Macocha

Dodane przez: sundowner, 19.02.2013, 04:28
Reklama:
Molly była najsłodszą 10-latką, o jakiej można pomyśleć. Para niebieskich do niemożliwości oczu wyglądała zza jej pofalowanych, brązowych loków. Była na liście najlepszych uczniów i niezwykle utalentowaną skrzypaczką jak na swój wiek i wydawało się, że ma wszystko, czego jej trzeba. Niestety tak nie było.

Jej matka zmarła przy narodzinach, znała więc tylko swojego ojca. To spowodowało, że tych dwoje bardzo się do siebie zbliżyło. Wiedziała, że ojciec da jej gwiazdkę z nieba i za to bardzo go kochała.

Pewnego dnia, kiedy wracała do domu ze szkoły, wydawało jej się, że widziała w mieszkaniu kogoś innego. Jej ciekawość wzrosła, wdrapała się na kilka mocnych pudeł, aby zobaczyć tę tajemniczą osobę.

Była to kobieta, bardzo wysoka. 173cm, żeby być dokładnym. Miała jasne blond włosy długości do ramion i jadowicie zielone oczy. Molly widziała, jak ta kobieta rozmawia z jej ojcem, więc to naturalne, że się troszeczkę zdenerwowała. Trzymali się z ręce, śmiali i co jakiś czas obdarzali się pocałunkiem. Jej pragnienie poznania sytuacji zwyciężyło, mała dziewczynka weszła do środka.

Kobieta powitała Molly. Ojciec dziewczynki musiał zająć się swoimi obowiązkami, więc zostały tylko one.

- Witaj. - powiedziała ciepło. - Jestem Stephanie. Jak ci na imię, skarbie?
- Mam na imię Molly. Jesteś jedną z przyjaciółek taty?

Wyczuwając bystry umysł dziecka zaśmiała się lekko.

- Cóż, prawdę mówiąc, to ja i twój tata bierzemy ślub za dwa tygodnie. Chciał, żeby to była niespodzianka, ale to zostanie między nami, nasza mała tajemnica. W porządku?

Molly zgodziła się milczeć na ten temat i uśmiechnięta poszła w swoją stronę. Wiedziała jednak, że z tą kobietą coś było nie tak. Była dość miła, ale też wyglądała na szczęśliwą - zbyt szczęśliwą. No, ale cóż, pomyślała, nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Odrzucając irracjonalny strach Molly zaakceptowała ten fakt i była zadowolona, że jej ojciec w końcu odnalazł tą jedyną.
4 Miesiące Później

Orzeźwiający chłód jesieni wdzierał się w rzeczywistość. Liście leżały już na ziemi, a niedługo rozpoczynała się szkoła. Ojciec Molly i jej macocha byli szczęśliwym małżeństwem, chociaż zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Odkąd jej macocha zamieszkała w ich domu, Molly miała najbardziej groteskowe koszmary. Zawsze były takie same. Widziała kobietę o szarej, rozkładającej się skórze w swojej szafie. Kobieta miała najbardziej chory, maniakalny śmiech, jaki to biedne dziecko kiedykolwiek słyszało. Za każdym razem, gdy Molly krzyczała, na jej klatce piersiowej pojawiały się otwory i po chwili umierała.

Następnego dnia Molly była w klasie. Jej twarz była zaczerwieniona od płaczu z powodu tego, co stało się tego dnia - w zasadzie działo się każdego dnia - na przerwie. Chciała pobawić się z innymi dziećmi, ale spotkało ją to, co przy każdej próbie: została wyśmiana. Mimo, że była mądra i ładna, to nikt nie chciał się z nią bawić. Sądzili, że jest zbyt inteligentna, jakby nie była człowiekiem. Zatem każdego siedziała samotnie pławiąc się w swoim smutku nie mając nikogo.

Podczas lekcji zauważyła coś za oknem. Naszyjnik, który wydawał się leżeć na samym środku dużego, zielonego trawnika. Jak tylko zabrzmiał dzwonek na przerwę, udała się tam i go podniosła, zanim ktokolwiek mógł zabrać jej znalezisko.

Pobiegła do domu. W pewnym momencie obejrzała się za siebie i zauważyła, że podąża za nią czarna, zakapturzona postać. Jej czyste, białe oczy nadnaturalnie lśniły i zdawał się lewitować nad ziemią. Czym prędzej wbiegła do domu, zapłakana, wprost w ramiona swojego ojca. Kiedy zapytał, co się dzieje, ona wskazała na tę nadprzyrodzoną istotę, które teraz zmierzała do jej pokoju. Ojciec niczego nie widział, po cichu zaczął się o nią martwić.

Tej nocy postać stała przy jej łóżku. Zanim zdążyła zareagować, istota położyła delikatną, damską dłoń na ustach dziewczynki.

- Ćśśśś. - wyszeptała. - Nie bój się, nie skrzywdzę cię. Jestem tu, by pomóc. - przemówił kojący głos.
- Jak masz na imię? - zapytała zahipnotyzowana nią Molly.
- Nie mam imienia. - odpowiedziała zakapturzona istota. - Jestem aniołem. Prowadzę ludzi na miejsce spoczynku. Jednakże, skoro znalazłaś mój naszyjnik, przybyłam z pomocą. Weź to.

W swojej dłoni trzymała ten sam naszyjnik, który Molly znalazła wcześniej tego dnia. Był ozdobiony śnieżnobiałym kamieniem. Molly podziękowała duchowi, który nazywał siebie aniołem i założyła go na szyję.

---

Przez następne dwa tygodnie nic się nie działo. Koszmary Molly zniknęły, jak również dobry duch. Czuła obecność czegoś, co ją chroni, ilekroć miała na sobie naszyjnik. Lecz jednej nocy postać znów się pojawiła, przyniosła wiadomość.

- Molly, cieszysz się, że nie masz już koszmarów?
- Tak. Bardzo dziękuję, ale czemu cię widzę?
- Staję przed tobą, aby cię ostrzec. Twoje sny nawiedzały potwory, ale to nie ich powinnaś się bać. Powinnaś bać się tych, których nie widzisz. Tych, które zauważasz każdego dnia, ale nie wiesz czym są naprawdę. Potwory, które nawiedzają rzeczywistość. Pamiętaj, nie wszystko jest tym, czym się wydaje. - mówiąc ostatnie zdanie postać udała się w kierunku drzwi.

Stała tam jej macocha, obie ręce trzymała za plecami. Uśmiechała się, ale Molly się jej bała. Kręciła i wywracała oczami jak szaleniec. Molly nerwowo zapytała, czego chce. Otrzymała powolną odpowiedź:

- Molly, nie spędzamy ze sobą wystarczająco dużo czasu. Ale już w porządku, teraz będziemy razem - na zawsze.

Molly nigdy nie usłyszała strzału, który ją zabił. Kiedy jej macocha wystrzeliła, śmiała się...

Ten sam chory, maniakalny rechot.

---

Tłumaczenie: Lestatt Gaara @ Para-Noir
Autor: Dubiousdugong @ http://creepypasta.wikia.com

(CC) BY-NC-ND 3.0 © Przy kopiowaniu proszę zachować autora, tłumacza i oba źródła.
Źródło: http://paranoir.pl
Oceń:
27
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!