Życie jest piękne

Dodane przez: johny, 17.05.2016, 10:12
Reklama:
– Cześć, fajna bluzka – powiedziałem i uśmiechnąłem się. Chyba nie usłyszała, ale na pewno popatrzyła mi w oczy. Odpowiedziała uśmiechem. Jak widać w moich oczach znajdowało się jeszcze trochę barwy. Od tak prostego komplementu przeszliśmy do kilku drinków, oczywiście z mojej kieszeni. Miała cudowny śmiech i była bardzo zadbana. W klubie było głośno, więc wyszliśmy z niego, ale dopiero po chwili tańcu na parkiecie. Spodobało mi się, ocierała się o mnie i pozwalała się dotykać po brzuchu, po biodrach. Trzymając się za ręce przeciskaliśmy się przez ustawioną przed wejściem kolejkę i poszliśmy do mojego samochodu. Otworzyłem drzwi a ona oparła się o nie i spytała, czy nie możemy chwilę poczekać. Wiedziałem, o co jej chodziło. Mojej partnerce zachciało się spaceru w pobliskim miejskim parku. Spytała, czy ją obronię, gdyby napadli nas rabusie. Żartobliwie odparłem, że to ona obroni mnie. Rozmawialiśmy o zupełnych pierdołach, w co wierzymy i co sądzimy o różnych publicznych postaciach z telewizji, ale również o rzeczach istotnych.
– Jakie masz największe marzenie? – delikatnie się chwiała siedząc na ławce. Jej policzki były zaczerwienione a wzrok mętny, ale nie była aż tak pijana. To był raczej błogi stan upojenia. Kilkoma drinkami i mną.
– Mieć dzieci – odparłem. Wybuchła śmiechem. Nabijała się ze mnie do czasu, gdy jej wyjaśniłem, że jestem bezpłodny. Moje oczy lekko się zaszkliły. W jej oczach ujrzałem niedowierzanie i poczucie winy. Przybliżyła się do mnie i otarła mi łzę spod oka.
– O Jezu, tak bardzo cię przepraszam… – szukała słów, ale ja złapałem ją za rękę i pocałowałem w szyję. Poczułem dreszcz przechodzący przez nią, lecz było to z pewnością przyjemne uczucie, ponieważ zacisnęła paznokcie na moim przedramieniu i przeszła do ust. Złączeni pocałunkiem trwaliśmy na ławce kilka minut.
– Zimno mi. Wracajmy do mnie. Mojego ojca nie ma. – powiedziała. Nie trzymałem dłoni na jej kolanie tylko wtedy, gdy zmieniałem bieg. Czułem, że nogi ma zimne, ale czemu tu się dziwić. Była chłodna październikowa noc, a ona miała na sobie spódniczkę mini. Dotarliśmy do jej domu. Był bardzo bogaty, położony w zamożnej części miasta. Oboje byliśmy przesiąknięci potem po zabawie w klubie. Pozwoliła mi wziąć prysznic jako pierwszemu. Wtedy mogłem się wreszcie wykaszleć. Ból w klatce piersiowej i podrażnione gardło zaostrzyły się na ten czas, lecz po wszystkim było trochę lepiej. Minęliśmy się w drzwiach łazienki. Ja w szlafroku, ona z butelką likieru w ręce. Zajrzałem do dużego pokoju. Barek był otwarty, na stole stały dwie szklanki.
Usiadłem w pokoju i zastanawiałem się, czy nie zemdleje pod prysznicem, jeśli będzie pić ten likier. Po chwili szum wody ucichł, a ona wyszła, nago. Chcąc czy nie, poczułem podniecenie. Z butelki ubyło trochę alkoholu, ona też ruszała się bardziej ociężale. Chciałem coś powiedzieć, ale ona wskoczyła na mnie i przyłożyła mi palec do ust.
– Ćśśśś…
Noc była wspaniała. Zrobiliśmy to raz na stole i raz na podłodze, po czym przeszliśmy do sypialni. Zasnęła w moich ramionach. Spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie. Czwarta czterdzieści dziewięć. Umówiony byłem na piątą. Wymsknąłem się z łóżka, ubrałem i wyszedłem z mieszkania. Znów mogłem się wykaszleć, wsiadłem do samochodu. Dojechałem na miejsce i zadzwoniłem do drzwi. Otworzył mi mężczyzna w garniturze.
– Proszę pana, wrócił nocny łowca – zaśmiał się i wpuścił mnie do środka. W całym domu roznosiła się woń drogich cygar. Wszedłem do największego pokoju na parterze i usiadłem przy okrągłym stole, przede mną siedziały trzy postaci.
– I co, nocny łowco… Chwila, to twój samochód tam za oknem? – spytał najgrubszy, siedzący po środku. Pokiwałem głową. Wszyscy zaśmiali się.
– Przecież jesteś pijany. Tacy jak ty to już naprawdę nie mają nic do stracenia, co? – znów wybuchli śmiechem. Siedzący po lewej chudszy facet wyciągnął spod stołu torbę i rzucił ją do mnie.
– Masz, szalej. Jeśli będziemy cię znowu potrzebowali, przyślemy kogoś. Spadaj do domu – powiedział i odpalił cygaro. Wychodząc podsłuchałem mimowolnie kilka zdań z ich rozmowy. „To go nauczy płacić”, „Ale będzie miał minę”, „Nie on to córeczka, ważne, żeby kasa się zgadzała”. Przy drzwiach zatrzymał mnie ochroniarz w garniturze.
– Ty, nocny łowco… Jak ty to robisz? No wiesz… Że zgadzają się żebyś w nie wszedł bez gumki.
– Dobry magik nie zdradza sekretów swoich sztuczek – uśmiechnąłem się posępnie i odszedłem. W samochodzie zajrzałem do torby i policzyłem banknoty stuzłotowe. Dokładnie dwanaście tysięcy złotych. Będę miał za co rozerwać się w ostatnich miesiącach życia.
Mam dwadzieścia sześć lat. Zarażam ludzi AIDS za pieniądze.
Źródło: mój chory łeb
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!