Zombie Zone - Rozdział 3 - Pierwsze starcie

Dodane przez: karolina jabłońska, 13.08.2016, 13:28
Reklama:
Część pierwsza - http://straszne-historie.pl/story/13620-Zombie-Zone-Rozdzial-1-Poczatek

Część druga - http://straszne-historie.pl/story/13632-Zombie-Zone-Rozdzial-2-Wirus-Zet

Zaraz po powrocie do domu zabrałam się za zamienianie go w twierdzę przeciw zetom. Nie sądziłam, że metrowy płotek, ogradzający dom wystarczy, by powstrzymać większą grupę zarażonych, gdy już tu dotrą. A dotrą na pewno. Byłam o tym przekonana. Najpierw, używając narzędzi z garażu, zaczęłam zabijać okna deskami, które miały zostać wykorzystane do zbudowania altany w ogrodzie. Dziękowałam w duchu za to, że tata jest takim leniem i nigdy nie zaczął jej tworzyć, bo wtedy zapewne miałabym kłopoty.

Gdy skończyłam wbijać ostatnią deskę w pierwszym oknie, usłyszałam stukot i piłowanie drewna. Kilku moich sąsiadów najwidoczniej poszło za moim przykładem i sami zaczęli fortyfikować swoje domy. Ci, do których kilka godzin temu pukałam, stali teraz na zewnątrz i budowali twierdzę. Wkrótce cała ulica zaczęła pracować całymi rodzinami. Nikt nic nie mówił, nawet dzieci wydawały się rozumieć powagę sytuacji, bo w milczeniu podawały swoim ojcom lub matkom kolejne deski.

Zastanawiałam się, czy mają jakiś plan, czy tak po prostu chcą to wszystko przeczekać, czego bym im nie radziła. Wirus mógł zniknąć, lub nie. Zety mogły dotrzeć do nas, albo nie. Mogliśmy przeżyć, albo nie. Wszyscy mieliśmy szanse pół, na pół. Tylko ci najlepiej przygotowani dadzą radę.

Skończyłam pracę dopiero późnym popołudniem, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Zbliżała się zima, dni i noce były coraz zimniejsze. Niedługo miały pojawić się pierwsze przymrozki. Wtedy jeszcze nie myślałam o tym, że wirus dotrwa do tego czasu, a ja spędzę zimę gdziekolwiek indziej, niż w swoim domu. Błoga nieświadomość.

Do domu weszłam wyczerpana, z dłońmi pokrytymi odciskami i cała zmarznięta. Podczas robienia herbaty słuchałam audycji z radia.

-Wirus Zet przenosi się w zastraszającym tempie. Są już pierwsze doniesienia o jego obecności w Krakowie i Katowicach. Rząd próbuje zapobiec panice, ale w internecie już pojawiają się już pierwsze przypadki użycia słowa „zombie’’.
-Zombie? – brzmiało to tak nieprawdopodobnie, że prawie wybuchnęłam śmiechem. Ale to nie było takie głupie, jak się wydawało. Zety zjadają ludzi, nie giną od ran zadawanych gdzie indziej niż w głowę, poruszają się jakby byli w transie. Byli jak typowe, filmowe zombie.
-Pytania zadawane Ministrowi Zdrowia oraz przedstawicielom WHO w Polsce pozostają bez odzewu. Mamy nadzieję, że…
Nagle światło zamigotało, a potem zgasło. Przeraziłam się i już chciałam pobiec sprawdzić bezpieczniki, gdy znowu żarówki się zapaliły. Przerwy w dostawie prądu nie zwiastowały niczego dobrego, a jeżeli już zaczynało brakować prądu, to niedługo może też nie być wody, a ona była najważniejsza. Musiałam zrobić zapas. Po kilku minutach miałam w bród butelek wypełnionych wodą, misek, oraz kubków. Z takim zapasem mogłam przetrwać kilka dni, ale potem... Czas pokaże.

Postanowiłam się położyć. Przeniosłam się na kanapę w salonie, gdzie w razie czego mogłam usłyszeć zety. Położyłam się w ciuchach i spróbowałam zasnąć. Następnego dnia, z samego rana miałam zamiar wybrać się do miejscowego sklepu turystycznego, gdzie miałam nadzieję znaleźć sprzęt do Survivalu. Naprawdę miałam nadzieję, że nie będzie tak splądrowany jak supermarket.

Dziwił mnie fakt, że nie wpadłam w panikę jak reszta, albo nie zaczęłam się wydurniać jak ci idioci z internetu. Ja działałam w przemyślany sposób, tak, żeby przetrwać. Miałam plan. Mnie nie ogarnął strach, gdy cały kraj wyraźnie zaczął stawać w ogniu. Byłam opanowana, nawet nie bałam się o moich bliskich. Coś w głębi duszy mi mówiło, że nic im nie jest. Więcej, byłam tego pewna i trzymając się tej myśli zasnęłam.

Zerwałam się z kanapy jak poparzona. Na zewnątrz coś się działo, bo słyszałam krzyki, wołania o pomoc oraz odgłosy walki. Podeszłam do okna i przez szparę między deskami zobaczyłam co się dzieję. Na ulicy, kilka metrów od mojego domu rozgrywał się horror. Kilkoro ludzi stawiało czoła kilka razy większej grupie zarażonych. Rozpoznałam wśród nich swoich sąsiadów. Nie czekając dłużej ubrałam buty i z saperką w ręce rzuciłam się do pomocy.

Widziałam jak czteroosobowa grupa zetów otacza mojego sąsiada – pana Pawła, który próbował się bronić kijem bejsbolowym. Popędziłam mu z pomocą, rozpłatując czaszkę zarażonego mężczyzny na dwoje. Ciemna maź trysnęła na wszystkie strony, w tym na moją koszulkę, ale nie miałam czasu o tym myśleć, bo zauważył mnie drugi zet. Jednym ciosem saperki przebiłam mu czaszkę uwalniając tą samą, kleistą substancję. Co to do cholery jest? - zastanawiałam się próbując ignorować smród, jaki od niej dawał.

Pan Paweł powalił w końcu na ziemię jednego zeta i gdy zaczął mu zadawać kolejne ciosy kijem, następny zarażony skoczył mu na plecy. Trysnęła krew. Zareagowałam szybko, łapiąc bestię za kark i ściągając z mężczyzny, ostatecznie wbijając mu saperkę w kłapiącą szczękę.

-Wszystko w porządku? – podniosłam mężczyznę z ziemi i odciągnęłam na bok. Był rozdygotany.
-Taak. Chyba tak – odparł trzymając się za zraniony bark. Krew zalała mu już pół koszulki, barwiąc ją z zielonej, na ciemno czerwoną. Bał się. Nie. Był przerażony. Byłam pewna, że wie jak roznosi się Wirus Zet, w końcu mówili o tym na okrągło.
-Uważaj! – mężczyzna odepchnął mnie na bok, aż upadłam na asfalt. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam dwóch zarażonych, wgryzających się w szyję Pawła. Mężczyzna krzyknął raz, a zaraz potem jeden z zetów wyrwał mu jabłko Adama. Sąsiad upadł na ziemię, a z jego gardła wydobywał się tylko słaby świst. Jak zahipnotyzowana patrzyłam na ucztujące bestie, zajadające się stygnącym mięsem Pawła. Na widok kręgów szyjnych, poczułam smak żółci na języku, a po chwili zwróciłam całą swoją kolację. To zwróciło uwagę jednego z zetów. Rozglądnęłam się w panice za saperką, upadła kilka metrów dalej. Zerwałam się na równe nogi i ruszyłam przed siebie, nagle jednak poczułam, że ktoś chwyta mnie za łydki, a zaraz potem runęłam w dół, zdzierając twarz na asfalcie. Obejrzałam się przez ramię i ujrzałam kobietę z brakującą sporą częścią policzka. Miała mętne, niebieskie oczy i rozczochrane brązowe włosy, oraz zakrwawione usta, w których kłapały zęby. Przewróciłam się na plecy, tym samym zrzucając ją z siebie i zyskując parę cennych chwil, by dosięgnąć saperki. Zanim zarażona wstała i przyszykowała się do ponownego ataku, ja wbiłam jej ostrze w kark, oddzielając jej głowę od tułowia. Operowanie małą łopatą przychodziło mi z dziwną łatwością, chociaż przebicie twardej czaszki nie należało do rzeczy najłatwiejszych, a u zarażonych nie było to trudniejsze niż złamanie gipsowej ściany. Kolejna dziwna cecha zetów.

Ruszyłam w stronę, gdzie leżał pan Paweł, a dwójka zetów wpychała sobie do ust jego trzewia. Gwizdnęłam. Starszy mężczyzna, z wybitym jednym szkłem od okularów i w bezrękawniku warknął na mnie po czym ruszył. Zanim zdążył zrobić drugi krok, ja wbiłam mu ostrze w sam czubek głowy, a gdy zwiotczał, kopnięciem odepchnęłam go od siebie. Drugiego załatwiłam najpierw kopiąc w kolano, by powalić go na ziemię i rozpłataniem czaszki. Wzięłam kilka głębokich wdechów, gdy poczułam znajome skurcze żołądka.

Paweł leżał z przerażeniem w zastygłych już, niebieskich oczach, wpatrujących się w niebo. Ukucnęłam przy nim i zamknęłam mu powieki. Jego walka się już skończyła – pomyślałam wstając. Moja się rozpoczęła.

Rozglądnęłam się wokół. Na ulicy leżały ciała ludzi, jak i zarażonych, ale tych drugich nadal było sporo. Zabrałam się do roboty. Siekanie, rozpłatywanie i roztrzaskiwanie czaszek zetów przychodziło mi łatwo oraz płynnie, jakbym była w jakimś szale i nie robiła innego przez całe życie. Zwolniłam dopiero, gdy mięśnie rąk zaczęły mi drżeć z wysiłku, a niebo rozjaśniły pierwsze promienie słońca. W walce pozostałam ja i sześciu moich sąsiadów, którzy dopiero po moim włączeniu się zaczęli być bardziej efektywni. Ich ciosy na początku były zadawane w klatkę piersiową, albo kompletnie nietrafiane w cel, ale w końcu kije oraz łopaty nabrały wprawy i już bez większych problemów uśmiercały zarażonych.

Około godziny szóstej padł ostatni zet. Razem z mężczyznami patrzyłam na ulicę zasłaną trupami, nad którą wschodziło słońce. Z tego co widziałam, wszyscy wyglądaliśmy strasznie. Umazani we krwi i tej dziwnej, ciemno czerwonej mazi, która najwidoczniej musiała być krwią zarażonych. Wygraliśmy pierwsze starcie, ale nikt się nie cieszył. Poległo czterech naszych.

Padałam z nóg, więc usiadłam na krawężniku. Było zimno, dopiero teraz to odkryłam widząc swoje sine ręce. Przeszedł mnie dreszcz, ale jakoś nie chciałam wracać do domu. Zamiast tego obserwowałam, jak rodziny poległych wychodzą na ulicę po swoich bohaterów, którzy oddali życie broniąc tej ulicy i mieszkających na niej ludzi.

Do leżącego pana Pawła podbiegła jego żona –Irena. Pochyliła się nad mężem i wybuchnęłam najbardziej rozdzierającym szlochem jaki w życiu słyszałam. Obserwowałam w milczeniu jak kobieta przytula męża, tym samym umazując się jego krwią. Poczułam jakąś dziwną pustkę w środku.

Nagle poczułam, że ktoś trąca mnie w ramie. Nade mną stał Patryk – niewiele ode mnie starszy syn pana Karola, który również walczył tej nocy.

-Chodź – podniósł mnie z chodnika. Nie opierałam się. Nie miałam na to sił.

Razem z ojcem zaprowadzili mnie do swojego domu, gdzie przywitał mnie jęk pani Marii i Judyty – matki i siostry Patryka. Chłopak zaprowadził mnie do łazienki, a po chwili jego siostra przyniosła mi ręcznik i czyste ciuchy.

-Nie wiem czy będą pasowały – powiedziała nieśmiało, kładąc rzeczy na pralce.
-Dziękuję – obdarzyłam ją najmilszym uśmiechem, na jaki było mnie stać, ale musiał bardziej wyglądać na kwaśny grymas.

Podeszłam do lustra i dopiero wtedy przekonałam się, dlaczego wzbudziłam taki szok. Moją twarz pokrywała rozmazana krew, włosy były pozlepiane mazią, nie wspominając już o ciuchach. Z daleka ktoś mógłby spokojnie wziąć mnie za zeta. Zrzuciłam z siebie ubrania i wskoczyłam pod prysznic. Woda zabarwiła się na czerwono, co wywołało u mnie uczucie Déjà vu. Tym razem jednak nie bałam patrzeć. Zbyt wiele widziałam, by przestraszyć się krwi.

Wyszorowałam się do czysta żelem o zapachu bzu i umyłam włosy, co musiałam powtórzyć trzy razy, bo co chwilę znajdowałam w nich skrzepy krwi i kawałki czaszek oraz mózgu. Nawet to nie zrobiło na mnie wrażenia.

Rzeczy zostawione przez Judytę musiały należeć do jej wyższej matki, bo na pewno nie do tej drobnej czternastolatki, wyglądającej jakby bała się własnego cienia. Ciekawe jak przeżyła tę noc? – zastanowiłam się ubierając biały, miękki sweter, który miał trochę za krótkie rękawy, ale wystarczyło je podciągnąć i było po problemie. Spodnie za to pasowały idealnie, co było cudem, bo taka właścicielka długich nóg nieraz miała z tym kłopot. Moje czarne włosy porządnie wytarłam w ręcznik i rozczesałam aż stały się w miarę suche. W końcu mogłam iść do gospodarzy.

Wszyscy siedzieli w kuchni, słuchając pana Karola. Z racji tego, że mnie nie zauważyli, załapałam się na kawałek rozmowy.

-Ta dziewczyna w pojedynkę rozwaliła prawie dwudziestkę tych świrusów. Walczyła jakby była zawodowym żołnierzem, a nie zwykłą dziewczynką. Tak machała tą saperką, że raz prawie skosiła mi przy tym głowę.
-Właśnie tato. Dziewczyna młodsza ode mnie walczyła z wami, a mnie zakazałeś wychodzić – mruknął niezadowolony Patryk.
-I bardzo dobrze – wtrąciła do rozmowy pani Maria – Myślisz, że bym ci na to pozwoliła? Właśnie, a co z ojcem Nataszy? Nie było go z wami, prawda?
-Tak, ale jego nie ma w ogóle. Z tego co wiem, to wyjechał przedwczoraj do pracy i już nie wrócił.
-O Jezu! To straszne, taka młoda dziewczyna nie może…

Weszłam do kuchni tym samym przerywając rozmowę. Wszystkie spojrzenia wydawały się być uradowane na mój widok.

-Natasza! – pan Karol wstał z krzesła i odsunął jedno dla mnie. –Siadaj. Zaraz będziemy jeść.
-Może ja lepiej pójdę już do domu. Nie będę przeszkadzać.
-Nie ma mowy – oburzyła się pani Maria. –Teraz jest niebezpiecznie, odkąd wirus dotarł do naszego miasta, a ty podobno jesteś sama w domu.
-Nic mi nie będzie – uśmiechnęłam się, chociaż miałam ochotę parsknąć i wybuchnąć śmiechem. Przed chwilą rozwaliłam dwudziestkę zetów saperką, myślała, że z jednym sobie nie poradzę?
-Nawet jeśli, to i tak powinnaś zostać – upierał się mężczyzna. –Gdyby nie ty, to kto wie co by się z nami stało. Twoja walka nas zmobilizowała. Można powiedzieć nawet, że dzięki tobie jemy tu teraz wspólnie śniadanie, tak jak i sześcioro innych mężczyzn może to robić ze swoimi rodzinami.
-Ale czterech niestety nie – przypomniałam.
-Tak, to straszna tragedia – pani Maria postawiła na stole patelnie z jajecznicą. Poczułam, że naprawdę jestem głodna.
-Po śniadaniu pójdę do ich rodzin. Nie sądzę, by w takiej sytuacji ktoś przyjechał zabrać ciała. Chyba trzeba będzie ich zakopać na ich podwórkach.
-Dobrze, starczy tych rozmów – przerwała mężowi Maria. – Jedzmy.

Gospodyni okazała się świetną kucharką, bo jajecznica smakowała wybornie, a może to była kwestia głodu? Nie myślałam o tym, tylko pochłonęłam drugą porcję. Przez cały czas trwania posiłku, czułam na sobie ukradkowe spojrzenia Patryka, ale gdy tylko unosiłam wzrok, ten uciekał oczami na boki. Po skończeniu jedzenia, zaproponowałam pomoc w zmywaniu, ale zostałam zbyta.

-Ty się już wystarczająco narobiłaś. Idź lepiej odpocznij, my sobie poradzimy – odesłała mnie Maria. Nie pozostało mi nic innego jak usiąść na kanapie w salonie i wyczuć odpowiedni moment, by pójść do domu. Chciałam zrealizować mój plan pójścia do sklepu turystycznego. Wtedy obok mnie usiadł Patryk.

-Chciałem o coś zapytać – zaczął nieśmiało.
-Pytaj.
-Co czułaś, gdy ich zabijałaś? Nie miałaś żadnych oporów? W końcu nie ma pewności, że nie są to jeszcze ludzie.
-Jak dla mnie człowiek nie może funkcjonować z podciętym gardłem, ani nie pożera żywcem innych ludzi. To coś – wskazałam na ulice – nie ma nic wspólnego z człowiekiem. A odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie – nie czułam nic oprócz wściekłości.

Chłopak pokiwał głową, jednocześnie pocierając pokrytą lekkim, jasnym zarostem brodę. Nie był on jakoś wyjątkowo przystojny, ale miał ładne, niebieskie oczy, ale i tak nie był w moim typie, a fakt, że właśnie stawaliśmy w obliczu apokalipsy jeszcze bardziej studził moje chęci na amory.

-Co zamierzasz teraz zrobić? Słyszałem, że twojego taty nie ma.
-Zamierzam go odnaleźć, ale najpierw muszę zdobyć sprzęt do wędrówki, dlatego dzisiaj idę do sklepu turystycznego – nie czułam jakoś potrzeby ukrywania moich planów.
-Tego na Marszałkowskiej? – zapytał wyraźnie się ożywiając. – Mogę ci pomóc się tam dostać.
-Niby jak? – zaciekawiłam się.
-Mój kumpel tam pracuje i ma kluczę. Mogę je od niego załatwić. Ale tylko wtedy, jeżeli pójdziemy tam razem.
-Zgoda – powiedziałam po chwili namysłu i przypieczętowaliśmy to uściśnięciem sobie dłoni.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/13648-Zombie-Zone-Rozdzial-4-Wypad
Źródło: Moje
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!