Historia

Krocząc przez pogorzelisko

mr_donut064 5 3 lata temu 5 170 odsłon Czas czytania: ~31 minut

Wieczny Wędrowiec kroczył przez pogorzelisko. Z każdym krokiem jego ciężkie buty wzniecały tumany białego pyłu, który osiadał na skamieniałym podłożu. Za plecami zostawiał połacie twardej, kamiennej pustyni, pokrytej lasem nagrobków, przed sobą zaś widział czarne, upiorne słońce, które już dawno straciło swój dawny blask. Wokół niego krążyły smoliste węże, przemierzając srebrzysty nieboskłon, tak jak on przemierzał zniszczony świat.

Z ziemi wystawały skalne tablice, sięgające mężczyźnie do pasa. Każdy z nich zdobiły wyżłobione sentencje, zapisane w dawno zapomnianym dla świata języku. Wiele z nich było zatartych przez wiecznie wiejący wiatr, niosący za sobą pył, kurz i zawodzenie tych, którzy jeszcze nie polegli.

Na szczycie niewielkiego wzgórza Wędrowiec dostrzegł zaskorupiałe zwłoki olbrzyma, którego głowa wznosiła się wysoko ponad ziemię. Uznawszy ją za dobry punkt obserwacyjny, skierował się w stronę pagórka. Łapy potwora, wielkie jak miechy kowalskie, kurczowo trzymały się ziemi, jak gdyby próbowały coś z niej wyciągnąć. Na skamieniałej powłoce mężczyzna dostrzegł zarys ogromnego bębna. Przypomniał sobie, że widział już niegdyś taki instrument. Wiedział, do czego służył.

Ostrożnie wspiął się po olbrzymich ramionach, stanął na skamieniałych barkach i spojrzał na twarz monstrum, pokrytą grubą warstwą litej skały. Rozwarte usta, zamarłe w nieskończonym krzyku i dwa wielkie ślepia, w których zagościło wieczne przerażenie. Wędrowiec przez chwilę zastanawiał się, co mogło spowodować śmierć olbrzyma, jednak szybko porzucił rozmyślania. Pył rodził monstra tak straszne, że nawet najśmielsze oczekiwania mężczyzny mogłyby się okazać płonnymi nadziejami.

Ciężkie buty stanęły na łysej głowie. Na horyzoncie widać było ogromną, poskręcaną rozpadlinę, która ciągnęła się w dal. Było to w istocie koryto rzeki, której wody dawno już wyschły. Wewnątrz szczeliny, pośród szarych skał i równie szarych nagrobków, dało się dostrzec dziesiątki czarnych kształtów, które przemieszczały się z miejsca na miejsce. Cała rozpadlina była nimi pokryta. Wędrowiec nie wiedział, czym są te stworzenia, ale mógł być pewien, że są dla niego zagrożeniem.

Musiał jednak dostać się na drugą stronę.

Czarne kształty okazały się masywnymi postaciami ubranymi w lekkie, postrzępione płaszcze, które falowały przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Spod nich wystawały trzy pajęcze nogi, które ostrożnie badały grunt przed każdym krokiem. Istoty przemieszczały się pomiędzy mrowiem nagrobków, gładząc je swoimi długimi, sięgającymi aż do ziemi rękami, niemal przypominającymi ludzkie. Niemal, bowiem każda z czteropalczastych dłoni zakończona była długim, zaostrzonym ptasim pazurem. Ich głowy, w porównaniu z resztą ciała, sprawiały wrażenie komicznie małych. Pokrywała je cała masa czarnych gałek, na środku twarzy oddzielonych pionową linią służącą za otwór gębowy.

Wieczny Wędrowiec stał na krawędzi szczeliny i spoglądał na monstra, kroczące na pajęczych nogach pomiędzy gąszczem nagrobków. Rozpadlina nie była szczególnie szeroka, ale przejście jej bez konfrontacji z którąś z istot wydawało się niemal niemożliwe. Mężczyzna wszedł do koryta i ostrożnie ruszył w kierunku drugiego brzegu. Mijał setki nagrobków, które nie posiadały na sobie żadnych, ale to żadnych inskrypcji. Były czyste jak łzy, gładkie jak kamienne podłoże. Każda ze skalnych tablic, jakie dotąd mijał, miała na sobie mniej lub bardziej widoczny, wyryty napis. Te tutaj nie posiadały żadnego.

Stanął jak wryty, kiedy jedna z istot przestąpiła mu drogę. Zatrzymała się, po czym sięgnęła długim łapskiem w stronę najbliższego nagrobka, który, jak zobaczył Wędrowiec, posiadał na sobie wyżłobioną sentencję.

Rag unt perta luct.

Gniew bogów jest wieczny.¬

Czteropalczasta dłoń dotknęła napisu i przylgnęła do niego. Potwór otworzył paszczę wypełnioną kilkoma rzędami niewielkich, ostrych zębów. Spod ręki leżącej na nagrobku poczęła dobywać się mleczna para, którą istota prędko wchłonęła, a wyżłobiona w skale paremia po chwili zniknęła, zostawiając za sobą gładką, czystą powłokę.

Wędrowiec stał w miejscu i oddychał płytko, starając się nie poruszyć. Pajęcza istota odeszła od nagrobka i zagrodziła mu drogę. Mężczyzna miał nadzieję, że uzna go za nic nieznaczącą, nieruchomą figurę i pójdzie dalej, ta jednak odezwała się, a raczej przemówiła w jego umyśle.

– Co tu robisz, mała muszko? – Jej płaszcz łopotał na wzmagającym się wietrze. Zobaczył, jak pobliskie stwory obracają się w ich stronę. Musiał działać.

***

– Nie tak wyobrażałam sobie koniec świata – stwierdziła Jade swoim dźwięcznym, miłym dla ucha głosem. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie usłyszałem równie pięknego dźwięku.

– Nikt go sobie tak nie wyobrażał.

– No wiem, ale... Ze wszystkich możliwych scenariuszy, dlaczego właśnie to? – Wskazała otwartą dłonią na skamieniały horyzont, pokryty mrowiem nagrobków.

Skwitowałem to milczeniem.

– Ja zawsze myślałam – kontynuowała – że koniec będzie nagły. Ot tak. – Pstryknęła. – Puf. I nie ma.

– Dość optymistycznie.

– Każda opcja jest lepsza, niż to, co mamy teraz. No ale wyobraź sobie, gdyby wszystko nagle zniknęło, rozpadło się. Wszyscy umarliby w tym samym momencie, bez żadnego bólu, cierpienia. Po prostu. Czy to nie byłoby, no nie wiem, najlepsze?

– Wizja śmierci nigdy nie jest dobra.

– Oj, przestań. Wiesz, że nie o to mi chodzi. To byłby najlepszy możliwy koniec, nie uważasz?

Zastanowiłem się chwilę.

– Tak. – Uśmiechnąłem się gorzko. – Masz rację.

***

Wędrowiec zatrzymał się, kiedy kilkanaście kroków przed sobą, u stóp niewielkiego wzgórza, ujrzał trzy humanoidalne sylwetki. Siedziały w kręgu, wpatrując się w punkt zawieszony gdzieś pomiędzy nimi. Mężczyzna nie widział wiele z tak dużej odległości, więc postanowił podejść bliżej i przekonać się, z kim, lub z czym ma do czynienia

Przechodził od jednego nagrobka do drugiego, kryjąc się za nimi, starając się pozostać niezauważonym dla siedzących w kole postaci. Żadna z nich nie reagowała na jego ciche kroki, miał więc nadzieję podejść do nich niezauważony. Kiedy dostatecznie się zbliżył, zobaczył, że humanoidy były ludźmi, a przynajmniej tak wyglądały. Zobaczył brodatych mężczyzn o ostrych rysach, którzy najwidoczniej od dawna nie widzieli ostrza brzytwy. Ubrani byli w proste, podróżne stroje, opatrzone tysiącami niewielkich kieszeni, na głowach zaś nosili rozłożyste kapelusze chroniące ich od czarnego słońca. Wszyscy trzej siedzieli po turecku, z rękami opartymi o uda, wpatrując się w ten sam punkt pośrodku.

Wędrowiec ostrożnie wstał z klęczek i zawołał, próbując zwrócić na siebie uwagę. Stał w odpowiedniej odległości, na wypadek, gdyby nieznajomi okazali się zagrożeniem. Prawą dłoń zaciskał na rękojeści jego szabli, zagiętej w półksiężyc, która wisiała przytroczona do pasa.

Mężczyźni nijak nie zareagowali na jego wołanie. Żaden z nich nawet się nie poruszył. Wciąż siedzieli nieruchomo i tylko falujące piersi wskazywały na to, że w ogóle żyją. Wędrowiec zmniejszył odległość i wychynął zza ramienia jednej z postaci, by ujrzeć, co leżało pomiędzy nimi. Na kamiennym podłożu dostrzegł lśniący, srebrzysty kamień, przypominający dzwonek, który mienił się w promieniach czarnego słońca. Wyglądało to, jak gdyby dziwny obiekt wyrastał prosto z ziemi, niczym jakaś osobliwa roślina, ale jego kształt wydawał się zbyt nienaturalny, zbyt gładki jak na twór natury.

Trzy postacie wciąż siedziały w bezruchu, nie reagując na żadne bodźce. Wędrowiec dotknął nieruchomego ramienia jednego z nich, wołał, machał dłonią przez oczami, ale ten zdawał się nie widzieć jego poczynań. Błękitne oczy wpatrywały się w lśniący kamień leżący pośrodku.

Wędrowiec zdał sobie z tego sprawę dopiero po chwili, w krótkiej sekwencji pomiędzy mrugnięciami, ale jego wzrok coraz częściej zatrzymywał się na wyrzeźbionym dzwonku wystającym z ziemi. Sprawiało to wrażenie odruchu. Gdziekolwiek by nie spojrzał i tak kończył swoją wędrówkę na gładko ociosanych, równych kształtach migoczącego kamienia.

Coś było zdecydowanie nie w porządku. Skupiał wzrok na dziwnym obiekcie pomiędzy nimi, próbując dowiedzieć się czegoś więcej, ale poczuł, jak drętwieją mu nogi. Siedzenie po turecku tak długo nie było najwygodniejszą pozycją, więc wstał na chwilę, żeby się rozprostować. Odszedł parę kroków dalej, opierając się o najbliższy nagrobek, rozcierając bolące mięśnie. Kiedy uznał, że wszystko wróciło do normy, odwrócił się i ruszył w stronę kamienia, by ponownie usiąść w kręgu, kiedy jego noga zahaczyła o jedną z licznych kamiennych tablic. Runął na ziemię, próbując zamortyzować upadek rękami, jednak nierówna, kamienna powierzchnia nie dawała za wygraną. Uderzył o ziemię niby szmaciana lalka, a jego głowa walnęła boleśnie o skamieniałe podłoże. Impuls bólu rozprysnął się po jego czaszce. Złapał się za głowę, nieskutecznie próbując powstrzymać cierpienie. Leżał tak i czekał, aż płomienie szalejące po jego głowie ustaną i przestaną otępiać. I właśnie wtedy dotarło do niego, co się właśnie stało. Wstał, chwiejąc się, ledwie utrzymując równowagę i powolnym krokiem zaczął odchodzić, byle dalej od srebrzystego kamienia. Zbierało mu się na wymioty, ale już od bardzo dawna nie miał czym wymiotować, więc tylko schylał się w skurczach. Pulsujący ból, który wciąż szalał pod czaszką, zagłuszał rozkazy kamienia, który nakazywał wrócić do kręgu i usiąść razem z resztą.

Taka śmierć nie była Wędrowcowi pisana. Los miał co do niego inne plany.

***

Kiedy w oddali, na trasie naszej wędrówki rozszalała się pyłowa burza, zostaliśmy zmuszeni do postoju. Znaleźliśmy dogodne miejsce, w którym z każdej strony otaczały nas nagrobki i usiedliśmy, opierając się o nie plecami.

– Czego ci najbardziej brakuje z poprzedniego życia? – zapytała Jade.

– Jedzenia – odparłem krótko.

Siedzieliśmy w ciszy, a kiedy Jade zrozumiała, że skończyłem swoją odpowiedź, powiedziała:

– No nie bądź taki! Skoro wspólnie wędrujemy, to przydałoby się nawzajem poznać. Powiedz coś więcej.

– Picia też. – Uśmiechnąłem się.

– Oczekiwać od ciebie ciekawych odpowiedzi, to jak szukać złota w środku pyłowej burzy – fuknęła. – Spodziewasz się cudów, a dostajesz tylko... tylko... – zawahała się, próbując znaleźć odpowiednie słowo. Widząc, że nie podejmuję tematu, sama postanowiła odpowiedzieć na swoje poprzednie pytanie.

– Kiedyś, kiedy jeszcze mieszkałam w Stolicy... Nie – poprawiła się. – Kiedy jeszcze była Stolica, wymykałam się do takiej jednej zapyziałej knajpy w Dzielnicy Kupieckiej.

– Wymykałaś się? – zapytałem.

– No, tak jakby. Rodzice zazwyczaj nie pozwalali mi wychodzić z domu, a już zwłaszcza nie do innych dzielnic, ale kiedy byli całe dnie w pracy... No, wiesz. W każdym razie była w Dzielnicy Kupieckiej taka jedna knajpa, nazywała się chyba "Pod Zardzewiałym Sztyletem" czy coś takiego, nie pamiętam dokładnie. Jakbyś kiedyś zobaczył, jak wygląda jej wnętrze, nie spodziewałbyś się dostać tam niczego przyzwoitego do jedzenia. Też się nie spodziewałam. Ale steki, jakie przyrządzał taki gruby, obleśny kuchmistrz... Cholera, to było coś. Jakbym miała wybrać, czego mi najbardziej brakuje, to właśnie steków od tego typa. Może i nie wyglądał na takiego, co by umiał robić cokolwiek dobrego, ale mówię ci, to było coś.

– "Pod Zardzewiałym Sztyletem"? Chyba tam kiedyś jadłem.

– Naprawdę? – Zmarszczyła brwi.

– Nie chcę ci psuć marzeń, ale skoro steki tamtego kuchmistrza uważasz za najlepsze, to powiem ci, że nie jadłaś wielu steków w swoim życiu.

– Cicho! – krzyknęła, uśmiechając się. – A może to ty nie znasz się na prawdziwej kuchni?

– Jak na moje, to były one trochę za twarde. Znaczy, nie żebym narzekał, ale zęby widelca połamałem na samym wstępie.

– Nieprawda! Były wyśmienite, a ty się po prostu nie znasz. Jak kiedyś znajdziemy jakieś zwierzę, i może też jakieś drzewo, żeby rozpalić ognisko, to zrobię ci tak dobry stek, że zaczniesz mnie nazywać najlepszą kucharką na świecie.

– Powodzenia w szukaniu – powiedziałem, osuwając się na ziemię i zasłaniając kapeluszem oczy.

Nie próbowałem zasnąć. Wiedziałem, że nie jest to możliwe w aktualnych warunkach, tak samo jak samobójstwo bądź śmierć z głodu i pragnienia. W tle słyszałem okropne jęki monstrów, które rodziły się w pyłowej burzy. Po mojej głowie wciąż jednak krążyło pytanie Jade.

– Nocy – stwierdziłem.

– Co?

– Oprócz jedzenia, brakuje mi też nocy. Ile bym dał, żeby słońce w końcu zaszło i żebym mógł chociaż raz zasnąć. Brakuje mi snu. Może nie wyglądam na takiego, co by cały dzień przeleżał w łóżku, ale chciałbym się w końcu porządnie wyspać. Odpocząć od tego wszystkiego.

– Prawda. – Pokiwała głową. – Nie myślałam o tym, ale też chciałabym zasnąć. – Spojrzała w stronę burzy, w której dało się zauważyć ogromne, makabryczne kształty, a wokół nich kołtuny pyłu, lecące we wszystkie strony.

Jakaś ogromna bestia ryknęła, a przerażający dźwięk poniósł się między kamiennymi tablicami, wnikając do wnętrza ciała i przepełniając duszę strachem. To dało Jade pomysł na kolejne pytanie:

– Co było najosobliwszą rzeczą, jaka spotkała cię podczas wędrówki?

***

Spotkanie z Pasterzem było dla Wiecznego Wędrowca co najmniej dziwne. Podczas swojej podróży widział mnóstwo rzeczy dziwnych i nowych, a większość, o ile nie wszystkie, chciała jego śmierci. Zdarzały się jednak wyjątki.

Pasterz był trzymetrowym humanoidem, ubranym w ludzkie, o wiele za krótkie na niego ubrania. Czarne, ciasne spodnie sięgały mu niewiele poniżej kościstych kolan, a rękawy pokrytej pyłem szarej koszuli kończyły się w okolicach łokci. Miał zarzucony na siebie także dwurzędowy płaszcz, który, mimo, że był długi, sięgał mu jedynie do bioder. Twarz humanoida przypominała ludzką, ale była znacznie dłuższa, rozciągnięta, pokryta licznymi zmarszczkami i wypryskami. Pasterz dzierżył w ręce długi, drewniany kostur, którym podpierał się podczas wędrówki. Za nim podążało kilkanaście osobliwych stworzeń, przypominających zwykłe świnie. Jedyna - i jednocześnie największa różnica leżała w tym, że istoty posiadały zdecydowanie nieproporcjonalnie długie nogi w porównaniu do reszty ciała. Małe raciczki stukały o kamienne podłoże, kiedy surrealistyczne stworzenia przemieszczały się na swoich chudych nogach, sprawiających wrażenie, jak gdyby ledwie utrzymywały grube, świńskie cielska.

Kiedy Pasterz dostrzegł na horyzoncie zmierzającego w jego stronę Wędrowca, zatrzymał się, lekko schylił i szepnął coś do ucha najbliższej świni. Istota przekazała informację kolejnej, potem ta następnej i tak dalej, aż wszystkie stworzenia usłyszały instrukcje. W chwili, gdy Wędrowiec zbliżył się na odległość kilku kroków, Pasterz przemówił. Jego usta pozbawione warg, sprawiające wrażenie ciętych siekierą, otworzyły się, ukazując kilka rzędów kwadratowych, rybich zębów. Jego głos był niski, zachrypnięty.

– Nie zbliżaj się do nas – szczeknął.

– Nie mam złych zamiarów. – Ostrożnie uniósł ręce, pokazując, że niczego w nich nie trzyma.

– Nie obchodzą nas twoje zamiary. Nie zbliżaj się.

Stali przez chwilę w ciszy, mierząc się wzrokiem. Po chwili Wędrowiec wypalił:

– Jesteś człowiekiem?

– Nie jesteśmy człowiekiem. A jeżeli ty jesteś, nie zbliżaj się do nas. – W jego głosie nie było żadnych emocji, które Wędrowiec byłby w stanie jasno określić. Wszystkie słowa wypowiadał takim samym tonem, który w żaden sposób nie świadczył o jego uczuciach.

– Spokojnie, zrozumiałem. Chcę tylko porozmawiać.

– Nie masz o czym z nami rozmawiać.

– To może się wymienimy? – zapytał Wędrowiec, ostrożnie wyciągając zza pasa sakiewkę.

– Niczego nam nie potrzeba. Odejdź i nie zbliżaj się do nas.

– Ale mi potrzeba – odpowiedział. Wysunął lewą rękę i wysypał na nią zawartość skórzanego worka. Promienie czarnego słońca odbijały się w złotych, grawerowanych monetach.

– Nie jesteśmy ptactwem. Nie interesują nas błyskotki.

– A może zainteresują je twoje zwierzęta?

– Jedynym zwierzęciem tutaj jesteś ty, więc odejdź i nie zbliżaj się do nas.

– Proszę, potrzeba mi jedzenia. Odejdę, kiedy je otrzymam.

– My nie mamy jedzenia. Niczego nam nie potrzeba. Odejdź i...

– Tak, tak. Już to mówiłeś.

– W takim razie odejdź i nie zbliżaj się do nas.

Wędrowiec spostrzegł, że jedna ze świń, stojąca na samym końcu, kulała. Na jej przedniej nodze widoczna była nieładnie wyglądająca rana. Włożył rękę w poły płaszcza i wyciągnął z niego niewielki bandaż.

– A może to cię zainteresuje?

– Co to jest?

– Bandaż, który pomoże nodze twojej... – Zawahał się.

– Mojej?

– Twojej... świni?

– Sam jesteś świnią, nazywając tak moje dzieci.

– Wybacz, nie chciałem. – Pokornie się ukłonił. – Bandaż pomoże nodze twojego dziecka. To jak, wymienimy się?

Pasterz przez chwilę się zastanawiał, po czym wyciągnął z kieszeni jabłko wielkości jego dłoni. A przynajmniej coś, co jabłko przypominało. Miało nieprzyjemny, zielony kolor, ale nie wyglądało na zgniłe. Wręcz przeciwnie - mimo barwy wydawało się całkiem świeże.

– Co to jest? – zapytałem.

– To jest owoc, człowieku.

– Czyj?

– Na razie mój. Dziwne pytania zadajesz.

Wędrowiec westchnął i ostrożnie podszedł do Pasterza. Wyciągnął rękę ku górze, ofiarowując bandaż i po chwili był już w posiadaniu zielonego, soczyście wyglądającego owocu.

– Dziękuję – powiedział, odchodząc.

Pasterz lekko schylił głowę, ale nic nie powiedział. Odszedł razem ze stadem w swoją stronę i już nigdy więcej się nie spotkali.

***

– Ja za to kiedyś spotkałam stworzenie, które wyglądało jak taki ogromny noworodek. Ale taki naprawdę, naprawdę duży.

– Oho, i co ten noworodek robił?

– Chodził po okolicy i dziwił się wszystkiemu, co zobaczył. Wyglądało to, jak gdyby oprócz wyglądu noworodka, stworzenie miało też jego mentalność. W pewnych momentach wyglądał bardzo zabawnie, pomijając fakt, że był kilkukrotnie ode mnie większy i mógł mnie spokojnie zmiażdżyć.

– I co z nim zrobiłaś?

– Na szczęście nie musiałam robić niczego. Widziałam go w dolinie i byłam na tyle daleko, że nie mógł mnie dostrzec. Przez jakiś czas siedziałam po prostu i przypatrywałam się jego poczynaniom.

– Robił coś ciekawego?

– Jak już mówiłam, łaził sobie po okolicy i jak coś znalazł, to siadał i się temu przyglądał z takim durnowatym wyrazem twarzy. Tak w ogóle to nie wiem, czy to już mówiłam, ale chodził na czworaka.

– Nigdy nie lubiłem dzieci.

– Nie przesadzaj, są słodkie! A ten gigantyczny noworodek nie był żadnym wyjątkiem, chociaż bałam się do niego podejść. Pamiętam – zaśmiała się – jak przypadkiem kopnął kamień, a ten poleciał w dół wzgórza. Noworodek siadł, włożył sobie palec do buzi i się na niego patrzył, a potem spychał kolejne i się im przyglądał. Aż z wrażenia zaczął bańki puszczać!

– Ja podczas wędrówki nie miałem aż tak zabawnych przygód.

– Nie przesadzaj, historia z Pasterzem całkiem mnie śmieszyła! A właśnie, co się stało z tym owocem? Zjadłeś go?

– Nie, wciąż go mam. – Wyciągnąłem z kieszeni wspomniany owoc, wyglądający identycznie jak wtedy, kiedy go dostałem. – Postanowiłem go zostawić na szczególną okazję. Znalezienie jedzenia graniczy z cudem, więc nie chciałem od razu go zjadać. Zrobię to, kiedy przyjdzie odpowiedni czas.

– Podziwiam cię za wytrwałość. Ja bym chyba nie wytrzymała. Chociaż w sumie... – Zastanowiła się.

Usłyszeli bębnienie. Wystawili głowy znad nagrobków i zobaczyli, jak zza pobliskiej góry wychodzi wysoki, barczysty olbrzym, z zawieszonym na szyi bębenkiem. Uderzał w niego rytmicznie dwoma pałkami, które trzymał w ogromnych łapach.

Za nim wędrowali kolejni, ciągnąc za sobą długi, mocny sznur. Widocznie na jego końcu musiało być coś bardzo ciężkiego. Bębniarz grał, a pochód olbrzymów parł przed siebie, rozdeptując kamienne nagrobki pod swoimi ogromnymi stopami. Kolejni giganci wychodzili zza góry, dzierżąc w łapach linę. Było ich piętnastu. W końcu wyszedł ostatni, a za nim, przywiązane do sznura, ciągnęły się...

Ciała.

Ludzkie ciała.

Jade zakryła usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Kilkadziesiąt zmasakrowanych ciał, przywiązanych do sznura, sunęło po ziemi za pochodem olbrzymów.

– Ale... Dlaczego... – zaczęła, a po jej policzkach sunęły łzy. – Dlaczego te ciała...

– Bębny – odpowiedziałem, przytulając ją do siebie. Odwróciła głowę od makabrycznej sceny, wtulając się w moje ramię. Płakała.

***

Brak nagrobków nigdy nie świadczył o niczym dobrym, ale kiedy Wędrowiec dojrzał na horyzoncie ruiny, jego serce zaczęło bić mocniej. Nigdy wcześniej nie widział żadnych pozostałości po poprzednim świecie, a skamieniałe gruzy miasteczka, które miał przed sobą, dawały nadzieję na znalezienie czegokolwiek wartościowego.

Zgliszcza ciągnęły się po dwóch stronach czegoś, co kiedyś było główną drogą, po czym zataczały koło wokół niewielkiego placyku z pozostałościami fontanny. Wszystkie budynki, za wyjątkiem dwóch, były prawie doszczętnie zrujnowane. Kawałki skamieniałych cegieł leżały rozsypane na drodze, którą Wędrowiec podążał. Jedynie para dwupiętrowych kamienic przetrwała kataklizm, opierając się o siebie niczym dwaj ranni żołnierze.

Panowała kompletna cisza, przerywana tylko krokami Wędrowca, który zmierzał w stronę ocalałych budynków. Sprawiały wrażenie, jak gdyby w każdej chwili miały się zawalić, ale kamień pokrył ściany na tyle grubą skorupą, że wciąż opierały się prawom fizyki. Trwały tak nieruchomo już od bardzo, bardzo dawna.

Wędrowiec, rozcierając ręce pokryte pyłem, stanął na placu i dostrzegł nagrobki, poustawiane w rzędzie, kilkanaście metrów dalej. Były częściowo zasłonięte przez dwie kamienice, stąd zauważył dziwne zjawisko dopiero teraz. Zbliżył się i dostrzegł, że kamienne tablice, ustawione jedna za drugą, ciągną się za budynkami, skręcając i przeplatając niczym wąż. W miejscu, skąd wystawały, ziemia była wysunięta ku górze, jak gdyby coś ją wypychało. Mężczyzna był pewien, że ułożenie nagrobków nie jest przypadkowe.

Jeden z nich, stojący na czele długiego rzędu, poruszył się. Nie umknęło to uwadze Wędrowca, który wycofał się w stronę ocalałych budynków, cały czas obserwując ruchomy punkt. Wypukły pas ziemi począł się poruszać, ciągnąc za sobą wszystkie kamienne tablice. W jednym momencie mężczyzna zrozumiał, co się dzieje. Coś, co znajdowało się pod ziemią, połykało ciała. Stąd też nagrobki, ułożone jeden za drugim, poruszające się wraz z masywnym cielskiem bestii.

Wędrowiec wskoczył do budynku przez pustą framugę i rozejrzał się, szukając schodów. Podłogę prawie w całości pokrywał gruz, będący pozostałością drugiego piętra. Słyszał, jak kilka kroków za nim kamienne podłoże pęka pod siłą podziemnego stworzenia, które sunęło w stronę budynku. Ruszył w górę po nierównych stopniach, na których leżały kawałki kamienia. Każdy krok wznosił ku górze chmury białego jak mleko pyłu. Podłoga drugiego piętra była prawie doszczętnie zniszczona, ocalał tylko niewielki fragment przy schodach.

Wkrótce pierwszy z nagrobków wdarł się do wnętrza budynku, roztrzaskując część framugi. Ściany trzęsły się, jak gdyby kamienica miała się w każdej chwili zawalić. Wędrowiec przylgnął do muru, próbując za wszelką cenę nie spaść i spojrzał ku górze, dostrzegając coś, co wcześniej przeoczył. Był zbyt zaaferowany atakiem podziemnej bestii, by zobaczyć, że ze stropu zwisał mężczyzna.

Fioletowy wisielec, z liną opinającą szyję, kołysał się wraz z budynkiem. Puste oczodoły, wydziobane przez latające potwory, skierowane były w stronę Wędrowca, jednak delikwent nie był w stanie się poruszyć. Miał na sobie prosty, kupiecki kaftan nieokreślonego koloru i długie spodnie, zakrywające stopy.

Wędrowiec nie miał pojęcia, czy biedak wie, co się dzieje, był jednak pewien, że wciąż żył. Gniewni bogowie dyktowali mnóstwo okrutnych reguł, ale nie wszyscy zdążyli się o tym przekonać w czas. Fioletowy delikwent, niewątpliwie żywy, był jedną z takich osób. Wędrowiec przez chwilę pomyślał, jak ogromny ból musiał towarzyszyć mężczyźnie przez cały ten czas, jednak dość szybko zaprzestał rozmyślać o wisielcu i skupił się na rozwiązaniu problemu podziemnego stworzenia.

Bestia zrobiła dziurę w ścianie i wypełzła na zewnątrz, zostawiając za sobą tylko kamienne gruzowisko. Wędrowiec nie dałby rady uciec przed tym czymś na otwartym terenie, jednak mógł spróbować zająć stworzenie za pomocą wisielca. On się uratuje, a uwięziony we własnym, nieruchomym ciele człowiek w końcu będzie mógł umrzeć. Mężczyzna nie był w stanie zapytać go o decyzję w tej sprawie, ale mógł być pewien odpowiedzi. Czas działać.

Wyjął zza pasa zakrzywioną szablę w kształcie półksiężyca i ostrożnie wychylił się, próbując dosięgnąć do liny. Stał niemal na skraju rozbitej podłogi, w każdej chwili grożącej załamaniem, kiedy końcówka ostrza dotknęła sznura. Po chwili piłowania ten puścił, a bezwładne ciało spadło na ziemię z głośnym, bolesnym dla uszu uderzeniem. Wędrowiec zszedł na pierwsze piętro i złapał za końcówkę liny.

Pas nagrobków trwał nieruchomo w podobnym ułożeniu, w jakim mężczyzna go zastał. Kiedy ten wyszedł na zewnątrz przez wyłom w ścianie, potwór zareagował niemal błyskawicznie. Wędrowiec wbiegł z ciałem do budynku, puścił sznur pośrodku gruzowiska i popędził przez główne drzwi. Podziemne stworzenie z głośnym hukiem przebiło się przez kolejną ścianę i wielkie szczęki wychynęły prosto z ziemi, wciągając ciało. W ciągu sekund na grzbiecie bestii wyrósł kolejny, kamienny nagrobek.

Wędrowiec nie przyglądał się jednak całemu zajściu. Biegł desperacko w odwrotną stronę, klucząc pomiędzy zrujnowanymi domami. Nie wiedział, czy bestia ruszyła za nim, ale usłyszał głośny huk i po chwili opierające się o siebie kamienice zawaliły się, grzebiąc pod sobą rząd nagrobków. Mężczyzna jednak nie przestał biec. Stworzenie znajdowało się pod ziemią, więc nie mógł być pewien, czy walące się budynki były w stanie mu cokolwiek zrobić. Modlił się w duchu, żeby potwór, nawet, jeśli opuścił gruzowisko żywy, nie podążał za nim.

Po pewnym czasie przestał biec, ale mimo zmęczenia wciąż wędrował przed siebie, mijając tylko kamienne tablice porozrzucane po okolicy. I nic więcej. Na horyzoncie ziała skamieniała pustynia, ciągnąc się w nieskończoność. Nad nią górowało czarne słońce, a srebrzysty nieboskłon przemierzały smoliste węże. A w tym wszystkim on - Wieczny Wędrowiec, cały czas w drodze. Cały czas mający nadzieję, na odnalezienie czegokolwiek.

Wtedy jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, ale ktoś za nim podążał.

***

Wędrowaliśmy długo, zanim udało nam się cokolwiek odnaleźć. Nie jestem w stanie stwierdzić, ile dokładnie, bowiem wszystkie zegary się zatrzymały, a słońce wciąż trwało w tej samej pozycji od samego początku końca. Wkrótce na horyzoncie dostrzegliśmy dziwny kształt, przypominający potężne drzewo z rozłożystą koroną.

– Mówię ci, to nie może być nic innego jak drzewo! – wykłócała się Jade.

– Uspokój się. Równie dobrze to może być kolejne z dzieci pyłu – odpowiedziałem sucho.

– Dzieci pyłu? – parsknęła. – Sam to wymyśliłeś? Czy to określenie nie jest zbyt podniosłe, żeby nazywać tak te dziwadła?

– Nie, nie jest. Jest w sam raz. I zapewniam cię, że to coś w tle jest jednym z nich.

– Dlaczego nie dopuszczasz do siebie myśli, że może to naprawdę drzewo?

– Bo zawsze tak jest. Robię sobie nadzieję, a później i tak okazuje się, że kształt przypominający drzewo chce mnie zabić.

– Zamiast narzekać powinieneś mieć nadzieję, że w końcu znajdziesz coś, co rzeczywiście okaże się tym, czym masz nadzieję, że jest. Znaczy... Cholera, pogubiłam się.

Czym bliżej kształtu byli, tym bardziej przypominał on rozłożyste drzewo.

– I co, wciąż twierdzisz, że to jakiś ukryty potwór?

– Tak. Podróżuję wystarczająco długo, żeby być tego pewien. Ty też powinnaś.

– Nie mów mi, co powinnam, a co nie. Widzę, że to jest drzewo, i ty też to widzisz. Jak blisko musimy podejść, żebyś w końcu w to uwierzył?!

Widzieli już brązowo-szarą korę, którą drzewo było pokryte, na jego gałęziach zaś dostrzegli brunatne owoce w kształcie dzwonów. Podeszli bliżej i stanęli kilka kroków od rośliny.

– No!? – krzyknęła Jade, wskazując na drzewo. – I co to, twoim zdaniem, jest?

Nie odpowiedziałem, zamiast tego wyciągnąłem szablę i delikatnie pchnąłem drzewo. Nie poruszyło się, ani w żaden sposób nie zareagowało. Jade patrzyła się na mnie, zdenerwowana, że nie przyznam jej racji. Zamiast czekać na moją odpowiedź, podeszła do drzewa i zerwała jeden z owoców. Był wielkości dłoni.

– Wyrzuć to! – krzyknąłem. – Nie wiesz, co to jest!

– Chrzanię to! Mam dość tej ostrożności, a mój żołądek jest wielkości orzecha. Nie mogę umrzeć z głodu, ale to nie znaczy, że go, cholera, nie odczuwam! Przecież też to czujesz.

– To może być trujące, wiesz o tym.

– Mam to gdzieś – powiedziała, po czym ugryzła owoc.

– Nie! – krzyknąłem i skoczyłem ku niej. Stała jak skamieniała, z zamkniętymi oczami. Osunęła się na kolana, wciąż trzymając owoc w dłoni.

– Jade! Wszystko w porządku?! – Przez chwilę myślałem, że już po niej. Trwała tak chwilę, po czym otworzyła oczy, oparła się o drzewo i podała mi nadgryziony owoc. Patrzyłem na nią ze wściekłością. – Mogłaś umrzeć! – krzyknąłem, ale ona tylko się uśmiechała. Zirytowany wziąłem owoc z wyciągniętej ręki i, z niemałym oporem, spróbowałem.

Siedzieliśmy pod drzewem i zajadaliśmy się brunatnymi owocami, od których roiło się na gałęziach. Dobrze było w końcu napełnić, chociaż częściowo, żołądek. Jade przez cały czas patrzyła się na mnie z perlistym uśmiechem na twarzy.

– No co?! – zapytałem w końcu.

– A nie mówiłam? – uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– W porządku – westchnąłem. – Ale to nie zmienia faktu, że byłaś bardzo nieostrożna. Mogłaś umrzeć!

– Ale nie umarłam. Ryzyko się opłaciło, sam przyznasz.

– Fakt pozostaje faktem. Owoce mogły okazać się zatrute, wokół drzewa coś mogło grasować, albo lepiej, samo drzewo mogło być potworem!

Jade ugryzła świeżo zerwany owoc i poczęła go przeżuwać, kiwając głową.

– Tak, masz rację – odpowiedziała po chwili. – Ale musisz przyznać, że było warto.

Spojrzałem na brunatny owoc, który trzymałem w ręce, a potem na górę ogryzków przed nami.

– Oj tak. Było.

***

Pył osiadał na płaszczu i rondzie kapelusza, przyklejał się do dłoni i krążył wokół, tworząc mleczną chmurę. Wiatr wiał o wiele mocniej niż zazwyczaj, prósząc kurzem prosto w oczy. Wędrowiec zasłaniał usta ręką i parł do przodu, próbując wydostać się z dziwnej anomalii. Gdzieś w głębi czuł, że zbliża się burza, a on jest w jej centrum. Śmierć zbliżała się wielkimi krokami.

Wichura była nie do wytrzymania. Wiatr unosił poły płaszcza, jeszcze bardziej utrudniając przedzieranie się przez wszechobecny pył, który kłębił się, tworząc mglistą barierę. Mężczyzna twardo kroczył, jedną ręką trzymając kapelusz, drugą ściskając rękojeść szabli. Gdzieś w pobliżu usłyszał głośny ryk i po chwili ziemia została przeorana przez wiatr, zostawiając głęboką szczelinę, a z jej wnętrza poczęło coś wypełzać. Wędrowiec nie widział wiele, przez wszechobecny kurz sypiący w oczy, przenoszony wraz z podmuchami wiatru.

Wielkie, kwadratowe odnóże uderzyło tuż obok, rozłupując kamienną skorupę. Mężczyzna upadł na ziemię, ledwo unikając kolejnego kroku kolosa, który pojawił się nad nim. Zadarł głowę ku górze, jednak nie był w stanie zobaczyć, do kogo należą dziwne odnóża. Podniósł się na nogi i parł dalej, mimo przerażenia wywołanego kakofonią ryków, wrzasków i świszczącego wiatru.

Z wnętrza burzy coś wyskoczyło, łapiąc Wędrowca żelaznymi szczękami za ramię. Przetoczyli się i wylądowali razem na ziemi. Zanim zdążył zareagować, atakujący stwór podniósł się na psich łapach, wciąż trzymając w kłach jego ramię. Ciągnął mężczyznę w głąb pyłowej mgły, zza której dało się usłyszeć głośne powarkiwania, łączące się z rykami innych bestii i odgłosem pękającej ziemi. Wędrowiec sięgnął ręką do szabli, którą udało mu się jakoś wyciągnąć. Stwór ciągnął go dalej, coraz mocniej zaciskając szczęki na krwawiącym ramieniu. Szabla smagnęła powietrze, ale nie trafiła bestii, mijając ją o kilka centymetrów. Wszechobecny chaos wcale nie ułatwiał Wędrowcowi walki. Wiatr sypał mu pył w oczy, które musiał osłaniać ręką, żeby nie stracić wzroku. Nierówna i chropowata powierzchnia, po której był ciągnięty, rozrywała mu ubranie i boleśnie raniła skórę. Ponownie spróbował ugodzić bestię, ale żelazne ostrze broni odbiło się od jej skóry, niczym od kamienia.

Pomoc nadeszła z powietrza. Kolejne z kwadratowych odnóży uderzyło, przygniatając psiego potwora, jednak jego szczęki wciąż trzymały ramię mężczyzny, niczym imadło. Nie miał czasu oderwać od siebie bestii, ponieważ ziemię przecięła podłużna pręga, która zaczęła się otwierać. Wędrowiec odrzucił szablę i za wszelką cenę próbował wyczołgać się poza rozszerzającą się rozpadlinę, ale ciężkie cielsko potwora zbytnio mu to utrudniało. Poczuł, jak ciągnie go w dół szczeliny. Ostatkiem sił złapał się krawędzi, czekając, aż opadnie z sił i runie w dół, w rozwarte szczęki jakiejś abominacyjnej kreatury, kiedy czarny, podłużny kształt smagnął z dna, niczym pejcz, oplatając psie cielsko. Nastąpiło mlaśnięcie, mackowata rzecz przylepiła się do potwora, po czym pociągnęła go w dół, odrywając brutalnie od Wędrowca.

Ten miał wrażenie, jak gdyby jego ramię płonęło żywym ogniem. Ostatkiem sił, obolały, obficie krwawiący i bliski omdleniu, wspiął się na krawędź szczeliny, przy której leżała jego szabla i położył się na plecach. Chciał ruszyć dalej, uciec z tego szaleństwa, ale nie był w stanie. Czuł, jak robi mu się ciemno przed oczami, jak mięśnie przestają reagować. Odpływał, a wokół niego szalało istne piekło.

***

Wielki, grawerowany obelisk stał pośrodku pogorzeliska, a wokół niego rzędy promieniście ułożonych nagrobków. Równo ułożone, równolegle do siebie, ciągnęły się kilkanaście metrów od centrum. Widok był niesamowity, zbyt równy jak na twór jakiejkolwiek bestii, zbyt uporządkowany jak na dzieło przypadku. Kiedy ujrzeliśmy go ze szczytu wzniesienia, zaparł nam dech w piersiach.

– Co to jest? – zapytała Jade.

– Nie wiem, ale musimy uważać – stwierdziłem tylko, kiedy podchodziliśmy bliżej.

Obelisk był zdecydowanie większy, niż wydawał się z góry. Mierzył około trzech metrów i był niemal całkowicie czarny, jak gdyby z obsydianu, a po całej jego powierzchni pięły się niewielkie wgłębienia, łączące się w abstrakcyjne kształty. Zdawało się, jak gdyby czarne słońce znajdowało się centralnie nad kamieniem i nad promienistymi pasami nagrobków.

Ukucnąłem przy jednym z nich i obejrzałem go, gładząc palcami wygrawerowaną sentencję. Co dziwne, żadna z kamiennych tablic nie była pokryta wszechobecnym pyłem. Wszystkie wyglądały, jak gdyby ktoś ich regularnie doglądał, zmiatając osiadający kurz. Pod nimi, na niewielkim pasie ziemi oddzielającym jeden nagrobek od drugiego, leżały różne przedmioty, pokryte kamienną skorupą. Bukiety kwiatów, gałązki, owoce. Schylałem się, oglądając z bliska ukryte pod ziemią przedmioty, próbując zidentyfikować kształty zegarków, szkatułek, pierścieni i wielu innych rzeczy, które ktoś pozostawił przy grobach.

– To cmentarz – powiedziałem do Jade.

Przyglądałem się skamieniałym przedmiotom, nie dostrzegając, że oddaliła się w stronę węglistego obelisku. Byłem zbyt zajęty przyglądaniem się przedmiotom, jakie ktoś umieścił pomiędzy nagrobkami. Próbowałem odnaleźć w nich jakiś sens. Gdybym tylko wiedział, do czego to doprowadzi.

– Spójrz, przy nagrobkach leżą różne przedmioty. To by wyjaśniało, dlaczego wszystko jest tak dokładnie ułożone. To nie przypadkowe zbiorowisko nagrobków, to cmentarz - powtórzyłem.

Jade nie odpowiedziała, kroczyła tylko powoli w stronę obelisku, który zdawał się powiększać z każdym krokiem, przytłaczając swoją wielkością. Podniosłem się z ziemi i dopiero teraz ujrzałem, jak blisko kamienia się znalazła. Widziałem tylko, jak wyciąga rękę w jego stronę, jak gdyby nawiązywała kontakt z jakąś rozumną istotą. Zanim zdążyłem krzyknąć, jej dłoń zetknęła się z gładką powierzchnią obelisku.

– Nie! – Poderwałem się z ziemi, biegnąc w jej stronę.

Obelisk ożył. Wygrawerowane wgłębienia rozpaliły się na czerwono, a ziemia zadrżała. Jade wciąż stała przy nim, z dłonią przylegającą do kamiennej powierzchni. Drgania przybierały na sile, utrudniając mi bieg w jej stronę. Czułem się, jakby cały świat wirował, obijałem się od nagrobków, przewracając się i wstając, wciąż pędząc w stronę obelisku. Mimo wszelkich starań odległość pomiędzy nami pozostawała taka sama. Tak jakbym biegł w miejscu.

Kiedy kolejny wstrząs zmiótł mnie z nóg, powalając na ziemię, paremie na nagrobkach zapłonęły żywym ogniem, wszystkie w tym samym momencie. Płonęły, a kamienne podłoże przed nimi poczęło pękać, tworząc niewielkie wyrwy. Po chwili dostrzegłem pierwsze, przegniłe dłonie, chwytające się krawędzi wyłomów. Wstałem, chwytając za szablę i pędząc w stronę Jade, która krzyczała o pomoc. Chciała uciec, ale ręka przylgnęła jej do obelisku, uniemożliwiając ruch.

Zmumifikowane ciała wydostawały się ze swoich grobów i ruszały w naszą stronę. Były ich setki, a z wyłomów wychodziły kolejne. Z ich wyciągniętych przed siebie, poskręcanych rąk, zwisały kawałki szmat, noszące na sobie dawno zaschnięte, brunatne plamy. Trzęsące się, nieprzyzwyczajone do ruchu nogi stąpały gładko po ziemi, potykając się o siebie. Potwory nie posiadały oczu, zamiast nich na ludzkich niegdyś twarzach ziały puste, czarne oczodoły, przypominające bezdenne studnie. Rozwarte usta, z których wydobywał się żałosny jęk starych, rwących się strun. Nieumarli może i wyglądali na słabych, ale mieli znaczną przewagę liczebną. Setki z nich krążyły wokół pradawnego cmentarzyska, a kolejne wychodziły z wyłomów, jak gdyby pod ziemią znajdował się ogromny sarkofag, przechowujący całe dynastie.

Drgania ustały, ale nagrobki wciąż płonęły ogniem, a obelisk czerwienią. Jade szarpała się, próbując oderwać rękę od kamiennej powierzchni, ale nie była w stanie. Krzyczała, wołała mnie o pomoc, a nieumarli powoli parli w jej stronę. Ruszyłem, tnąc przegniłe ciała, przebijając się przez nie bez żadnego oporu. Jade wyciągnęła zza pasa niewielki mieczyk i próbowała ciąć zbliżające się potwory, ale nie była w stanie zrobić wiele. Zanim dobiegłem do niej, przebijając się przez zastępy martwych, zobaczyłem, jak kilku z nich atakuje ją poskręcanymi palcami.

– Jade! – wrzasnąłem.

Przyspieszyłem, tnąc i siekąc zmumifikowane zwłoki, które próbowały mnie dosięgnąć. Nie mogłem jej dostrzec, było ich zbyt wielu. Tylko wysoki obelisk wskazywał mi stronę, w którą mam podążać. Przeraźliwy krzyk zmusił mnie do zaprzestania walki i rozpoczęcia desperackiego biegu przez drapiące potwory. Obsydian zgasł, a nagrobki przestały płonąć. Taranowałem nieumarłych, słyszałem dźwięk łamanych kości i upadających ciał, a kiedy dotarłem do obsydianowego kamienia, zastałem kilku z nich klęczących na ziemi, sięgając po coś łapami.

Z każdym uderzeniem szabli widziałem coraz więcej masakry, której nie zapobiegłem. Z moich oczu poleciały łzy, a ja ciąłem dalej nieumarłych, na których miejsce wchodzili kolejni. Tak jak niegdyś, znalazłem się w samym centrum piekła. Ale nie miało to wtedy znaczenia. Nic już nie miało.

Machałem szablą, ale nie widziałem w tym więcej sensu. Walczyłem o swoje życie, ale nie czułem, że jest mi potrzebne. Usłyszałem, jak ciało Jade zapada się pod ziemię, a za moimi plecami wyrasta nagrobek, który za wszelką cenę starałem się ochronić. Żal i rozpacz implodowały w moim sercu, pozostawiając tylko pustą szczelinę. Krzyczałem, na ziemię kapały słone łzy, ale mimo to się nie poddawałem. Nie miałem pojęcia, dlaczego.

Niegdyś sens mojej wędrówki się zatarł, a kiedy byłem już gotowy na śmierć, ta nie przyszła. Odzyskałem za to w życiu cel, miałem po co kroczyć przez pustynię, stawiając czoło setkom przeciwieństw. A teraz nawet to straciłem.

Ostatnie z ciał spadło na ziemię, pokrytą starą krwią i moimi łzami. Wypuściłem brunatną szablę z obolałej dłoni i odwróciłem się od góry zwłok, która piętrzyła się przede mną. Poszarpane niegdyś ramię paliło, ale nic nie mogło się równać z tym, co czułem w sercu. Uklęknąłem nad świeżym grobem, który należał do Jade i zapłakałem po raz ostatni. Dławiąc się łzami, sięgnąłem ręką do kieszeni i położyłem pod nagrobkiem owoc, który zostawiłem na szczególną okazję. Nie byłem jednak przygotowany na taką, jak ta.

W końcu odszedłem, zostawiając za sobą tylko żal i smutek, oblepione we wszechobecnym pyle. A razem z nimi jedyny z nagrobków, który miał dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

I mimo, że nie miałem już żadnego celu, żadnej nadziei, powędrowałem dalej.

***

Powoli się cofał, wyciągając zza pasta zagiętą w półksiężyc szablę. Pajęcze stwory zbliżały się, a ten stojący przed nim wciąż przemawiał w jego umyśle.

– Nie lękaj się, mała muszko. Podejdź, podejdź bliżej.

Wieczny Wędrowiec nie miał zamiaru tego robić. Potwory gładko przechodziły pomiędzy nagrobkami, blokując mu drogę ucieczki. Krąg cały czas się zawężał, czasu było coraz mniej. Stworzenie przed nim wyciągnęło swoją kościstą rękę, sięgając w jego stronę.

I właśnie wtedy rozpoczęła się walka.

Machnął szablą, pozbawiając bestię dłoni. Ta ryknęła, cofając się prędko na pajęczych odnóżach, a inne od razu się na niego rzuciły. Ich czarne płaszcze łopotały na wietrze, zasłaniając światło słońca. Ptasie pazury sięgały do jego ramion, próbując się w nie wbić, ale on był szybszy. Robił zgrabne uniki, chroniąc się szablą i tnąc podłużne pazury. Smuga krwi wisiała w powietrzu a kawałki kończyn spadały na ziemię, kiedy trwał w tym brutalnym tańcu, otoczony przez pajęcze monstra. Ryk bólu niósł się przez kamienne pustkowie, ale siła wroga była zbyt duża. Potwory napierały na niego mimo odniesionych ran, a Wędrowiec czuł, że sobie z nimi nie poradzi.

Machał szablą we wszystkie strony, a uniki stawały się coraz cięższe. Bestie machały łapami i przestawały z miejsca na miejsce, kłując go w stopy swoimi ostrymi, pajęczymi odnóżami. Paszcze otwierały się i zamykały, prezentując rzędy ostrych zębów, gotowych w każdej chwili wykonać ostateczny, zabójczy cios. Mężczyzna nie miał już żadnych nadziei. Stracił je dawno temu.

Mimo to nie opuszczał gardy, wciąż tnąc i próbując unikać pazurów, które coraz częściej zatrzymywały się na jego ubraniu i skórze. Podłużne, krwawe pręgi paliły pulsującym bólem, a on wciąż walczył. W jakimś nieznanym sobie celu, z nieznanego powodu wciąż starał się przeżyć.

Przed oczami widział Jade i jej szmaragdowe oczy. W uszach słyszał jej miły, dźwięczny głos, którego nie był w stanie zapomnieć. A po głowie szumiały wspomnienia.

A kiedy nadszedł ostateczny cios i Wieczny Wędrowiec zaczął gasnąć, myślał tylko o tym, żeby spotkać ją ponownie.

***

Kiedy obudził się, leżał na wznak na środku pogorzeliska. Próbował się podnieść, ale pulsujący ból odezwał się w poszarpanym ramieniu. Spojrzał w jego stronę i zdziwił się, bowiem ramię opinała gruba warstwa bandaży, które były tylko lekko zakrwawione.

– Nie ruszaj się, wciąż jesteś słaby – usłyszał czyjś głos. Należał do kobiety.

– Co się stało? – zapytaj. Jego głos był zachrypnięty, a gardło suche jak pustynia.

– Podążałam za tobą od pewnego czasu, a kiedy burza się skończyła, odszukałam cię i załatałam. Uważaj na ramię, nieźle cię coś poharatało.

Zaniósł się głośnym, bolesnym kaszlem, a kiedy ten się skończył, powiedział tylko:

– Dziękuję.

– Podziękujesz, kiedy rana się zagoi i będziesz mógł ruszać ręką. – Schyliła się nad nim i ujrzał jej piękne, szmaragdowe oczy. Uśmiechała się. – Nazywam się Jade, a ty?

Spróbował się uśmiechnąć, ale był na tyle obolały, że mogło to wyglądać równie miło, co przerażająco. A potem jej odpowiedział.

Kiedy w końcu odzyskał siły i był w stanie iść, ruszyli w dalszą wędrówkę.

I odtąd razem kroczyli przez pogorzelisko.

_________________________________________________________________

Jeżeli jesteś zainteresowany moją dalszą twórczością, bądź chcesz być na bieżąco ze wszystkimi nowymi materiałami odwiedź mój Fanpage:

https://www.facebook.com/mrdonut064?fref=ts

______________________________________________________________

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Ciekawe, ciekawe. Porównując to z gatunkiem to jest naprawde olbrzymi postęp. Dziwny, postapokaliptyczny świat z całkiem niezlym potencjałem do tworzenia - z tego mogłaby powstać nawet i książka,, pod warunkiem, ze świat i rządząe nim zasady zostana odpowiednio dopracowane.
Odpowiedz
Bardzo mi się podobało :)
Odpowiedz
Niesamowite, tylko zastanawia mnie jedno, czy spotkał ją ponownie, czy to jest przedstawione po tym jak zaatakowały go te pso podobne cosie?
Odpowiedz
Po tym jak zaatakowały go stworzenia z pyłowej burzy, stąd rana na ramieniu.
Odpowiedz
Carnifex - strach to nie wszystko dziękować
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje