Zombie Zone - Rozdział 1 - Początek

Dodane przez: karolina jabłońska, 10.08.2016, 12:27
Reklama:
Cała historia rozpoczęła się dokładnie dwudziestego ósmego listopada, w sobotni poranek o godzinie siódmej zero zero, gdy rozległ się pikający, miarowy dźwięk budzika, wwiercający się w czaszkę i zmuszający do wyślizgnięcia się spod ciepłej kołdry na zimny, jesienny świat. Normalnie nie wstaję tak szybko w dni wolne od szkoły, ale tego dnia akurat miałam poranną zmianę w kawiarni, gdzie sobie dorabiałam.

Weszłam do kuchni, z zamiarem zrobienia sobie śniadania. Na blacie w kuchni leżała gazeta. Na pierwszej stronie znajdował się wielki, krzyczący czerwonymi literami nagłówek: "KWARANTANNA?" i krótki opis wybuchu w firmie farmaceutycznej ALCALAT w Poznaniu, który miał miejsce kilka dni temu. Słyszałam o nim, ale w telewizji mówili, że nic groźnego się nie wydostało, a ten szmatławiec napisałby wszystko, byle by tylko sprzedać nakład.

-O! Natasza! Już wstałaś? - Przed lustrem w przedpokoju stał tata, który usilnie próbował poradzić sobie z krawatem.
-Mam dzisiaj ranną zmianę w kawiarni - odparłam wyciągając płatki i mleko.
-Ja lecę do pracy - Tata podszedł do mnie i pocałował w czubek głowy.
-Spoko . Na razie tato.
-Na razie, mała.


Pracowałam w kawiarni Orchidea, mieszczącej się na rynku naszego miasta. Nie był to duży lokal, ale pani Basia - właścicielka, była już grubo po sześćdziesiątce i nie ze wszystkim dawała sobie radę.

W środku jak zwykle przywitał mnie zapach ciasta, kawy i głos prezentera telewizyjnego czytającego wiadomości poranne.

-W Poznaniu doszło do kilku incydentów z udziałem osób, prawdopodobnie zarażonych chorobą wściekłych krów. Dwanaście osób zostało rannych, ale znaleźli się już pod opieką lekarzy. Ich stan jest ciężki, ale stabilny.

-Dzień dobry, Saszka! - z kuchni wyszła niska staruszka w kręconych siwych włosach i z blaszką placka w dłoniach.
-Dzień dobry, rozbiorę się i już lecę do pracy.

Idąc na zaplecze, które było też moją przebieralnią, ostatni raz spojrzałam na telewizor. Prezenter zmienił już temat, a ja czułam jakiś dziwny niepokój w środku. Jakbym czuła, że coś się stanie, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać i ruszyłam przed siebie.


Kawiarnia nie była jakoś wyjątkowo dochodowa, ale mieliśmy kilku stałych klientów, którzy przychodzili o stałych godzinach. Teraz też znajdowali się oni na sali. Wiecznie zapracowana bizneswoman z laptopem, młoda dziewczyna czytająca książkę i Tomek - mój kolega ze szkoły, który wpadał tylko w weekendy.

-Cześć Sasza. Jak tam praca? - zapytał jak zwykle zamawiając ciasto i kawę.
-Spokojnie, jeszcze nie ma dużego ruchu.
-Co robisz po robocie?

Westchnęłam przewracając oczami. Tomek był dobrym kolegą, a ja nie chciałam żeby było między nami coś więcej, w przeciwieństwie do niego.

-Idę z tatą do kina – skłamałam.
-Mam nadzieję, że ze mną też kiedyś pójdziesz.
-Nadzieja matką głupich - uśmiechnęłam się złośliwie i wróciłam za bar. Z radia płynęła cicha, spokojna muzyka, a w telewizorze trwała powtórka wczorajszego serialu, ten poranek miał być spokojny. Miał, bo nagle po ulicy przed kawiarnią przejechało auto, a raczej mignęło nam, jadąc niczym kierowca rajdowy. Wszystkie oczy zebranych zwróciły się w tamtą stronę.

Co się dzieje? - zapytałam się w myślach podchodząc do okna. Rozglądałam się na boki, kątem oka widząc, że pozostali zrobili to samo. Rozległ się kobiecy krzyk, a chwilę potem zobaczyłam kobietę wybiegającą z uliczki, kilka metrów dalej po drugiej stronie. Jej twarz wyrażała panikę. Trzymała się za dłoń, w którą musiała być najwyraźniej zraniona, bo krew sączyła się zafarbowując rękaw jej błękitnego swetra na czerwono.

-Proszę pani! - krzyknęłam do niej. Gdy mnie zobaczyła, to od razu ruszyła w moją stronę. Jej twarz była czerwona i zapłakana. Mówiła coś, ale tak szybko i niewyraźnie, że nie dało się jej zrozumieć. Zabrałam ją do środka.
-Pani Basiu! Niech pani przyniesie apteczkę! - krzyknęłam sadzając kobietę na krześle.
-Oni tu przyjdą. Przyjdą tu. Musimy uciekać. Musimy się ukryć. Oni tu przyjdą - powtarzała w kółko. Jej oczy były rozbiegane, nic nie docierało co do niej się mówiło i cały czas kiwała się a to w przód, a to w tył. Wyglądała jak wariatka.
-Zadzwonię po karetkę - zaproponowała bizneswoman odchodząc na bok.
-Proszę mi pokazać rękę. Musimy ją opatrzyć - nieznajoma była w innym świecie, dlatego nawet nie zareagowała gdy rozprostowałam jej palce by móc zobaczyć ranę. Na widok braku małego palca, po którym została tylko zwisająca luźno skóra i żyłki, śniadanie podeszło mi do gardła. Młoda dziewczyna jęknęła, zakrywając usta dłonią, a Tomek wyszeptał ,,o cholera".

Drżącymi dłońmi zabrałam się za opatrywanie rany. Najpierw wylałam na nią wodę utlenioną, na co nieznajoma zareagowała krzykiem. Wyrwała się z transu. Jej chora ręka zacisnęła się na moim nadgarstku, a jej niebieskie oczy spojrzały prosto w moje.

-Oni tu przyjdą, a gdy to zrobią, nie będzie już szans na ucieczkę .

Wyszarpnęłam rękę, wstając z bijącym sercem. Ta kobieta niewątpliwie była chora psychicznie.

-Co z tą karetką? – zapytałam bizneswoman.
-Cały czas zajęta linia – odparła odwracając się do okna.

Nagle rozległ się huk, a po chwili na niebie za ratuszem pojawiła się smużka czarnego dymu. Chciałam wyjść na zewnątrz, ale nieznajoma zastąpiła mi drogę.

-Nie możesz. Oni cię wyczują i wszyscy zginiemy.
-Kto mnie wyczuje? – zapytałam coraz bardziej zirytowana.

Kobieta rozglądnęła się na boki, po czym wyszeptała słowa, które miały już na zawsze pozostać w mojej głowie.

-Martwi, którzy wrócili do życia.

Gdybym usłyszała to w innej sytuacji i z ust innej osoby, to zapewne bym się roześmiała, ale w słowach nieznajomej zabrzmiały one zbyt przekonująco, a do tego te ugryzienie, gazeta z krwisto czerwonym nagłówkiem, wiadomości w telewizorze. Właśnie! Wiadomości!

Chwyciłam pilot i przełączyłam na kanał nadający wiadomości cały czas. Przywitał mnie widok tego samego prezentera, tylko teraz jego wyraz twarzy uległ zmianie. Zawsze spokojny, przyjazny mężczyzna koło czterdziestki był teraz wyraźnie zmieszany, w jego oczach czaił się strach.

-…trzynaście nowych przypadków zachorowań. Lekarze potwierdzają, że nie jest to choroba wściekłych krów, ani żaden inny, dotychczas znany wirus czy bakteria. Chorzy są niebezpieczni, mają zaburzenia ruchu i upośledzenie nerwowe. Należy unikać jakiegokolwiek kontaktu z nimi.

Dalej pokazane były sceny z przewożenia chorych do szpitali. Ich twarze wykrzywione były we wściekłym grymasie, a z gardeł wydobywało się warczenie. Raz nawet pokazali jak jeden z nich próbuje ugryźć sanitariusza, ale temu w porę udało się odsunąć dłoń.

-Zostałaś ugryziona przez kogoś takiego? – zapytałam nieznajomą. Ta patrzyła gdzieś w dal. Złapałam ją za ramiona i potrząsnęłam nią. –Opowiedz do cholery!

Pokiwała głową. Zauważyłam, że na jej czole pojawiły się krople potu. Dotknęłam jej twarzy, była gorąca.

-Wreszcie się dodzwoniłam, zaraz przyjadą – poinformowała nas bizneswoman.
-To dobrze, bo ona ma gorączkę. Ze trzydzieści osiem stopni, albo i więcej.
-A jak zaraziła się tym gównem? – zapytał Tomek z niepokojem w głosie. –W końcu sama powiedziała, że jakiś chory odgryzł jej palec.
-Nie wiemy czy ten wirus, czy bakteria, roznoszą się przez ślinę – próbowałam zapobiec panice.
-A jeżeli tak? – zapytała dotychczas trzymająca się z boku młoda dziewczyna.
-Zaraz przyjedzie karetka, nie zaczynajcie panikować.

Nagle nieznajoma zsunęła się z krzesła i nieprzytomna wylądowała na podłodze. Jej ciało zaczęło dygotać, jak przy napadzie padaczki. Zareagowałam szybko, unieruchamiając jej głowę między swoimi nogami. Ten kurs pierwszej pomocy w końcu się na coś przydał.

Tomek stał obok kompletnie nie wiedząc co robić, bizneswoman klęknęła przy mnie, dziewczyna się rozpłakała, a pani Basia opadła ciężko na krzesło.

-Jest rozpalona, że aż parzy – powiedziała kobieta kładąc dłoń nieprzytomnej na czole.
-Tomek, leć do kuchni po mokry…
Wtedy nieznajoma zesztywniała. Zobaczyłam jak jej klatka piersiowa podnosi się coraz rzadziej, aż w końcu opadła już na zawsze. Zaczęłam szukać na jej szyi pulsu. Nic nie wyczułam ani tam, ani na nadgarstkach.

Mój wzrok musiał mówić sam za siebie, bo na twarzach wszystkich pojawił się strach zmieszany ze smutkiem. Wstałam z podłogi i usiadłam przy barze, najdalej jak się dało od martwej nieznajomej. Wszyscy, oprócz pani Basi poszli za mną.

-Dlaczego umarła? Przecież wyglądała dobrze, może na szaloną, ale dobrze – pytał Tomek. Jego ręce zadrżały gdy próbował objąć kubek z niedokończoną kawą.
-Nie wiem, Tomek, naprawdę nie wiem – odparłam ukrywając twarz w dłoniach. Serce waliło mi jak oszalałe. –Muszę się napić.

Wstałam ze stołka i weszłam do kuchni, gdzie nalałam sobie do wody. Wtedy rozległ się wrzask dziewczyny, a ja wypuściłam szklankę z dłoni, która opadła na kafelki i rozbiła na kawałki. Wbiegłam na salę.

-Co się dzieje? – zapytałam patrząc na przerażenie całej trójki. Patrzyli oni w stronę, gdzie leżała nieznajoma. Teraz jednak ta stała trzymając panią Basię za ramiona. Jej twarz zgłębiała się właśnie w szyi staruszki, a po chwili odsunęła od niej trzymając w zębach kawałek luźnej skóry. Trysnęła krew, a przed chwilą martwa jeszcze kobieta ponownie zacisnęła zęby na krtani Barbary. Niewiele myśląc złapałam stojące przy stoliku krzesło i po zrobieniu zaledwie czterech susów znalazłam się przy obu kobietach. Zamachnęłam się siedzeniem prosto na plecy nieznajomej, ta zachwiała się, wypuszczając staruszkę, która upadła na podłogę. Powtórzyłam uderzenie tym razem roztrzaskując krzesło na twarzy wariatki. Jej nos odgiął się dziwnie w bok, przednie zęby posypały na podłogę, a mimo to nie wydobył się z niej żaden krzyk bólu, oprócz warczenia. W ręce została mi tylko drewniana noga, którą kilka razy uderzyłam w głowę zbliżającej się do mnie kobiety. W końcu upadła, ale dalej wyciągała ku mnie dłonie, warcząc przy tym jak zwierzę. Dokończyłam dzieło wbijając złamany koniec w oko kobiety. Trysnęła na mnie krew, ale nie przejęłam się tym. W moich żyłach krążyła adrenalina. Nieznajoma już się nie poruszyła.

Niezbyt przejęłam się tym, że właśnie zabiłam człowieka. Zamiast tego uklękłam przy pani Basi i próbowałam dłońmi zatamować krew sączącą się z przegryzionej tętnicy. Mętne, szare oczy staruszki były przerażone.

-Nic pani nie będzie. Wszystko będzie dobrze - odwróciłam się w stronę osłupiałych ludzi. –Gdzie ta cholerna karetka?

Wtedy, jak na zawołanie rozległo się wycie syreny, a po chwili na noszach znalazły się dwa ciała, przykryte białym materiałem. Sanitariusze nawet nie zapytali o nieznajomą, ani o to, dlaczego ma nogę od krzesła wbitą w oczodół. Po prostu zapakowali ciała do karetki i kazali nam wracać do domów. Nawet nie wezwali policji, chociaż właśnie zmarły dwie osoby.

Zastanawiałam się, jak mam powiadomić rodzinę pani Basi. Z tego co wiedziałam, to miała syna i dwie córki, ale nie miałam na nich żadnych namiarów.

-Poczekaj – usłyszałam głos Tomka, gdy wychodziłam z kawiarni. –Odprowadzę cię.

Przez większą część drogi szliśmy w ciszy i dobrze, bo nie miałam sił na rozmowę. Starałam się nie patrzeć na swoje dłonie, umazane krwią. Nie mogłam uwierzyć, że pani Basia nie żyje, a do zamordowania nieznajomej nawet nie wracałam myślami. Robiłaś to w samoobronie – powtórzyłam po raz któryś, odpychając od siebie obraz kobiety z kołkiem w oku. Ale dlaczego nagle się obudziła? Przecież nie wyczułam pulsu, a może ze zdenerwowania go nie znalazłam? Mogło tak być. Tak, kobieta zaraziła się tym wirusem i ześwirowała, nie umarła, tylko straciła przytomność. Tak było.

-Trzymasz się jakoś? – zapytał nagle Tomek, gdy weszliśmy na ulicę domków jednorodzinnych.
-Nic mi nie jest. Wszystko gra – odparłam. Kłamczucha.
-To wszystko jest jakieś chore. Ta kobieta…
-Możemy o tym nie mówić? –przerwałam mu ostro. Robiło się już ciemno, a latarnie zaświeciły się.

Tomek pokiwał głową. Z oddali widziałam już niebieski płot, ogradzający mój dom. W środku nie paliło się żadne światło, w przeciwieństwie do domów moich sąsiadów. Pewnie tata musiał zostać dłużej w pracy.

Nie lubiłam wracać do domu, gdy nikogo nie było. Czułam się wtedy dziwnie samotna. Dawniej, gdy moi bracia, Krzysiek i Eryk, mieszkali z nami to zawsze któryś z nich był w środku. Jednak po ich wyprowadzce do Wrocławia, wszystko stało się takie puste.

-Dzięki Tomek – powiedziałam zatrzymując się przed furtką.
-Spoko. Na pewno wszystko gra?
-Tak – Och. Idź już sobie.
-To cześć.
-Cześć.

Przez chwilę stałam obserwując coraz to mniejszą sylwetkę chłopaka, aż ta zniknęła za rogiem. Ogarnęła mnie dziwna melancholia, jakbym widziała go ostatni raz w życiu. Ogarnij się dziewczyno, bo zwariujesz. Tak, musiałam się uspokoić. Za dużo tego wariactwa jak na jeden dzień.

W domu przywitała mnie pustka. Było to jednak z jednej strony dobrze, bo nie chciałam by tata zobaczył mnie zakrwawioną. Od razu weszłam do łazienki i rozebrałam się. Ciuchy wrzuciłam na sam dół pralki, przykrywając je innymi brudami. Nareszcie weszłam pod upragniony, gorący prysznic. Zamknęłam oczy by nie widzieć spływającej ze mnie czerwieni. Dokładnie umyłam każdy centymetr ciała, po czym wyszorowałam się ręcznikiem aż skóra zrobiła się czerwona. W pokoju ubrałam się w piżamę i wślizgnęłam się do łóżka. Zanim jednak dałam się porwać w objęcia Morfeusza, założyłam słuchawki. Gdy tylko rozległy się pierwsze takty piosenki Iron Maiden – odpłynęłam.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/13632-Zombie-Zone-Rozdzial-2-Wirus-Zet
Źródło: Moje
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!