2 kilo

Dodane przez: wolin, 21.10.2013, 04:42
Reklama:
2 kilo
Rozdział 1: Dwa tryby
Mam zamiar w przyszłości zostać lekarzem weterynarii, obecnie jestem tylko technikiem. Uczę się już czwarty i ostatni rok. To znaczy… uczę? Kuje i wałkuje wszystkie terminy, wzory, i zawiłe schematy, a za każdym razem dostaję ledwo dostateczny. Miałem wrażenie, że z roku na rok, klasa była coraz gorsza z ocenami, na pewno ja. Wyjątkowo mnie to frustrowało, gdyż pragnąłem zostać weterynarzem i leczyć zwierzęta. To była pasja, życiowy cel i marzenie. Dochodziły do tego nieustanne docinki na przerwach od kumpli; tylko dlatego, że jestem rudy i się jąkam… Na szczęście miałem przy sobie dziewczynę. Była naprawdę wspaniała, pasowaliśmy do siebie jak mało kto. Oboje dla ogółu nie byliśmy urodziwi i właśnie to było piękne. Dla wszystkich byliśmy brzydcy, nikt by na nas nie spojrzał pod innym kątem i nie pomyślałby nawet o wspólnym życiu. To nie był związek na pokaz, żeby pokazać z jaką to jestem panienką, czy coś takiego. Tak wiele nas łączyło. Pasowaliśmy do siebie jak dwa tryby w zegarku. Wcześniej znaliśmy się parę lat, a jesteśmy parą od pięciu jakby to policzyć… Zawsze się pocieszaliśmy w smutne dni. Wspieraliśmy, gdy było nam ciężko i poprawialiśmy sobie nastrój. Monika od lat chorowała na depresję. Mam wrażenie, że żyła tylko dzięki mnie, a ja tylko dla niej. Gdyby nie jedno z nas, drugiego już dawno by nie było… To działało w obie strony. Dlatego byliśmy dla siebie tacy ważni, najważniejsi.
Chwilą ukojenia w tym zawrocie głowy był piątek. Konkretnie godzina siedemnasta, gdy moja matka wychodziła na popołudniówki. Wtedy zostawaliśmy sami, wiadomo co robiliśmy…
Niewiele pamiętam z tego dnia. Jedynie, że był to trzynasty dzień miesiąca, piątek prawdopodobnie. Nie poszedłem w ten dzień do szkoły, gdyż byłem strasznie chory. Odbywały się ważne praktyki, które mnie ominęły. Byłem strasznie wkurzony tego dnia. Łamało mnie w plecach i odkaszliwałem gęstą wydzielinę z płuc. Prosiłem Monikę, żeby nie przychodziła, bo nie chcę jej zarazić tym cholerstwem, ale jednak to zrobiła. Naprawdę nie wiem czemu przyniosła ze sobą butelkę wódki. Zeszła do kuchni i zaczęła ją mieszać z miodem i cytryną. To jakiś wywar, żeby choroba szybciej przeszła… Nie wiem skąd u niej taki niekonwencjonalny sposób, ale mi się podobało. Oczywiście, że nie odmówiłem napitku. Od razu lepiej się poczułem po tym. To znaczy ból ustąpił, miałem wrażenie dużo lżejszego. Jako, że był to mocny napój, łamanie w plecach ustąpiło jak ręką odjął albo przynajmniej nie zwracałem na to uwagi. Jednak moja głowa była nienaturalnie ciężka, a ruchy spowolnione. Zazwyczaj gdy piłem, to bawiłem się najlepiej z całej imprezy. A teraz zataczałem koła łbem uśmiechając się pod nosem. Nie spiłem się tego dnia, dobrze wiedziałem co robię. Byłem jedynie znieczulony. Wiedziałem, że Monika przyszła po coś jeszcze… Mówiłem jej, że to zły pomysł, bo czuję się naprawdę paskudnie. Jednak nie udało mi się jej przekonać.
- Proszę kochanie, odpuśćmy dzisiaj. Nie wiem co się dzieje, ale czuję się okropnie.
- Proszę, Norbi. Ja tu specjalnie przyszłam, zrobiłam ci ten głupi napój, a ty mi jeszcze odmawiasz?
- Jestem na coś chory, czuję dziwne uciskanie w żołądku i mogę się na ciebie zrzygać w każdej chwili – próbowałem ją zniechęcić i zachować powagę śmiejąc się z wydźwięku własnych słów.
- Dobra. Ale pamiętaj – będziesz coś chciał!

Kiedy Monika miała prawdziwą chcicę lepiej było nie odmawiać. Jako samiec nie powinienem odmawiać i przeważnie tego nie robiłem. Tego dnia była wyjątkowo nachalna, tak więc w końcu się zgodziłem…

Rozdział 2: Wirus

Jeszcze nigdy się tak nie spociłem, jak świnia. Chyba nawet wypociłem alkohol, bo znów zaczęło mnie wszystko boleć i poczułem się trzeźwiejszy. Zadowolona i roznegliżowana Monika skakała ze mną po całym łóżku, aż oboje dostaliśmy zadyszki. Podczas tych kilkunastu minut prawie wyplułem płuca. Nawet przez zatkany nos czułem jej pot i słyszałem głośne sapanie. Z moich ust wylatywały bardzo duże ilości wydzieliny. Nienaturalnie gęstej, momentami nie mogłem jej wykrztusić z przełyku. Musiałem szybko się odsunąć. Czułem jakby czyjaś ręka nagle ścisnęła mój żołądek, a treść pokarmowa podjeżdża mi w górę. Pobiegłem do toalety zwrócić ostatni posiłek z wódką. Chwila dłużej w niej i wszystko by poszło na nią. To nie tak, że mam słabą głowę, wręcz przeciwnie. Tylko czułem, że coś w moim ciele jest nie w porządku. Jakby toczyła mnie poważna choroba, nie mam pojęcia skąd się wzięła. Ból zaczął pulsować w mojej głowie. Czy była możliwość, żebym zaraził się od jakiegoś zwierzęcia na praktykach, w jakiejś stajni albo chlewie? Jeszcze nigdy się tak źle nie czułem.

- Kochanie, co ci jest? – po chwili przybiegła zaniepokojona Monika.
Próbowałem wykrztusić jakieś słowo, lecz byłem zbyt zamroczony.
- To moja wina. Niepotrzebnie dziś przychodziłam. Będzie dobrze Norbert, tylko nie rzygaj już.

Przez cały czas miałem łzy w oczach. Czułem jak ogarnia mnie demencja. Zwracałem jeszcze kilka minut. Potem dziewczyna wepchnęła mnie pod prysznic i opłukała z potu i wymiocin. Następnego dnia czułem się trochę lepiej, mimo, że objawy nie ustępowały. Mógłbym iść do lekarza, ale nie chciałem opowiadać wczorajszej sytuacji. Poprosiłem tylko Monikę, żeby kupiła mi coś na kaszel. Do nasilającego się bólu dodatkowo doszedł wstyd za siebie; choć to nie moja wina…

Trzy tygodnie nie chodziłem do szkoły i ominęła mnie masa zajęć. Byłem zły jak nigdy, jeszcze musiałem nadrabiać wszystkie zaległości. Lekarzom nie udało się do końca stwierdzić co mi dolegało. To musiała być jakiś niespotykany szczep grypy. Pewne jest, że wykończyła mnie jak żadna inna choroba.

Chodziłem z Moniką razem do szkoły, nawet do klasy, więc byłem w miarę na bieżąco. Przez okres moich dolegliwości przychodziła znacznie częściej. Spędzała ze mną dużo czasu. Głaskała mnie delikatnie widząc mój opłakany stan, a ja się cieszyłem, że jest przy mnie. Miałem wrażenie, że chce mi coś powiedzieć, cały czas była dziwnie zamyślona. Zmieniała temat, gdy o to pytałem i mówiła, że mi się zdaje. Być może, byłem zbyt wyczerpany, żeby się tym martwić.

Rozdział 3: Spadające gwiazdy

- Powiesz mi w końcu co ci jest dziewczyno!? – któregoś razu nie wytrzymałem tego wzroku wbitego w podłogę.
- No bo… okres mi się spóźnia – powiedziała lekko spuszczając wzrok.
- A ile razy ci się już spóźniał? Spokojnie kochanie.
- Tylko, że ja zrobiłam test – ścisnęło mnie w bebechach, gdy widząc jej przybitą minę usłyszałem „test” – i wyszedł pozytywny.

Zbladłem, dla pewności kazałem jej powtórzyć. Jednak dobrze usłyszałem.

- Jak? Kiedy to się stało, mów!
- Nie krzycz. – zaczęła płakać – Pamiętasz ten dzień, co byłeś taki chory i przyszłam z tą wódką?
- Pamiętam – odrzekłem chłodno z kamienną twarzą.
- To ja specjalnie zsunęłam prezerwatywę…
- Co!? – wyskoczyłem z łóżka i zacząłem nią targać – Jak to specjalnie?
- Bardzo chcę mieć dziecko Norbert. Bardzo…
- Tyle razy o tym rozmawialiśmy, mamy dopiero dziewiętnaście lat, przed sobą całe studia! Jak mogłaś to zrobić?
- Ty masz. Ja nie muszę, mogę się zajmować dzieckiem.
- A co z naszymi marzeniami o wspólnej klinice? Chcesz wszystko zepsuć przez swój instynkt macierzyński, który pojawił się znikąd?

Uderzyłem pięścią w ścianę i usiadłem na podłodze. Po policzku spłynęła mi łza. To nie mogło być możliwe. Dziecko zniszczyłoby nasze życie. Zmieni nasz związek, o ile on przetrwa taką próbę. Dlaczego ona chciała mieć je tak szybko? Jak ja zapewnie mu godne życie w takim wieku, mając przed sobą tyle lat nauki? Już nie chodzi o samo to… Miałem wielkie marzenia, by zostać poważanym weterynarzem, otworzyć z żoną własną klinikę i w swoim czasie spłodzić potomka. Widziałem przyszłość w gwiazdach, a teraz czuję jakby spadły mi na głowę.

Jak mielibyśmy powiedzieć o tym rodzicom? I co będą mówić o nas w szkole? Pocieszające było jedynie to, że oboje byliśmy pełnoletni i mieliśmy do tego prawo. Przez pierwsze kilka nocy nie mogłem usnąć. Zastanawiałem się nad jedną rzeczą: co dalej? Poważnie myślałem nad specjalnymi tabletkami na poronienie albo nawet aborcji. Wiem, że to nieludzkie, ale, ale… mi samemu brakowało argumentów, żeby to wykonać. Broniłem się przed własnym sumieniem swoim wiekiem, nauką i jakże chcianym dobrobytem dziecka…

Po półtora miesiąca, kiedy Monice już widocznie zwiększył się brzuch, sprawa wyszła na jaw. Stojąc i tłumacząc się przed swoimi i jej rodzicami miałem ochotę uklęknąć i zacząć ryczeć chowając twarz w dłoniach. Wbijałem paznokcie w wewnętrzną część dłoni tak, że aż bolało albo wyrywałem włosy z głowy. W tym momencie najgorsze nie było to co się stanie za te siedem i pół miesiąca, ale ich spojrzenia. Jeszcze nigdy nie patrzyli na mnie tak, jakbym kogoś zabił. A przecież zrobiłem coś odwrotnego…

Pytając ich „Co teraz zrobimy?” usłyszałem proste „Teraz już nic. Musi urodzić.” Co prawda była opcja, żeby oddać noworodka do domu dziecka, ale Monika by mi tego nie wybaczyła.

Po trzech albo czterech miesiącach zacząłem godzić się z tym scenariuszem. Chociaż, z każdym kolejnym presja we mnie rosła. Co jakiś czas dostawałem ataki histerii i powracały wszystkie wspomnienia, emocje i te wwiercające się rozpalone spojrzenia. Przeklinałem to wszystko, zwłaszcza tamten piątek. A właśnie, niby wyzdrowiałem z nieznanej choroby, ale dziwnie, co jakiś czas dopadał mnie skurcz. Czasem tak mocny, że upadałem na ziemię i w pozycji embrionalnej zwijałem się z bólu. Niewiadomo, w którym momencie, ani gdzie. Mogła to być szkoła, autobus, czy przejście dla pieszych. Zwykle ustępował po kilku minutach i wracałem do siebie, czując jedynie mrówki w nogach i dreszcze na plecach. Być może to jakieś skurcze jelit albo powikłania po tamtej chorobie. Strasznie dziwne, bo nigdy o tym nie słyszałem… to nie mogła być grypa.

Rozdział 4: Góry i szybowce

Trwał już siódmy miesiąc. Przez ten okres w szkole stałem się nie tyle co pośmiewiskiem, czułem się jeszcze większym marginesem. Czasem nawet traktowali mnie jak wyrzutka, i szydzili, że dziecko będzie rude! Nie było dnia, żebym tego nie słyszał. Oby gen odpowiadający za ten miedziany kolor nie był dominujący. Nie chciałem, żeby w przyszłości również z niego się nabijali. Dobrze, że Monika miała kruczo-czarne włosy.

Sam się brzydziłem swojej żałosnej osoby. Czułem, że zachodzą nieodwracalne zmiany w mojej psychice. Prawie przestałem się odzywać. I często się zawieszam patrząc w jakiś martwy punkt. To jest przedłużenie myśli - opuszczasz na chwilę swoje ciało i poszerzasz horyzont o mile. Nie skupiasz się na niczym konkretnym, tylko szybujesz gdzieś w obłokach przemyśleń. Jaka szkoda, że lecąc tak bezwładnie zderzasz się z wierzchołkami gór, które miały być twoje. Teraz wiesz, że nie wlecisz na sam szczyt, masz przy sobie za duży balast. Te trzy i pół kilograma za dużo. Do tego świadomość, że autopilot został wyłączony. Ster bardzo ciężko się przesuwa blokując się chwilami, a skomplikowane pomiary tylko cię gubią i wprowadzają w błąd. Wiesz, że zostały wyliczone z całkowitą precyzją, tak żeby wyprowadzić cię na właściwą drogę, ale patrząc na nie i porównując z tym co masz przed oczami boisz się. Masz dziwne uczucie, że musi być w nich jakiś błąd, lub są zainfekowane przez wirusa i nie możesz im ufać.

Może by tak zacząć zataczać koła wokół lotniska, aż dadzą pozwolenie na lądowanie? Wtedy odpoczniesz, zatankujesz maszynę… pozwolisz wysiąść pasażerom nie chcąc narażać któregoś z nich. Pozwolisz, lecz nie chcesz tego. To są jedyni ludzie, którzy będą cię wspierać w drodze. Nawet, gdy zmienisz kurs o te dziewięćdziesiąt, czy sto osiemdziesiąt stopni pozostaną z tobą. Część z nich może sama wyskoczyć albo namawiać innych, żeby wyśliznąć się razem z nimi. Nie masz już na to wpływu, ale miej ich przy sobie najdłużej jak to możliwe. Miej, ale nie trzymaj na siłę.

Również nie pozwolisz na to, aby ktoś obcy wszedł na pokład. To twój osobisty lot i nie możesz wpuszczać każdego, kto nie wygląda na terrorystę. Mogą lecieć gdzieś obok ciebie, ale nie z tobą. Zresztą nie chcesz wplątywać w to nowych osób, nie potrzebują tego.

Rozdział 5: Co będzie prostsze

Moja presja sięgała zenitu, kiedy zaczęliśmy zajęcia z embriologii. Najgorzej było słuchać o powikłaniach przy porodzie. Często się zawieszałem na tych lekcjach. Jednak próbowałem słuchać jak najwięcej, żeby sobie wszystko maksymalnie przyswoić.

Monika w tym zaawansowanym okresie siedziała w domu i przychodziła do szkoły tylko na egzaminy. Bardzo cieszyła się z dziecka. Bolał ją jedynie mój odwrotny stosunek do niego.

Podczas praktyk w klinice asystowałem lekarzowi. Miałem to szczęście, że byłem stricte na profilu technika weterynarii. Nikt inny nie miał tak „ekskluzywnych” praktyk w prosektorium, czy lecznicy… albo chlewie. Nie wiem dlaczego, ale będąc chwilę samemu w gabinecie lekarskim ukradłem małą buteleczkę z morfiną. Uznałem, że może mi się przydać w jakimś skrajnym momencie życia. Odbije mi do końca i wstrzyknę sobie w żyłę całą dawkę. Spojrzenia coraz bardziej piekły skórę, a gdy zderzyły się z moimi oczami paliły i kłuły jeszcze mocniej. Złe myśli jak głodne sępy rozszarpywały ciało wdzierając się w duszę. Zaczynałem czuć, że mógłbym już umrzeć. Tak jak stałem mógłbym najlepiej upaść i przywalić w coś głową. Czemu? Chyba dlatego, że tak byłoby najprościej…

Nie. Pewnego dnia coś we mnie pękło. Przebieg nadchodzących zdarzeń utworzył się w mojej głowie w sekundę. Próbowałem go przeanalizować krok po kroku, ale miałem wewnątrz za duży chaos. Konsekwencje wynikające z tego były tylko tłem. Któregoś dnia na praktykach odbywających się w prosektorium, kilka przyrządów przypadkiem wpadło mi do kieszeni kitla. Dokładnie pod koniec zajęć, gdy wszyscy szli wysterylizować swoje narzędzia. Dziwnie zamyślony zapomniałem o tym i wyszedłem po prostu. Jeszcze nie wiedziałem po co. Być może w ostatnim momencie zażyję morfinę i podetnę sobie żyły skradzionymi przyrządami…



Rozdział 6: 2 kilo

Udało się. Rodzice wyjechali na cały weekend zostawiając mnie samego. Stałem przed lustrem w łazience, nawet spojrzenie z niego zadawało ból. Chwyciłem w dłoń lekki skalpel. Obejrzałem go dokładnie. Przejechałem parę razy po żyłach. Moje kolana się uginały, gdy zimny metal dotykał skóry. Obok miałem buteleczkę ze znieczulającym płynem i pustą strzykawkę. Zrobiłbym to, gdyby nie zadzwonił domofon. Schowałem szybko narzędzia i sprawdziłem kto to. Przed moimi drzwiami stała z nadętym brzuchem Monika.

Wpuściłem ją do środka. Nie pamiętam kiedy ostatni raz uśmiechaliśmy się do siebie z radości. W mojej głowie nagle zrodził się pomysł. To znaczy szybko gdzieś przemknął i natychmiast wyleciał. Jednak gdzieś się kłębił nie dając mi spokoju. Usiedliśmy na sofie w salonie, objąłem ją czule. Udało mi się namówić moją ciężarną na mały kieliszek czerwonego wina. Było to bardzo trudne, okropnie bała się o dziecko. Jednak w końcu stwierdziła, że mała lampka nie zaszkodzi.

Czas się nienaturalnie dłużył. Wypiłem znacznie więcej niż ona i moje emocje się pogłębiły. Światopogląd chyba uległ spaczeniu skoro to zrobiłem. W głowie migały mi makabryczne sceny. Monika ostatni raz spojrzała na mnie otępiałym wzrokiem i w końcu zasnęła. Rozpuszczenie w jej kieliszku tabletki nasennej z zawartością GHB podziałało tak samo jak pigułka gwałtu.

Stanąłem nad nią i ostatni raz spojrzałem spode łba, wzrokiem spitego kundla. Chwiejnym krokiem poszedłem do garażu. W głowie miałem jedno działanie, byłem odcięty od jakichkolwiek myśli. Rozłożyłem na podłodze worki na śmieci. Nie wiem co mnie podkusiło, lecz zrobiłem to. Przeniosłem na rękach Monikę i położyłem na stole, który ustawiłem na środku.

Rozebrałem ją do naga, dopijając przy tym resztkę wina. Wziąłem z łazienki narzędzia, które wcześniej schowałem do szuflady. Zapaliłem dużą lampę i stwierdziłem, że zrobię to. Tak – usunę siedmiomiesięczny płód. Bardzo uważałem na zajęciach z embriologii i nawet czytałem materiały dodatkowe. Nie było jakichkolwiek praktyk z tego, ale byłem pewny, że ta wiedza teoretyczna zdziała cuda.

Założyłem swój kitel, wcisnąłem lateksowe rękawiczki i w roztrzęsioną dłoń chwyciłem ostry skalpel. Jego ostrze zabłysło w białym świetle lampy. Podszedłem bliżej przykładając je do brzucha. Chwila zawahania, jakiś cichutki głos w głowie dobijał się, krzyczał „Nie rób tego!” był taki cichy…

Nagle spod ostrza wyciekła kropla ciemnej krwi. Już, zaczęło się. Trochę poniżej pępka, w górę przejechałem skalpelem. Posoka wolno, ale gsto sączyła się z rozciętej skóry. Odłożyłem na chwilę przyrząd do plastikowego pojemnika. Długie rude włosy opadały mi na twarz ograniczając widok. Za pomocą szczypiec szeroko rozwarłem ranę. Już po paru chwilach widziałem łożysko. Delikatnie je naciąłem przytrzymując skórę, gdy nagle drgnęła mi ręka i wbiłem ostrze niebezpiecznie głęboko. Kolana mi się ugięły i padłem na ziemię. Wiłem się jak wąż, złapał mnie silny ból. Z całych sił starałem się opanować. Skurcz ustąpił dopiero po kilku minutach, modliłem się, aby nie było za późno.

Skalpel upadł gdzieś na podłogę. Nagle sobie przypomniałem, że jeszcze przed operacją nie był wysterylizowany… To już i tak nieważne. Podczas zabiegu czułem naprawdę osobliwe zapachy, które mogły wywołać torsję. Wyciągając dygoczącymi rękoma płód z rozciętego łożyska spojrzałem na śpiącą Monikę. Albo to czas stanął w miejscu, albo jej klatka piersiowa przestała się unosić. Znów ogarnęło mnie otępienie. Oczy szczypały, nie wiedziałem co właśnie zrobiłem. Dziwnie nie czułem rąk, może się trzęsły albo właśnie rozluźniły uchwyt upuszczając śliskie dziecko. Kolana zmiękły jak wata, prawie klęknąłem. Promile w mojej głowie tylko pogarszały sprawę. Modliłem się, aby wszystko się dobrze skończyło i ktokolwiek z nas trzech wyszedł z życiem. Chociaż gdybym zabił obydwoje… nie miałbym żadnych przeszkód, żeby skończyć ze sobą.

Spojrzałem na swoje dłonie. Zakrwawione trzymały… martwy płód. Z zadanej skalpelem rany na skroni, cały czas sączyła się krew. Czas znowu zwolnił, wszystko działo się dwa razy wolniej, być może to zjazd po alkoholu. Przeciąłem pępowinę i położyłem dziecko na elektronicznej wadze obok. Ważyło niecałe dwa kilo i nie żyło. Spojrzałem na Monikę – z jej brzucha zwisała sina pępowina. Sprawdziłem jej puls – ustał. Rozryczałem się. To była moja miłość życia, jedyna i niepowtarzalna. Już nigdy nie będzie jak dawniej. Zastanawiałem się, w którym momencie wydała ostatnie tchnienie.

Ciężko szurając nogami odszedłem od stołu. Z trudem łapałem powietrze w płuca. Skuliłem się w zimnym koncie i starałem się wsłuchać w ciszę. Zagłuszał ją przejmujący pisk w głowie, przerywany tykaniem zegara, który odmierzał sekundy. Przed oczami miałem całe życie. To co miało się wydarzyć w przyszłości i to wszystko co zmarnowałem. Pokój zdawał się być coraz ciaśniejszy, o wiele mniej światła docierało do moich opuchniętych oczu. Serce chyba zaczęło pękać z żalu. Było tyle konsekwencji, każda z nich była tą najgorszą. Nie umiałbym spojrzeć w oczy nikomu z rodziny i bliskich. Pomieszczenie stawało się coraz bardziej puste, jakby kolejna osoba z niego odchodziła… Moja dusza przez siedem miesięcy stopniowo zanikała. W tym dniu chyba do reszty ją straciłem. Doszedł mnie rażący trupi odór. Zdałem sobie sprawę, że moja świetlana przyszłość nie straciłaby swojego blasku. Wszystko byłoby trudniejsze, ale nadal możliwe. Właśnie w tym momencie spuściłem ją w ubikacji, aby krętymi kanałami, w końcu trafiła do ścieków. Topiona w syfie i podgryzana przez szczury. Aż w końcu dopłynie i zgnije do końca, wśród innych, podobnych do niej. Ciężko pewnie byłoby taką znaleźć… Ponoć z każdego bagna można wyjść. Wystarczy przepchać cały syf, ale smród nadal pozostanie na tobie. Dla mnie już za późno, bestialsko zabiłem dwie osoby. Na moich dłoniach było coraz więcej gorącej krwi. Powoli i topornie spływało ze mnie wszystko… Jeszcze trochę i to się skończy, tak niewiele już zostało. Już zbliżam się do windy, przede mną długa droga w dół…

Autor: Wolin @ Trzecia strona wyobraźni
http://www.facebook.com/3strona
Źródło: https://www.facebook.com/3strona
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!