Historia

Jestem chory

pariah777 5 7 lat temu 5 382 odsłon Czas czytania: ~7 minut

– Jak ciemna była tamta noc?

Zaskoczony zerknąłem w bok i ujrzałem mężczyznę. Nie wyglądał najlepiej. Ja zresztą też.

– Która noc? – zapytałem, odsuwając się nieco od przybysza.

Spojrzał mi w oczy. Zazwyczaj w takich sytuacjach mówi się, że ktoś kogoś przekłuwa wzrokiem. Nie, on tego nie zrobił. Prędzej mnie nim zmiażdżył, przytłoczył lub osaczył. A to za sprawą dwóch bezczelnie czarnych ślepi.

– Tamta. Kiedy przyszła do ciebie po raz pierwszy – sprecyzował, utrzymując swój beznamiętny ton.

– Chyba równie ciemna co każda inna – odparłem, ponownie odwracając się w stronę morza rozpościerającego się przede mną.

– Nie sądzę. Gdyby każdy mrok był taki sam, przychodziłaby codziennie albo nigdy. Nie, nie, nie... Ona potrzebuje wyjątkowego.

Przeszło mi przez myśl, że rozmawiam z wariatem. I się uśmiechnąłem. Czyżbym sam wcześniej nie oszalał?

– To metafora? – wywnioskowałem, puszczając swoje toki rozumowania zupełnie innymi ścieżkami niż zazwyczaj. – Nie pamiętam już dokładnie, ale zmagałem się z naprawdę ciężkim dniem. Liczyłem, że chociaż sen przyniesie mi ukojenie.

Ciężko westchnął, po czym również zaczął podziwiać roztrzaskujące się o klif fale.

– Jak wielu jeszcze pochłonie? – odezwał się po kilku minutach nieprzerwanej żadnym słowem ciszy.

– Tylu, ilu będzie chciała.

– Nie – zakwestionował moją odpowiedź, uprzednio zastanawiając się chwilę nad nią. – Tylu, ilu jej na to pozwoli.

– Wciąż za wielu – zauważyłem.

– Chciałbym móc ci nie przyznać racji.

Skoczył jako pierwszy. Chwała mu za to. Sam potrzebowałem jeszcze chwili, by po raz kolejny runąć w przepaść i dać się połknąć morskiej toni.

A następnie wstałem, wziąłem szybki prysznic, zmywając z siebie smród potu, oraz zjadłem przygotowane na szybko kanapki. Zakląłem, wychodząc z domu, jak przystało na każdego młodzieńca udającego się do pracy w poniedziałkowy ranek. Jeszcze tylko przetrwać dojazd, osiem godzin roboty i powrót do domu. Niby nie aż tak dużo. Ale co, gdy znów znajdę się zamknięty w swoich czterech ścianach? Na samą myśl o tym mnie mdliło.

„Wstałeś? Wszystko w porządku?”, dostałem esemesa od matki. Odpisałem jej, że tak.

„Dziś?”, od Agaty. Wystukałem „Nie wiem”, co było raczej równoznaczne z „Nie”, i o czym zresztą wiedziała.

Tym razem się jednak nie poddała. Gdy moja zmiana w kinie na kasie dobiegła końca, szybko się przebrałem i zjechałem ruchomymi schodami w dół, do części galerii handlowej zapełnionej sklepami. Chciałem od razu pomknąć ku wyjściu, lecz Agata usiadła na ławce w taki sposób, że po prostu nie mogłem jej zignorować.

– Jak się trzymasz? – zapytała, nie wstając.

– Dobrze. Nie przestałem pracować, jeśli to chciałaś sprawdzić – odparłem złośliwie. Wiedziałem, że przyszła w innym celu.

– Nie masz może ochoty gdzieś iść? – Zignorowała moje zgryźliwe słowa.

– Po co? – odburknąłem.

Wzruszyła ramionami i podniosła się ze swojego siedziska.

– Kiedy ostatni raz byłeś gdzieś z własnej, nieprzymuszonej woli? – ciągnęła swój wywiad.

– Wczoraj. W łóżku.

– A poza domem? – nie dawała za wygraną.

– Daj mi spokój – zirytowałem się w końcu i ruszyłem ku drzwiom obrotowym prowadzącym na zewnątrz.

Nie odstępowała mnie.

– Jak długo zamierzasz tak żyć? – rzucała swymi pytaniami.

– Oby niedługo.

– Nawet nie żartuj o samobójstwie – oburzyła się.

Już się nie odzywałem. Nawet nie słuchałem, co mówiła dalej. Po prostu szedłem na przystanek, jak zawsze. Stamtąd miałem zamiar pojechać czym prędzej do domu i zamknąć jej drzwi przed nosem, jeśli zaszłaby taka potrzeba.

– Potrzebujesz pomocy! – niemal wykrzyczała, przez co przykuła moją uwagę.

– Czyjej?

– Psychologa.

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo nie.

– Powinieneś...

– Wiem, co powinienem, a czego nie – warknąłem.

Wtedy akurat nadjechał mój autobus, za co byłem wdzięczny losowi. Agata, nie ustępując, wsiadła razem ze mną. Pomyślałem, że to jej ostatnia próba. Postawiła wszystko na jedną kartę, nie mogąc wytrzymać ciągłego czekania, i teraz albo jej się nie uda i da mi już spokój na zawsze, albo stanie się cud. Zastanawiałem się, czy ona również zdaje sobie sprawę z tego, że to może być nasza ostatnia rozmowa. Że to koniec. Choć coś we mnie pękło, kazało paść na kolana i ryczeć i prosić ją, żeby została, nie mogłem. Byłem tylko skorupą, niezdolną do stawienia oporu swojemu własnemu, spaczonemu obliczu.

– Razem pójdziemy, poszukamy specjalisty. Mogę pokryć część kosztów – wysnuwała kolejne argumenty.

Milczałem, milczałem, wciąż milczałem.

Aż przekręciłem klucz w drzwiach i odetchnąłem. Nie pamiętałem za wiele z drogi powrotnej, a raczej z jej ostatniej części. Za bardzo utonąłem we własnych myślach, a ciało działało instynktownie, według przyzwyczajenia. Kiedy Agata sobie poszła? Spojrzałem przez judasza i upewniłem się tylko, że nie czeka na klatce schodowej. Sprawdziłem skrzynkę odbiorczą na telefonie. Nic nowego.

Znów się zirytowałem. Dołożyła mi tylko zmartwień, podczas kiedy ja potrzebuję spokoju. Padłem na łóżko, zwinąłem się w kłębek i czekałem. Chciałem wywalić te natrętne oraz niesprawiedliwe myśli nastawiające mnie przeciwko najbliższym. Ale... jakim najbliższym? Kto mi pozostał? Już tylko matka, która i tak woli się trzymać najdalej jak tylko może.

– Ja ci pozostałam – szepnęła czule, wprost do ucha.

Zaciągnąłem się jej ciepłym oddechem i wtuliłem się w nią jeszcze bardziej.

– Na jak długo? – zapytałem, choć bałem się odpowiedzi.

– To zależy od ciebie.

– Co więc mam zrobić?

Wyśliznęła się z moich ramion i wstała, a następnie zgrabnym krokiem podeszła do otwartego okna.

– Co my tutaj w ogóle robimy? – zapytałem. – Mam dość tego mieszkania, nawet w snach.

Stanąłem tuż obok niej. Wyglądała na zamyśloną. W końcu jednak się odezwała.

– To chodźmy stąd – rzekła nieśmiało.

– Dobrze. Zabierz mnie gdziekolwiek.

– Tym razem ty musisz mnie zabrać.

– Jak?

– Przez okno. Już nigdy więcej nie będziemy musieli wracać.

Przełknąłem nerwowo ślinę i wyjrzałem w dół.

– Czy to wciąż tylko sen? – zapytałem.

– Może to nigdy nie był tylko sen – odparła cichutko.

– Nie jesteś prawdziwa – wycedziłem przez zaciśnięte gardło.

– Może jestem...

I pocałowała mnie, dając tym samym najwyższy dowód swojej prawdziwości. Nie potrzebowałem niczego więcej. Usiadłem na parapecie, po czym obróciłem się ku zewnętrznej stronie, pozwalając nogom swobodnie wisieć dziesięć pięter nad ziemią.

– Co będzie później? – Dokładałem wszelkich starań, by nie wykryła strachu ukrytego w moim głosie.

– My będziemy. – Zajęła miejsce tuż obok mnie.

– Umrę... – szepnąłem, chcąc i nie chcąc jednocześnie, by ona to usłyszała.

– Albo ożyjesz – odpowiedziała nie głośniej.

Spojrzałem na miasto. Wieczór przeradzał się powoli w noc. Tu i ówdzie ktoś szybkim i nerwowym krokiem przemierzał uliczki, ktoś inny pędził autem do domu. Byli i tacy, co wędrowali bez celu, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie. Z tego grona osób tylko ci ostatni mogli jakimś cudem skierować wzrok właśnie w stronę mojego okna i dojrzeć w nim mnie. Ale musiałby się zdarzyć cud, bo kto normalny patrzy, co się dzieje na parapetach na dziesiątym piętrze?

– Nie odchodź.

Od razu spojrzałem przez ramię, nie mogąc uwierzyć w to, co podpowiada mi słuch. Agata stała w pokoju, tuż przy łóżku. Była przerażona i roztrzęsiona. Widziałem, jak pragnie zrobić krok naprzód, lecz boi się. Nie wiem, czego. Być może nadal rozpamiętywała swoją dzisiejszą porażkę, przez co wolała nie spieprzyć sprawy po raz kolejny.

– Nie jest prawdziwa. Udaje – zawyrokowała dziewczyna. – Stanowi tylko wytwór twojego pełnego obaw umysłu.

Agata nie reagowała ani na jej słowa, ani na jej obecność. Jakby obie były z dwóch różnych światów.

– Zejdź. Proszę...

Oczy miała pełne łez. Nie mogłem na to patrzeć. Krzywdzenie kogokolwiek było ostatnią rzeczą, jakiej chciałem. Obróciłem się przodem do wnętrza i zeskoczyłem z parapetu.

– Jeśli teraz się wycofasz, już nigdy nie będziesz mógł wrócić... Nie idź do niej, ona nie istnieje... – powiedziała dziewczyna.

Ta również płakała. Wiedziałem, że gdy się odwrócę, nie dam rady wrócić do Agaty. Dlatego ruszyłem do przodu, nie zważając na słowa dobiegające od strony okna.

– Chodź tu – wykrztusiła wreszcie moja przyjaciółka i objęła mnie.

– Popełniasz błąd... – syknęła dziewczyna ze snów.

Siedzieliśmy z Agatą do późna i rozmawialiśmy. Mówiłem jej o swojej chorobie. O tym, że nie ruszam się z łóżka i tylko jakimś cudem udaje mi się wyrwać do pracy. Ona słuchała, przytulała mnie, kiedy tego potrzebowałem albo powtarzała, iż damy radę wyjść z tego bagna. Potem, zmęczeni, położyliśmy się spać. Nie mogłem z początku zasnąć, bo bałem się ponownego pomieszania jawy ze snem, ale obecność Agaty uspokoiła ten lęk. Wreszcie zamknąłem oczy.

A gdy je otworzyłem, byłem sam. Chciałem wymiotować, uciekać od syfu panującego w mieszkaniu, od smrodu własnego ciała. Ledwie mogłem poruszyć nogą. Ktoś z łatwością mógłby mi wmówić wtedy, że zostałem sparaliżowany. Nie było jednak nikogo, kto rzekłby cokolwiek. Sam musiałem znaleźć siłę, by się podnieść i odkryć prawdę. Zrobić małe dochodzenie.

I oto kilka rzeczy, które ustaliłem. Wylali mnie z pracy. Dwa i pół tygodnia temu. Agata nie odzywała się do mnie od miesiąca. A matka umarła. Już dawno. Sam byłem na jej pogrzebie. Nie wiem, czemu się pojawiły w tym wszystkim jej esemesy do mnie. Ale mniejsza z tym. Jadłem stare żarcie, choć bardzo mało. Gniłem w łóżku, prawie wcale się nie ruszając. To cud, że od czasu do czasu chodziłem do toalety. Gdybym się nie ocknął, umarłbym chyba i nikt nawet by się nie zorientował.

Teraz poszukuję pomocy. Pomyślałem, że podzielenie się tą historią to dobry pomysł. Nie wiem.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Równie prawdziwy jest mój nowy profil autorski! Zapraszam – Szymon Sentkowski ;)
Odpowiedz
Takie prawdziwe
Odpowiedz
Takie trochę do przewidzenia D:
Odpowiedz
Tym razem nikt nie napisze, że przewidywalne
Odpowiedz
O kurde...
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje