Zombie Zone - Rozdział 5 - Nowe realia

Dodane przez: karolina jabłońska, 16.08.2016, 21:28
Reklama:
Spis wszystkich części w profilu autorki: http://straszne-historie.pl/profil/5355

Przez całą drogę nie odezwaliśmy się do siebie słowem. Patryk patrzył tempo przed siebie, a ja nie chciałam zaczynać rozmowy, która i tak by się nie rozwinęła, bo chłopak zbyt przeżywał śmierć kumpla, chociaż starał się być twardy i tego nie okazywał. Mógł być na mnie zły, że nie pozwoliłam mu iść Arkowi z pomocą, co bardzo rozumiałam. W końcu gdyby tam był mój bliski lub przyjaciel, to na pewno chciałabym go ratować, ale w jego przypadku było to samobójstwo.

Blokowisko było tak samo spokojne jak wcześniej. Żadnych ludzi, zetów i trupów. Nagle jednak mój wzrok przykuła sylwetka, stojąca na balkonie piątego piętra. Była to kobieta.

-Patrz – szturchnęłam Patryka w bok.

Kobieta musiała też nas zauważyć, ale nie zrobiła żadnego ruchu, świadczącego, że potrzebuje pomocy. Zauważyłam, że trzyma coś w dłoniach. Po przyjrzeniu się zrozumiałam, że to związane prześcieradła. Najpierw myślałam, że z jakiegoś powodu nie może się wydostać z mieszkania i chce zejść na dół jak ja z Patrykiem, ale wtedy ona założyła prowizoryczną linę na szyję. Oboje puściliśmy się biegiem.

-Stop! Niech pani zaczeka! – krzyczałam przerażona, ale było już za późno.

Kobieta przerzuciła się przez barierkę i zaczęła spadać. Rozległ się trzask łamanego karku, a potem ciało nieznajomej z impetem uderzyło o balkon na czwartym piętrze. Kołysała się jeszcze przez chwilę, aż w końcu znieruchomiała.

Nigdy wcześniej nie widziałam samobójstwa, dlatego śmierć tej kobiety mną wstrząsnęła. Co innego zginąć z rąk zetów, a co innego samemu targnąć się na własne życie. To było tchórzostwo. Zwykłe tchórzostwo.

-Chodźmy już – ruszyłam przed siebie, starając się nie patrzeć na wisielca.
-Chcesz ją tak zostawić? – Patryk nie krył oburzenia.
-Ona i tak nie żyje! – rzuciłam przez ramię. –Jeżeli chcesz, to idź ją ściągnij. Ja wracam do domu.

Nagle zza kosza na śmieci wyczołgały się dwa zety. Jednemu z nich jelita zwisały swobodnie do kolan, a drugi miał poderżnięte gardło. Zauważyłam, że przy każdym stawianym kroku wylatują z nich tłuste larwy.

-Uważaj! - krzyknęłam gdy jeden zet znalazł się niebezpiecznie blisko Patryka. Chłopak odskoczył na bok, wypuszczając z rąk saperkę. Zarażony z jelitami na wierzchu złapał go za kurtkę i próbował ugryźć. Podbiegłam do niego i pociągnęłam za brudną koszulkę odciągając od Patryka po czym jednym ruchem pozbawiłam go głowy. Drugiego kopnęłam w kolana i uśmierciłam wbijając ostrze w mózg.

Minęłam chłopaka bez słowa i ruszyłam w kierunku domu. Byłam zła. Na Patryka, na nieznajomą samobójczynię, na zety, na cały świat, ale najbardziej na tatę. On powinien być ze mną i bronić mnie przed zarażonymi, a nie ja jakiegoś młodocianego kretyna. Miałam tylko siedemnaście lat.

Nagle usłyszałam krzyk dobiegający z naszej ulicy, a na niebie ujrzałam stróżkę dymu. Poczułam ukłucie niepokoju. Pobiegliśmy jak najszybciej się dało.

Całe nasze osiedle opanowane było przez zety. Były wszędzie. Wdzierały się do domów, atakowały ludzi, którzy bezskutecznie próbowali się bronić, zniszczyły wszystko. Dom państwa Kowalczyków płonął i jeszcze dało się słyszeć z niego krzyki mieszkańców, a wszędzie unosił się smród spalonego mięsa. Zety lgnęły do ognia jak pszczoły do miodu.

-Musimy uciekać! – krzyknęłam widząc sporą grupę odmieńców idących w naszą stronę, ale Patryka już przy mnie nie było. Biegł właśnie do swojego domu. Popędziłam za nim.

Drzwi do jego domu były otwarte, a cały przedpokój skąpany był we krwi. Już w progu na Patryka wpadł jeden zet. Chłopak zręcznie odepchnął go od siebie, aż ten upadł na podłogę. Wbiłam koniec maczety w sam środek głowy zarażonego i zamknęłam drzwi przed nosami pozostałych.

-Tato? Mamo? Judyta! – chłopak biegał po całym domu, podczas gdy ja próbowałam zastawić drzwi komodą.
-Zaraz się tu wedrą! – krzyknęłam gdy rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Zety wybiły szybę i powoli zaczęły próbować dostać się do środka. –Patryk! Pomóż mi!
-Nie wyjdę bez mojej rodziny!
-Ale ich tu nie ma! – jednym cięciem maczety pozbawiłam rąk kilku zetów. Kończyny upadły na podłogę, ale to wcale nie zniechęciło zarażonych. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej zaczęli nacierać na drzwi i okna, pękały kolejne szyby, słyszałam już trzaski łamanego drewna, oraz rosnący z każdą chwilą chór umarłych gardeł. Musiałam uciekać, z Patrykiem lub nie.

Ruszyłam w stronę wyjścia na tyły domu. Patryk nadal biegał po pokojach nawołując bliskich. Już miałam wychodzić, gdy usłyszałam cichy płacz dochodzący z wielkiej, drewnianej szafy. Uchyliłam drzwi i zobaczyłam w środku skuloną, trzęsącą się dziewczynkę.

-Cholera jasna, Judyta! – syknęłam wyciągając dziewczynę z szafy. –Patryk! Mam ją! Dlaczego nie wyszłaś wcześniej? Przecież cię wołał!
-B-bałam się – wydukała pociągając nosem.

Patryk przytulił młodszą siostrę, z wyrazem ulgi. Zauważyłam, że ma oczy pełne łez.

-Musimy stąd wiać! – krzyknęłam otwierając drzwi na ogród. Na szczęście tam zetów jeszcze nie było. Całą trójką przeskoczyliśmy przez płot i znowu znaleźliśmy się na ulicy. Nasze osiedle było stracone. Pożar przeniósł się na dwa sąsiednie domy, zarażeni byli wszędzie, niektórzy z nich płonęli, a mimo to chodzili.

Nagle usłyszeliśmy za sobą wycie syreny policyjnej. Radiowóz jechał prosto na nas. Uskoczyliśmy na bok, tym samym unikając potrącenia. Auto zatrzymało się, a ze środka wyszła kobieta w mundurze.

-Do środka! – krzyknęła wyciągając broń i strzelając w głowę najbliższemu zetowi. Wkrótce wszystkie zaczęły zmierzać w naszą stronę.

Weszliśmy całą trójką na tylne siedzenia, policjantka odstrzeliła jeszcze dwóch zarażonych po czym usiadła za kółkiem. Odjechaliśmy z piskiem.

-Co wy tam robiliście, dzieciaki? – zapytała ostrym tonem. –Jeżeli chcieliście sobie popatrzyć, to…
-Mieszkaliśmy tam – przerwałam jej.
-Gdzie wasi rodzice? Żyją?

Spojrzałam na Patryka, a ten na Judytę. Dziewczyna pokręciła przecząco głową i rozpłakała się. W oczach chłopaka też dostrzegłam łzy.

-Jesteśmy sami.
-Przykro mi. Nazywam się Edyta.
-Ja jestem Natasza, to Patryk i Judyta – przedstawiłam moich towarzyszy obserwując puste ulice. Czy miasto mogło tak opustoszeć w zaledwie trzy dni? –Gdzie nas wieziesz?
-Na posterunek. Jest tam jeszcze dwóch policjantów i kilka osób.
-Czekacie tam na pomoc? – wtrącił Patryk.
-Wszystkiego dowiecie się na miejscu – powiedziała kończąc rozmowę.

Byłam wyczerpana. Najpierw północna walka z zetami, potem wypad i ucieczka przed nimi, a teraz okazało się, że wszyscy jesteśmy bezdomni. Jak to się mogło stać? – zastanawiałam się. Tylko Judyta mogła to wyjaśnić, ale wolałam najpierw poczekać aż się uspokoi. W takim stanie jakim była ciężko by było z niej cokolwiek wyciągnąć.

Oparłam głowę o szybę i zaczęłam zasypiać. Gdy tylko zamknęłam oczy zobaczyłam hordę zarażonych idących na mnie. Były ich setki i otoczyły mnie, a ja nie miałam czym się bronić. Zdeformowane sylwetki, z brakującymi kończynami, z wnętrznościami na wierzchu zbliżały się do mnie kłapiąc zębami. Nagle wśród nich ujrzałam mojego tatę i dwóch braci. Byli cali zakrwawieni. Krzyknęłam.

Obudziłam się czując szarpanie za ramię. Odruchowo sięgnęłam po maczetę, ale okazało się, że to Patryk. Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę.

-Wszystko gra? Krzyczałaś przez sen.
-Miałam koszmar – uśmiechnęłam się blado i dopiero wtedy zorientowałam, że stoimy.
-Wysiadajcie – poleciła nam Edyta.

Znajdowaliśmy się przed posterunkiem policji. Także ta ulica wydawała się oderwana od całego świata, bo panował na niej spokój. Policjantka ruszyła przodem i otworzyła drzwi kluczem, po czym weszła do środka, a my za nią.

W środku od razu powitało nas dwoje wspomnianych wcześniej policjantów. Byli to mężczyźni koło czterdziestki. Tak jak Edyta ubrani byli w mundury, a przy biodrach mieli kabury z bronią. Jeden z nich – łysy z niezadowoleniem na twarzy – podszedł do kobiety i odciągnął ją na bok, ale i tak usłyszałam ich szpety.

-Mówiłem, żebyś nikogo już więcej nie zbierała z ulicy Kończy nam się jedzenie.
-Pieprz się Zyga. To tylko dzieciaki. Miałam ich zostawić? Nawet nie są pełnoletni.
-Nie obchodzi mnie to. Jeżeli chcą tu być, to muszą na to zapracować.

Dalszej rozmowy nie słyszałam, bo podszedł do nas drugi policjant – brunet z wąsem.

-Przepraszam za Zygę, on jest trochę… wybuchowy.
-Zauważyliśmy.
- Nazywam się starszy posterunkowy Szymon. Zanim wpuszczę was do środka, to musicie mi oddać broń. Każdą, jaką macie.

Spojrzeliśmy na siebie. Patryk wydawał się być niepewny, a Judyta była całkowicie nieobecna. Skinęłam chłopakowi głową, odpinając maczetę. Na jej widok, policjant zagwizdał.

-Niezła. Skąd ją masz?
-Ukradłam – odpowiedziałam uśmiechając się złośliwie.

Szymon zażądał jeszcze od nas naszych plecaków, po czym zaprowadził wzdłuż korytarza.

-Cywile śpią w celach, tylko tam są łóżka, ale jest ich niewiele, więc będziecie musieli się podzielić.

Na posterunku oprócz nas i trójki policjantów były jeszcze cztery osoby, które siedziały razem w jednej, otwartej celi. Wysoki blondyn przed trzydziestką, młoda dziewczyna w stroju ratownika medycznego i brunet w koszuli, który od razu przedstawił się jako Marek. Wydawali się tak jak my być zmęczeni tą sytuacją i także musieli wiele przeżyć. Po przedstawieniu się, wszyscy usiedliśmy na ziemi i zaczęliśmy rozmowę.

-Gdy to się zaczęło – zaczął Marek –byłem w pracy. Byłem księgowym w banku. Sprawdzałem właśnie papiery, gdy wszyscy na ulicy zaczęli krzyczeć. Wybiegłem z resztą pracowników i wtedy ich zobaczyłem. To było jak horror. Ludzie zjadający ludzi, wszędzie krew, rozbite auta, panika. Jeden skurczybyk prawie mnie już miał, ale na szczęście uratowała mnie Edyta. Zabrała jeszcze trzech innych ludzi i przywiozła tutaj.
-Jest was więcej? – zapytałam zdziwiona, bo oprócz tej trójki i policjantów nikogo więcej nie widziałam.
-Byli – wtrąciła ratowniczka. –Wszyscy policjanci zbierali ludzi z ulic i przywozili tutaj, ale oni chcieli wracać do swoich domów, albo byli już zarażeni. Z ponad trzydziestu osób zostaliśmy tylko my.
-A wy jak tu trafiliście? –zapytał dryblas. Wyglądał na silnego, ale po jego zachowaniu stwierdziłam, że jest raczej spokojnym człowiekiem.
-Na nasze osiedle wtargnęli zety. Domy zaczęły płonąć, nasi sąsiedzi umierali, a my staliśmy nie wiedząc co robić. Uratowała nas ta policjantka.

Rozmawialiśmy jeszcze przez parę minut. Lena i Rob byli w szpitalu, gdy to się zaczęło. Ona przywoziła rannych, a on był tam z przyjacielem.

-Jesteś lekarką, czyli może wiesz, skąd te gówno się wzięło.
-Wiem nie więcej niż wy – powiedziała do mnie. Wydawała się być miła, miała bystre spojrzenie i była wygadana. –To, że to wirus wiecie wszyscy. Działa on na mózg, upośledzając podwzgórze, które kontroluje głód, pragnienie, sen, rytm dobowy, temperaturę. Dlatego zarażeni są wiecznie głodni, nie sypiają, nie rozwijają się. Są martwi.
-Ale jak mogą żyć bez snu? To przecież niemożliwe – wtrącił Patryk.
-Słyszałam o przypadku, gdy jakiś facet z Wietnamu nie spał od czterdziestu lat. To może mieć jakiś związek?
-Możliwe, ale nie powiedziałam, że są martwi, bo mają upośledzone podwzgórze. Są martwi, bo ich narządy nie funkcjonują.
-Czyli są zombie? –sama nie wierzyłam, że to powiedziałam.
-Na to wygląda.

Nagle do celi weszła Edyta wraz z Szymonem. Oboje trzymali w dłoniach kosze, w których były puszki z jedzeniem i butelki z wodą. Znalazł się tam też chleb, co prawda czerstwy, ale zawsze.

-Po jedzeniu idźcie do swoich cel – Edyta powiedziała to tonem nieznoszącym sprzeciwu po czym wyszła.
-Zawsze jest taka? – zapytałam, gdy ta się oddaliła.
-Lepiej się przyzwyczaj – uśmiechnęła się Lena.

Po zjedzeniu udaliśmy się do cel. Patryk zajął jedną z Judytą, co rozumiałam. Dziewczynka cały czas albo płakała, albo była nieobecna. Gdy próbowaliśmy wyciągnąć z niej co się stało, ta wpadała w histerię.

-Jest w szoku – stwierdziła Lena. –Dajcie jej się wypłakać, a samo jej przejdzie.

Położyłam się na twardej pryczy, ale pomimo zmęczenia, nie mogłam zasnąć. Wciąż jeszcze byłam w szoku po tym dniu. Straciłam wszystko – pomyślałam z dziwną obojętnością. –Rodzinę, przyjaciół, dom. Nie mam już nic. Nie, to nie była prawda. Moi bracia i ojciec mogli jeszcze żyć i musiałam ich odnaleźć. Choćby nie wiem co.

Rano obudziłam się wypoczęta, chociaż obolała i zmarznięta. Po celi hulały zimne wiatry i nic nie dawał nawet koc, którym szczelnie się okrywałam. Jeszcze grypy mi brakuje – pomyślałam wychodząc na korytarz.

Tak jak wczoraj, śniadanie odbywało się w tej samej celi i wszyscy już na mnie czekali. Poza Judytą. Na moje pytanie o nią, Patryk zbył mnie.

-Kiepsko spała.

Na śniadanie było to samo co wczoraj, czyli mielonka z puszki, paprykarz z puszki i ryba z puszki oraz twardy chleb. Jedliśmy to jednak w miłej atmosferze. Rozmawiając o sobie, opowiadając historię i czasem nawet wybuchając śmiechem. Najlepiej gadało mi się z Leną, która była starsza ode mnie zaledwie o cztery lata i dobrze się rozumiałyśmy. Rob też był przyjazny, chociaż trochę małomówny, a Marcinowi też nie mogłam nic zarzucić, chyba, że to, że trochę się popisywał przed Leną, która widocznie wpadła mu w oko.

Nagle do celi weszła Edyta. Wyglądała na zdenerwowaną. Wcześniej nie miałam okazji się jej przyjrzeć, ale teraz mogłam. Miała jakieś trzydzieści lat, była prawie równa ze mną, tylko trochę niższa, miała ciemne włosy związane w ciasny kok, ciemną karnację i brązowe oczy oraz wystające kości policzkowe. Jej wyraz twarzy wskazywał na to, że lepiej z nią nie zadzierać.

-Mamy problem – zaczęła opierając się o kratę.
-Jaki? – zapytał Marcin. Zdawało się, że chce pełnić rolę przywódcy tej trójki.
-Nie mamy tyle zapasów żeby wyżywić tyle osób. Trzeba będzie pójść po więcej.
-Okej – wstałam. –Mogę iść. Dajcie mi tylko moją maczetę i wskażcie gdzie.
-Nie pójdziesz sama – odezwał się Rob podnosząc się. Był naprawdę wielki. Przewyższał mnie o głowę, a przy drobnej Lenie wyglądał jak olbrzym. –Idę z tobą.

Wzruszyłam ramionami. Było mi obojętne czy pójdę sama czy z kimś. Miałam już plan i chciałam go zrealizować. Oby tylko Rob nie był przeszkodą – pomyślałam uśmiechając się do dryblasa.

Edyta zaprowadziła nas z powrotem na korytarz i wyciągnęła z magazynu moją maczetę, a Robowi dała pistolet z tłumikiem.

-Potrafisz strzelać? – zapytała mężczyznę zanim podała mu broń.
-Ojciec zabierał mnie na polowania. Co prawda tam była strzelba, ale myślę, że sobie poradzę. Podobno mam niezłego cela – odparł drapiąc się po zarośniętym policzku.
-Mam nadzieję. Ty nie chcesz pistoletu? - zwróciła się do mnie.
-Prędzej sama zrobiłabym sobie nim krzywdę. Będę się trzymać maczety.
-Jak chcesz. Pójdziecie do supermarketu dwie ulice stąd. Zabierzecie jak najwięcej się da puszkowanego żarcia i tu wrócicie. Zrozumiano?

Oboje kiwnęliśmy głowami. Edyta zaprowadziła nas pod drzwi główne i otworzyła je. Spojrzałam na mojego towarzysza, a on na mnie. Byliśmy gotowi.

Szliśmy trzymając bronie w pogotowiu. Ja swoją maczetę, a Rob pistolet, oraz metalową rurkę, którą znalazł na ulicy. Ktoś musiał ją wcześniej używać, bo była we krwi i trochę powyginana, ale dalej dało się zrobić nią krzywdę. Umówiliśmy się, że strzelać będzie dopiero w ostateczności. Czujnie rozglądaliśmy się wokoło, staraliśmy się unikać pojedynczych zetów, żeby przypadkiem nie zwabić większej grupy i szliśmy bocznymi uliczkami. Czułam się jakbym była na wojnie. Bo to jest wojna – uświadomiłam sobie. Wojna żywych i martwych.

-Właściwie to jak znalazłeś się na posterunku? – zapytałam znienacka.
-Jak wcześniej mówiłem, byłem w szpitalu z kumplem. Razem z Jarkiem pracowaliśmy w zakładzie samochodowym, a on zranił się w rękę. Pojechałem z nim do szpitala i wtedy pojawiły się zjadacze.
-Zjadacze?
-Tak ich nazywam. Rzuciły się na Jarka, a mnie udało się uciec. Po drodze spotkałem Lenę, walczącą ze zjadaczem. Rozwaliłem mu głowy krzesłem i zabrałem ją stamtąd. Na ulicy spotkaliśmy Bartka, a on zawiózł nas na posterunek.
-Bartek był policjantem?
-Tak. Na początku było ich ośmiu, wszyscy wyjeżdżali szukając ludzi, ale za którymś razem przestali wracać.

Chciałam jeszcze o coś zapytać, gdy na drodze pojawiło się nam trzech zjadaczy. Dwóch mężczyzn i jedna staruszka z rozerwanym gardłem. Od razu ją poznałam. Rob zadał cios pierwszemu zarażonemu w bok głowy rurką, aż ten wpadł na ścianę budynku, odbił się od niej i upadł martwy na chodnik. W tym czasie złapał drugiego za szyję i przygniótł do tej samej ściany wbijając mu rurkę w oczodół. Mnie została staruszka. Wyciągnęła ku mnie swoje chude ręce i warknęła. Mogłam ją zabić jednym ruchem maczety, ale nie potrafiłam. Byłam jak sparaliżowana.

-Sasza uważaj!

Rob złapał staruszkę za kark, wyrwał mi maczetę z dłoni i wbił ją w sam czubek głowy zarażonej. Ciemna maź zachlapała mu kurtkę, gdy wyciągał ostrze. Jak to możliwe? – zapytałam się patrząc na wykrzywioną w grymasie twarz zeta. Ona umarła.

-Wszystko gra? – Rob oddał mi maczetę, patrząc na mnie z niepokojem.
-Tak. Jest okej ¬– odparłam chowając broń do pochwy. –Chodźmy, sklep już niedaleko.

Nic nie rozumiałam. Pani Basia umarła cztery dni temu w kawiarni, byłam tam, widziałam to. Jakim cudem zasiliła szeregi zetów? Czy to oznaczało, że martwi też mogą się przemienić? Ale od czego to zależało? Wirus Zet przenosił się wraz z krwią i śliną, ale musiał się dostać do organizmu, by ktoś się zaraził. Czyli wychodziło na to, że narażeni na przemianę byli żywi, oraz martwi. Nie była to dobra wiadomość.

-Masz gdzieś rodzinę? –zapytałam przerywając ciszę.
-Nie - odparł uśmiechając się smutno. – Moi rodzice zmarli kilka lat temu, a jestem jedynakiem.
-To kiepsko.
-Z jednej strony tak, chciałbym mieć rodzinę, ale chociaż nie muszę się martwić o to, czy ktokolwiek z nich jeszcze żyje. A co z tobą?
-Mam dwóch braci we Wrocławiu i tatę, ale zaginął cztery dni temu.
-Przykro mi.

Mnie też. Byłam zdeterminowana, by odnaleźć rodzinę. Jeżeli istniał choćby cień szansy, że żyją, to miałam zamiar zrobić wszystko, by ich odnaleźć.

W końcu zobaczyliśmy żółty budynek supermarketu. Parking nie był zapełniony autami, jak ten przed sklepem, w którym byłam kilka dni temu. Tutaj stały zaledwie trzy samochody.

-Jeżeli będzie w którymś z nich paliwo, to będziemy mogli nim wrócić na posterunek – powiedział Rob otwierając drzwi do niebieskiej skody. Po chwili pomachał mi pękiem kluczy i dodał ucieszony. –Jest paliwo. Prawie cały bak.

To była dobra wiadomość. Lepiej było jechać autem niż targać jedzenie prawie dwa kilometry, no i łatwiej nam byłoby uciec przed zjadaczami.

W sklepie panował półmrok, spowodowany małymi oknami pod sufitem i tym, że od rana niebo zasłane było ciemnymi chmurami zwiastującymi deszcz. Nie lubiłam ciemności, nigdy nie wiadomo było, co się w niej kryje, ale na szczęście Rob miał dwie latarki. Jedna z nich była bardzo podobna do mojej. Od razu pomyślałam, że grzebano mi w plecaku. Wzięliśmy wózki i ruszyliśmy w głąb sklepu. Większość półek była splądrowana, albo znajdowała się w niej żywność już zepsuta, lub kompletnie nam nieprzydatna. Naszym celem były konserwy i puszki. W końcu natrafiliśmy na odpowiedni dział, gdzie zachowało się jeszcze całkiem sporo towaru.

-Znałaś tą kobietę – stwierdził Rob przerywając ciszę.
-Tak – odparłam kryjąc irytację. Nie chciałam o tym mówić.
-To była twoja rodzina?
-Nie, szefowa – chciałam już zakończyć ten temat, gdy przyszło mi coś do głowy. –Wiedziałeś, że zmarli też mogą się przemienić?

Rob wydawał się trochę zbity z tropu, ale odpowiedział na moje pytanie.

-Wiesz, z Jarkiem nie było do końca tak, że rzucili się na niego, a ja uciekłem. Jeden skurczybyk przegryzł mu tętnicę i chłopak wykrwawił się na moich rękach. Potem dopiero zaczęto wszystkich ewakuować, ale zanim uciekłem, zobaczyłem jak Jaro wstaje i rzuca się na jedną z pielęgniarek. Wtedy się zorientowałem.
-A pozostali o tym wiedzą?
-Lena na pewno, a co do reszty to nie wiem. Nie wiem dlaczego im jeszcze tego nie powiedzieliśmy, chyba fakt zmartwychwstania to dla nas za wiele.

Załadowaliśmy wszystko, co znajdowało się na półkach do wózków, co zapełniło zaledwie im zaledwie dna. Jeżeli z jedzeniem było tak kiepsko, jak mówiła Edyta, to mieliśmy problem.

-Sprawdźmy jeszcze inne alejki – zaproponowałam. Rob zgodził się, chociaż nie podobał mu się pomysł rozdzielenia się. –Jeżeli były by tu jakieś zjadacze, to dawno by już nas zaatakowały – dodałam uspokajająco i ruszyłam w ciemność.

Oświetlałam sobie drogę wiązką światła z latarki, a w pogotowiu trzymałam maczetę. To było niepoważne z mojej strony, że bardziej bałam się ciemności, niż zarażonych, ale odkąd pamiętam mrok mnie przerażał. Nie przeżyłam żadnej traumy w dzieciństwie, nie oglądnęłam żadnego horroru tłumaczącego mój lęk, nie zobaczyłam czegoś, co mną wstrząsnęło. Po prostu się bałam, chociaż sama nie wiedziałam czego.

Kółka wózka skrzypiały przy każdym obrocie, nadając sytuacji jeszcze większej grozy. Przeniosłam wiązkę na półki. Stały na niej artykuły higieniczne, więc poszłam za daleko. Musiałam się cofnąć. Gdy Obróciłam się, to wpadłam na coś twardego, o mało co nie tracąc przy tym równowagi. Zobaczyłam jakiś duży, ciemny kształt, który wyciągnął ku mnie coś, co musiało być jego dłonią. Krzyknęłam, pewna, że to potwór żyjący z mroku. Tak, pomyślałam o potworze, a nie zjadaczu. Uderzyłam plecami w półkę, aż z dłoni wypadła mi latarka, która potoczyła się na bok oświetlając mojego „potwora”, który okazał się byś łysym facetem w dresie i z kijem bejsbolowym w ręce.

-Nie drzyj się, bo zaraz te pokurwieńce się tu pojawią – syknął wskazując kijem na drzwi wyjściowe. Podniósł latarkę z podłogi i poświecił mi prosto na twarz. Zmrużyłam oczy. –Ja cie chyba skądś znam.

Spojrzałam na niego ponownie. Był kilka lat starszy ode mnie, w moim wzroście, miał łysą głowę i szerokie barki. Dopiero wtedy w mojej głowie zaświeciła się lampka. Wiksa.

-No tak! Sasza! Jak mógłbym zapomnieć?
-Cześć Wiksa – uśmiechnęłam się kwaśno.

Wiksa był typowym dresem z blokowiska na ulicy Braterskiej, czyli miejsca, gdzie dziewięćdziesiąt procent mieszkańców było pijąca, a pozostałe dziesięć brało. Wiksa zaliczał się do obu grup.

Poznaliśmy się na imprezie, za pośrednictwem naszego wspólnego kumpla, Mikiego. Już wtedy nie przypadł mi do gustu. Był chamski, co drugim jego słowem było „kurwa”, a po wypiciu paru piw albo robił się zbyt nachalny, albo włączał mu się „agresor”. Po tej imprezie nigdy już się nie spotkaliśmy, aż do teraz.

-Co ty tu robisz? - zapytał świecąc latarką na mój wózek.
-Zgaduję, że to samo co ty. Próbuję przetrwać.
-Sama?
-Właściwie to… - wstrzymałam się. Nie ufałam Wiksie ani trochę, ani w jego troskliwość.-Tak.
-To musisz być niezła, jeżeli udało ci się tak długo przeżyć. Ja jestem tu z Czarnym i Guru. Kojarzysz ich?
-Tak – kolejne dresy o ilorazie inteligencji równym amebie. Świetnie.
-Może chcesz do nas dołączyć. Razem z kilkoma znajomymi mieszkamy w bloku, na naszej ulicy. Jesteśmy dobrze przygotowani, więc możesz…
-Nie, dzięki – przerwałam mu, powoli się wycofując. –Sama sobie dam radę.

Wiksa złapał mnie za ramię i ścisnął mocno. Wkurzył się.

-Uważasz się za jakąś lepszą? Tak jak wtedy na imprezie? Pieprzona cnotka z wyższych sfer? –Wiksa popchał mnie na półkę, aż uderzyłam głową w deskę i zapiszczało mi w uszach, a nogi ugięły się pode mną, ale przed upadkiem powstrzymała mnie dłoń dresa łapiąca mnie za włosy. – I tak pójdziesz z nami, czy tego chcesz, czy nie.

Zobaczyłam dziwny błysk w oczach Wiksy, oraz jego bezczelny uśmiech. Wiedziałam już, do czego to zmierza, ale nie miałam zamiaru się poddawać. Jednym ruchem wydobyłam maczetę z pochwy i w tym samym momencie kopnęłam dresa prosto w brzuch. Zgiął się w pół, a ja wymierzyłam w niego.

-Tylko spróbuj – ostrzegłam go, gdy chciał się na mnie rzucić. Na widok maczety opuściła go odwaga.
-No co ty, Sasza, nie wygłupiaj się. To nie było na serio…
-Zamknij się – syknęłam ciągnąc wózek i powoli wycofując się w stronę wyjścia. Cały czas uważnie obserwowałam chłopaka.

Nagle coś popchało mnie na ziemię. Upadając uderzyłam czołem w posadzkę, aż zaczęło mi szumieć w głowie, a na kilka chwil wszystko wydawało się być rozmazane. Zobaczyłam dwie sylwetki, pochylające się nade mną. Jedna z nich wyrwała mi z ręki maczetę, a gdy próbowałam się podnieść, przygniotła mnie butem do podłogi.

-Kurwa, Wiksa! Dałeś się wydymać dziewczynie? – zarechotał jakiś facet.
-Stul pysk Guru – warknął Wiksa. –Machała mi przed twarzą maczetą. Czarny bierz wózek. Wracamy na osiedle.

Poczułam jak ktoś szarpie mnie za kaptur i stawia na nogi. Przed sobą zobaczyłam grubą, łysą twarz ze świńskim uśmieszkiem.

-Ja ją znam – powiedział Guru, a z jego ust wydostał się zapach piwa i cebuli. –To ta koleżanka Mikiego, no nie? Jaki ten świat mały.

Zaczął mnie pchać w stronę wyjścia, a ja rozglądałam się za Robem. Miałam przewagę nad tą bandą tępaków, bo oni sądzili, że byłam tu sama, a do tego Rob miał pistolet. Miałam tylko wielką nadzieję, że mężczyzna nie zostawił mnie na pastwę losu.

Nagle rozległ się huk oraz krzyk Guru, tuż przy moim uchu. Dres upadł na podłogę zwijając się z bólu i przeklinając. Trzymał się na lewą nogę, pod którą rosła ciemna plama.

¬-Co jest kurwa? – Czarny uniósł moją maczetę i rozglądnął się wokoło. On i Wiksa wyglądali na poważnie przestraszonych.
-Mówiłaś, że jesteś tu sama, dziwko! – Wiksa doskoczył do mnie i zacisnął dłoń na szyi.
-Kłamałam – wychrypiałam z uśmiechem, akurat, gdy rozległ się drugi strzał, tuż nad naszymi głowami. Wszyscy schyliliśmy się. Czarny rozglądał się w panice, więc wykorzystałam jego nieuwagę i złapałam za rękojeść maczety. Zaczęliśmy się szarpać, próbując nawzajem wyrwać sobie broń, aż nie zareagował Wiksa, który zamachnął się kijem i trafił mnie w lewy bark. Jęknęłam z bólu, wpadając na jakiś stojak. Cios miał mnie trafić w głowę, a wtedy raczej bym się już nie podniosła. Cała ręka mi zdrętwiała, a miejsce gdzie zostałam uderzona pulsowało. Miałam nadzieję, że niczego mi nie złamał.

-Hej! Dupku! Ty, który strzelasz! Mamy twoją koleżankę i możemy jej zrobić wielką krzywdę, jeżeli nas nie posłuchasz! Zrobimy tak, my ci ją oddamy, a ty pozwolisz nam odejść! Co ty na to?

Nie doczekał się odpowiedzi. Czarny pomógł wstać Guru, który nie przestawał jęczeć nad swoją nogą, a Wiksa rozglądał się po sklepie.

Byłam w beznadziejnej sytuacji. Rob mógł być dobrym strzelcem, ale w tych ciemnościach raczej było by mu ciężko trafić. To był cud, że w ogóle postrzelił Guru. Nie miałam też pewności, czy Rob by chciał ich zabić. W końcu nie wyglądał na faceta zabijającego z zimną krwią.

Wtedy poczułam, że coś ostrego wbija mi się w nogę. Był to nóż kuchenny, w plastikowym opakowaniu. Wpadłam na stojak z nożami. Wprost nie wierzyłam w moje szczęście. Wykorzystując nieuwagę dresów otworzyłam jeden z nich i schowałam do rękawa. Musiałam poczekać, na odpowiedni moment.

-Powystrzela nas – odezwał się Guru przez zaciśnięte zęby.
-Musimy stąd spierdalać – przytaknął Czarny.
-Zabijemy nas gdy tylko się ruszymy – powiedział ranny.
-Nie, bo mamy ją.

Wiksa złapał mnie za obolałe ramię, ale zdusiłam w sobie jęk. Dres przejął od Czarnego maczetę i przystawił mi ją do szyi. Zaczęliśmy iść powoli w kierunku wyjścia. Miałam okazję, ale zaczęłam się wahać. Wbicie noża w brzuch mogło spowodować odruch, w postaci przecięcia mi gardła, ale nie miałam wyjścia. Raczej wątpiłam, że po wyjściu ze sklepu od tak mnie wypuszczą.

Raz się żyję –pomyślałam i z całych sił wbiłam nóż w lewy bok Wiksy. Dres krzyknął wypuszczając maczetę z dłoni. Zareagowałam od razu, chwytając ją i jednym ruchem przecinając chłopakowi gardło, tak głęboko, że jego głowa odgięła się do tyłu a z przeciętej tętnicy trysnęła fontanna krwi. Zanim Czarny albo Guru wykonali jakikolwiek ruch, to ja pierwszemu z nich zrobiłam to samo co Wiksie, a drugiemu wbiłam ostrze w brzuch i przekręciłam. Cofnęłam się obserwując moje makabryczne dzieło.

Zdawało mi się, że trwało to zaledwie sekundy, w ciągu których pozbawiłam życia trzy osoby. Obserwowałam w milczeniu łączące się stróżki krwi, będąc w szoku. Zabijanie zetów było czymś koniecznym, ale ludzi… Świat aż tak mnie zmienił?

-Sasza? – Rob stał za mną z przerażeniem obserwując mnie i trzy trupy.
-Musiałam – wyszeptałam biorąc wózek i pchając go w stronę wyjścia.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/13670-Zombie-Zone-Rozdzial-6-Nieoczekiwana-pomoc
Źródło: Moje
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!