Historia

Wagary - prequel

niebiesky 17 5 lat temu 10 218 odsłon Czas czytania: ~18 minut

To jest prequel do serii "Wagary".

  

Część pierwsza: http://straszne-historie.pl/story/8513-wagary

 

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/9328-wagary_cz_ii

 

Część trzecia: http://straszne-historie.pl/story/11337-Wagary-cz-III

 

__________

Wojciech przez małe okienko swego klasztornego pokoju obserwował zachód słońca.

Powszechnie głoszona opinia mówiła o przewadze wschodu słońca nad jego zachodem.

Wojciech należał jednak do tego mniejszego liczebnie grona zwolenników pasjonowania się końcem wędrówki rozżarzonej gwiazdy po nieboskłonie.

- Nie ma końca, nie ma początku – twierdził – jest tylko cykliczność. Konsekwentna, nieubłagana cykliczność – powtarzał w myślach.

Dzisiejszego dnia po raz kolejny w tym tygodniu, odmówił udziału w wieczornej trzygodzinnej kontemplacji. Zważywszy jednak na jego stopień wtajemniczenia jak i doświadczenie, miał do tego jak najbardziej prawo.

Jakiś dziwny, niespotykany nigdy wcześniej rodzaj niepokoju, trawił jego umysł, nie pozwalając zaznać tak niezbędnego spokoju, ciszy, harmonii i równowagi, bez których nie ma mowy o kontemplowaniu i medytacji.

Problemem pojawił się dwa dni temu.

Przybył pod postacią Chrześcijańskiego Duchownego, każącego wszystkim mnichom przyjąć chrzest i podporządkować się wytycznym Kościoła Chrześcijańskiego.

Wojciech, tak samo jak piętnastu pozostałych mnichów, absolutnie nie chciał o tym słyszeć.

Ich wiara w Boską Moc Natury, absolutnie nie szła w parze z wytycznymi Rzymskich Kościelnych Hierarchów.

Główną przyczyną sporu, byli księża zamieszkujący oddalony o godzinę pieszej drogi, opływający luksusem i przepychem kościół.

To oni wystosowali do Papieża bullę, w której powoływali się na odprawianie czarnych mszy ku czci szatana, jak również nawoływanie przez zakon Wojciecha do obalenia głoszonych przez kościół chrześcijański, jak to określili „Niepodważalnych Prawd Wiary”.

Oczywiście nic takiego nie miało miejsca.

Wojciech jak i wszyscy zamieszkujący skromny klasztor mnisi, nigdy, w przeciwieństwie do chrześcijańskich księży, nie wypowiedzieli się o nich źle.

Nie interesowały ich spory. Czcili siłę Natury, jak i Kosmiczną Moc, napędzającą cykliczność życia, pór roku jak i wszystkiego co jest w tym ziemskim świecie obecne.

Żyli tylko i wyłącznie z darów ludności zamieszkującej oddaloną o nieco ponad trzydzieści minut pieszej drogi, wioskę.

W zamian za pomoc w pracach, jak i rozwiązywaniu sporów, kłótni, problemów jak i głoszeniu harmonii z naturą, otrzymywali dary pod postacią pożywienia.

Nigdy nie przyjmowali datków materialnych. Nie było to ich celem. Mało tego, taka postawa stała w opozycji do głoszonej przez nich ideologii.

Trudno powiedzieć, dlaczego Kościelni Duchowni, zaczęli najpierw atakować ich słownie, w niedługim zaś czasie wygłaszać jawne oszczerstwa pod ich adresem.

Nie było jednak wyjścia jak wystosowanie odpowiedzi, w której należało ustosunkować się do przedstawianych przez Watykan zarzutów, przedstawić swoje racje i raz na zawsze zażegnać wszelkie spory i niesnadzki, z których tak naprawdę nic dobrego dla pobliskiej ludności nie wynikało.

Jutrzejsza, mająca odbyć się o godzinie dwunastej w południe Rada Klasztoru, miała ustalić treść stosownej odpowiedzi.

Wojciech zaczekał aż Słońce ostatecznie zniknie, za horyzontem, uprowadzając w ślad za sobą najmniejszy choćby blask światła.

Gdy położył się na swym materacu, cała okolica pogrążona była w mroku.

Pierwsze promienie wschodzącego słońca muskały swym przyjemnym, ciepłym, a zarazem delikatnym światłem ściany wschodniej części klasztoru, wdzierając się jednocześnie w okienka izb mieszkalnych.

Punkt godzina piąta trzydzieści, wszyscy mnisi, udali się na poranną dwugodzinną kontemplację.

Medytacja dawała im natchnienie na dalszą część dnia.

Wszyscy zbierali się w sali głównej, ozdobionej w duży witraż przedstawiający cztery strony świata, cztery pory roku, cztery żywioły.

Czyli całą harmonię otaczającego świata.

Wszechobecna cisza zakłócana była jedynie przez zamieszkałą w pobliżu klasztoru leśną zwierzynę.

Raz na jakiś czas dawała o sobie znać kukułka, kilka szybujących tuż nad budynkiem jaskółek, para porozumiewających się skowronków, lub uparcie stukający w leśny pień dzięcioł.

Wszystkie z tych odgłosów pochodziły od żyjących, tak jak oni w zupełnej harmonii z Matką Naturą stworzeń.

Zaraz po porannej medytacji, miał miejsce pierwszy dzisiejszego dnia posiłek.

Spożywany w ciszy i z pełnym namaszczeniem, należał do skromnych.

Do godziny dwunastej, każdy mógł się poświęcić zajęciom we własnym zakresie.

Godzinę rozpoczęcia rady znamionowało trzykrotne uderzenie w znajdujący się na zewnątrz, dokładnie przed wejściem do klasztoru, dzwon.

O godzinie dwunastej jeden, jako pierwszy głos zabrał Wojciech.

- Zebraliśmy się, aby wspólnie ustalić stanowisko naszego zgromadzenia, względem przedstawionych przez Watykan zarzutów o czczenie tylko im znanych sił ciemności, czarną magię i wchodzenie w konszachty z diabłem. Jako jedne, jedyne słuszne wyjście, przedstawili przyjęcie chrztu i dołączenie do ich religii, a tym samym wyznanie ich „Prawd Wiary”. Moi drodzy towarzysze, ciekaw jestem waszego zdania w tym temacie.

Jako pierwszy zabrał głos Lucjan.

- Tak naprawdę chodzi im o podporządkowanie się ich hierarchii, w której chodzi o odprowadzania corocznych składek do Watykanu. To nie ma nic wspólnego z szerzeniem harmonii i tak bliskiej nam równowagi.

- To prawda – wtrącił się Franciszek – U nas nie ma podziału na, tak charakterystycznych dla nich, bogatych i biednych. Czego przykładem jest handlowaniem odpustami. Mającymi zapewnić wstąpienie do Raju. To karygodne.

- Oni dla pieniędzy zrobią wszystko! Ostatnio nawet zaczęli czcić zabronione do tej pory obrazy i rzeźby Świętych – zabrał głos kolejny z członków zgromadzenia.

- No i kwestia niepokalanego poczęcia, jak i Bożego Ciała. Różni nas wszystko, Nasze priorytety odbiegają od ich w każdej kwestii. Nie widzę możliwości dołączenia do nich – powiedział mnich siedzący w ostatniej ławie.

Wszyscy pozostali zgodnie pokiwali głowami. Chwilę później po sali przebiegła fala szeptów.

Wojciech zastanawiał się, wpatrując się przy tym w duży przedstawiający ogromne drzewo i stojącego obok niego, małego człowieka, obraz.

Dzieło miało ukazywać siłę natury i małość człowieka, któremu z każdą kolejną wiosną, wydawało się, że jest panem świata, mogącym bez konsekwencji robić co i jak mu się podoba.

- Towarzysze – przemówił w końcu – Moje zdanie jest zbieżne z waszym. Nie możemy dać narzucić sobie rzeczy i interpretacji otaczającej nas rzeczywistości w sposób zupełnie odbiegający od wyznawanej przez nas ideologii. Przez przeszło tysiąc lat nasi poprzednicy szerzyli wiarę w harmonię i równowagę z siłami Natury. Czynili to wszystko nie po to, byśmy zaprzepaścili w duchu strachu i lęku ich dziedzictwo. To my potrafimy pomóc dającej w ogromnych bólach nowe życie, kobiecie. To my potrafimy ukoić przerażonego umierającego, dając mu cykliczny spokój ducha, to w końcu my pomagamy ludziom w trudach dnia codziennego, nie oczekując w zamian dukatów, uniżenia, wdzięczności. To dla nas praca i pomoc jest czymś normalnym, oraz nie stanowi, jak to twierdzą Chrześcijańscy Duchowni „skalania się fizyczną pracą”. Masz racją Franciszku. Ty, jako jeden jedyny, poświęcasz każdą wolną chwilę na studiowanie "Pisma Świętego”, zapoznając się przy tym z jego treścią dużo lepiej niż większość ich duchownych, uzurpujących sobie prawo do bezdusznego egzekwowania w ich interpretacji, zawartych w nim prawd. To ty, jako jedyny Lucjanie, możesz wypowiedzieć się na temat prowadzonej przez nich polityki. Podczas licznie odbytych rozmów z wędrowcami, słyszałeś zapewne więcej na ten temat niż wszyscy my razem wzięci. Dlatego podejmuję decyzję, by bezwzględnie odmówić wstąpienia do ich wspólnoty i w jakimkolwiek stopniu identyfikowania się z ich interpretacją „Prawd Wiary”. Zanim jednak wszystkie nasze ustalenia spiszę i zapieczętuję, chciałbym, aby głos w tej sprawie zabrał najstarszy z nas.

Wszyscy zgodnie spojrzeli w stronę siedzącego w prawym rogu pomieszczenia, starego, bo liczącego sobie równo sto lat, mnicha o imieniu Bolesław.

Ten podnosząc głowę, szybkim ruchem zdjął skrywający twarz kaptur.

Oczu wszystkich ukazało się oblicze, na pierwszy rzut oka sugerujące wiek nie większy niż jedna czwarta wspomnianego sędziwego wieku. Mężczyzna wstał, szybkim, zdecydowanym krokiem podchodząc do Wojciecha.

- To będzie nasz koniec! – przemówił – Wyrżną nas w pień! Bez zmrużenia oka. Tacy są i taka jest ich interpretacja „Pisma Świętego”. Wszystkie wymienione przez każdego z was zarzuty pod ich adresem są prawdą. Nieprawdą natomiast są wszystkie ich zarzuty skierowane pod naszym adresem. Rozmawiałem z wieloma dziewkami towarzyszącymi podczas upojnych nocy, poszczególnym członkom zarówno Świętej Inkwizycji jak i ich duchownym, nazywanych górnolotnie Duszpasterzami. Dziwne, ale po każdej spędzonej z którymkolwiek z nich nocy, następnego dnia posądzane były o czczenie szatana, szybko osądzane i palone na stosie. Przyłapane na sabacie czarownic kobiety, tak naprawdę uczestniczyły w orgii z ich udziałem. Musieli je zabić, aby pozbyć się świadków swych słabych, zakłamanych, ludzkich dusz.

- Przepraszam Bolesławie za… - niepewnym głosem odezwał się Antoni.

- Dociekliwość? – zapytał Bolesław.

- Tak właśnie, dociekliwość, ale skoro one były następnego dnia zabijane skąd…

Mężczyzna nie zdążył dokończyć, gdyż dokończenie zdania uniemożliwił mu śmiech mnicha.

- Skąd mogę o tym wszystkim wiedzieć? – zapytał, kończąc w ten sposób pytanie przedmówcy.

Po Sali przebiegł szmer.

- Mam swoje sposoby. Ponadto zarówno dla mnie jak również każdego z was, nie jest obca cielesność kobiety. Uwielbiam ich szept, jęk, dotyk, przyspieszony oddech. Przecież to sama natura dała nam możliwość współżycia. Zresztą nie tylko nam, bo i wszystkim zwierzętom, ptakom. Różnica jest taka, że oni mimo iż to robią, uważają to za coś złego, wmawiając wszystkim dookoła, iż to dzieło szatana i słabość wywołana jego kuszeniem. Dziwne, ponieważ gdyby nie ta słabość nie było by ich na tym świecie. To kolejna z głoszonych sprzeczności. Oni nie wiedzą, co to uszanowanie odmienności i pokój. Muszą walczyć i wszystkich sobie podporządkowywać. Jeżeli sprzeciwimy się ich woli, zginiemy, jeżeli przystąpimy do nich, będziemy w nie mniejszym stopniu zakłamani. Popieram was moi bracia, ale musimy mieć świadomość następstw naszych kroków.

Po Sali znów przebiegł szmer. Twarze większości mnichów wyrażały jednak słuszność podjętej decyzji. Pozostali, mimo, że nie chcieli śmierci, byli w stanie pogodzić się z nią.

Wojciech spuścił głowę.

- Towarzysze, w tej chwili mamy jasność sytuacji. Wiemy jak to się dla nas skończy. Lecz mimo wszystko ja w dalszym ciągu odrzucam ich propozycję. Jakie jest wasze zdanie.

Każdy z mnichów po kolei skinął głową na znak zgody.

Jeszcze tego samego wieczora, sporządzone zostało pismo, w sposób zdecydowany odrzucający możliwość przystąpienia do Chrztu, oraz do wspólnoty Kościoła Katolickiego.

Następnego dnia, jeden z mnichów wyznaczony został, aby dostarczyć do Watykanu sporządzoną odpowiedź.

Do końca dnia żaden z mnichów nie opuścił mieszczącego się w leśnej głuszy klasztoru.

Podczas wieczornej medytacji każdy z braci przeżywał błogostan, utwierdzający ich w słuszności podjętej decyzji.

Jedynie Bolesław nie mógł powstrzymać łez. Były to jednak łzy wywołane ubolewaniem nad całą rasą ludzką, a dokładnie nad jej losem.

Kolejne dni mijały w tak charakterystyczny dla zakonników sposób. Poranna medytacja, posiłek i wyruszenie do wioski, mające na celu pomoc jej mieszkańcom.

Miejscowa ludność bardzo ceniła sobie pomoc mnichów.

Odwdzięczali się im na miarę swoich możliwości jak tylko mogli. Głównie dzieląc się z nimi posiadanymi warzywami i owocami.

Trzy dni po tym jak zaczęły opadać liście z drzew, znamionując w ten sposób zbliżającą się dużymi krokami jesień, wieczorną kontemplację mnichów, przerwał niesamowity gwar dochodzący z zewnątrz budynku.

Piękny witraż zaczął rozbłyskać dziesiątkami czerwono żółtych promieni, którego źródłem były pochodnie. Towarzyszyły temu krzyki i mnóstwo wypowiadanych bluźnierstw.

Każdy z piętnastu zebranych w Sali głównej mnichów, wyrwany z kontemplacji, skierował wzrok w stronę witraża.

Minutę później dało się słyszeć walenie w drzwi wejściowe.

Przez jedno z wybitych okien, do wnętrza klasztoru wpadł najpierw kamień, następnie pochodnia.

Mnisi nie zamierzali walczyć. Wszyscy pozostali w sali głównej czekając na to, co ma nastąpić, a co było niestety nieuniknione.

Masywne drzwi wejściowe, pod naporem tarana, musiały w końcu skapitulować.

Do środka klasztoru z widłami, postawionymi na sztorc kosami, wtargnęło kilku doskonale znanych każdemu z mnichów, miejscowych chłopów.

- Tam są! Tam są wszyscy! – zaczął krzyczeć jeden z nich, wskazując miejsce wieczornej medytacji.

Kilka sekund później, pomieszczenie wypełnione zostało agresywnie nastawionymi mieszkańcami pobliskiej wioski.

Był wśród nich syn młynarza. Ten sam, któremu Wojciech z Bernardem pomogli tydzień temu naprawić zniszczone przez burzę dwa skrzydła młyna. Był cieśla, wraz ze swymi trzema synami. Dziarsko prężył pierś kowal, karczmarz, jak i posiadający największą gospodarkę Witold, zwany z racji swych gabarytów „Wielkim”.

Wszyscy oni jeszcze tego samego dnia, wymieniali z każdym z mnichów uściski, wychwalając przy tym ich umiejętności i wiedzę z zakresu działania, a tym samym naprawy wielu urządzeń dostarczających im wielu zmartwień i kłopotów.

Otoczeni mnisi odważnie zaglądali każdemu z przybyłych w oczy. Większość unikała tego przenikliwego, docierającego do najbardziej skrywanych zakamarków ich dusz, spojrzenia. Byli jednak i tacy, którzy odważyli się nawet splunąć w ich stronę.

Nagle próg klasztoru przekroczyło czterech okutych w zbroję mężczyzn. Zaraz za nimi weszło kilkunastu ubranych w lżejszy rodzaj zbroi żołnierzy, oraz czterech księży.

Chłopi rozstąpili się, pozwalając nowo przybyłym stanąć w centralnym miejscu pomieszczenia.

Przy pomocy kuksańców i poszturchiwań, wszyscy mnisi zostali ściśnięci w prawym rogu sali, tuż przy obrazie o bogatej symbolice wyrażającej między innymi siły oraz potęgę, żywiołu wiatru i wody.

- To oni? – zapytał jeden z okutych w jak się okazało złotą zbroję mężczyzn.

- Tak, to ci czarnoksiężnicy – odpowiedział przy aprobującym machaniu głowami pozostałych, jeden z księży.

- A więc to są te szatańskie pomioty, które ważą się nakładać klątwy na najwyższych boskich hierarchów!

Wojciech zdążył wypowiedzieć jedynie trzy słowa, mianowicie – To jakieś nieporozumienie… - po czym został bardzo mocnym uderzeniem w twarz przewrócony na kamienną podłogę.

- Milcz psie. Tacy jak wy nie mają prawa głosu! – grzmiącym głosem przemówił stojący po prawicy okutego w złoto rycerza jego towarzysz.

- Przez nich przemawia sam diabeł. Będą się wszystkiego wypierać to oczywiste!

- Tak jak diabeł, będą kusić mówiąc to, co chcemy usłyszeć!

- Trzeba ich zabić, aby wszystkie zamieszkujące okolicę demony wiedziały, że tu nie ma dla nich miejsca!

Każdy z księży, jeden przez drugiego prześcigali się w wymyślaniu niesamowitych zarzutów pod adresem mieszkańców klasztoru.

Zebrani w milczeniu wpatrywali się w posądzonych o czarna magię duchownych. Doskonale ich przecież znali, wiele przy tym zawdzięczając.

- Na stos ich!

- Spalić żywcem!

- Przybić do drzew! – podjudzali księża.

Nagle wszystkie odgłosy towarzyszące nagłemu wtargnięciu do klasztoru obcych, zagłuszone zostały śmiechem. Owy zagłuszający, a zarazem absorbujący uwagę wszystkich szaleńczy rodzaj śmiechu, dobywał się z wąskiego przejścia oddzielającego komnatę główną od sąsiadującego z nią małego pomieszczenia.

Wszyscy, niczym na umówiony sygnał zwrócili głowy w stronę ciemnego przejścia, starając się w nim dostrzec tego, który ważył się śmiać w obliczu zbliżającej się, reprezentowanych przez watykańskich dostojników, śmierci.

Z czasem śmiech zastąpiony został rytmicznym klaskaniem w dłonie.

- Brawo! Brawo! - powiedziała wyłaniająca się z mroku postać - Jak prosto jest wydać wyrok śmierci na kogoś, kogo tak naprawdę się nie zna – kontynuował - Najłatwiej jest podporządkowywać sobie wszystkich lękiem, grozą. A jak to nie zda egzaminu, uciec się do wyroku śmierci. Tak naprawdę, potraficie szerzyć dookoła wyłącznie strach i śmierć. Nie potraficie powiedzieć niczego sensownego. Zresztą, po co? Skoro łatwiej uciec się do przemocy.

- Milcz pogański psie! – wykrzyczał jeden z rycerzy, skinieniem dłoni nakazując najbliżej stojącym swym przybocznym żołnierzom, pojmanie powoli wyłaniającego się z klasztornego mroku mnicha.

Ci natychmiast ruszyli, starając się otoczyć zakapturzoną postać. Ten jednak w mgnieniu oka wyjął miecz, następnie równie szybkimi co wprawnymi ruchami, odciął każdemu ze zbliżających się do niego pewnym krokiem ludzi, głowę.

Te poturlały się wprost pod nogi cieśli, młynarza i jednego z jego synów.

Wieśniacy z wyraźnie wymalowanym przerażeniem na twarzy odskoczyli.

- Dość waszych szatańskich fanaberii – przemówił nowo przybyły – To wy jesteście synami zła. To przez was przemawia ten, który wiedzie ludzkie dusze na pokuszenie i ostateczne zatracenie.

- Jak śmiesz! – wykrzyczał jeden z rycerzy.

- Śmiem, bo taka jest prawda. Już dość zła, cierpienia, bólu i żałoby zesłała wasza wiara na miejscową ludność. Czy którykolwiek z tych aroganckich nikczemników – wypowiadając te słowa mnich patrzył na miejscowych, wskazując równocześnie ręką stojących niemalże w jednym rzędzie rycerzy i księży – Pomógł któremukolwiek z was w rozwiązaniu jakiegokolwiek, jak to oni nazywają, doczesnego problemu!?

Odpowiedziała mu jednak cisza.

- No właśnie. Tak jak myślałem. A czy ty cieślo i młynarzu zgadzacie się z osądem dwóch przyjaciółek swoich córek o rzekomą czarną magię? Przeto gdyby Marianna i Zofia czciły siły zła, musiałyby to robić wspólnie z waszymi córami! Doskonale wszyscy wiemy, że dziewczęta spędzały ze sobą każdą wolną chwilę. Nie musicie odpowiadać! Wiem, iż nie zgadzaliście i nie zgadzacie się z wyrokiem inkwizycji. Możecie ukrywać to przed ludźmi z zewnątrz, lecz nie ukryjecie tego przede mną. Doskonale wiem jak drżeliście by waszych pociech, a tym samym was, nie spotkał podobny los, co tych boga ducha winnych ludzi. Przybicie do drzewa, lub spalenie żywcem. Tak! Właśnie tak odpłacono niewinnym ludziom za chwilę swej, powtarzam swej, a nie ich słabości i podstępne zwabienie dziewcząt do klasztoru w celu zaspokojenia swych cielesnych uciech. To ślepy los, tylko i wyłącznie ślepy los, spowodował, że wasze córki tam nie poszły. W przeciwnym razie podzielilibyście los tych nieszczęśników. Umierających w męczarniach z piętnem czcicieli księcia ciemności.

Wszyscy słuchali każdego z wypowiadanych słów oniemiali. Dotyczyło to w równym stopniu mieszkańców wioski, co i rycerzy. Najbardziej przerażający był jednak niesamowicie pewny siebie ton, każdego z wypowiedzianych słów.

- Natychmiast pojmać to nasienie zła! – wykrzyczał okuty w złotą zbroję mężczyzna.

Ośmiu żołnierzy niepewnym krokiem ruszyło w stronę mnicha. Ten jednak wziąwszy zamach, cisnął trzymanym mieczem w stronę wydającego rozkaz rycerza.

Miecz wiedziony nie tyle magiczną, natchnioną, co wprawną siłą, pokonał kilkunastometrową odległość, kończąc swój lot w jeden z oczodołów rycerza.

Na twarzach trzech pozostałych jego kompanów, zagościł lęk. Mężczyźni po raz pierwszy w swojej kilkunastoletniej karierze Świętych Inkwizytorów, poczuli przerażenie. Tak doskonale do tej pory znane tylko ofiarom ich bezdusznych osądów, oraz niezwłocznie wymierzanym karom śmierci.

Na towarzyszących inkwizytorom żołnierzy, ruszyło kilkunastu miejscowych.

Ostrza ich kos znalazły bezpieczne, schronienia, w piersiach żołnierzy.

To nie była walka. To, co się wydarzyło, bardziej przypominało egzekucję. Każdy z żołnierzy z przerażeniem w oczach wodził zdumionym wzrokiem to na mieniącego się fioletowymi kolorami, stojącego przed nimi dumnego mnicha, to na przeszywające ich pierś ostrze.

W ostatecznym rozrachunku każdy z nich padł najpierw na kolana, następnie zaś z głową opadłą na pierś, umierał.

Widok był o tyle dziwny, że każdy z nich kończył swój ziemski żywot w identyczny sposób.

Wojciech, wraz z czternastoma swymi braćmi, z niedowierzaniem patrzył na następujący po sobie bieg wydarzeń. Do tej pory widok umierającego człowieka, był mu znany tylko i wyłącznie na podstawie końca jego ziemskiej egzystencji. Filozofia, jak i postępowanie reprezentowanego przez niego zakonu, w żaden sposób nie usprawiedliwiało przemocy.

Nie istniało w jego filozofii życiowej stwierdzenie „Cel uświęca środki”, „Po trupach do celu”, bądź „Śmieć w imię wyższego dobra”.

Tymczasem postawa najstarszego z członków zakonu, przerażała go.

Mimo to, on także widział swego brata w wyraźnie bijących od niego fioletowych barwach.

Bolesław jawił mu się w tej chwili jako ktoś z wnętrza kogo bije siła, moc i niezachwiana pewność siebie.

Najstarszy członek zakonu wyglądał niczym żywcem wyjęty Święty z któregoś z wielu obrazów Giotta ukazujących liczne wniebowstąpienia, zwiastowania bądź błogosławieństwa.

Tymczasem Bolesław pewnym krokiem, zbliżył się do okutych w zbroje rycerzy, otoczonych przez patrzącą na nich z zawiścią, kilkunasto osobową grupę miejscowych.

Ich pewność siebie przysnęła już kilka minut temu, lecz mimo to próbowali się odgrażać:

- Nie ujdzie wam to płazem!

- Święta Inkwizycja zabije was, co do jednego!

Krzyczeli jeden przez drugiego. Obok nich, stali natomiast przerażeni księża.

- Próżne wasze krzyki i groźby. Decyzja już zapadła. Nikt tu nie potrzebuje waszych rządów zła, nienawiści, bezwzględności i wyzysku! – powiedział dźwięcznym głosem mnich.

- Nie! Nie jesteście w stanie nas zabić! Jeżeli podniesiecie rękę na…

Nie zdołał dokończyć, gdyż przerwał mu Bolesław.

- To co!? Obłożycie nas klątwą. A co z tak popularnym miłosierdziem? Wybaczeniem za grzechy? Jakiekolwiek zło, które sprowadzicie na mieszkańców wioski, ich dzieci, wnuków, lub prawnuków, będzie świadectwem czyimi dziećmi jesteście i kogo tak naprawdę reprezentujecie!

Po raz kolejny zapadła cisza, podczas której Bolesław przez nikogo niepowstrzymywany, podchodził kolejno do każdego z rycerzy i szybkim, wprawnym ruchem podrzynał mu gardło. To samo uczynił z towarzyszącymi im Księżmi.

Na koniec zwrócił się zarówno do swoich braci, jak i zgromadzonych mieszkańców.

- Bracia, oczywistą rzeczą jest, że te szatańskie pomioty nie darują nam. Przyślą tu swoje piekielne zastępy, by zaprowadzić w swoim rozumieniu ład i porządek. Tak czynią bez najmniejszego wyjątku za każdym razem. Nie mamy więc wyjścia innego jak przebranie ich w nasze szaty, dokonanie na ich zwłokach egzekucji zgodnej z zasadami ich inkwizycji, spalenie naszego klasztoru i zamieszkanie z wami pod waszymi strzechami. Oczywiście będą dociekać przebiegu pamiętnych wydarzeń dzisiejszego dnia, lecz nasza wersja musi być zgodna, jasna i wiarygodna.

Wszyscy słuchali słów mnicha w skupieniu, dogłębnie je zapamiętując.

Na potwierdzenie zgodności, każdy ze zgromadzonych pokiwał kilkukrotnie głową.

- Jest jeszcze jedna kwestia!

- Mów! – odezwał się piekarz.

- Pozostali przy życiu księża. Oni nas znają i gotowi wskazać nas, jako czcicieli czarnej magii. W tej chwili jesteśmy wspólnotą. Jaki los zgotują nam, taki los zgotują także wam.

- Co radzisz? – z przejętą miną, zabrał głos cieśla.

- Zabicie także ich. Piętnastu z nich przebierzemy w nasze szaty, klasztor spalimy, a gdy przyjedzie kolejna powołana przez czcicieli zła „Inkwizycja” będziemy zgodni, co do faktu wymordowania mnichów, spalenia ich zakonu, a następnie klątwy, która dosięgnęła Inkwizytorów.

- A więc uczyńmy to! Pozbądźmy się tych… - prowadzącemu gospodę Albertowi, zabrakło odpowiedniego słowa.

- Pierwszych – dokończył za niego Wojciech – pierwszych, którzy uważają się za lepszych za nietykalnych, za panów życia i śmierci. Zakończmy to.

Nie tracąc cennego czasu, wszyscy zgodnie udali się w stronę oddalonej o niespełna godzinę pokonywanej piechotą drogi, chrześcijańskiej świątyni.

Tam Bolesław, przy wsparciu trzech mieszkańców wioski, pozbawił życia, niczego niepodejrzewających duszpasterzy.

Godzinę później, gdy piętnastu przybyłych żołnierzy w tym czterech dumnych, wyniosłych rycerzy, przebranych i gotowych już było do egzekucji, zgodnej z zasadami inkwizycji, a polegającej na przybiciu ciała każdego z nich do pnia drzewa, jeden z nich odzyskawszy przytomność, spojrzał na tłum ludzi.

Jeszcze dwie godziny temu, był pewien niczym nieskrępowanej władzy nad nimi. Teraz jednak sytuacja diametralnie zmieniła się i na własne nieszczęście, przyszło mu poczuć uczucie, którym tak konsekwentnie wypełniał serca ofiar swych osądów.

Zmęczonym, zbolałym, półprzytomnym wzrokiem, spojrzał najpierw w stronę palącego się klasztornego budynku, następnie w stronę, tak jak on, przytwierdzonych do drzew swoich towarzyszy.

Nagle wiatr zmienił kierunek i do tej pory gnany mocnymi jego powiewami w zachodnią stronę dym, zaczął osaczać najbliższą okolicę, znacznie przy tym ograniczając widoczność.

Gryzący dym doprowadził konającego do obfitego łzawienia - Przeklinam was – wyszeptał pełen nienawiści – Przeklinam was i to miejsce po wsze czasy. Nigdy, przenigdy nie zaznacie spokoju. Powołuje się na swego Pana. Nigdy przenigdy nie zaznacie spokoju. Przeklinam wasze pra, pra wnuki. Będą za was cierpieć. Będą za was cierpieć.

Nie sposób było usłyszeć szeptu umierającego. On za to doskonale słyszał latające kilka metrów nad głową, szykujące się do mającej niedługo rozpocząć się uczty, podniebne ptactwo.

- Przeklinam, przeklinam, przeklinam…

Plan Bolesława sprawdził się w stu procentach. Miejscowi podczas wizyty kolejnej „Świętej Inkwizycji”, zgodnie potwierdzili wersję Bolesława.

- Teraz jesteśmy pewni! To były siły księcia ciemności!

- Tak! To były demony w ludzkiej skórze!

Twierdzili nowo przybyli, okuci w złote zbroje inkwizytorzy.

Ich wizyta nie trwała długo. Jeszcze tego samego dnia, po obsadzeniu zdewastowanego kościoła, pięcioma księżmi, ruszyli w drogę powrotną.

Nowi duszpasterze od samego początku nie cieszyli się przychylnością miejscowych. Traktowani byli z dystansem oraz rezerwą.

Do czasu śmierci ostatniego ze świadków pamiętnej egzekucji Inkwizytorów, nikt ani nic nie zakłócało spokoju mieszkańców zarówno pobliskiej wioski, jak i tworzących się w pobliżu osad.

Powyższy stan rzeczy utrzymywał się jeszcze przez kilka najbliższych stuleci.

Sytuacja uległa zmianie nagle, w 1944r. Było to dwa miesiące po powołaniu do życia Volkssturmu, Rzesza panicznie bała się przekraczającej granicę, Armii Czerwonej. Żołnierze Wermachtu nakazali miejscowej ludności budować linię umocnień w wielu częściach miasta, w tym, w rejonie lasu na wzgórzu.

Niezbędnym okazała się wycinka kilku drzew, w tym tego, u którego pnia skończył ziemską egzystencję wypowiadający klątwę rycerz.

Tego pamiętnego dnia, klątwa zaczęła po raz pierwszy zbierać swoje żniwo.

Historia zatoczyła koło.

Uśpione demony zapragnęły krwawej ofiary. Koniecznie z ludzkiej krwi.

__________

Serdeczne podziękowania dla Gabriela Gruli, który przyczynił się do powstania prequelu.

Autorzy: Jakub Wolnik i Gabriel Grula.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Czyli to duchy mnichów czy rycerzy i księży?
Odpowiedz
Cała seria super, jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza pod względem fabuły. Tylko szkoda że nie dowiedziałam się dlaczego w trzeciej części występowało powtarzające się polecenie "zostaw", skoro zaczęło się od snu, czyli jakby te duchy same prowokowały do poszukiwań. Kolejna nieścisłość jest taka, że w drugiej części napisane jest, że informacje o klasztorze są na niemieckiej stronie, bo obszar należał kiedyś do Niemiec. Skąd w takim razie imiona mnichów jak Bolesław, Wojciech, etc...? Niemniej pasta bardzo dobra, czytałam z przyjemnością.
Odpowiedz
Bardzo wciągające. Podobało mi się od samego początku
Odpowiedz
Dziękuję <3
Odpowiedz
Super. Nic wiecej nie mozna dodac
Odpowiedz
Nie można dodać więcej, bo to prawie 4 tysiące słów :D
Odpowiedz
Zajebiste... jak zawsze!
Odpowiedz
Milutko! :)
Odpowiedz
Mistrzostwo świata :) Ciekawy pomysł na ukazanie całej historii tych mnichów, ale jak patrzę na poniższe komentarze to się nie mogę zgodzić... Jeden broni Kościoła Katolickiego drugi z kolei całkowicie go przekreśla, a prawda jest taka że kiedyś Katolicy nie za bardzo stosowali się do Pisma Świętego jeżeli chodzi o miłość do bliźniego i szanowanie innych przekonań, ale stwierdzenie "Mądrze napisane, pokazuje całą prawdę o chrześcijańskiej miłości" jest też nie na miejscu, wiele się zmieniło od tamtego czasu,
Odpowiedz
A według mnie moje creepypasty to nie temat do dyskusji o religiach i tyle :D Jak chcą się wykłócać to są od tego inne miejsca :D
Odpowiedz
Jakub Wolnik - autor creepypast Racja!
Odpowiedz
Jezu Chryste, co za anachronizmy i antykościelne banialuki xd nawet nie doczytałem do końca, bo się zwyczajnie nie da. Nawet pobieżna znajomość historii Kościoła wystarczy, żeby ze zgrozy zadrżeć podczas czytania. Rozumiem, że to fikcja, ale naprawdę można się było bardziej postarać.
Odpowiedz
Hmm... zachęcam, napisz swoją wersję prequela, zobaczymy, jak Ci pójdzie ;)
Odpowiedz
Jakub Wolnik - autor creepypast Ja nie pretenduję do miana pisarza, toteż taka sugestia jest nie na miejscu. Nie krytykuję kunsztu pisarskiego, tylko nieścisłości dotyczące Kościoła, takie zboczenie zawodowe XD czasami bierze we mnie górę mentalność inkwizycyjna, więc poczułem potrzebę akurat się poczepiać. Gdyby nie to, pewnie by mi się spodobało, podobnie jak poprzednie części.
Odpowiedz
Dawid Prusiński Co do jednej kwestii zgadzam się w stu procentach. Z Inkwizycją się nie dyskutuje :) Pozdrawiam :)
Odpowiedz
Nawet jeszcze tego nie przeczytałam a już mnie ściska w płucach :o
Odpowiedz
Miło, dziękujemy! :D
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Czas czytania: ~20 minut Wyświetlenia: 18 211

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje