NICZYM MARIONETKA

Dodane przez: entry666, 6.11.2012, 06:44
Reklama:
Podjechałam pod drzwi starego bloku z szerokim uśmiechem. Przez najbliższe kilka lat miałam tutaj mieszkać. Weszłam na starą klatkę schodową, na ścianach zobaczyłam wiele napisów, zdartą farbę a schody były brudne. Świetnie. Zaczęłam taszczyć walizki na drugie piętro, to właśnie tam miałam teraz zamieszkać. Po kilku rundach w te i wewte byłam całkowicie wykończona. wyciągnęłam swój nowy klucz, włożyłam w czarny zamek, przekręciłam i pchnęłam drewniane drzwi. Buchnął stary zapach o dłuuugiej historii... Moim oczom ukazało się nawet przytulne, miłe wnętrze, łazienka, kuchnia, pokój, mały korytarz i.. tyle. Korytarz.. Całkiem zwykły korytarz - szafki wbudowane na zawsze w ścianę, drewniane panele wtapiające je w tło, wejście do kuchni z prawej, do pokoju z lewej a do łazienki na wprost. Weszłam do małej kuchni - wszystkie szafki zawieszone, sprzęt rozłożony, to samo w pokoju i łazience. Mieszkanie - cud. Wniosłam walizki do przytulnego, urządzonego już wnętrza i zaczęłam się rozpakowywać...

Rozpakowana, odświeżona, szczęśliwa oglądałam jakiś odmóżdżający serial w tv. Usłyszałam nagle dzwonek. Pierwszy gość w moim domu! W podskokach dotarłam do drzwi i popatrzyłam przez judasza. Zobaczyłam małe, blondwłose stworzenie z wielkimi, niebieskimi oczami i małymi ustami ubraną w zieloną sukienkę w brązowych pantofelkach. Zdziwiłam się, co chce ode mnie mała, na oko ośmioletnia dziewczynka. Przekręciłam klucz w zamku i otwarłam szeroko drzwi z uśmiechem.
- Dzień Dobry, dziewczynko. Jaki jest powód twojej wizyty... - Zdumiona patrzyłam w osłupieniu na starą, pomarszczoną siwą babuleńkę w chusteczce z motywem róż w obdartych ciuchach pochodzących najprawdopodobniej z lumpexu. Kobieta robiła poważną minę, patrzyła na mnie małymi, brązowymi oczkami. Otwarła swe siwe usta i powiedziała roztrzęsionym głosem:
- Młoda Dziewczyno, odejdź z tego przeklętego miejsca! One zwisają... One patrzą.. Śmieją się.. - Stara pani zaczęła się trząść. Pomyślałam, że jest obłąkana i zapytałam:
- Ale.. Kto zwisa? Śmieje się, patrzy? O czym pani mówi!? - Ona tylko uniosła roztrzęsioną rękę, pokazała coś za mną i z szaleńczym krzykiem pobiegła w dół klatki schodowej. Drzwi do mojego mieszkania zamknęły mi się przed nosem, a ja podskoczyłam ze strachu. Obróciłam się szybko za siebie. Zobaczyłam moją zwyczajną obitą panelami ścianę i małą kukiełkę pajacyka którą przywiozłam z domu leżącą na stoliku.

Zrobiłam sobie kawę. Myślałam o starej kobiecie i małej dziewczynce z klatki schodowej. Czego ona mogła tak się wystraszyć? Mojego pajacyka? Mojej pamiątki z odpustu? Gdy byłam mała, mama zabrała mnie do Tuchowa na wielki, coroczny trwający tydzień odpust. najpierw poszłyśmy do kościoła, a raczej klasztoru, jednak jedyną rzeczą jaka mnie tam zainteresowała była ruchoma szopka. Szopka w lipcu! dla dziecka była to wielka atrakcja. Później wybrałyśmy się do wesołego miasteczka i wygrałam tam pajacyka rzucając piłeczkami do celu. Nagle... Usłyszałam stukot na korytarzu. Z przerażeniem obróciłam głowę w tamtą stronę. Zobaczyłam małą, kolorową, kauczukową piłeczkę odbijającą się po dywanie w moją stronę.. Usłyszałam cichy chichot. Popatrzyłam na drzwi - w moim pokoju przesunął się mały, drobny cień a piłeczka przestawszy się odbijać potoczyła się pod szafkę kuchenną. Drzwi do pokoju zatrzasnęły się i zgasło w nim światło. Przerażona, oblana potem, z nogami jak z waty powoli udałam się w stronę pokoju. Powoli, mokrą, zimną dłonią przekręciłam klamkę z głośnym skrzypnięciem i uchyliłam drzwi do pokoju. szybkim ruchem włożyłam rękę w ciemność i zaświeciłem światło. Nie było tutaj żadnej żywej istoty która mogła poturlać zabawkę.. Był to mój, dopiero co urządzony pokój. Jednak coś mi tu nie pasowało. Popatrzyłam na telewizor. Na nim siedziała mała kukiełka przedstawiająca clowna z uroczym uśmiechem od ucha do ucha. To nie była moja kukiełka...

Zadzwoniłam do koleżanki i opowiedziałam jej o dziwnych zdarzeniach rozgrywających się w moim nowym mieszkaniu. Powiedziała że tak jest zawsze, słyszy się dziwne dźwięki i czasami nawet ma się przywidzenia. Kazała mi popatrzeć pod szafkę czy jest tam piłeczka i jeszcze raz spojrzeć na clowna. Po zabawkach nie było ani śladu... Szczęśliwa miałam już wyłączyć telefon gdy usłyszałam cichy, dziewczęcy głosik recytujący bez zająknięcia przerażające zdania...
- a jak gasisz światło w pokoju to one są przyczepione do sufitu... a jak gasisz światło w pokoju... - Przerażona z krzykiem wyłączyłam telefon i rzuciłam go na podłogę. Roztrzaskał się na trzy części - część właściwą, tylna obudowę i baterię. Zrezygnowana, oblana zimnym potem uklękłam, złożyłam telefon i go włączyłam. Dostałam od kogoś SMS-a. Otwarłam wiadomość od nieznanego mi numeru i zobaczyłam jedno zdanie. Jedno, jedyne zdanie które wprawiło mnie w przerażenie. "Szczerzą do ciebie zęby uśmiechnięte od ucha do ucha za twoimi plecami..".. Gdy tylko to zobaczyłem zaczęłam energicznie rozglądać się we wszystkich kierunkach usuwając przerażającą wiadomość od nieznanego. Nic nie zobaczyłam. Nic oprócz mojej maskotki clowna. Podeszłam do niej, kucnęłam i popatrzyłam mu w oczy.
- Nie będziesz się do mnie szczerzył? Tak, jesteś grzecznym clownem.. - Pogłaskałam go po wypchanej główce i skierowałam się w stronę łazienki.

Wykąpana, przebrana w koszulę nocną z ręcznikiem w dłoni otwarłam drzwi do pokoju, włączyłam radio i rzuciłam się zmęczona na łóżko. Jednak po zastanowieniu odłożyłam ręcznik na bok i zaświeciłam lampkę nocną gasząc "duże" światło. Ehh, jaki zwariowany dzień. Małe dziewczynki, stare babki, białe piłeczki, umalowane kukiełki.. W radiu skończyła się świętej pamięci Amy Whitney-house i usłyszałam cichy głos dziewczynki.. Roztrzęsiona miałam już rozwalić radio na tysiąc kawałków gdy zorientowałam się, że to tylko Anna Blue. Zagłębiłam się bardziej w mojej pierzynce i popatrzyłam w kierunku drzwi. zobaczyłam stos kartonów używanych do przeprowadzki.. Ehh, muszę je gdzieś wynieść, tylko zastawiają miejsce. Nagle jeden z kartonów sam się przewrócił! Przerażona wytężałam wzrok w głębie kartonowego pudełka.. Patrzyłam, patrzyłam i nagle usłyszałam. Nie puszczali w radiu już żadnej piosenki. Teraz słyszałam cichy głosik małej dziewczynki.. A ten głosik szeptem recytował "gdy tylko zamykasz oczy kukiełki powoli spuszczają się na długich cienkich sznurkach.. Jedna z nich niemal dotyka swoją twarzą twojego nosa, patrzy na ciebie swoim pustym, świdrującym wzrokiem..." - Z krzykiem podbiegłam pod kontakt i wyrwałam kabel zasilający radio. Nastała cisza.. Jednak usłyszałam dźwięk turlającej się piłeczki. Popatrzyłam na kartonowe pudełko które wcześniej samoistnie się przewróciło.. Wytoczyła się z niego mała, kolorowa kauczukowa piłeczka i podążyła powoli pod moje łóżko... Patrzyłam w osłupieniu na stos pudełek. Zdecydowana wstałam z łóżka, ubrałam się i poczęłam wynosić kartony na ulice. Nie miałam lepszego pomysłu - musiałam po prostu pozbyć się ich z korytarza. Niech sąsiadki się śmieją - było mi wszystko jedno. Gdy w moim pokoju nie było już żadnych pudełek ani kauczukowych piłeczek zgasiłam światło, zamknęłam oczy i już miałam zapaść w głęboki sen, gdy usłyszałam z ulicy kołysankę. Nuciła ją zapewne mała dziewczynka... Otwarłam migiem oczy i wszystko zamilkło. Ehh, już przez te wszystkie dziwne sytuacje mam zwidy... Wreszcie udało mi się zasnąć... A usypiała mnie cicha kołysanka dochodząca zza zamkniętych drzwi na korytarz...

Wstałam wcześnie rano rozmyślając o dziwnych rzeczach rozgrywających się w moim nowym mieszkaniu. Przebrałam się w nowe, czyste ubrania i poszłam zrobić sobie kawę do kuchni. Usiadłam na krześle pod oknem i zaczęłam czytać gazetę nie myśląc już o wczorajszych wydarzeniach. Nagle usłyszałam kroki. Spojrzałam na mały korytarz i ujrzałam ją. Była to ta sama dziewczynka, jaką widziałam wczoraj przez judasza stojącą przed drzwiami mojego mieszkania. Teraz stała na korytarzu patrząc na mnie wielkimi, świdrującymi niebieskimi oczami.
- Dzień dobry, dziewczynko. Jak dostałaś się do mojego mieszkania? Co cię sprowadza? - Dziewczynka milcząc patrzyła na mnie stojąc prosto. Nagle, nie wiadomo z jakiego powodu, wybuchnęła najgłośniejszym, najstraszniejszym śmiechem jaki kiedykolwiek słyszałam. Śmiała się głośnio i śmiała, i jak nagle zaczęła, tak nagle przestała. Obróciła sie w stronę łazienki i - stawiając mechanicznie kroki - zaczęła kroczyć powoli stawiając ciężkie kroki jak marionetka. Otwarła sobie drzwi, przeszła przez nie i zamknęły się za nią z głośnym hukiem. Zdziwiona, z otwartymi ustami podeszłam pod drzwi, otwarłam je i ujrzałam ją w nienaruszonym stanie. Na klozecie siedziała kukiełka pajacyka, ta sama, którą widziałam wczoraj na telewizorze. Popatrzyłam w lustro i moje usta otworzyły się jeszcze szerzej.
Na lustrze było słowo. Jedno, jedyne słowo napisane palcem na zaparowanej powierzchni. "POMÓŻ"...

Od kilku godzin szukałam w internecie informacji na temat mojego przypadku i zadawałam pytania na portalach społecznościowych.. Szukałam informacji, jak pomóc nieznanej mi dziewczynce... Musiałam jej pomóc. Po pierwszym incydencie w korytarzu było ich więcej. Dziewczynka chodzi jak marionetka po całym domu, od czasu do czasu wybuchając niepohamowanym, przerażającym śmiechem. Dowiedziałam się, że jest to choroba zwana zespołem Angelman'a. Dziewczynka czasami wyciąga z kieszeni w swej zielonej sukience małą kauczukową piłeczkę i odbija ją od podłogi.
Teraz do mnie podeszła i patrzy na mnie swoimi wielkimi oczami. Nic nie robi, po prostu patrzy.
- Umiesz pisać? Mówić? Dziewczynko!? - Przyłożyłam jej ręce po obu stronach głowy i popatrzyłam w jej oczy. Ona nagle zaczęła przeraźliwie piszczeć. Robiła to przez jakieś dziesięć sekund a ja myślałam, że stracę słuch. Jak zwykle, nagle przestała i szepnęła niemal nie ruszając ustami:
- Pomóż mi, proszę... - Poczułam nagle niepohamowane wzruszenie. Poczułam, że moje oczy powoli stają się wilgotne.
- Jak mam ci pomóc? - przerwałam na chwilę, ponieważ dziewczynka zaczęła się spazmatycznie śmiać - Co mam zrobić?
- One mnie nie chcą puścić.. Mamusia na mnie czeka.. One tu są... - Dziewczynka podeszła nienaturalnym chodem do ściany i pokazała na sufit. Mrucząc pod nosem "One tu są" zdecydowanym ruchem położyła jedną nogę na ścianie, potem drugą i natychmiast dla niej zmieniła się grawitacja. Podeszła tak do kąta, włożyła rękę w ciemność i szybkim ruchem sięgnęła w ciemność. Pod moje nogi spadła mała marionetka przedstawiająca clowna. Druga, trzecia, piąta... Dziewczynka wyrzucała kolejne kukiełki które - jedna po drugiej - dosłownie zapadały się pod ziemię. Nagle śmiejąc się skoczyła na ziemię i - jak to w jej zwyczaju - poszła do łazienki, zamknęła drzwi i wszystko zamilkło... A ja padłam na kolana i rozpłakałam się z żalu.. Jak mogłam pomóc tej biednej dziewczynce?

Poszukałam, poszperałam i znalazłam. Znalazłam w internecie informacje o rodzinie która mieszkała tutaj przede mną. Matka i dwoje dzieci - chora na zespół Angelman'a córka i syn. Syn przebywa aktualnie w domu dziecka, kobieta nie żyje. Popełniła samobójstwo po wcześniejszym zamordowaniu córki we własnym mieszkaniu. Podała dziewczynce dla jej dobra silną truciznę (tu niezrozumiałe słowo) zamiast syropu. Córeczka kochająca wszelkiego rodzaju lalki i kukiełki umarła przytulając się do jednej z nich, umalowanej na clowna. pochowano ją razem z nim. Jednak - tu moje własne przemyślenia - clown nie pozwala jej "przejść dalej", przetrzymuje ją na tym świecie trzymając jej ciała z całej siły. A ja już wiedziałam, co mam zrobić...
Był już wieczór. Ubierałam się ciepło słuchając cichej kołysanki którą nuciła dziewczynka chodząc tam i spowrotem po korytarzu. Gdy przechodziłam obok dziecka, ono przystanęło i patrzyło na mnie swoimi niebieskimi oczami.
- Tak, idę ci pomóc. Gdy wrócę będziesz już daleko, daleko stąd. Będziesz u mamusi. - Dziewczynka po raz pierwszy uśmiechnęła się bez psychopatycznego śmiechu. Powiedziała cicho "dziękuję" i znów zaczęła nucić swoją kołysankę...

Stałam przed bramą starego cmentarza na przedmieściach i patrzyłam na zawiłe wzory na bramie zakończonej ostrymi szpicami. Byłam przemoknięta do suchej nitki ponieważ pogoda o prostu wiedziała, jaki moment wybrać aby bardziej mnie wkurzyć. Będzie trudniej. Przeszłam przez skrzypiącą bramę i znalazłam się na Miejscu Świętym, które za chwilę miałam zbezcześcić. Od razu skierowałam się do budki na "narzędzia" grabarza. Drzwi były zamknięte, więc z komicznym wyrazem twarzy wybiłam okno ciężkim męskim obitym kozakiem. Pierwszy raz w życiu ciężko zgrzeszywszy, wzięłam potrzebne mi narzędzia "zbrodni", wyrzuciłam je przez rozbity otwór i wróciłam na ulewę. Narzędzia zostawiłam przy budce a sama wybrałam się na poszukiwania grobu Anieli Jasińskiej...

Naprzeciwko mnie leżała rozbita na pięć kawałków marmurowa płyta nagrobna pod którą spoczywały zwłoki Anielki. Usunęłam kawałki na bok i wbiłam łopatę w namokniętą ziemię...
I kopałam... pierwsza łopata. czwarta łopata. osiemnasta łopata. trzydziesta szósta łopata. Stałam w półtorametrowym dole w który zaczęła zbierać już się woda. Robiło się coraz niebezpieczniej jednak musiałam pomóc zagubionej dziewczynce. Nagle usłyszałam przytłumioną melodię, podobną do tej, którą nuciła Aniela na moim korytarzu. Ba, tą samą! Zaczęłam szybszym tempem kopać i po kilku minutach usłyszałam dźwięk uderzenia w pusta przestrzeń. teraz czekało mnie najtrudniejsze zadanie - wyciągnięcie trumny z bajora pełnego wody i nasiąkniętej ziemi. Wbiłam haki w skrajne miejsca i zaczęłam mozolne ciągnięcie. Kołysanka towarzyszyła mi w każdym kroku, zaczęłam już nawet nucić ją w rytm.. Nagle usłyszałam siarczyste plaśnięcie, woda wlała się w zagłębienie po trumnie a ona leżała tylko w małej warstwie błota, jednak była w połowie odsłonięta. Wyłamałam wieko i melodia kołysanki stała się jeszcze głośniejsza. Najstraszniejsze nie było ciało Anieli w stanie zaawansowanego rozkładu. Nie. Najstraszniejsze było to, że melodię ową nucił drewniany pajacyk umalowany na clowna. Szybkim ruchem zamknęłam dłoń na jego tułowiu i wyszarpnęłam z żelaznego uchwytu małej dziewczynki... Teraz czekała mnie najtrudniejsza część - wyjście z dwumetrowego dołu.. jednak byłam na to dobrze przygotowana. wzięłam ze składziku drabinę którą właśnie przystawiłam z komicznym uśmiechem do ścianki. wyszłam, kopnęłam drabinę spowrotem w dół i zostawiwszy tam narzędzia udałam się w stronę leżącego w zaschniętych liściach pajacyka...Deszcz przestał już padać, ale on był nadal mokry, jednak przygotowałam się i na tę okazję. Skierowałam się w stronę składziku grabarza i wyciągnęłam z torby którą tu zostawiłam butelkę czystego denaturatu... Włożyłam kukiełkę przez otwór do środka, oblałam ją całą zawartością łatwopalnej cieczy i podpaliłam całość zapalniczką którą wcześniej zostawiłam w torbie. Gdy kukła zajęła się ogniem usłyszałam straszliwy ryk wściekłości dochodzący z nikąd. W kilka sekund cały składzik zajął się płomieniami , a ja usłyszałam obok siebie cichy, ledwo słyszalny szept: "Dziękuję"... Popatrzyłam w stronę z której moim zdaniem wydobył się dźwięk. Zobaczyłam słup czystego światła który kierował się w stronę nieba... I wtedy właśnie usłyszałam wycie syren...

- Więc twierdzisz, że zbezcześciłaś zwłoki Anieli J. Aby pomóc jej w dalszej drodze do zbawienia? Hmm.. ciekawe... - Powiedział policjant siedzący naprzeciwko Karoliny Sośnickiej. Zanotował już ciekawą opowieść dwudziestolatki. - A spaliła Pani składzik aby pozbyć się marionetki? - Zaczął ssać czubek swojego długopisu. Ciemnowłosa dziewczyna odpowiedziała:
- Aniela jest mi wdzięczna za pomoc której jej udzieliłam. Może Pan mi nie wierzyć, ale ja mówię prawdę! Jak pan może nie rozumieć, jakie nieszczęście przeżywała ta biedna dziewczynka! - Policjant zaczął się głośno śmiać. Podszedł do drzwi, otworzył je i po chwili znalazł się po drugiej stronie. Karolina usłyszała jeszcze przytłumione słowo "szpital"...

Pani Aleksandra podjechała pod obskurny budynek starego szpitala psychiatrycznego. Przyjechała z synem, aby mógł po raz pierwszy odwiedzić w szpitalu swoją siostrę. Adaś zawsze marzył o tym spotkaniu, ostatnio widział Karolinę, gdy miał pięć lat i tak naprawdę pamiętał ją tylko ze zdjęć. Właśnie wkroczyli z mamą przez wielkie szklane drzwi do starego budynku. Skierowali się do recepcji.
- Dzień dobry, przychodzimy na spotkanie z Karoliną Jasińską. - Kobieta w białym ubraniu tylko skinęła głową i odpowiedziała:
- Chodźcie za mną, Karolina czeka na Panią w sali numer 116.- Przeszli w milczeniu przez kilka korytarzy i znaleźli się naprzeciwko żółtych drzwi z zakratowaną szybką na wysokości oczu. Kobieta otworzyła je i weszła pierwsza do białego pomieszczenia. Przy stole siedziała na oko dwudziestopięcioletnia kobieta o ostrzyżonych na jeża brązowych włosach i zbłąkanym wzrokiem. Kobieta ta nie przypominała w niczym wesołej dziewczyny ze zdjęć które Adaś widział w domu. Przypominała raczej wrak człowieka ubrany w niebieską koszulę i przewiewne spodnie w tym samym kolorze. Pani Aleksandra powoli podeszła do krzesła naprzeciwko kobiety i gestem zaprosiła syna , aby usiadł. Ten zrobił to, co mu nakazano i popatrzył na swoją siostrę.
- Karolina? Karolina, słyszysz mnie? To ja, twój brat, pamiętasz mnie? - Kobieta popatrzyła na niego wybałuszonymi oczami i nagle.. Nagle zaczęła się głośno, przerażająco śmiać. Pielęgniarka krzyknęła na korytarzu, by wezwać więcej funkcjonariuszy i kazała wyjść gościom z pokoju. Karolina powoli wstawała z krzesła nie przestając się śmiać ani na sekundę. Kopnęła z całej siły stół który potoczył się pod ścianę i chaotycznym ruchem wybiegła z pomieszczenia. Jedenastoletni Adaś widząc, co się dzieje zaczął płakać, inni pacjenci którzy aktualnie znajdowali się na korytarzu zaczęli głośno krzyczeć. Oszalałej kobiety nie powstrzymała nawet żywa bariera z funkcjonariuszy. Niczym Menada wyskoczyła przez drzwi wejściowe, zwolniła trochę i teraz można było dostrzec, że porusza się jak marionetka. Szalona kobieta widząc nadjeżdżający tir wyskoczyła na drogę i z przerażającym chichotem rzuciła się pod nadjeżdżający samochód...
Oceń:
10
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!