał na swoje przedramiona. Całe były pokryte głeboko wbitymi drobinkami szkła. Gdzieniegdzie dostał się tam też piasek. Z większości sączyły się małe strużki krwi. Poruszył ramionami i nogami. Wszystkie reagowały.
Kręgosłup miał cały.
Po chwili coś sobie przypomniał i znowu spojrzał na swoje ręce. Obrócił je kilka razy niedowierzając.
Dotknął swojej twarzy. Poczuł miękką, gładką skórę, jedynie pokrytą zarostem i wbitymi kawałkami szkła. Była
(normalna)
zdrowa.
Zebrał wszystkie siły i podniósł się. Otrzepał z piasku. Jego buty od razu zapadły się o kilka centymetrów. Miniaturowe drobinki żwiru musiały zamortyzować jego upadek.

Rozejrzał się. Wokół nie było widać żywej duszy. Nagle na prawo, dwa metry od niego zobaczył brązową walizkę pokrytą naklejkami z podróży. Była otwarta na oścież, cała zawartość wysypała się. Przeszedł go dreszcz i spojrzał pod nogi. Wokół niego leżały pokryte piaskiem strzykawki, połamane, pomarańczowe pudełka na leki, lufki, rozsypane tabletki i opaski uciskowe.
Zakręciło mu się w głowie. W niektórych miejscach piasek mieszał się z proszkami o białym kolorze.
Poczuł ostry ból w klatce piersiowej. Musiał nieźle przywalić w kierownicę jak wylatywał z auta. Żebra mogą być złamane.
Wstał i odwrócił się od kalifornijskiego morza. W oddali kołysały się palmy poruszane przez lekki wiatr. Wytrzeszczył oczy. Dopiero z pozycji stojącej to zauważył.
Jakieś dziesięć metrów od niego w odgradzający plażę od chodnika murek metrowej wysokości stał wbity Dodge Charger. Maska wygięła się pod nienaturalnym kształtem. Przód auta całkowicie zniknął zmiażdżony. Znad maski z sykiem unosił się mały obłoczek dymu.

Pokuśtykał w jego stronę co chwilę zapadając się w piasku. Z każdym krokiem czuł kłujący ból w klatce. Podszedł do rozbitego samochodu. Z przedniej komory wystawały kawałki dwurzędowego silnika v8. Szyby przedniej w ogóle nie było. Pozostała tylko rama z wystającymi gdzieniegdzie ostrymi kawałkami szkła.
Podszedł do drzwi kierowcy i schylił się, żeby zajrzeć do środka.
Wnętrze było puste. Na skórzanym siedzeniu pasażera leżało tylko kilka piór.
Wyprostował się i rozejrzał dookoła. Nikogo nie było widać.
Zaczął się śmiać. Zgiął się w pół i śmiał do momentu, aż jego zmiażdżone żebra nie pozwoliły mu na dalszą radość.
Z kieszeni wyciągnął pomiętą paczkę Cameli i pstryknął ją w bok. Z wydartej małej dziury wysunął się papieros. Włożył go do ust i zapalił go strzykającą piaskiem zapalniczką.
- Żegnaj – powiedział i ruszył promenadą wzdłuż plaży, zostawiając za sobą wrak czarnego samochodu.
Źródło: mój łeb
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!